Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą New Adult. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Pozwól mi zostać” Tijan

Moja twarz. Moje ciało. Moje serce - to wszystko odeszło wraz z nią, bo ona była mną.
Moja siostra bliźniaczka zabiła się dziewiątego czerwca.
Następnego dnia miałyśmy skończyć osiemnaści lat.

Na długo przed oficjalnym wydaniem jakiejkolwiek książki Tijan w Polsce, zdążyłam ją pokochać za Broken and Screwd - cudowną serię, która chwyciła mnie za serce żelazną pięścią. Także byłam prze szczęśliwa na możliwość przeczytania innych jej dzieł, ale okazało się, że czegoś mi w nich brakowało. Nadal podobała mi się jej twórczość (wciąż tak jest), ale to nie było do końca to, czego po niej oczekiwałam. Aż do momentu, kiedy sięgnęłam po Pozwól mi zostać...

Zapytała, czy może zostać, a on jej pozwolił.
Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana. Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Okazało się, że Pozwól mi zostać to właśnie książka, która przypomniała mi za co tak bardzo pokochałam twórczość autorki. Jeżeli mieliście do czynienia tylko z jej powieściami wydanymi w Polsce to z pewnością odczujecie tę różnicę. Bo Tijan jeśli się postara świetnie potrafi grać na emocjach, a ja to uwielbiam. Poruszając temat straty, i to tak dotkliwej, autorka dała sobie szerokie pole do popisu, które zresztą w pełni wykorzystała, dosłownie doprowadzając mnie do łez. Historie, które to potrafią na stałe zajmują sobie miejsce w moim mózgu, a ja zawsze gorąco je polecam. Widzicie, wszystko rozbija się o to, że czytając tyle książek ile czytam, mając w pamięci przynajmniej zarys każdej z nich, wcale nie tak łatwo doprowadzić mnie do łez - potrafią to tylko historie, które są genialne już od pierwszych stron i utrzymują ten poziom przez całą lekturę.

W przeciwieństwie do Fallen Crest czy Antybrata w Pozwól mi zostać jest dużo bardziej emocjonalnie - na pierwszy plan wcale nie wysuwa się wątek miłosny, a ból Mackenzie po stracie siostry, a także obraz rodziny, która musi pogodzić się ze dotkliwym brakiem jednego członka. Wiadomo, że taka tragedia może ich nieodwracalnie rozdzielić lub sprawić, że więzi między nimi będą silniejsze niż kiedykolwiek. Tijan świetnie radzi sobie z opisaniem tego rozdarcia, problemów i wyzwań, które staną na drodze Mac i jej bliskich do "normalności". Bo jak można pogodzić się z brakiem osoby, która znała cię najlepiej na świecie? Właśnie to czeka główną bohaterkę i właśnie tego wszyscy od niej oczekują.

Chwila, w której czytelnik ma okazję poznać Mackenzie następuje tuż po stracie siostry, także nie mamy okazji poznać jej "przed". Dostajemy za to wgląd w jej zniszczoną duszę, ból który trawi ją od środka i krótkie fragmenty przeszłości, pozwalające dostrzec jak bardzo zmieniła ją śmierć bliźniaczki. I zabrzmię jak zdarta płyta, ale Tijan naprawdę świetnie poradziła sobie z ukazaniem zdewastowanej dziewczyny i przekazaniu czytelnikowi jej emocji. Poza fragmentem, gdzie faktycznie się popłakałam, przez większość czasu czułam ucisk w dołku - tak bardzo wczułam się w tę opowieść. Rayan okazał się idealny dla tej historii, bo stanowi opokę, której Mackenzie chwyciła się, kiedy tonęła w bólu. Był dla niej wsparciem, przyjacielem i osobą, która pozwalała jej złączyć na nowo kawałki jej strzaskanego serca. I absolutnie go za to uwielbiam, a jednocześnie wydaje się on ociupinkę zbyt idealny jak na mój gust. Do tej powieści pasował wręcz idelanie, więc nie będę się czepiać, ale cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada, że niewiele brakowało, żebym miała go dość - choć na szczęście do tego nie doszło. 

Pozwól mi zostać, w porównaniu z innymi książkami Tijan wydanymi w Polsce, zdecydowanie zwiera dużo większy ładunek emocjonalny - czyli dokładnie to, za co pokochałam jej twórczość i czego do tej pory nieskutecznie szukałam. Autorka świetnie radzi sobie z opisywaniem bólu towarzyszącego jej bohaterom, umiejętnie przelewając je na czytelnika. Jeśli nie jesteście fanami jej dotychczasowej twórczości gorąco zachęcam, do dania jej kolejnej szansy, bo Pozwól mi zostać to nie kolejny romans. To opowieść o tragicznej stracie i przeszywającym bólu, z którym trzeba nauczyć się żyć. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: październik 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,71/10
Ilość stron: 406
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 28 września 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



Czułam ją wszędzie.
Siedziała obok mnie.
Stała przy mnie.
Chodziła obok.
Była mną, ale ja już nie byłam nią.
Kątem oka spojrzałam na Rayana. [...]
Był jak opatrunek na moje rany - zakrywał je, ale tak naprawdę ich nie lezył. Rany wciąż były otwarte, a ja miałam nadzieję, że będę poruszać się na tyle szybko, że moje wnętrzności nie rozleją się dookoła. 

Recenzja - „Addicted. Podwójna namiętność” Krista & Becca Ritchie

On jest tutaj. Ja jestem tutaj.
Niczego więcej nam nie trzeba.
I to jest nasze największe kłamstwo.

Patrząc na okładkę, tytuł i opis nie spodziewałam się za wiele po początku serii Addicted. Trochę problemów, trochę sztampowego romansu i wspólnej ucieczki w stronę zachodzącego słońca. O jakże się myliłam.

Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych. Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami. Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.
To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.
(Źródło: Wydawnictwo W.A.B)

Straszną krzywdę robi tej książce okładka i tytuł - oba sugerują dokładnie to, co opisałam wyżej. Kolejny romans/erotyk, który choć może być przyjemny, nie zatrząśnie moim światem. Ja wiem, że tłumaczenie nazwy zwykle pozostawia wiele do życzenia, ale jakim cudem z Addicted to you powstała Podwójna namiętność? Dodatkowo pośród tak wielu gołych klat na okładach, ciężko się rozeznać, co może być warte uwagi, a co będzie kolejną stratą czasu, przy czym wizualnie książka po postu ginie w tłumie, a długo już nie widziałam okładki, która tak bardzo nie pasowała by do treści. Owszem, w książce znajdują się sceny intymne i jest ona przeznaczona dla osób +18, jednak nijak nie wpasowuje się jako powieść erotyczna - co sugeruje grafika. Nie wspominając, że wydawca kwalifikuje ją jako powieść dla nastolatków, co jest po prostu śmieszne, bo seks i alkohol stanowią główną oś fabuły - więc to raczej oczywiste, że grupa docelowa została określona po prostu tragicznie. Addicted podchodzi pod typowe New Adult, opisując zmagania dwojga młodych ludzi ze swoimi uzależnieniami, przy tym stawiając na bardzo niestandardowy dla tego gatunku seksoholizm. Dlaczego nietypowy? Bo o tyle, o ile na narkomanię czy alkoholizm natykałam się dość często, to jestem prawie przekonana, że to pierwsza książka podejmująca akurat ten temat.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorki opisały nałogowców. Jestem pewna, że już o tym wspominałam, ale nie mogę znieść, kiedy lekarstwem na wszelakie bolączki bohaterów jest miłość, co poniekąd jest powodem, przez który ten gatunek w końcu mi się przejadł. Napad? Znęcanie się? Gwałt? Żaden problem, pocałujemy się parę razy i wszytko będzie z nami ok! Bo przecież terapia i jakiekolwiek racjonalne podejście do problemów jest dla prawdziwych ludzi, a nie książkowych postaci. Ughh, no właśnie nie. To była moja największa obawa, kiedy sięgałam po Addicted - że okaże się kolejną powieścią NA, w której brakuje realizmu, a wszystko będzie szło dokładnie po mojej myśli. Tymczasem autorki poświęcają słuszną cześć fabuły pokazaniu, jak bardzo wyniszczające bywają nałogi i jak ciężko sobie z nimi radzić, czy choćby opanować je. Przy tym nie zapominają o emocjach, czy rozwijaniu portretów nie tylko głównych bohaterów, ale także ich rodziny oraz przyjaciół.

Nie da się zaprzeczyć, że relacja Lily i Lorena, jest mocno dysfunkcyjna, i chociaż w tej historii właśnie o to chodziło, i tak to absolutnie ich pokochałam. Przyjaźń, która ich łączy jest bazą całej fabuły i sprawiła, że mocno trzymałam za nich kciuki, mimo że bardzo szybko można zauważyć, że tych dwoje sobie nie służy. Oboje są tak złamani, że nie wystarczy cała rolka taśmy, żeby posklejać choć jedno z nich, a co dopiero związek, który ich łączy. Ale dzięki temu właśnie Addicted jest tak wciągające i przepełnione emocjami, że choćby na chwilę nie mogłam oderwać się od lektury. Fakt, że tak szybko polubiłam głównych bohaterów, sprawił, że każdą ich decyzję przeżywałam całą sobą, mając niekiedy ochotę zanurzyć się w ich świat i walnąć po łbach (lub rzucić czytnikiem z nadmiaru frustracji). I uwielbiam fakt, że ta książka tak mocno na mnie oddziaływała, nie pozwalając minąć problemów Lili i Lo obojętnie, ale przeżywając każdą ich decyzję. To właśnie jest jeden z moich wyznaczników świetnej powieści, a do tej grupy bez wątpienia trafia Addicted.

Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie, dosłownie zaraz po ostatnim zdaniu, to było mocno zaskakujące "o boże, jakie to było dobre". I musicie mi uwierzyć na słowo, że byłam bardzo zdziwiona, jak bardzo Addicted faktycznie mi się podobało, bo absolutnie nie tego spodziewałam się po tej książce. Krista i Becca Ritchie stworzyły historię dwojga nałogowców, mocno przepełnioną emocjami i ukazującą, jak bardzo niszczące może być uzależnienie oraz że nie bez powodu nazwane jest chorobą. Także nie dajcie się zwieść okładce i opisowi - to nie jest kolejny romans/erotyk i jeśli tego szukacie, to Addicted się nie nadaje. Natomiast jest to absolutnie świetne NA, które pochłonęło mnie bez reszty i pozostawiło dyszącą z niecierpliwości za kolejnym tomem. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7/10
Ilość stron: 368
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 19 września
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Marzena Reyher


Nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. O tym, jak on się czuje. kiedy co noc sprowadzam innego faceta. I o tym, jak ja się czuję, kiedy widzę go pijącego na umór. Powstrzymujemy się od wzajemnych ocen, ale cisza wywołuje między nami nieuniknione napięcie. Tak silne, że czasami mam ochotę krzyczeć. Chowam te emocje w sobie. Nic nie mówię. Każda uwaga dotycząca naszych uzależnień narusza działający tu system.

Recenzja - „Dearest Clementine” Lex Martin


Czekam na jeszcze jedną złą wiadomość, bo gówniane wieści zawsze chodzą trójkami.

Pierwszym, co przyciągnęło mój wzrok do Dearest Clementine to śliczna okładka - delikatna i dziewczęca sprawiła, że mimo mojej niechęci do New Adult na dłużej zawiesiłam na niej oko. Dodatkowo wyjazdy zawsze sprawiają, że mam ochotę na książki, które są lekkie, urocze i romantyczne, dlatego postanowiłam sięgnąć po książkę Lex Martin właśnie teraz.

Clementine to dziewczyna, która musi nauczyć się na nowo kochać. Wydawałoby się, że jej życie jest równie zjawiskowe, jak ona. Jednak problemy z rodzicami, zdrada ukochanego chłopaka oraz napaść seksualna ze strony nauczyciela sprawiły, że stała się nieufną i zamkniętą w sobie osobą.
Clementine wyznaje zasadę, że z nikim się nie umawia. Kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny Gavin, chłopak, którego każda dziewczyna chciałaby spotkać na studiach, wiele się zmienia.
Z czasem zbliżają się do siebie. Kiedy wplątują się w historię tajemniczego zaginięcia studenta, Clementine nieświadomie staje się celem. Gavin wie, że musi być ostrożny, bo zagrożone jest nie tylko serce, ale też życie jego dziewczyny. 
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Był taki czas, kiedy New Adult po prostu mi zbrzydło. Dramaty bohaterów wszędzie wydawały się zrobione na jedno kopyto, a ich rozwiązaniem zawsze była miłość. Nie ważne z jak dużymi trudnościami się mierzyli i jak wiele mieli do pokonania nagle bum! - są zakochani, a problem jakby nigdy nie istniał. W końcu zamiast poruszać we mnie czułe struny, ich problemy zaczęły mnie irytować, więc stwierdziłam, że czas na przerwę. I choć trochę już minęło od tego czasu, kiedy widzę w opisie wzmiankę o NA, nadal podchodzę do takich książek jak do jeża. Ale kurczę ta okładka ciągnęła do siebie mój wzrok praktycznie od pierwszej zapowiedzi i dla Dearest Clementine postanowiłam zrobić wyjątek. Okazało się, że to była dobra decyzja. Lex Martin stworzyła powieść, która pochłonęła moje popołudnie bez reszty.
Pierwszy rozdział ma dla mnie spore znaczenie - nie ze względu na fabułę, ale jest to swego rodzaju test dla stylu autora. Jeśli jest dobry, nawet kiepskie historie czyta się szybko, jeżeli już na tym etapie jest źle, to nawet najlepsza fabuła sprawia, że czytanie jest drogą przez mękę. Patrząc na to kryterium Dearest Clemenine wypada naprawdę dobrze. Od pierwszych stron miałam poczucie, że pióro autorki jest lekkie, z idealnie omierzonymi proporcjami dialogów do opisów. Zwróciłam na to uwagę przez to, że ostatnio przy lekturze Vi Keeland pod tym względem było wyjątkowo źle. A tak to zwykle bywa, bardziej niż zwykle doceniłam coś, czego mi ostatnio zabrakło. Całość czyta się błyskawicznie, pisarka dobrze przeplata elementy fabuły, zgrabnie dozując fragmenty romansu, problemów i małych dramatów, tak że przy Dearest Clementine nie sposób się nudzić. Jako urozmaicenie Martin postawiła na wątek kryminalny - notabene wspomniany w ostatnim akapicie opisu - ale nie spodziewajcie się go zbyt wiele. Mnie osobiście bardzo odpowiadała tylko wzmianka o nim, choć nie da się nie zauważyć, że został potraktowany trochę po macoszemu. Zamysł był bardzo dobry, trochę zawiodło wykonanie, bo mógł się z tego zrobić ciekawy fragment.

Wyjątkowo polubiłam bohaterów. Trochę wycofana Clementine i uroczy Gavin to połączenie, które zdało egzamin. Czytelnik ma okazję dużo lepiej zrozumieć dziewczynę i jej zachowanie, ponieważ to ona prowadzi narrację, ale jest też dużo bardziej złożona niż on, więc fabuła na tym zyskuje. Słodki i opiekuńczy Gavin stara się ją wyciągnąć ze skorupy, w której się zamknęła, ale bardzo podobało mi się, że Clem nie robi z siebie ofiary losu. To zawsze była jedna z moich bolączek z NA - tak jakby bohaterki nie miały żadnego pomysłu na życie bez faceta. Tymczasem tu ten wątek jest zrobiony bardzo delikatnie, a fabuła nie skupia się na monologach Clementine o tym jak bardzo nie zasługuje na miłość, szczęście etc. Nie byłam też zadowolona widząc niektóre decyzje Gavina, były momenty, kiedy uważałam go za buca, ale jak to zwykle bywa ostatecznie mnie do siebie przekonał. Na uwagę zasługują też dobrze wykreowanie postaci drugoplanowe, które mają swoje pięć minut w fabule, a nie stanowią tylko jednolitego tła dla głównej pary. Przyjaciele bohaterów mają zróżnicowane osobowości i przyjemnością dowiedziałabym się więcej o ich dalszych losach.

Jedyne, co miałabym do zarzucenia książce Lex Martin to schematyczność. Nie da się ukryć, że motywy, które wykorzystuje autorka już się pojawiały, ale mimo to - podane w taki sposób - są jak najbardziej zjadliwe. Oryginalność fabuły to zawsze plus dla twórcy, a mimo to w Dearest Clementine jej brak zupełnie mnie nie dotknął. To jedna z tych książek, które po prostu dobrze się czyta, zwłaszcza w upalne letnie wieczory. Ociupinkę też zabrakło rozłożenia fabuły w czasie, choć na szczęście nie była to jeden z tych super błyskawicznie rozwijających się relacji i wyznawania sobie miłości po jednym dniu.

Dearest Clementine to świetna książka na wakacje. Zawiera akurat na tyle dużo dramy, że nie sposób się przy niej nudzić, a przy tym tworzy ona bardzo zgrany zespół z resztą fabuły. Lekkie pióro autorki sprawiło, że połknęłam tę powieść dosłownie w jedno popołudnie i spędziłam je z prawdziwą przyjemnością. To  było bardzo udane pierwsze spotkanie z Lex Martin i jestem ogromnie ciekawa, co jeszcze pokaże mi autorka. To nie jest wprawdzie powieść idealna, ale tak dobrze wpasowała się w to, na co aktualnie miałam ochotę, że chciałabym jeszcze do niej wrócić. Ja z mojej strony serdecznie Wam ją polecam - zwłaszcza na aktualne, letnie wieczory.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus


Kiedy patrzę w lustro, nie podoba mi się to, co widzę. Na początku chodziło tylko o przeżycie - dotarcie na kolejne zajęcia, przyjście na czas do pracy, mieszkanie z obcymi ludźmi - ale teraz, kiedy rozpracowałam najważniejsze problemy, nadal zakładam zbroję, podczas gdy życie tak naprawdę przepływa obok mnie. I mimo że sama myśl o zbliżeniu się do Gavina sram w gacie ze strachu, to kiedy jestem blisko niego, przypominają mi się czasy, gdy żyłam beztrosko, lubiłam ryzykować i byłam dziewczyną, z którą inni lubili przebywać

Recenzja - „Dręczyciel” Penelope Douglas

Wczoraj miało trwać wiecznie.
Jutro miało nigdy nie nadejść.

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Corrupt tej autorki i byłam naprawdę zachwycona. Z racji tego, kiedy zobaczyłam, że Editio planuje wydać kolejną książkę Penelope Douglas podjęłam jedną z niewielu ostatnio decyzji w ciemno i natychmiast zamówiłam sobie Dręczyciela. Nie do końca tego oczekiwałam, ale... zdecydowanie nie żałuję tej decyzji.

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
(Źródło: Wydawnictwo Editio)

Po czym poznaję po prostu dobrą książkę? Choć zabrzmi to trochę śmiesznie - nie lubię o nich pisać. W tym momencie pewnie większość z Was zadaje sobie pytanie dlaczego tak jest i co ja w ogóle tu gadam. Widzicie, nigdy nie mam problemu z rozpoznaniem słabej powieści, bo już podczas czytania zastanawiam się czemu właściwie mam skłonności masochistyczne i kontynuuję taką lekturę wbrew wszystkiemu, co każe mi odłożyć ją na półkę i już nigdy nie patrzeć w tamtym kierunku. Rewelacyjne powieści to te, które sprawiają, że nie widzę w nich żadnych wad, niezależnie od tego ile czasu minęło od chwili, gdy zabierałam się do czytania. O co więc chodzi z dobrymi? Są to takie historie, kiedy po skończeniu chcę się podzielić wszystkimi pozytywnymi odczuciami (bo tylko takie mi towarzyszyły), ale jak przychodzi do pisania recenzji, to z grymasem na twarzy uświadamiam sobie, że choć nie przeszkadzały mi pewne wady, to ostatecznie nie da się ich nie zauważyć i jednocześnie o nich nie wspomnieć. A skoro już zaczęłam tę opinię od tego obszernego wytłumaczenia, to chyba możecie się domyślić, dlaczego nie mam ochoty na przeprowadzanie analizy Dręczyciela.

Penelope Douglas postawiła w swojej książce na znany i generalnie lubiany motyw - od miłości do nienawiści, co stosunkowo dobrze jej wyszło. Dziecięca przyjaźń pomiędzy Jaredem i Tate zdecydowanie położyła dobre podwaliny pod późniejsze wydarzenia z tej powieści i nadała im realności. Cieszę się, że autorka wykorzystała w książce motyw wyścigów samochodowych, bo podniosło to poziom adrenaliny w historii i było miłym akcentem, dobrze wpisującym się w relację głównych bohaterów, a jednocześnie zapewniając mi pewną odskocznię od ich utarczek. Dodatkowo z niecierpliwością odwracałam kolejne kartki, żeby dowiedzieć się, jaką właściwie tajemnicę kryje Jared i co skłoniło chłopaka do tak drastycznej zmiany zachowania w stosunku do Tate.

Dręczyciel to powieść, którą po prostu dobrze się czyta - przynajmniej mi. Lubię pióro Penelope Douglas i choć z moich doświadczeń wynika, że pokazana tu historia nie jest jej najlepszą, to czasami po prostu wystarcza mi fakt, że przepadam za stylem danego autora. Nikt nie nazwałby tej powieści odkrywczą, rewolucyjną czy przełomową, ale mimo to przyjemnie się spędza przy niej czas. Akacja toczy się dość watko, nie ma tu zbędnych przestoi czy opisów, a relacje pomiędzy bohaterami szybko się zmieniają.

Główną wadą tej powieści jest jej przewidywalność, czyli przy minimalnym wysiłku da się domyślić większości znaczących wydarzeń, które serwuje nam autorka. Nie odczułam tego podczas czytania, ale też prawda jest taka, że połknęłam Dręczyciela dosłownie w jeden wieczór - nie odkładałam tej książki na bok, nie robiłam przerw, więc też nie zastanawiałam się, jak właściwie może potoczyć się akcja. Jednak patrząc na fabułę zabrakło jakiegoś zawrotnego zwrotu akcji, czegoś co podniosłoby mi ciśnienie i zapewniło trochę więcej emocji. To sprawia, że nie jestem pewna, co tak naprawdę trzymało mnie w napięciu przez całą tę historię.

Ostatecznie Dręczyciel Penelope Douglas to książka niewymagająca, która po prostu mi się podobała. Nie znajdziecie tu żadnych przełomowych rozwiązań fabularnych, ale i nie zawsze są one potrzebne. Choć moje zadowolenie zblakło z czasem, to tę powieść wspominam bardzo dobrze i jeśli tylko szukacie czegoś lekkiego do czytania, to polecam rozejrzeć się za Dręczycielem.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać:  luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,8/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 305
Data wydania: 15 lutego 2017 r.
Wydawnictwo: Editio
Tłumaczenie: Marta Czub



Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny.

Recenzja - „Nic do stracenia. Początek” Kristy Moseley

Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć.

Moje ostatnie spotkanie z książką Kristy Moseley skończyło się dość negatywnie, ale kuszący opis oraz stosunkowo wysokie oceny na Goodreads sprawiły, że postanowiłam dać twórczości autorki jeszcze jedną szansę. Pytanie za sto punktów - czy był to błąd? 

W dniu szesnastych urodzin Anna Spencer bawi się w klubie ze swoim chłopakiem. Wyjątkowy wieczór szybko się kończy, a poznany przypadkiem Carter Thomas, handlarz broni i narkotyków, zamienia kolejne lata jej życia w piekło. Dzięki jej zeznaniom Carter zostaje skazany, ale z więzienia wciąż wysyła listy z pogróżkami. Ojciec Anny, wpływowy senator i kandydat na prezydenta, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Ochroną Anny zajmie się przystojny komandos, Ashton Taylor. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ma udawać jej chłopaka. Cierpliwie stara się sprawić, by pokonała dręczące ją koszmary i pogrzebała przeszłość. Anna zaczyna czuć się bezpiecznie, a udawanie zakochanych powoli przestaje być grą. Jednak kolejne dni przynoszą złe wiadomości. Wkrótce ma odbyć się rozprawa apelacyjna i Carter może wyjść na wolność. Jeśli tak się stanie, Ashton i Anna znajdą się w niebezpieczeństwie...
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czytałam Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno i nie nastroiło mnie to najlepiej do twórczości Kristy Moseley, więc nie będę kłamać, że Nic do stracenia było moim Must read. Co więcej patrząc na to, że poprzednia książka autorki wpasowała się w jedną z najgorszych zeszłorocznych powieści, pewnie tym bardziej powinnam unikać kolejnych jej dzieł. Jednak z zasady nie lubię skreślać pisarzy po zapoznaniu się z tylko jedną historią, więc pomyślałam 'A co mi tam!' i postanowiłam raz jeszcze sprawdzić, czy pióro pisarki przypadnie mi do gustu. No może przesadzam... Nie chciałam powtórki natłoku negatywnych uczuć z Chłopaka, więc poza faktem, że spodobał mi się opis, postanowiłam zrobić jeszcze rozeznanie na Goodreads (co wcale nie zdarza się za często). Usatysfakcjonowana tym, co tam znalazłam, doszłam do wniosku, że może, może... tym razem będzie lepiej, choć do ostatniej chwili mimowolnie podchodziłam do Nic do stracenia bardzo całkiem sceptycznie.

Jest lepiej, nawet powiedziałabym, że znacznie lepiej. Tym razem nie miałam ochoty walić głową o ścianę podczas czytania, choć nie da się ukryć, że bywało irytująco. Podobała mi się linia fabularna kojarząca się odrobinę z filmową Córką prezydenta, którą uwielbiam. Jak się oprzeć przystojnemu ochroniarzowi i szczypcie zakazanej miłości. Cieszy mnie, że autorka postanowiła odrobinę przystopować uczucia Anny, choć i to można było zrobić lepiej. Naprawdę nie wiem, jak określić pozytywne uczucia w stosunku do Nic do stracenia, bo jak zobaczycie w następnym akapicie, nie mam problemu z wypunktowaniem, co było nie tak. Generalnie nie była to najgorsza książka, bo mimo wszystko wciągnęła mnie historia Anny i Ashtona, choć mnogość wad uświadomiła mi, że po prostu nie powinnam się więcej spotkać z twórczością Kristy Moseley.

Ja rozumiem, że Nic do stracenia to fikcja literacka, tylko że ktoś powinien uświadomić autorce, że ona też ma swoje granice, o ile nie chce się zaliczać w poczet twórców fantastki. Kristy Moseley zdecydowanie (ponownie) zabrakło porządnego research'u, co w przypadku tej powieści jest jeszcze bardziej widoczne niż w Chłopaku. Zaczynając od początku - świeżo upieczony absolwent dostaje przydział ochrony córki kandydata na prezydenta USA, żadnego szkolenia próbnego, doświadczenia, nic... i hop w teren. Czy tylko mnie to śmierdzi? Teraz przyjrzyjmy się Annie - można by pomyśleć, że skoro autorka znowu chce się pakować w psychiczną traumę, zwłaszcza objawiającą się PTSD i awersją do dotykania, mogłaby w końcu poświęcić chwilę czasu i dowiedzieć się, że Ashton tak po prostu nie mógł sobie obłapiać Anny godzinę po poznaniu. To mnie strasznie irytuje, bo wysoko cenię sobie realistyczne podejście do aspektów psychologicznych i potrafię docenić starania pisarzy w tym temacie. Tymczasem Kristy Moseley bezkarnie popuszcza wodze fantazji i pisze co jej się podoba, nie patrząc na to, że tracąc na realności, tworzy ze swoich książek kiczowate romansidła nie mające za wiele wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Nie da się też zapomnieć, że autorka raz jeszcze chce za dużo, za szybko - budowanie napięcia pomiędzy bohaterami zdecydowanie jej nie wyszło, zwłaszcza w przypadku Ashtona. Anna gdzieś tam nie przyznaje się do swoich uczuć, ale chłopak twierdzi, że ją kocha po trzech dniach. WTF? Ponadto czy nie ma jakiejś zasady, że ochroniarze nie powinni angażować się emocjonalnie z klientami? Spodziewałam się ukrywania uczuć po kątach, tajemnicy... a tymczasem nawet przełożeni chłopaka nie patrzą krzywo na publiczne obmacywanie. Nie spodziewałabym się też na Waszym miejscu jakiś spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, bo poza małymi wstawkami, ta powieść to typowy romans, utrzymany w konwencji New Adult.

Ogólnie jest lepiej niż w przypadku Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno. Kristy Mosley stworzyła historię, która miała prawdziwy potencjał i przyjemną linię fabularną. Niestety problemy, które już poprzednio miałam z twórczością autorki pozostają aktualnie - brakuje dobrze zrobionego research'u i wprowadzenia choćby odrobiny realności do fabuły. Pisarka chce zbyt dużo, zbyt szybko, przez co Nic do stracenia, choć przyjemniejsze w odbiorze niż poprzednia powieść Mosley - nadal irytuje przerysowaniami i utwierdza mnie w przekonaniu, że nie polubimy się ze stylem tej autorki. Jeśli należycie do fanów Chłopaka, to z dużym prawdopodobieństwem ta książka Was zachwyci. Jeśli nie... ja polecałabym trzymać się z daleka, choć zachęcam do przekonania się o tym na własnej skórze.

Moja ocena: 5+/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,12/10
Ilość stron: 463
Okładka: miękka
Data wydania: 12 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 39,99 zł


Skradła mi serce w trzy dni, choć tak naprawdę miała je już po trzech sekundach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#60 Recenzja - Ocalenie Callie i Kaydena


[...] Ponieważ ponowne powitanie kogoś, kogo się straciło, nieczęsto bywa łatwe.
Zwłaszcza gdy nie jest się pewnym, kim ten ktoś się stał.

Po fantastycznych Przypadkach Callie i Kaydena nie czekałam długo z sięgnięciem po kontynuację. Jessica Sorensen w porównaniu do innych powieści z gatunku New Adult zachwyciła mnie swoją książką i sposobem w jaki poprowadziła akcję. Dlatego właśnie oczekiwałam, że Ocalenie będzie przynajmniej tak dobre, jak pierwsza część. 

Receznja NIE ZAWIERA spojlerów z poprzedniej części 

Mroczny sekret, od lat skrywany przez Kaydena w końcu wyszedł na jaw. Co gorsza, chłopak stoi w obliczu groźby oskarżenia przed sądem o pobicie. Jedynym sposobem, by mógł oczyścić swoje imię jest zdradzenie przez Callie jej tajemnicy. Ale Kayden nigdy jej o to nie poprosi. Zamiast tego zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją chronić. Nawet jeśli oznacza to opuszczenie przez niego jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek pokochał.
Callie wie, że Kayden pogrąża się w ciemności i rozpaczliwie pragnie go ocalić. Lecz uda jej się to jedynie wtedy, gdy stawi czoła swojemu największemu lękowi i wyzna wszystkim własne bolesne tajemnice. Pomysł przerwania milczenia wzbudza u niej trwogę, ale nie tak wielką, jak myśl o utracie Kaydena.
Źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka

W pierwszej części Jessica Sorensen ujęła mnie głównie realizmem uczuć pomiędzy głównymi bohaterami, tak  rzadko ostatnio spotykanym  w książkach z gatunku New Adult. Oczywiście dodatkowo autorka kusiła ogromnym ładunkiem emocji oraz poruszającym zakończeniem, i o ile uczuć nie zabrakło w kontynuacji, to wszystkiego innego już tak.

Moim zdaniem Ocalenie Callie i Kaydena to zupełnie zbędna część, którą spokojnie można by skrócić i umieścić w pierwszym tomie. Mimo, że autorka nie zawodzi w tym, za co tak bardzo ją polubiłam, to gdzieś uciekły wszystkie inne plusy. Głęboko rozczarowujący jest fakt, że po tak dobrym pierwszym tomie, ten jest zwyczajnie średni - poza paroma scenami zabrakło tu tego emocjonalnego ładunku i zaskakujących elementów w fabule. Tytuł tej powieści jednocześnie sugeruje czytelnikowi jej wnętrze i czułam się zawiedziona, że Jessica Sorensen nie zdecydowała się na żaden odważniejszy ruch i poprowadziła akcję dokładnie tak, jak się spodziewałam. Nie otrzymałam natomiast tego, na co naprawdę liczyłam - tej emocjonującej przejażdżki i przynajmniej lekkiego niepokoju o losy bohaterów. Niestety nie wystarczyły tutaj przepychanki Callie z matką i niepokój o Kaydena. Jak mogę cieszyć się z faktu, że jedyne co wyniosłam z tej części to potwierdzenie scenariusza w mojej głowie, który powstał zanim po nią sięgnęłam? Mimo to nie twierdzę, że to zła książka. Styl autorki jest przyjemny w odbiorze, historia rozpoczęta w pierwszym tomie otrzymała dostateczną kontynuację i nie żałuję czasu, jaki poświęciłam na poznanie dalszych losów Callie i Kaydena. Problemem jest natomiast to, że Ocalenie stało się książką jakich wiele - ot takie czytadło na wolny wieczór, a spodziewałam się po niej znacznie, znacznie więcej.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać bez spojlerów, bo rozczarowanie wręcz się ze mnie wylewa. Jessica Sorensen w Przypadkach świetnie poradziła sobie z poprowadzeniem akcji, zapewniając czytelnikowi emocje i zwroty akcji w dobrze wyważonych proporcjach, a przez Ocalenie Callie i Kaydena sama strzeliła sobie w stopę. Moim zdaniem ta powieść padła ofiarą syndromu drugiej części i nie wniosła niczego, czego czytelnik nie mógł się domyślić po lekturze pierwszego tomu. Szkoda. 

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać : lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,87/10
Ilość stron : 384
Data wydania : 19 października 2015 r.
Okładka : miękka z zakładkami 
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Tłumaczenie : Ewa Helińska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


- Callie to się nazywa wycieczka niespodzianka.
Przeciągam dłonią po twarzy.
- Biorąc wszystko pod uwagę, sądzisz, że to dobry pomysł?
- Nie, ale ja nigdy nie byłem jednym z twoich mądrych pomysłów - odpowiada.
- Wierzę w irracjonalne, nagłe decyzje, które czynią życie interesującym.
A życie musi być interesujące, bo mamy tylko jedno.



#55 Recenzja - Przypadki Callie i Kaydena





3. Choć raz zrób, do cholery, to, co chcesz, zamiast tego, co uważasz, że powinieneś.



Po Przypadki Callie i Kaydena wcale nie zamierzałam sięgać. Naprawdę! W momencie pojawienia się pierwszych zapowiedzi, a później recenzji, zakwalifikowałam tę powieść do jednego wora z nurtu New Adult, która pewnie mi się spodoba, ale nie wniesie ze sobą nic nowego i przez to mnie rozczaruje. Jednak zewsząd otaczały mnie zachwyty nad twórczością Jessici Sorensen, także w końcu musiałam się skusić, choć zajęło mi sporo czasu, aby w końcu zabrać się za czytanie.

Dla Kaydena cierpienie w milczeniu było jedynym sposobem, by przeżyć. Jeśli miał szczęście, nie wychylał się i wypełniał polecenia, mógł przetrwać kolejny dzień. Jednak pewnej nocy, kiedy zdawało się, że jego szczęście – a może nawet i życie – właśnie się kończy, pojawiła się ona…
Callie nie wierzyła w szczęśliwe zrządzenia losu. Przynajmniej od czasu swoich dwunastych urodzin, gdy odebrano jej wszystko. Kiedy najgorsze już minęło, dziewczyna pogrzebała uczucia i przysięgła nigdy nikomu nie zdradzić, co się naprawdę wydarzyło. Teraz, sześć lat później, nadal zmaga się z bolesną tajemnicą...
Gdy traf sprawia, że Kayden i Callie zaczynają uczęszczać do tego samego college’u, chłopak z determinacją postanawia poznać bliżej piękną dziewczynę, która odmieniła jego los. Jest przekonany, że Callie nie pojawiła się w jego życiu bez powodu. Im bardziej próbuje stać się częścią jej świata, tym mocniej uświadamia sobie, że tym razem to ona potrzebuje ocalenia.
(Źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka)

Od prologu wiedziałam, że to nie będzie łatwa książka, ponieważ Jessica Sorensen od pierwszych zdań wykłada karty na stół i narzuca ton, w jakim będzie utrzymana ta opowieść, wrzucając czytelnika na głęboką wodę. To historia o dwóch cierpiących duszach, których ścieżki niespodziewanie się przetną i to spotkanie ich zmieni, choć oni oczywiście jeszcze o tym nie wiedzą. Przypadki Callie i Kaydena wywołują całą gamę uczuć, od śmiechu przez wzruszenie, aż do głębokiego smutku, krótko mówiąc jest to powieść, w której moje emocje zostały wystawione na próbę i dostały prawdziwą przejażdżkę. Absolutnie pokochałam listę Callie oraz Setha za to, że wciąż dodawał do niej nowe punkty, bo dzięki niej dziewczyna zaczęła opuszczać swoją skorupę. 

Uwielbiam fakt, że ta historia nie jest pełna nieszczerych wzlotów i upadków oraz uczuć, które spadają na bohaterów niczym grom z jasnego nieba, pod wpływem których padają sobie w ramiona i po dwóch dniach wyznają wszystkie sekrety. To ostatnio rzadko spotykana sytuacja. Z jakiegoś nieznanego mi powodu niektórzy autorzy uważają, że trzy dni znajomości to wystarczający okres, żeby wymieniać się płomiennymi deklaracjami uczuć, zdradzić wszystkie sekrety i całkowicie obnażyć duszę. Dziękuję małym książkowym duszkom, że Jessica Sorensen do nich nie należy. Doceniam ją przede wszystkim za to, że nie zwalniając akcji, dała czytelnikowi czas, aby mógł uwierzyć w uczucie rodzące się pomiędzy Callie i Kaydenem, pozwalając im się poznać, zanim zapałają do siebie czymś więcej. To chyba jeden z największych plusów tej książki, dzięki czemu nie musiałam zniesmaczona wpatrywać się w kartkę i zastanawiać się czy powinnam wybuchnąć śmiechem (a tak niestety już bywało). 

Callie i Kayden to dwie osoby, które połączyło cierpienie. On robiący dobrą minę do złej gry, udaje luzaka, a jednocześnie boi się, że któregoś dnia ojciec przyłoży mu tak, że go zabije. Ona jest wystraszona, nieufna... nie wierzy, że kiedykolwiek uda się jej pozbierać po tym, co się wydarzyło. Natomiast dookoła tych dwojga jest mnóstwo ludzi, którzy nie widzą, co się dzieje lub przeciwnie wiedzą, ale ignorują problem. To jest prawdziwa tragedia tej powieści - że nikt nie był w stanie dostrzec dwóch przestraszonych dzieciaków i spróbować im pomóc.

Choć autorka zgrabnie operuje szkicami, na których opiera się gatunek, serwując czytelnikowi pod pewnymi względami historię typowa dla NA, to jednocześnie potrafi tak poprowadzić fabułę i wpleść w nią własne pomysły, że nadaje tej powieści świeżość, choć nie da się ukryć, że występuje tu pewna schematyczność. I chociaż naprawdę mi ona nie przeszkadzała, to nie znaczy, że jej nie dostrzegam. Najlepszym przyjacielem Callie jest naturalnie gej, który oczywiście też nie miał za kolorowo w życiu i skrywa własne sekrety. Dziewczyna jest śliczna, ale oczywiście nie wierzy w to, choć wszyscy jej to powtarzają. Kayden jest rozgrywającym, szaleńczo seksownym kobieciarzem, który gdzie tylko się pojawi wszystko świetnie mu wychodzi. Te trzy fakty są po prostu w każdej książce tego gatunku i powoli odnoszę wrażenie, że tego już nawet nie można nazwać schematycznością, a nieodłącznym pakietem, z którym przychodzą wszystkie książki New Adult. 

Przypadki Callie i Kaydena to pod pewnymi względami książka, jak każde inne NA, jednak z drugiej strony kusi ogromnym emocjonalnym ładunkiem i realizmem uczuć pomiędzy głównymi bohaterami. Nawet jeśli jesteście uprzedzeni do gatunku to moim zdaniem warto zapoznać się z twórczością Jessici Sorensen, ponieważ każdy znajdzie tu coś dla siebie. Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać : lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 8/10
Ilość stron : 387
Data wydania : 15 czerwca 2015 r.
Okładka : miękka z zakładkami 
Wydawnictwo : Zysk i S-ka
Tłumaczenie : Ewa Helińska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


Niesamowite, że rzeczy na zawsze zapadające w pamięci chciałoby się zapomnieć,
a te, których kurczowo się trzymasz ulatują niczym piasek na wietrze.



Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#33 Recenzja - Baśniarz (Book Tour)




"Może to co powiem, wyda ci się głupie... ale w miłości nie ma miejsca na krytykę.
W miłości nie ma miejsca na rozsądek."

Nie słyszałam wcześniej o książce Antoni Michaelis, a to raczej dziwne, ponieważ została wydana dość dawno i ma świetne opinie. Dlatego jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się ją przeczytać dzięki akcji Book Tour, organizowanej przez Agatę z Mini Book Review.

Abel Tannatek, outsider, wagarowicz, handlarz narkotykami. Mimo to Anna zakochuje się w nim do szaleństwa, gdyż wie, że Abel ma jeszcze inne oblicze: łagodnego, smutnego baśniarza, opiekującego się młodszą siostrą. Niezwykła opowieść, którą snuje Abel, fascynuje Annę do tego stopnia, że dziewczyna nie może o niej zapomnieć. Granica między rzeczywistością a fantazją stopniowo się rozmywa. A jeśli jej fabuła wcale nie jest fikcją i obawy Anny są uzasadnione? Ten, którego kocha, może okazać się równocześnie jej największym wrogiem… 
(źródło: Lubimy Czytać)

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po pierwszych kilku stronach to bardzo specyficzny styl, jakim jest napisana książka. Nie mogłam się 'wgryźć' w opowieść z jego powodu, przez co pierwsze 60 stron było prawdziwą katorgą. I możecie uznać to za ostrzeżenie, ponieważ nie warto odkładać tej powieści z tego powodu - to tylko kwestia przyzwyczajenia. Odniosłam wrażenie, że autorka posługuje się bardzo lirycznym językiem (taki spotykałam raczej w poezji niż prozie), występuje tu mnóstwo powtórzeń i metafor, tak oby cała opowieść pasowała do baśni snutej przez Abla. 

Jak już przeszłam do porządku dziennego ze stylem książki, zrozumiałam termin magia słów. To tak jakby autorka wzięła do ręki pędzel i malowała przepiękne ilustracje przed oczami czytelnika. Przypomniały mi się godziny spędzone z rodzicami nad baśniami, gdzie piękne obrazy były uzupełnieniem historii. Tylko, że ta baśń jest inna. Trudna, bolesna, melancholijna, taka, która chwyta czytelnika za serce stalową pięścią i nie che go wypuścić. Nie tego się spodziewałam wchodząc do świata Baśniarza. Myślałam, że - bardziej tradycyjnie - wielkiemu cierpieniu będzie towarzyszyć wielkie szczęście, tymczasem na próżno szukać w tej opowieści chwil, które nie będą zaprawione choć nutą goryczy. 

Powieść zaczyna się dość schematycznie - mamy pilną i grzeczną Annę, która jest zafascynowana typowym bad boy'em, który nie pasuje do jej idealnego świata, jej bańki wypełnionej niebieskim powietrzem. Jednak na tym schematy się kończą. Podziwiam Abla, za opowieść, którą stworzył i za to jak zajmował się swoją siostrzyczką, jednak jest to bohater tak złożony i nietuzinkowy, że do teraz nie mogę go zrozumieć. Zdecydowanie wysuwa się on na pierwszy plan i przyćmiewa Annę. Ale to chyba dobrze, bo pozwoliło mi się to na nim skupić. 

Co najbardziej mnie irytowało? Określenia typu polski handlarz pasmanterią, polak... Pewnie razi to tylko nasz naród, ale autentycznie nie rozumiem związku. Towarzystwo Anny, które wydaje się być puste i płytkie (poza Bertilem, który jest po prostu dziwny) oraz Gitta. Jak na przyjaciółkę ma do dziewczyny wyjątkowo lekceważący stosunek zwracając się do niej per 'drogie dziecko' tylko dlatego, że nie uprawia seksu, mało pije i nie pali. Choć muszę jej zwróć honor, że zrehabilitowała się troszeczkę w drugiej połowie

Baśniarz nie jest książką bez wad, a jednak prawie wszystkie wyleciały mi z głowy, dzięki zakończeniu. Absolutnie nic nie potoczyło się tak jak się spodziewałam i po głębszym namyśle, uważam, że wolałabym przerwać lekturę, kiedy Anna uczyła chłopaka jeździć na łyżwach. Jednak niezaprzeczalnie powieść jest świetna, choć wyjątkowo melancholijna. Polecam, jeżeli szukacie czegoś nowego w New Adult, czegoś co chwyci Was za serce. W moim przypadku Baśniarz sprawił, że po przeczytaniu przez piętnaście minut parzyłam na ścianę i nie wiedziałam, co myśleć. W sumie nadal nie wiem.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: styczeń 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,34/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 5 lipca 2012 r.
Wydawnictwo: Dreams

Tłumaczenie: Renata Ożóg
Cena (z okładki): 44,99 zł


  Ten Abel był... baśniarzem.
Baśń, w której wylądowała, była tak jasna i przepełniona światłem, jak chwila,
w której Abel podniósł Michi i wirował z nią w powietrzu. Ale za słowami czyhała ciemność,
ciemność, jaka panuje we wszystkich baśniach. Dopiero później, dużo później,
zbyt późno zrozumie, że ta baśń była śmiertelnie niebezpieczna.



Książka przeczytana w ramach wyzwań:

#20 Recenzja - Dziesięć płytkich oddechów


Składam się z siedmiu warstw popieprzenia
okraszonych odrobiną gównianego szaleństwa.
      
      
Poza tym, że miałam ślub kuzynki i chwilowy brak czasu na pisanie to ciężko mi zebrać słowa opisujące "Dziesięć płytkich oddechów". Nie wiem dlaczego, ale najchętniej napisałabym, że ta książka jest całkiem w porządku i zakończyła tą recenzję, zanim tak naprawdę się zacznie. Ale dla Was postaram się wyjaśnić dlaczego oceniam ją jako najsłabszą z moich sierpniowych lektur.

Opis jest dość zachęcający dla każdego fana New Adult i skusił również mnie. Bardzo tajemniczy, zdradzający akurat tyle, żeby zaintrygować czytelnika, ale nie mówiący nic konkretnego... W połączeniu z ciekawą okładką i wysokimi ocenami sprawił, że sięgnęłam po książkę Tucker prawie bez wahania. Nie do końca żałuję, ale daleko mi do zachwytów.

Kilka lat temu życie dwudziestojednoletniej Kacey Cleary rozpadło się na kawałki. Wraz z młodszą siostrą Livie, z biletami autobusowymi w kieszeni, wyruszają do Miami.
Goniąc za marzeniami i uciekając przed koszmarem, dziewczyny trafiają do apartamentowca niedaleko plaży. Rozpoczynają nowe życie.
I wszystko przebiegałoby zgodnie z planem, gdyby Kacey nie spotkała Trenta Emersona z mieszkania 1D. Zamknięta w sobie dziewczyna nie chce niczego czuć. Tak jest bezpieczniej. Dla wszystkich. Jednak w końcu ulega, otwiera serce i zaczyna wierzyć, że może pozostawić za sobą koszmarną przeszłość, by zacząć od nowa. Niestety okazuje się, że nie tylko Kacey kryje tajemnicę. Pozornie perfekcyjny mężczyzna ukrywa prawdę o wydarzeniach, których nie da się wybaczyć.
Piękna powieść o bliznach, o których nie można zapomnieć, o winie, której nie da się odkupić i o światełku w tunelu, które sprawia, że nawet najbardziej poraniony człowiek szuka w sobie siły, która pozwoli mu wykonać dziesięć płytkich oddechów…

Ta książka to prawdziwy rollercoaster emocji.

Liczyłam na tą emocjonalną przejażdżkę. Miałam nadzieję, że będę mogła płakać i śmiać się z bohaterami, przeżywać z nimi wzloty i upadki. Niestety tak się nie stało. Nie podoba mi się kreacja Trenta i Kacey. Zupełnie nie mogłam się z nimi zżyć, a ponieważ zajmują lwią część historii, nie mogłam także ich ignorować. Autorka przepuściła dziewczynę przez piekło, tylko po to, żeby później jej życie było okropne, a na koniec zafundowała jej lukrowane szczęście - odnoszę wrażenie, że za bardzo to wszystko przerysowała. Dodatkowo irytowała mnie relacja jej i Olivii, która znowu jest idealna, aż zbyt słodka. Sama mam brata i nikt mi nie wmówi, że zawsze jest tak kolorowo i przyjemnie, bo z nikim się tak dobrze nie kłóci, jak z rodzeństwem. Brakuje mi również realnego spojrzenia na Zespół Stresu Pourazowego, na który cierpi bohaterka - odnoszę wrażenie, że autorka kierowała się informacjami z filmów fabularnych - czyli brakuje tu porządnie wykonanego rozpoznania.  Do tego dochodzi Trent, czyli przystojny, idealny chłopak, który wszystko zmienia w życiu Kacey i dzięki niemu ona ma ochotę być lepszą osobą, przyjaźnić się z ludźmi itd. Czyli dokładnie to, co widziałam wiele razy wcześniej. Tajemnic głównego bohatera domyśliłam się zbyt szybko, a cała ta opowieść wydała mi się mocno przerysowana. Zakończenie nie wywołało we mnie żadnych większych emocji, było dokładnie takie, jakiego się spodziewałam.
 
Chciałabym powiedzieć, że było coś w tej powieści, co wynagrodziło mi to wszystko. K.A. Tucker porusza trudny temat radzenia sobie ze stratą czy PTSD. Pokazuje również jak straszne mogą być skutki jazdy pod wpływem alkoholu i podkreśla bardzo ważny fakt - pijany kierowca nie naraża tylko swojego życia, ale jest zagrożeniem dla wszystkich uczestników ruchu. Styl autorki jest przyjemny, a narracja jest prowadzona przez Kacey w czasie teraźniejszym. 

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. To nie tak, że próbuję Was zniechęcić i zdaję sobie sprawę, że książka zbiera bardzo dobre recenzje i opinie, a to znaczy, że podoba się wielu osobom. Myślę, że szczególnie przypadnie do gustu zagorzałym fanom New Adult zwłaszcza tym, którzy większą uwagę zwracają na przekaz książki niż na samą fabułę. Dla mnie jednak czegoś w tej powieści zabrakło.

Moja ocena : 5/10

Skończyłam czytać : sierpień 2015
Ocena z Lubimy Czytać : 7,96/10
Ocena z empik.com : 4,6/5
Ilość stron : 418
Data wydania : 18 czerwca 2014
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Filia
Tłumaczenie : Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki) : 39,90 zł

-Ignoscentia, to po łacinie.
-Co?
-Przebaczenie. (...)
-Dlaczego masz go na plecach?
-Ponieważ przebaczenie ma moc uzdrawiania. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania : Czytam Opasłe Tomiska

#17 Recenzja - After. Ocal mnie


Jest spora różnica między niemożnością życia bez kogoś,
a kochaniem go.

Choć zakończenie drugiej części After nie było tak spektakularne jak pierwszej, nie zmienia to faktu, że natychmiast chciałam sięgnąć po kontynuację - co oczywiście niezwłocznie zrobiłam. Przede wszystkim dlatego, że ta seria zdecydowanie skradła moje serce.

Uwaga, opis może zawierać spojlery z poprzednich części.

Tessa wybaczyła Hardinowi kłamstwo, a teraz sama ukrywa przed nim prawdę. Chce wykorzystać wielką szansę w karierze, ale wie, że to będzie cios dla jej związku. Gdy Hardin dowie się o jej przeprowadzce, wpadnie we wściekłość. Aby zatrzymać Tessę przy sobie, nie cofnie się przed niczym. Nawet przed wystawieniem na próbę jej zaufania. I to właśnie teraz, gdy jej najbliżsi przyjaciele okazali się największymi wrogami. Jedyną osobą, na której może polegać, jest Zed… Czy Hardin zaakceptuje decyzję Tessy o wyjeździe?  Czy Tessa zerwie znajomość z Zedem? A może zbliży się do niego jeszcze bardziej?   (źródło: Lubimy Czytać)

Moim zdaniem jest to dotychczas najlepsza część serii i, tego co widziałam, nie tylko ja tak uważam. Mam wrażenie, że autorka powoli próbuje wyrwać bohaterów z zaklętego kręgu kłótni, seksu i godzenia się,  choć szczerze mówiąc nie wiem jak jej to wyjdzie (ani czy faktycznie ma taki zamiar). Jednak nie umknęło mojej uwadze, że jest coraz mniej scen erotycznych, jak i samych sprzeczek. To zdecydowany plus, bo Anna Todd mogła się skupić na fabule, w której wiele się dzieje. Przede wszystkim pojawia się wiele nowych postaci drugoplanowych, które bardzo polubiłam i są wspaniałym uzupełnieniem tej historii. Na jaw wychodzą też fakty z przeszłości zarówno Tess, jak i Hardina, ale chociaż wiedziałam, że dzieciństwo obojga nie było jak z bajki, do tej pory autorka raczej nie skupiała się na tym temacie. Wszystko kręciło się w okół niedopowiedzeń i aluzji. Z radością oznajmiam, że wiele się dowiedziałam o minionych wydarzeniach, które pokazały mi w nowym świetle głównych bohaterów i ich problemy. Przede wszystkim mam tutaj na myśli Hardina - gniewnego, zazdrosnego, niepoprawnego chłopca, który kocha Tess ze wszystkich sił i tylko dla niej się stara się być lepszym. Już przy okazji poprzednich recenzji wspomniałam o swojej miłości do tej postaci i absolutnie to podtrzymuję, po prostu go uwielbiam. Krótko mówiąc: gdyby Afer było totalnym 'gniotem', ale byłby tam ten sam Hardin, i tak bym czytała. Niemniej bardzo mnie cieszy, że tak nie jest ;). Mam wrażenie, że poprawie uległ też styl Anny Todd, a kolejne rozdziały stają się coraz bardziej przemyślane. Zakończenie dosłownie rozwaliło mnie na kawałki (ktoś serio powinien coś z tym zrobić) i nic nie sprawia mi takiej radości, że kolejny tom zaraz będzie w moich rękach. Jednak uczciwie przyznam, że jest mi żal powoli kończyć moją przygodę z After, ale jeszcze nie raz wrócę do tej opowieści.

Zawsze mam wrażenie, że opinie o kolejnych tomach serii to bardziej zbiór moich przemyśleń niż faktyczna recenzja i tak właśnie możecie je potraktować ;). Uwielbiam to, że mam się z kim nimi podzielić, a rosnące liczby komentarzy i wyświetleń niesamowicie mnie motywują. Dziękuję Wam, że jesteście i macie ochotę czytać to, co piszę <3.

Słów kilka ode mnie, nie do końca na temat
  
*Tak już mam, że jak skończę pisać to lubię poczytać opinie innych o danej pozycji i najchętniej robię to portalu Lubimy Czytać. I tu mam pewne spostrzeżenie, które normalnie aż mnie zakuło. Jeśli czytam recenzje pierwszych tomów nie jestem zaskoczona ich rozbieżnością. Po daną książkę sięgamy z różnych powodów, a ile osób tyle będzie o niej opinii. I autentycznie to uwielbiam. Każdy z nas ma swój gust, każdy inaczej patrzy na daną pozycję i na inne sprawy będzie zwracał uwagę. Dlatego nigdy nie kwestionuje tych słów, nawet jak widzę swoją ulubioną książkę obsmarowaną od góry do dołu. Wtedy przypominam sobie słynne 'o gustach się nie dyskutuje' i przechodzę nad tym do porządku dziennego. Widzę słowa odnoszące się do drugiego tomu serii i myślę sobie 'czasem dobrze jest się przekonać, co innego autor może mi zaproponować, może tylko poprzednia książka była średnia...' - to też w pełni rozumiem i popieram. No ale jak widzę zdegustowane opinie pod trzecią już książką to podnosi mi się ciśnienie. Oczywiście nie w takim sensie, że akurat ta nie przypadła komuś do gustu, tylko lepiej napisać 'ogólnie żadna mi się nie podobała, ta seria jest okropna, nie wiem po co w ogóle to czytam, nie rozumiem jej fenomenu' - normalnie krew mnie zalewa, zwłaszcza przy tym ostatnim. Jak nie rozumiesz, o co takie halo? Między innymi z powodu takich osób jak ty, proszę przynajmniej przyznaj się, że coś cię zaintrygowało w tych książkach, skoro najwyraźniej wciąż sięgasz po kolejne tomy. Nie twórzmy loży szyderców działającej na zasadzie - przeczytam tylko po to żeby skrytykować. Gdzie tu jest radość, która powinna towarzyszyć poznawaniu nowych historii? Nie zawsze są one dobre, sama niejednokrotnie trafiłam na książki, które po przeczytaniu rzuciłam w kąt, ale czy to znaczy, że należy zapomnieć o tym DLACZEGO czytamy? Fenomen tej serii być może nie ma pokrycia w treści, ale hej - nie każda książka, którą czytam musi być arcydziełem literackim i nie każda wniesie coś do mojego życia. Ale czy to znaczy, że musi mi się nie spodobać? Historia Tessy i Hardina, choć w dużej mierze odrealniona zapewniła mi wspaniały czas podczas lektury i wywoła całą gamę emocji, krótko mówiąc znalazła sobie specjalne miejsce w moim sercu. Przepraszam, że tak długo nie na temat, miało być tylko kilka słów, a tu wena dopisała i proszę, co z tego wszyło ;).*

Jeżeli jeszcze nie zachęciłam Was do sięgnięcia po After, mam nadzieję, że teraz tak się stanie. Seria Anny Todd to wyjątkowa pozycja, która staje się coraz lepsza, ale zdecydowanie należy podejść do niej z pewnym dystansem. Nie dajcie się przestraszyć ilości stron, wraz z kolejnymi tomami czyta się ją coraz szybciej. Nigdy nie ukrywałam, że w pewnym stopniu trzyma się dość utartego schematu, ale autentycznie mi on nie przeszkadza, a w tym tomie powoli się zaciera, dzięki czemu te książki są coraz lepsze.

Moja ocena : 8/10

Skończyłam czytać : sierpień 2015
Ocena z Lubimy Czytać : 8,07/10
Ocena z empik.com : 4,5/5
 Ilość stron : 858
Data wydania : 15 czerwca 2015
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Między Słowami
Tłumaczenie : Agnieszka Myśliwy
Cena (z okładki) : 39,90 zł



Zaciskam zęby na poduszce i łamię własną obietnicę.
Zaczynam płakać. Nie nad sobą. Płaczę nad Hardinem,
chłopcem, który nie wie, jak traktować ludzi, na których
mu zależy, chłopcem, który ma koszmary, gdy nie śpię
z nim, ale który powtarza, że mnie nie kocha. Chłopcem,
któremu naprawdę trzeba przypomnieć, co to jest samotność.


Książka przeczytana w ramach wyzwań :
11/52

#16 Recenzja - After. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem



Nie mógłbym sobie tego wyobrazić – nawet w najbardziej
popieprzonych snach nie zdarzyło się, żebym czuł taki ból.
Żądło utraty, tak to podobno nazywają. […]
To wszystko przeze mnie. Zniszczyłem ją i to co mieliśmy

Pierwsza część zostawiła mnie błagającą o kolejne, dlatego nie chcąc czekać zamówiłam kolejne tomy serii już w Chorwacji i tak szybko jak wróciłam, zaczęłam czytać. Nie ma ani grama przesady w słowach, że świat After pochłonął mnie i nie chce wypuścić. 

Uwaga opis może zawierać spojlery z pierwszej części.

Wydawałoby się, że Tessa i Hardin pokonali większość swoich problemów i w końcu mogą skupić się na wspólnej przyszłości, jednak kolejne sekrety wychodzą na jaw. Kiedy dziewczyna dowiaduje się co kierowało Hardinem na początku ich znajomości, cały jej świat rozpada się w ułamku sekundy. Jest zdeterminowana, żeby odciąć się od niego i najchętniej wymazałaby z pamięci ostatnie dwa miesiące. Czuje się oszukana i zraniona, że ukochany mógł zrobić coś tak okropnego. Chłopak zdaje sobie sprawę ze swoich błędów i gorąco pragnie się zmienić. Tylko czy Tess znajdzie w sobie siłę, żeby mu wybaczyć? 

Miłość nie zawsze jest piękna. Czasem przejawia się w krzykach i płaczu, jest pełna nieporozumień oraz kłótni. W dobie popularności idealnych love story, gdzie pary idealnie się uzupełniają i dosyć szybko uzyskują swój wymarzony happy end, Anna Todd serwuje nam historię miłosną, której daleko do bajki o kopciuszku. 

Autorka wrzuciła mnie na emocjonalny rollercoaster, podczas którego Tessa i Hardin utknęli w niekończącym się cyklu pożądania, kłótni i godzenia się. Te sytuacje, choć tak do siebie podobne, wywoływały we mnie całą gamę różnych uczuć. Wbrew pozorom wcale nie irytują, ale dzięki nim mogłam dostrzec złożony charakter obu postaci i trudności jakie muszą pokonać, aby być razem. W tej części autorka oddała głos również Hardinowi, a ja całkowicie pokochałam ten zabieg. Pozwolił mi wejrzeć w umysł bohatera i sprawił, że na stałe trafił on do czołówki moich ukochanych postaci. Anna Todd ma bardzo prosty, przejrzysty styl pisania i nigdy nie musiałam zastanawiać się, czy właściwie odebrałam jej tekst. Nie przeszkadzały mi nawet wulgaryzmy (choć w niektórych pozycjach niemiłosiernie kują w oczy), ponieważ po prostu idealnie wpasowują się w charakter chłopaka i, tak naprawdę, dodają mu realizmu. Zakończenie może nie jest tak spektakularne, ale zdecydowanie zachęca, aby jak najszybciej sięgnąć po kolejną część perypetii 'Hessy'.

Nie będę Was okłamywać, że w ta seria jest wyjątkowo głęboką pozycją, w której brakuje schematów, ponieważ wręcz tam od nich kipi. Ale wiecie co? Kicham na to (tak wiem, wyjątkowo kolokwialne wyrażenie). Książki nie są od tego, żeby wyłapywać w nich wady i podobny zarysy fabuły, bo jeśli mają w sobie coś szczególnego, to na pewno to odczuję. Przede wszystkim jestem pełna podziwu, że autorka potrafi wciągnąć mnie w swój świat bez większego wysiłku i - z niesłabnącą ciekawością - śledzę losy głównych bohaterów.

Jedyne, co autentycznie działało mi na nerwy, to postawa Tessy w tym tomie. Zdaję sobie sprawę, że ma dopiero osiemnaście lat, jednak wydawała mi się dużo dojrzalsza w poprzedniej części. Rozumiem też, że była zła i zraniona, ale czasami miałam ochotę solidnie nią potrząsnąć. I troszeńkę mnie irytuje, że słabo sama radzi sobie z problemami. Ponieważ przeczytałam już trzecią część i myślę, że jest jeszcze lepsza, tylko dlatego ,,Już nie wiem kim bez ciebie jestem" otrzymuje jedną kreseczkę w dół w porównaniu do poprzedniczki.

Dalej z przyjemnością polecam serię After każdej romantyce, a zwłaszcza tym, które - tak jak ja - darzą niewytłumaczalną sympatią złych chłopców. Ta książka sprawiła, że śmiałam i denerwowałam się razem z bohaterami, co więcej z wypiekami na twarzy śledziłam ich kolejne kłótnie. Może fabuła nie jest zbyt oryginalna, ale to nie zmienia faktu, że ją pokochałam, jak również, że seria Anny Todd bezpowrotnie skradła moje serce i jeszcze nie raz do niej powrócę.

Moja ocena : 7/10

Skończyłam czytać : sierpień 2015
Ocena z Lubimy Czytać : 7,47/10
Ocena z empik.com : 4,4/5
 Ilość stron : 755
Data wydania : 6 kwietnia 2015
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Między Słowami
Tłumaczenie :Krzysztof Skonieczny
Cena (z okładki) : 39,90 zł

Landon spogląda na mnie z wielkim współczuciem w oczch.
-To, że nie potrafi cię kochać tak, jak tego chcesz,
nie znaczy, że nie kocha cię ze wszystkich sił - mówi. 


Książka przeczytana w ramach wyzwań :
10/52

#15 Recenzja - Co, jeśli...


Wyrzuty sumienia to przebiegłe bestie.
Ranią głęboko, a kiedy rana już się zabliźnia, posypują ją solą.

A gdybyśmy dostali jedną szansę, żeby wszystko zmienić? 

,,Co, jeśli..." to kolejna powieść autorki bestsellerowej serii Oddechy. Jakby co, to nie moje słowa, tylko napis na okładce. O tej 'bestsellerowej serii' słyszałam, ale to moje pierwsze spotkanie z twórczością Rebecci Donovan i muszę przyznać całkiem udane, gdyby nie pewne ale...

Na końcu książki znajduje się nota od autorki, w której prosi o uniknięcie spojlerów w recenzjach, dlatego szanując tą prośbę i kierując się własnym, niejasnym przeczuciem, że nie wiem ile opisu to za dużo, w tym przypadku zdecydowałam się przytoczyć ten Wydawnictwa Feeria. Poza tym całkiem dobrze oddaje fabułę i w sumie nie mam nic do dodania, choć odrobinę go pozmieniałam ;).
   
Cal Logan doznaje szoku, gdy widzi Nicole Bentley siedzącą naprzeciwko niego w kawiarni tysiące mil od ich rodzinnego miasta. Przecież od ponad roku – gdy oboje skończyli szkołę – nikt jej nie widział ani o niej nie słyszał. Tylko że to nie jest Nicole.
Wygląda dokładnie jak przyjaciółka Cala z dzieciństwa, ale nazywa się Nyelle Preston. Jest przeciwieństwem Nicole: impulsywna i odważna, zaraża wszystkich wokół pasją życia i ma mnóstwo szalonych pomysłów, przez co Cal jest nią zafascynowany. Ale Nyelle kryje też wiele tajemnic, a im bardziej chłopak zbliża się do rozwiązania jej zagadek, tym mniej chciałby wiedzieć.
Gdy tajemnice z przeszłości i teraźniejszości zderzają się, jedno staje się jasne: nic nie jest takie, jakim się wydawało…

Muszę się Wam przyznać, że strasznie długo zajęło mi napisanie tej recenzji. Jakoś nie potrafiłam zebrać słów i wyrazić swojej opinii, dlatego przepraszam jeśli będę trochę chaotyczna. Jednak w końcu jestem w domu i czas nadrobić te wszystkie zaległości.

To może zacznę od tego, co urzekło mnie w tej powieści. Przede wszystkim bohaterowie, którzy są tak różni, ale jednak wspaniale się dopełniają, a żaden z nich 'nie ginie w tłumie' jak to się mówi. Autorka wykreowała barwne, nietuzinkowe postaci, do których łatwo zapałać sympatią. Naturalnie mam tutaj na myśli tych głównych. O ile Cal trochę wpisuje się w schemat gatunku (przystojny, dosyć popularny) to Nyelle nie jest zastraszoną, szarą myszką, która szuka mocnego, męskiego ramienia. Pokochałam Rae, a Richelle skradła moje serce swoim podejściem do życia, zwłaszcza jako mała dziewczynka. Akcja rozpoczyna się w momencie, kiedy Cal jest już na studiach, ale jest przeplatana licznymi retrospekcjami, które rozpoczynają się, kiedy bohaterowie idą do czwartej klasy. Jest to ogromna zaleta powieści, ponieważ czytelnik zdaje sobie sprawę, że te dwie rzeczywistości muszą się kiedyś zderzyć i sprawiło, że niecierpliwie odwracałam kolejne stronice. Intrygowała minie też wszechobecna tajemnica. Widać, że Rebecca Donovan ma wyrobiony warsztat pisarski - fabuła jest spójna, nie ma w niej niejasnych zawirowań czy nagłych przeskoków, co sprawiło, że szybko zleciała mi ta powieść. Przyznam się jeszcze, że ostatnie strony wycisnęły ze mnie łzy.

Wiecie jak to jest, jeśli przez dobre zakończenie jesteście w stanie wiele wybaczyć danej książce, a wszystkie jej wady wydają się jakby mniej rażące? Po porostu całkiem inaczej patrzy się na całokształt książki niż na poszczególne jej fragmenty. Jednak zdecydowanie nie mogłam przeboleć niektórych spraw.

Przez pierwsze sto stron ,,Co jeśli..." skradło moje serce. Wyżej wspomniane retrospekcje i cała ta tajemnica sprawiały, że byłam pewna iż nie będę się nudzić. Cóż 'myślał indyk o niedzieli...'. W pewnym momencie jednak akcja zdecydowanie wyhamowała i jakoś coraz mniej spieszyło mi się do odkrycia sekretów Nyelle. Niby fabuła się kręciła, ale po kolejnej setce miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt, ewentualnie przekartkować na ostatnie strony i po prostu sprawdzić jak to się wszystko zakończy. Jednak muszę przyznać, że cieszę się iż tego nie zrobiłam, a w pewnym momencie znowu z przyjemnością zatopiłam się w historię. Nie wiem, czy mogę Wam napisać, że nie spodziewałam się takiego zakończenia, bo najczęściej nawet się nad tym nie zastanawiam i czekam, co może mi zaoferować książka, choć w pewnym momencie taki scenariusz przeszedł mi przez myśl, ale jest ono zdecydowanie na plus.

Jednak mimo 'ale' ,,Co, jeśli..." bardzo mi się podobało i nie dziwię się tak dobrym opiniom jak i rekomendacjom. Książka zdecydowanie ma głębokie przesłanie i poruszy coś we wrażliwszych czytelniczkach. Dla mnie było troszeczkę za mało akcji, a główna para - lubię ich, nie zrozumcie mnie źle - nie skradła mojego serca. Chętnie sięgnę po serię Oddechy Rebecci, ponieważ bardzo dobrze czytało mi się tę książkę i jestem ciekawa innych dzieł autorki. Polecam ją głównie fanom NA i romansów, którzy nie spodziewają się zawrotnego tempa akcji ;).

Moja ocena : 7/10
Skończyłam czytać : 7 sierpnia 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,76/10
Ocena z empik.com : 4,6/5 
Ilość stron : 400
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : Feeria Young
Tłumaczenie : Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki) : 35,90 zł

Tyle razy rozmyślałam o decyzji, którą kiedyś podjęłam,
zastanawiając się, co by było, gdybym postąpiła wtedy inaczej?
Kim byłabym dzisiaj? Jak wyglądałoby moje życie? A co, jeśli... 

Jak wiele jesteście w stanie wybaczyć książce jeśli ma dobre zakończenie? :)



Książka przeczytana w ramach wyzwania : Czytam Opasłe Tomiska
9/52


PS. Aktualności dotyczące Book Tour będą pojawiać się w odpowiedniej zakładce w menu, na końcu strony wraz z datą publikacji.


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka