Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Kobiece. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Pozwól mi zostać” Tijan

Moja twarz. Moje ciało. Moje serce - to wszystko odeszło wraz z nią, bo ona była mną.
Moja siostra bliźniaczka zabiła się dziewiątego czerwca.
Następnego dnia miałyśmy skończyć osiemnaści lat.

Na długo przed oficjalnym wydaniem jakiejkolwiek książki Tijan w Polsce, zdążyłam ją pokochać za Broken and Screwd - cudowną serię, która chwyciła mnie za serce żelazną pięścią. Także byłam prze szczęśliwa na możliwość przeczytania innych jej dzieł, ale okazało się, że czegoś mi w nich brakowało. Nadal podobała mi się jej twórczość (wciąż tak jest), ale to nie było do końca to, czego po niej oczekiwałam. Aż do momentu, kiedy sięgnęłam po Pozwól mi zostać...

Zapytała, czy może zostać, a on jej pozwolił.
Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana. Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Okazało się, że Pozwól mi zostać to właśnie książka, która przypomniała mi za co tak bardzo pokochałam twórczość autorki. Jeżeli mieliście do czynienia tylko z jej powieściami wydanymi w Polsce to z pewnością odczujecie tę różnicę. Bo Tijan jeśli się postara świetnie potrafi grać na emocjach, a ja to uwielbiam. Poruszając temat straty, i to tak dotkliwej, autorka dała sobie szerokie pole do popisu, które zresztą w pełni wykorzystała, dosłownie doprowadzając mnie do łez. Historie, które to potrafią na stałe zajmują sobie miejsce w moim mózgu, a ja zawsze gorąco je polecam. Widzicie, wszystko rozbija się o to, że czytając tyle książek ile czytam, mając w pamięci przynajmniej zarys każdej z nich, wcale nie tak łatwo doprowadzić mnie do łez - potrafią to tylko historie, które są genialne już od pierwszych stron i utrzymują ten poziom przez całą lekturę.

W przeciwieństwie do Fallen Crest czy Antybrata w Pozwól mi zostać jest dużo bardziej emocjonalnie - na pierwszy plan wcale nie wysuwa się wątek miłosny, a ból Mackenzie po stracie siostry, a także obraz rodziny, która musi pogodzić się ze dotkliwym brakiem jednego członka. Wiadomo, że taka tragedia może ich nieodwracalnie rozdzielić lub sprawić, że więzi między nimi będą silniejsze niż kiedykolwiek. Tijan świetnie radzi sobie z opisaniem tego rozdarcia, problemów i wyzwań, które staną na drodze Mac i jej bliskich do "normalności". Bo jak można pogodzić się z brakiem osoby, która znała cię najlepiej na świecie? Właśnie to czeka główną bohaterkę i właśnie tego wszyscy od niej oczekują.

Chwila, w której czytelnik ma okazję poznać Mackenzie następuje tuż po stracie siostry, także nie mamy okazji poznać jej "przed". Dostajemy za to wgląd w jej zniszczoną duszę, ból który trawi ją od środka i krótkie fragmenty przeszłości, pozwalające dostrzec jak bardzo zmieniła ją śmierć bliźniaczki. I zabrzmię jak zdarta płyta, ale Tijan naprawdę świetnie poradziła sobie z ukazaniem zdewastowanej dziewczyny i przekazaniu czytelnikowi jej emocji. Poza fragmentem, gdzie faktycznie się popłakałam, przez większość czasu czułam ucisk w dołku - tak bardzo wczułam się w tę opowieść. Rayan okazał się idealny dla tej historii, bo stanowi opokę, której Mackenzie chwyciła się, kiedy tonęła w bólu. Był dla niej wsparciem, przyjacielem i osobą, która pozwalała jej złączyć na nowo kawałki jej strzaskanego serca. I absolutnie go za to uwielbiam, a jednocześnie wydaje się on ociupinkę zbyt idealny jak na mój gust. Do tej powieści pasował wręcz idelanie, więc nie będę się czepiać, ale cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada, że niewiele brakowało, żebym miała go dość - choć na szczęście do tego nie doszło. 

Pozwól mi zostać, w porównaniu z innymi książkami Tijan wydanymi w Polsce, zdecydowanie zwiera dużo większy ładunek emocjonalny - czyli dokładnie to, za co pokochałam jej twórczość i czego do tej pory nieskutecznie szukałam. Autorka świetnie radzi sobie z opisywaniem bólu towarzyszącego jej bohaterom, umiejętnie przelewając je na czytelnika. Jeśli nie jesteście fanami jej dotychczasowej twórczości gorąco zachęcam, do dania jej kolejnej szansy, bo Pozwól mi zostać to nie kolejny romans. To opowieść o tragicznej stracie i przeszywającym bólu, z którym trzeba nauczyć się żyć. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: październik 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,71/10
Ilość stron: 406
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 28 września 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



Czułam ją wszędzie.
Siedziała obok mnie.
Stała przy mnie.
Chodziła obok.
Była mną, ale ja już nie byłam nią.
Kątem oka spojrzałam na Rayana. [...]
Był jak opatrunek na moje rany - zakrywał je, ale tak naprawdę ich nie lezył. Rany wciąż były otwarte, a ja miałam nadzieję, że będę poruszać się na tyle szybko, że moje wnętrzności nie rozleją się dookoła. 

Recenzja - „Łzy Tess” Pepper Winters


Potwory odnajdują się wzajemnie w ciemności.

Nie o tym miałam dzisiaj pisać, ale właśnie skończyłam czytać Łzy Tess i stwierdziłam, że tym razem najlepiej będzie przelać uczucia na papier zaraz po lekturze. Na powieść Pepper Winters miałam ochotę od momentu, gdy pojawiła się w zapowiedziach, więc raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że nie mogłam się doczekać lektury. Gdy tylko pojawiła się na Legimi, czym prędzej się za nią wzięłam. 

Dwudziestoletnia Tess Snow prowadzi spokojne życie. Jest o krok od rozpoczęcia kariery na rynku nieruchomości, a jej c7hłopak to idealna mieszanka czułości i odpowiedzialności. Aby świętować ich drugą rocznicę, Brax robi jej niespodziankę i zabiera na wycieczkę do Meksyku.
Romantyczne plaże, gorący seks i świetna zabawa — tego spodziewa się Tess. Dziewczyna nie wie, że zostanie uprowadzona, odurzona narkotykami i sprzedana. Siłą wepchnięto ją w mroczny świat prostytucji i zdegradowano do roli zabawki. Jej nowy pan, tajemniczy Q, nie lubi się dzielić.
Czy Brax odnajdzie i uratuje Tess, zanim jej nowy właściciel całkowicie ją zniszczy? Czy dziewczyna odnajdzie w sobie siłę, aby walczyć o swoje bezpieczeństwo i wolność?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Lubię książki z motywem porwania - jest coś takiego w zagłębianiu się w psychikę ofiary i oprawcy, co sprawia, że nie mogę się oderwać od takiej lektury. Dotyk ciemności, Konsekwencje pożądania czy ostatnio przeze mnie czytane Skradzione laleczki to książki, o których nie da się łatwo zapomnieć, a ja jeszcze wiele godzin po skończeniu mogę analizować motywy bohaterów. Dlatego z taką niecierpliwością czekałam na Łzy Tess. Liczyłam na to zamieszanie uczuć, które zawsze ogarnia mnie przy takich powieściach. Liczyłam na emocje i konkretny, dobry portret psychologiczny postaci. Liczyłam na wartką akcję i historię od której nie będę mogła się oderwać. Liczyłam... ehh... na wiele. Otrzymałam bubel.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że im większe masz oczekiwania wobec danego tytułu, tym większe są szanse, że się zawiedziesz. I z doświadczenia mogę to potwierdzić. Ale z drugiej strony dobra książka, to dobra książka i sama może się obronić - niestety dla mnie Łzy Tess tego nie zrobiły. Mam wrażenie, że Pepper Winters tak mocno starała się zaszokować czytelnika, że napychała swoją książkę coraz to mocniejszymi scenami, zapominając, że poza nimi w tej historii nic się nie dzieje. Zabrakło czegoś, co skleiłoby tę opowieść do kupy. Określanie tej książki jako dark zakrawa na obrazę dla świetnie napisanych książek w tym gatunku - jak choćby wspomniany przeze mnie wyżej Dotyk ciemności. C.J. Roberts gra na emocjach, a choć w scenach erotycznych wcale się nie hamuje, wszystko dobrze ze sobą gra i zabiera czytelnika w mroczne odmęty. Natomiast Winters choć kontrowersyjna, nie ma tej magii w swojej książce. To, co działo się z Tess zupełnie mnie nie ruszało, a w książce na próżno szukać jakiejkolwiek logiki.

Relacja głównych bohaterów jest śmiechu warta. Gdy Q. pojawia się w odległości 15 metrów od bohaterki, ta jest gotowa rozkładać dla niego nogi, a jedyne co ją hamuje to fakt, że on technicznie jest jej oprawcą. Zresztą o tym fakcie Tess zapomina i przypomina sobie tylko w dogodnych dla niej momentach. W jej zachowaniu, myśleniu i decyzjach brakuje konsekwencji i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Są bohaterowie, którzy w zamierzeniu mają być antypatyczni, ale mimo to czytelnik docenia ich kreację. W tym wypadku nie wiem, co właściwie chciała osiągnąć Winters, bo jeśli jej celem było wzbudzenie sympatii do Q. i Tess to zupełnie jej nie wyszło. Kobieta była tak irytująca w swoich działaniach, że jakoś nie ruszało mnie nic, co się z nią działo - a skoro autorka mocno chciała zbulwersować czytelnika, to możecie się domyślić, że Łzy Tess nie koniecznie opierają się na zbliżeniach bohaterów w pozycji misjonarskiej. A mimo to nie określiłabtm tej książki inaczej niż romansem z paroma mocniejszymi scenami. Żebym mogła chociaż powiedzieć, że tę opowieść ratuje Q., no ale się nie da. Jego zachowanie wcale nie ma więcej logiki niż jej. Darzę go mniejszą niechęcią, tylko dlatego, że autorka postanowiła oszczędzić mi wejścia w jego umysł i nie ma narracji z jego perspektywy.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, że nie kupiłam książki w wydaniu papierowym. Na Łzy Tess czekałam z gigantycznym entuzjazmem, który zamienił się w głębokie rozczarowanie. I choć może nie jest to historia tragiczna, to brak w niej logiki i, przede wszystkim, emocji. Znalazło się tam trochę brutalnych scen, więc niech wrażliwcy mają na to baczenie, ale cała ta książka jako dark erotic to jeden wielki niewypał. Winters tak bardzo skupiła się na kontrowersyjności, że zabrakło jej jednej bardzo istotnej rzeczy - fabuły. 

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 17 sierpnia 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

- Są pewne rzeczy, które musisz zrozumieć.
- Jedyną rzeczą, którą muszę zrozumieć jest to, że jesteś potworem, który mnie kupił. Ukradłeś moje życie. Moich bliskich. Zabrałeś wszystko. I tylko to muszę zrozumieć.

Recenzja - „Dearest Clementine” Lex Martin


Czekam na jeszcze jedną złą wiadomość, bo gówniane wieści zawsze chodzą trójkami.

Pierwszym, co przyciągnęło mój wzrok do Dearest Clementine to śliczna okładka - delikatna i dziewczęca sprawiła, że mimo mojej niechęci do New Adult na dłużej zawiesiłam na niej oko. Dodatkowo wyjazdy zawsze sprawiają, że mam ochotę na książki, które są lekkie, urocze i romantyczne, dlatego postanowiłam sięgnąć po książkę Lex Martin właśnie teraz.

Clementine to dziewczyna, która musi nauczyć się na nowo kochać. Wydawałoby się, że jej życie jest równie zjawiskowe, jak ona. Jednak problemy z rodzicami, zdrada ukochanego chłopaka oraz napaść seksualna ze strony nauczyciela sprawiły, że stała się nieufną i zamkniętą w sobie osobą.
Clementine wyznaje zasadę, że z nikim się nie umawia. Kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny Gavin, chłopak, którego każda dziewczyna chciałaby spotkać na studiach, wiele się zmienia.
Z czasem zbliżają się do siebie. Kiedy wplątują się w historię tajemniczego zaginięcia studenta, Clementine nieświadomie staje się celem. Gavin wie, że musi być ostrożny, bo zagrożone jest nie tylko serce, ale też życie jego dziewczyny. 
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Był taki czas, kiedy New Adult po prostu mi zbrzydło. Dramaty bohaterów wszędzie wydawały się zrobione na jedno kopyto, a ich rozwiązaniem zawsze była miłość. Nie ważne z jak dużymi trudnościami się mierzyli i jak wiele mieli do pokonania nagle bum! - są zakochani, a problem jakby nigdy nie istniał. W końcu zamiast poruszać we mnie czułe struny, ich problemy zaczęły mnie irytować, więc stwierdziłam, że czas na przerwę. I choć trochę już minęło od tego czasu, kiedy widzę w opisie wzmiankę o NA, nadal podchodzę do takich książek jak do jeża. Ale kurczę ta okładka ciągnęła do siebie mój wzrok praktycznie od pierwszej zapowiedzi i dla Dearest Clementine postanowiłam zrobić wyjątek. Okazało się, że to była dobra decyzja. Lex Martin stworzyła powieść, która pochłonęła moje popołudnie bez reszty.
Pierwszy rozdział ma dla mnie spore znaczenie - nie ze względu na fabułę, ale jest to swego rodzaju test dla stylu autora. Jeśli jest dobry, nawet kiepskie historie czyta się szybko, jeżeli już na tym etapie jest źle, to nawet najlepsza fabuła sprawia, że czytanie jest drogą przez mękę. Patrząc na to kryterium Dearest Clemenine wypada naprawdę dobrze. Od pierwszych stron miałam poczucie, że pióro autorki jest lekkie, z idealnie omierzonymi proporcjami dialogów do opisów. Zwróciłam na to uwagę przez to, że ostatnio przy lekturze Vi Keeland pod tym względem było wyjątkowo źle. A tak to zwykle bywa, bardziej niż zwykle doceniłam coś, czego mi ostatnio zabrakło. Całość czyta się błyskawicznie, pisarka dobrze przeplata elementy fabuły, zgrabnie dozując fragmenty romansu, problemów i małych dramatów, tak że przy Dearest Clementine nie sposób się nudzić. Jako urozmaicenie Martin postawiła na wątek kryminalny - notabene wspomniany w ostatnim akapicie opisu - ale nie spodziewajcie się go zbyt wiele. Mnie osobiście bardzo odpowiadała tylko wzmianka o nim, choć nie da się nie zauważyć, że został potraktowany trochę po macoszemu. Zamysł był bardzo dobry, trochę zawiodło wykonanie, bo mógł się z tego zrobić ciekawy fragment.

Wyjątkowo polubiłam bohaterów. Trochę wycofana Clementine i uroczy Gavin to połączenie, które zdało egzamin. Czytelnik ma okazję dużo lepiej zrozumieć dziewczynę i jej zachowanie, ponieważ to ona prowadzi narrację, ale jest też dużo bardziej złożona niż on, więc fabuła na tym zyskuje. Słodki i opiekuńczy Gavin stara się ją wyciągnąć ze skorupy, w której się zamknęła, ale bardzo podobało mi się, że Clem nie robi z siebie ofiary losu. To zawsze była jedna z moich bolączek z NA - tak jakby bohaterki nie miały żadnego pomysłu na życie bez faceta. Tymczasem tu ten wątek jest zrobiony bardzo delikatnie, a fabuła nie skupia się na monologach Clementine o tym jak bardzo nie zasługuje na miłość, szczęście etc. Nie byłam też zadowolona widząc niektóre decyzje Gavina, były momenty, kiedy uważałam go za buca, ale jak to zwykle bywa ostatecznie mnie do siebie przekonał. Na uwagę zasługują też dobrze wykreowanie postaci drugoplanowe, które mają swoje pięć minut w fabule, a nie stanowią tylko jednolitego tła dla głównej pary. Przyjaciele bohaterów mają zróżnicowane osobowości i przyjemnością dowiedziałabym się więcej o ich dalszych losach.

Jedyne, co miałabym do zarzucenia książce Lex Martin to schematyczność. Nie da się ukryć, że motywy, które wykorzystuje autorka już się pojawiały, ale mimo to - podane w taki sposób - są jak najbardziej zjadliwe. Oryginalność fabuły to zawsze plus dla twórcy, a mimo to w Dearest Clementine jej brak zupełnie mnie nie dotknął. To jedna z tych książek, które po prostu dobrze się czyta, zwłaszcza w upalne letnie wieczory. Ociupinkę też zabrakło rozłożenia fabuły w czasie, choć na szczęście nie była to jeden z tych super błyskawicznie rozwijających się relacji i wyznawania sobie miłości po jednym dniu.

Dearest Clementine to świetna książka na wakacje. Zawiera akurat na tyle dużo dramy, że nie sposób się przy niej nudzić, a przy tym tworzy ona bardzo zgrany zespół z resztą fabuły. Lekkie pióro autorki sprawiło, że połknęłam tę powieść dosłownie w jedno popołudnie i spędziłam je z prawdziwą przyjemnością. To  było bardzo udane pierwsze spotkanie z Lex Martin i jestem ogromnie ciekawa, co jeszcze pokaże mi autorka. To nie jest wprawdzie powieść idealna, ale tak dobrze wpasowała się w to, na co aktualnie miałam ochotę, że chciałabym jeszcze do niej wrócić. Ja z mojej strony serdecznie Wam ją polecam - zwłaszcza na aktualne, letnie wieczory.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus


Kiedy patrzę w lustro, nie podoba mi się to, co widzę. Na początku chodziło tylko o przeżycie - dotarcie na kolejne zajęcia, przyjście na czas do pracy, mieszkanie z obcymi ludźmi - ale teraz, kiedy rozpracowałam najważniejsze problemy, nadal zakładam zbroję, podczas gdy życie tak naprawdę przepływa obok mnie. I mimo że sama myśl o zbliżeniu się do Gavina sram w gacie ze strachu, to kiedy jestem blisko niego, przypominają mi się czasy, gdy żyłam beztrosko, lubiłam ryzykować i byłam dziewczyną, z którą inni lubili przebywać

Recenzja - „Tylko twój” Vi Keeland


Nie tak dawno temu gorąco chwaliłam Vi Keeland za Egomaniaca. Tamta książka zrobiła na mnie świetne wrażenie - lekka i zabawna lektura do której, w przeciwieństwie do poprzednich powieści autorki, z przyjemnością bym wróciła. Podobnym miłym zaskoczeniem był dla mnie Bossman, utrzymany w podobnym klimacie jak Egomaniac i równie warty polecenia. Po tych dwóch spotkaniach nikogo raczej nie zdziwi fakt, że sięgnęłam po najnowszą propozycję autorki nastawiona na kolejną świetną przygodę. Ze smutkiem stwierdzam, że tym razem okropnie się zawiodłam.

Gorący playboy i milioner, który może być kimś więcej niż tylko letnim romansem
To miał być wymarzony miesiąc miodowy. Turkusowa woda, spacery w blasku księżyca, gorące słowa i gorące chwile z ukochanym mężczyzną. Do pięknego obrazka zabrakło tylko… pana młodego. Sydney zerwała z narzeczonym dwa miesiące przed wymarzonym ślubem. Nie zamierza jednak rezygnować z miesiąca miodowego i wyrusza z przyjaciółką na wakacje. Na miejscu poznaje Jacka, z którym spędza kilka upojnych i niezobowiązujących chwil. Sydney nie spodziewa się, że letni flirt przerodzi się w coś więcej. Jednak Jack jest typem faceta, o którym niełatwo zapomnieć.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Od początku zapowiadało się na katastrofę. Gdzieś ulotnił się lekki styl autorki i stał się jakiś toporny, sprawiając, że już po prologu musiałam się upewnić, czy to naprawdę książka Vi Keeland. Nie wiem, co się stało, że to tak bardzo nie grało, ale przez większość czasu miałam wrażenie, że zamiast powieści czytam relację przeplataną wypowiedziami bohaterów. Zabrakło płynnych przejść pomiędzy kolejnymi dniami, wątkami... praktycznie wszędzie. Nie pomagają też fatalne dialogi pomiędzy postaciami, zwłaszcza te w sytuacjach intymnych. Kojarzycie te książki, gdzie sprośny bełkot przyprawia Was o śmiech i rumieńce zażenowania? Tak, to właśnie jedna z nich. W kółko przewijają się te same odzywki, które zdążyły mi zbrzydnąć jeszcze przed połową tej książki.

Może chociaż gdyby tak fabuła była naprawdę interesująca to mogłaby poratować trochę sytuację, ale niestety prawie nie istnieje. Jedyną nietypową sprawą jest zawód Jacka, a tak poza tym to wszystko toczy się tak jak w setkach innych książek, przy czym większość akcji stanowi horyzontalne mambo pomiędzy głównymi bohaterami. Wygląda to mniej więcej tak: Jack i Sydney uprawiają seks, wymieniają trzy zdania na temat swojego związku, kolejny rozdział zaczyna się tydzień później i wracamy do punktu wyjścia. Jeszcze gdyby tak sceny pomiędzy nimi były napisane ze smakiem, to może mogłabym przymknąć oko, że stanowią większość fabuły... ale znowu wracamy do kwestii żenujących dialogów. Powiedzcie mi, co mogę więcej napisać, skoro innych wątków jest tak mało, że mówiąc Wam cokolwiek będę spojlerować całość?

No to dochodzimy do kwestii bohaterów - szczerze, bohaterów, o których nawet nie chce mi się mówić. Bo Syd jest niby wolna i wyzwolona, ale absolutnie wszystko porównuje do swojego poprzedniego związku i ogólnie ma problemy z myśleniem. Dopóki jest z Jackiem wszystko jest idealne, on znika na pięć minut, ona przeżywa dziwne rozterki - on wraca i jakby nigdy ich nie było. Czy tylko ja widzę w tym coś nie tak? On jest super typowym bohaterem romansu. Serio. Przystojny, bogaty, lubi wydawać rozkazy, odgaduje myśli Sydney... wypisz, wymaluj jak setka innych. Nie wyróżnia się ani humorem, ani tekstami - chociaż to można podciągnąć pod problem dialogów, o którym wspomniałam wyżej.

Tylko twój pokazuje nowe oblicze książek Vi Keeland i to nie takie, które chciałam poznać. Zastanawiałam się jak to możliwe, że po rewelacyjnym Egomaniacu i świetnym Bossmanie trafiłam na taki bubel od autorki, której twórczość nawet jeśli mnie nie zachwycała, to pozwała na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości. Mam wrażenie, że wina leży w datach premiery. Między książkami, które tak mi się podobały, a tą dramą, o którym dzisiaj piszę jest pięć lat różnicy. W takim wypadku widać wyraźnie, że z czasem szło autorce znacznie lepiej, a ja swoje gigantyczne rozczarowanie mogę zrozumieć, ale nie koniecznie wybaczyć. Osobiście zalecam trzymanie się z daleka od tej książki, bo Kobiece wydało całe mnóstwo książek Keeland, duuuuuużo lepszych niż ta. Tym większe moje rozgoryczenie, że wiem, iż stać ją na wiele więcej.

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 5,67/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 20 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Gabriela Iwasyk


PS. Darowałam sobie wybieranie cytatów, bo nie było na czym zawiesić oka :/. Czytaliście tę książkę? Czy tylko dla mnie Tylko twój okazał się tak tragiczny w porównaniu do poprzedniczek?

Recenzja - „Egomaniac” Vi Keeland


- Co cię tak śmieszy?
- Nie jesteś z Nowego Jorku, prawda?
- Nie. Dopiero co się przeniosłam z Oklahomy. Ale co to ma do rzeczy? 
Zrobiłem krok w jej stronę. 
- Przepraszam, ale muszę ci to powiedzieć. Zostałaś oszukana, Oklahoma.

Czytałam poprzednie książki Vi Keeland i były okej - zapewniały mi parę godzin spokoju, żebym mogła oderwać się od rzeczywistości i to by było na tyle. Dlatego też nigdy nie kusiło mnie napisanie ich recenzji, bo i moja opinia zamykałaby się w dwóch zdaniach. Jestem mile, bardzo mile zaskoczona, że Egomaniac okazał się znacznie lepszy. 

Emerie Rose poznaje Drew Jaggera w nietypowych okolicznościach. Bierze go za przestępcę, który włamał się do jej biura. Okazuje się jednak, że przystojniak jest właścicielem lokalu, a Emerie została oszukana przez człowieka, który wynajął go jej bezprawnie.
Po kilku godzinach spędzonych na posterunku Drew lituje się nad dziewczyną i składa ofertę nie do odrzucenia. W zamian za pomoc w biurze pozwala jej zostać w lokalu, dopóki nie znajdzie własnego. Terapeutka małżeńska i cyniczny prawnik rozwodowy zostają skazani na pracę obok siebie.
Pełna temperamentu Emerie powinna być wdzięczna i nie komentować pracy Andrew. Nie może się jednak powstrzymać. Para wdaje się w potyczki słowne i dokucza sobie na każdym kroku. Z każdym dniem przyciąganie między nimi jest coraz większe.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Po pierwsze początek był świetny i jak na mój gust bardzo pomysłowy. Przerobiłam już tyle scenariuszy pierwszego spotkania bohaterów, że potrafię docenić coś, co widzę po raz pierwszy. Dodatkowo cała sytuacja była po prostu zabawna - postawcie się na miejscu Drew, wracacie po przyjemnym urlopie do własnego biura, a tam urocza kobietka mówi Wam, że je wynajęła. Chwila bez wątpienia niezręczna dla niej i kłopotliwa dla mężczyzny. Tych kilka pierwszych stron były zapowiedzią klimatu w jakim zostanie przedstawiona cała ta historia, czyli lekko i przyjemnie z nutą poważniejszych tematów, żeby nie było zbyt kolorowo. Ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Egomaniac choć nie był wymagającą lekturą, to wcale nie umniejszało to przyjemności płynącej z lektury. 

Vi Keeland postawiła na mocno kontrastowych bohaterów. Mamy więc charyzmatycznego Drew, wziętego prawnika rozwodowego, który nie bawi się w zobowiązania prywatne oraz Emerie, lekko nieporadną kobietę, która jako psycholog prowadzi terapie małżeńskie. Przy tym mężczyzna bez wahania wyraża swoje zdanie, a Emerie nie ma problemu, żeby mu odpyskować - tak więc dialogi pomiędzy tą dwójką to czysta przyjemność. Dla złamania schematów Drew wcale nie jest super mrocznym mężczyzną z okropnymi sekretami, ma wprawdzie dość specyficzną osobowość, ale mi osobiście bardzo przypadł do gustu - jest szczery, zadziorny i przystojny - dokładnie taki, jaki powinien być bohater romansu. Natomiast pani psycholog wcale nie jest szarą myszką i ciapą do potęgi entej. Mimo jej pewnej nieporadności, ma optymistyczne podejście do życia, przez co bardzo dobrze zgrywa się z cynizmem Drew, nie boi się również mu odpyskować. 

Styl autorki pozostaje podobny, do tego z czym spotkałam się przy okazji jej poprzednich powieści. Jest lekko, przyjemnie i zabawnie oraz na szczęście brakuje tekstów, które sprawiałby, że mam ochotę walić głową w ścianę. Jednak w przypadku Egomaniaca dużo bardziej podobała mi się zarówno fabuła, jak i postaci niż w Walce czy Graczu. Relacje głównych bohaterów rozwijają się stopniowo, co nadaje książce nutę realizmu i co zdecydowanie potrafię docenić, po tylu razach, gdzie płomienne wyznania uczuć padały po dwóch dniach znajomości. Fabuła opiera się na czymś więcej niż tarzaniu w pościeli, co również jest miłą odmianą. Sceny erotycznie naturalnie występują, ale nie są główną osią akcji i naprawdę nie ma ich aż tak wiele. Dodatkowo czytelnik ma okazję spojrzeć na fabułę zarówno ze strony Drew, jak i Emerie, ponieważ narracja przeplata się wraz z rozdziałami. 

Słowem podsumowania - to nie tak, że Egomaniac jest super odkrywczym romansem, a pomysły Vi Keeland zasługują na miano nowatorskich i nietuzinkowych. A mimo to wyjątkowo przyjemnie się czyta się tę książkę, bo nawet schematyczność została ubrana w ładny płaszczyk. Poza ciekawą fabułą, pierwsze skrzypce zdecydowanie grają tu bohaterowie, a ci się rewelacyjnie wykreowani. Egomaniac to niby typowa, lekka powieść, po którą sięgnęłam z nudów, ale w przeciwieństwie do innych, które znajdują się w tej samej grupie, ta faktycznie zapadła mi na dłużej w pamięć. Ja ze swojej strony gorąco polecam Wam nową historię od Vi Keeland, jeśli tylko macie ochotę na lżejszą lekturę, która może odrobinę poprawić Wam nastrój, bez przyprawiania o ból głowy swoją absurdalnością. Bo w moim przypadku to najczęstsza bolączka, kiedy szukam czegoś niewymagającego do poczytania. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,69/10
Ilość stron: 392
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 16 marca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



- Zamawiasz coś na lunch? Boję się wyjść, bo nie chcę minąć się z dostawcami.

- Czasami coś zamawiam. A na co masz ochotę?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem wybredna.
- Może coś indyjskiego? Niedaleko jest Curry House. Szybko dostarczają zamówienia.
Zmarszczyłam nos.
- Nie lubisz kuchni indyjskiej?
- Nie bardzo.
- Okej. To może chińszczyzna?
- Za dużo glutaminianu sodu.
- A sushi?
- Mam alergię na ryby.
- Meksykańska?
- Za ciężka na lunch.
- Ale wiesz co oznacza wyrażenie ,,nie jestem wybredna", prawda?
Zmrużyłam oczy patrząc na niego.
- Oczywiście. Po prostu wymyślasz dziwne rzeczy.
- To co chciałabyś zjeść Emerie?
- Pizzę?
Pokiwał głową.
- Niech będzie pizza. Widzisz? To ja nie jestem wybredny.

Recenzja - „Kochanka księcia” Geneva Lee


Po co czekać, aż słońce samo wyjdzie zza chmur, skoro możesz zapalić światło?

Są takie momenty, że kończę książkę na czytniku i żałuję, że mam papierowego egzemplarza, bo z pewnością jeszcze do niej wrócę. Oczywiście zawsze mogę się w niego zaopatrzyć, ale powieści, które już czytałam, zawsze stoją za tymi, których nie udało mi się znaleźć w abonamencie i jedyną opcją jest kupno. Są też takie historie, gdy niezmiernie cieszę się z mojego Legimi, bo oszczędzają mi żalu z powodu gotówki wyrzuconej w błoto. Zgadniecie do której kategorii zalicza się Kochanka księcia, skoro już o tym wspominam? Ano, niestety do drugiej.

Na przyjęciu z okazji ukończenia studiów na Uniwersytecie Oksfordzkim Clara Bishop spotyka intrygującego mężczyznę o demonicznym spojrzeniu. Chociaż ich znajomość miała skończyć się na jednym pocałunku, to nie może o nim zapomnieć. Mężczyzna wydawał się jej bardzo bliski, jakby skądś go znała. Kiedy do drzwi Clary pukają paparazzi, okazuje się, że tajemniczym przystojniakiem był książę Alexander.
Prawowity następca tronu to niebezpieczny bad boy, który słynie z tego, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego najnowszym kaprysem staje się Clara. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostanie jego sekretną kochanką. Czy zdołają utrzymać swój związek w tajemnicy? Czy niebezpieczny książę poczuje do Clary coś więcej?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Tandetne romansidła, powieści z bad boyami w roli głównej i erotyki to w moim przypadku typowe gulity pleasure. Raz na ruski rok uda mi się wyczaić w tym gronie jakąś perełkę, która naprawdę mnie zachwyci, ale z reguły ograniczam się do przeczytać i zapomnieć. Ten rodzaj powieści pozwala mi na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i przez chwilę udawać, że świat nie istnieje, a ja wcale nie mam stosu piętrzącej się roboty. Ich recenzje rzadko pojawiają się na blogu, bo i moja opinia zwykle zamykałaby się w dwóch zdaniach, więc po co Was zanudzać? I choć większość z nich obieram neutralnie, to tak jak czasami uda mi się wyłapać coś, co faktycznie wstrzela się w mój gust, tak i trafiam na prawdziwe koszmarki. Toteż dziś przyszłam Was ostrzec przed Kochanką księcia.

Pierwsza część serii Royals miała być dosłownie niezobowiązującą lekturą na jeden wieczór, a przyprawiła mnie o mały ból głowy, bo... okazało się, że to normalnie kolejny Grey. Pojawiło się całe mnóstwo powieści, zarówno lepszych, jak i jeszcze gorszych od pierwowzoru. Jak grzyby po deszczu na rynku wydawniczym ukazywały się propozycje kolejne pozycje bazujące na podobnych schematach. Jednak Kochanka księcia to wypisz, wymaluj prawie kopia powieści E.L. James. Wymieńmy USA na Anglię, CEO na następcę tronu, zmieńmy podłoże dlaczego nie lubi być dotykany i magicznie Christian zamienia się w Alexandra. Jestem niebezpieczny, zniszczę cię... brzmi znajomo? Dla mnie aż za bardzo. Podobnie zresztą jest z Clarą jeśli prześledzić jej rozmyślania o sobie i związku z Alexandrem. Ona i Ana na pewno by się zaprzyjaźniły, bo są ulepione z tej samej gliny.

Nie spodziewajcie się też zbyt wartkiej akcji, bo ta prawie nie istnieje. Bohaterowie praktycznie przez cały czas uprawiają seks, okraszony takimi tekstami, że byłam normalnie zażenowana albo pękałam ze śmiechu. Dodatkowo miałam wrażenie, że poza faktem zmiennych okoliczności, czytam w kółko tę samą scenę, bo różnice były naprawdę mikroskopijne. Generalnie chciałabym powiedzieć coś więcej o fabule, ale Geneva Lee dosłownie nie umiejscowiła w swojej książce niczego poza relacjami intymnymi bohaterów, przeplatanych od czasu do czasu najazdem paparazzich. 

Kontynuując lekturę wbrew własnemu rozsądkowi, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie drzemią we mnie jakieś masochistyczne skłonności, bo 1/3 tej książki sprawiła, że już miałam dość. Mimo to dzielnie brnęłam przez kolejne strony, chyba tylko po to, żeby zbierać w swoim mózgu kolejne absurdalne sceny. Ja ze swojej strony stanowczo odradzam Kochankę księcia, chyba że należycie do fanów twórczości E.L. James i macie ochotę na retelling jej historii. Nie znajdziecie tu praktycznie niczego więcej. 
  
Moja ocena: 3+/10

Skończyłam czytać: marzec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,46/10
Ilość stron: 488
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 23 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Monika Pianowska

Recenzja - „Hudson” Laurelin Paige

Nie mogłem zasnąć, bo głowa mi pulsowała, a ciężar w klatce piersiowej dławił.
Gdy w końcu mi się to udało, śniło mi się, że płonąłem - płomienie lizały mnie, pozbawiały tlenu, niszczyły.  Obudziłem się zalany potem. Pierdolony koszmar. Nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. 
 W rzeczywistości się nie paliłem. To ja byłem ogniem.

Niespodziewanie - bo wcale tego nie planowałam - październik upływa mi pod znakiem romansów i to wcale nie tych głębokich. Może jest to związane z powrotem na uczelnię, bo nie da się ukryć, że nawet najbardziej pasjonujące romansidło nie wymaga specjalnego skupienia. Poza tym maksymalnie wykorzystuję abonament na czytniku, bo patrząc na to ile czasu spędzam w szkole, jest po prostu wygodniejszy. Takim trafem przeglądając nowości na Legimi wpadłam właśnie na Hudsona.

Kontynuacja bestsellerowej serii „Uwikłani” – gorący romans widziany oczami Hudsona Pierce’a
Bez trudu mogę podzielić swoje życie na dwie części – przed nią i po niej…
Tym razem narratorem jest sam boski Hudson Pierce – i to z jego perspektywy śledzimy losy jego burzliwego związku z ponętną Alayną Withers.
Hudson Pierce wiedzie życie, o jakim wielu może jedynie pomarzyć. Ma wszystko, czego tylko zapragnie: władzę, pieniądze i cały świat u swoich stóp. Ten znany w nowojorskim środowisku biznesmenem z miliardami na koncie może zdobyć każdą kobietę, jaką tylko zechce. A jednak nie wiąże się z nikim na dłużej – znajomości z kochankami traktuje jedynie jako okazję do zabawy i do manipulowania uczuciami innych.
Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje ponętną i diabelnie inteligentną Alaynę Withers…
Oto jedyna w swoim rodzaju okazja, aby dowiedzieć się, co czuł Hudson, gdy po raz pierwszy ujrzał piękną i mądrą Alaynę, jak się poznali oraz do jakich sztuczek uciekł się Hudson, by zdobyć serce pięknej nieznajomej.
Przeżyjmy to jeszcze raz i dowiedzmy się, jak to wszystko widzą faceci…
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Przede wszystkim, żeby nikt nie miał wątpliwości - Hudson to nie jest książka dla czytelników nieznających Uwikłanych i to całej trylogii (!). Więc jeśli jesteś jeszcze przed lekturą to polecam jednak zakończenie czytania w tym miejscu, bo w recenzji mogą pojawić się spojlery (i prawdopodobnie tak będzie).

Nie jestem fanem opowiadania tej samej historii z dwóch perspektyw, chyba że odbywa się to w jednym tomie powieści, a rozdziały się przeplatają. Podoba mi się fakt, że mogę wrócić do świata i bohaterów, których już poznałam, ale naprawdę rzadko dowiaduję się czegoś nowego, istotnego - czegoś, co sprawiłoby, że wydanie takiej książki, faktycznie miało sens. Dużo częściej spotykam się z rozczarowaniem, bo znając (z reguły) wszystkie sekrety postaci, wiedząc jak zakończy się ich historia, te niewielkie dopowiedzenia, nie sprawiają, że po raz kolejny przeżywam daną opowieść tak jak za pierwszym podejściem. Przerabiałam to z Losing Hope, Before czy Chodzącą katastrofą... przykłady można by mnożyć. Wszystkie te książki były raczej miłym dodatkiem do wyjściowych powieści, niż trzymającą w napięciu opowieścią. Biorąc to pod uwagę, szczerze przyznam się, że gdyby nie Legimi to zapewne nie sięgnęłabym po Hudsona, bo mimo że naprawdę polubiłam pióro Laurelin Paige, to już zbyt wiele razy żałowałam wydanych pieniędzy. Czy byłoby tak i tym razem? Ciężko stwierdzić, bo de facto nie musiałam tego robić i czas spędzony przy Hudsonie zaliczam raczej do udanych.

Jak to w ogóle wygląda? Otóż autorka zdecydowała się na zabieg, który bardzo lubię i za to ma plus - rozdziały są podzielone na "przed" i "po" spotkaniu Hudsona i Alany. W części "przed" czytelnik ma okazję obserwować głównego bohatera i jego eksperyment z Celią, to dlaczego zaczęli razem grać, co podkusiło H. do przyznania się, że jest ojcem jej dziecka oraz dlaczego w ogóle zdecydował się rozpocząć swoje gry. "Po" odwołuje się do scen pomiędzy Alanyą i Hudsonem, między innymi możemy zobaczyć, co skusiło mężczyznę do podjęcia gry, co sądził o niej w trakcie, wracamy też do najważniejszych i przełomowych scen ze wszystkich trzech książek, czyli pierwszego wspólnego wyjścia, wzlotów i upadków związku i oczywiście do finałowej kulminacji, czyli chwili, gdy na światło dzienne wypływają wszystkie sekrety. Podoba mi się, że autorka nie pokusiła się na ograniczenie do pierwszego tomu Uwikłanych, bo nie koniecznie sprawia mi radość czytanie po raz drugi tych samych dialogów. Ciekawie było się dowiedzieć nowych faktów o znajomości Celi i Hudsona, bo muszę przyznać, że ich dziwna relacja zawsze mnie intrygowała. Natomiast czytanie o eksperymentach bohatera było zaskakująco nieprzyjemnie - w takim sensie, że miałam odmalowany trochę inny jego obraz w głowie i nawet finał Uwikłanych nie do końca go zburzył. Szczerze przyznam, że to chyba pierwsza taka sytuacja, bo najczęściej łatwo wybaczam bohaterom grzechy z przeszłości.

Styl autorki się nie zmienił, Hudsona tak jak pozostałe jej książki czyta się po prostu błyskawicznie. Zastanawiało mnie, jak Laurelin Paige odnajdzie się w męskiej narracji, ale poradziła sobie dość dobrze z wczuciem się w mentalność mężczyzny. Dlaczego tylko dość? Powiedzmy, że jeszcze nie spotkałam faceta, który tak roztrząsałby swoje uczucia ;). Były to wprawdzie tylko fragmenty, dlatego nie bójcie się, że pan magnat zmienił się w beksę.

Summa summarum nie pokuszę się o stwierdzenie, że Hudson wnosi jakoś wiele, do tego co miałam okazję zaobserwować w Uwikłanych. Naturalnie wyjaśnia pewne kwestie, pokazuje czytelnikowi, jak wyglądała przeszłość tytułowego bohatera i ukazuje jego motywy. Lubię pióro Laurelin Paige, podobnie zresztą, jak samą historię, ale czy te kilka dopowiedzianych faktów zasługiwało na osobną książkę? Odpowiedzieć musicie sobie sami na to pytanie. W moim przypadku był to miły powrót do całkiem dobrej trylogii, ale niewiele więcej.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 października 2016 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Cena (z okładki): 34,90 zł


Bo gdy kogoś kochasz [...] Jego świat jest dla ciebie ważniejszy niż twój własny. 
Jest tak ważny, że ty jako osoba znikasz i jedyną opcją jest połączenie się
tych dwóch osób w całość. Bo inaczej ty sam przestajesz istnieć. 



A jak Wy się zaopatrujecie na opowiadanie tej samej historii z dwóch perspektyw? :)

Pokusa | Obsesja | Na zawsze | Hudson

#41 Recenzja - Uwikłani. Pokusa



Uwikłałam się w coś, co trudno było nazwać miłością. W uzdrowienie.
Ale to na swój sposób też była miłość. Gdybym tylko mogła się przyznać 
sama przed sobą - miłość była dokładnie tym, czym była.

Pokusa to powieść, którą wybrałam sobie do czytania na Dzień Kobiet. Oczekiwałam niezbyt absorbującej powieści, którą będę mogła przerwać w każdym momencie, tymczasem ani się obejrzałam, a dotarłam do końca...

Młoda, piękna i niezwykle inteligentna Alayna Withers właśnie obroniła tytuł MBA na prestiżowej nowojorskiej uczelni. Pracuje w klubie nocnym i marzy o awansie na stanowisko menedżera. Z mocnym postanowieniem stara się trzymać z dala od mężczyzn wyzwalających w niej chorobliwą obsesję miłosną, przez którą popadła w problemy z prawem.
Alayna jest pewna, że nic nie jest w stanie zakłócić jej doskonałego planu. Nie przewidziała jednak, że na jej drodze, w najmniej oczekiwanym momencie, stanie diabelnie przystojny miliarder Hudson Pierce – nowy właściciel klubu nocnego, w którym pracuje Alanya. Mężczyzna od pierwszych chwil zawładnie sercem kobiety, która nie będzie potrafiła oprzeć się wszechogarniającemu pożądaniu.
Wkrótce Hudson składa Alaynie propozycję nie do odrzucenia. Wybuch namiętności między nimi sprawi, że kobieta ulegnie zmysłowemu uczuciu, budząc głęboko skrywane grzechy przeszłości. Nie tylko swoje…
Czy mroczna przeszłość kochanków przeszkodzi im w walce o wspólną przyszłość?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Od samego początku na mojej twarzy zagościł uśmiech i przyjaciółka zapytała mnie czy ta książka jest tak dobra. Moją pierwszą reakcją było zaprzeczenie i powiedziałam jej coś w tym stylu: skoro dopiero zaczęłam nie mogę jeszcze powiedzieć, czy to dobra powieść, ale ma w sobie jakiś urok i zdecydowanie mogę ją określić jako entertaining (uciekło mi polskie określenie). To dokładnie to uczucie, które towarzyszy mi przy pierwszych rozdziałach i mam cichą nadzieję, że jest tylko wstępem do jeszcze lepszego wnętrza. Dokładnie tak było w Pokusie. Z jednej strony może Wam się wydawać, że jest to historia, którą widzieliście już milion razy, zestawionej w najróżniejszych wariantach i będziecie mieli trochę racji. Jedak z drugiej strony powieść Laurelin Paige niezaprzeczalnie ma w sobie to 'coś', co nadaje jej niebywałego smaczku i sprawiło, że choć widziałam tą historię dziesiątki razy to wciąż świetnie się bawiłam podczas czytania. Autorka umiejętnie zestawiła to, co czytelnik zna i kocha z własną inwencją. Krótko mówiąc nie przedobrzyła, mam tu zwłaszcza na myśli 'problemy' głównych bohaterów. Choć oboje mają w sobie i swojej przeszłości pewne cienie, nie pojawia się tutaj ogromna, dramatyczna tragedia, na którą jedynym lekarstwem było znalezienie miłości. Muszą sami poradzić sobie z własnymi demonami, choć oczywiście wsparcie partnera pomogło, ale nie okazało się magicznym 'lekarstwem', za co jestem ogromnie wdzięczna autorce, ponieważ ostatnio zbyt często spotykałam się z tym motywem w romansach, a za grosz temu nie wierzę. Dodatkowo styl pisania Laurelin Paige jest wyjątkowo przystępny, a sceny erotyczne nie sprawiały, że wybuchałam śmiechem (tak już się niestety zdarzało...), choć niekiedy miałam dziwne wrażenie, że coś tu jest nie tak :D.

Polubiłam główne postaci i, chyba, bez niespodzianki stwierdzę, że to Hudson skradł moje serce. Poza jego przeszłością idealnie wpasowuje się w schemat bohatera występującego w tym gatunku - jest młody, przystojny, inteligentny i oczywiście obrzydliwie bogaty. Tylko, że sięgając po tę książkę doskonale wiedziałam, jak będą wyglądać główne cechy bohaterów, ponieważ tak jak już wspominałam, jest to praktycznie nieodłączny element gorących romansideł, jak i literatury erotycznej. Moim zdaniem autorka sprawnie wybrnęła z nieustającego myślenia głównej postaci żeńskiej o przystojniaku, którego właśnie poznała. Nie zdradzę Wam dużo więcej, żeby nie popsuć radości z lektury, ale dzięki temu Alayna nie wydaje się irytującą i egocentryczną kobietą, a wręcz daje się ją polubić. Choć pisarka zdecydowanie nie skupia się bohaterach drugoplanowych, to jednak potrafiła ich na tyle dobrze zarysować, że nie czułam niedosytu.

Alayna i Hudson to jeden z tych wybuchowych duetów, z którym nie można się nudzić. Książka Laurelin Paige wciągnie Was od pierwszej strony i nie wypuści, dopóki nie poznacie każdego sekretu bohaterów. Z jednej strony to opowieść jakich wiele, ale z drugiej jest tak świetnie skonstruowana, że genialnie bawiłam się podczas poznawania historii tej pary i strasznie żałuję, że już w tym momencie nie mogę zabrać się za kolejną część, ponieważ mam wrażenie, że Uwikłani to jedna z tych serii, które natychmiast chce się poznać w całości. Gorąco polecam wszystkim fanom romansów.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: marzec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,33/10
Ilość stron: 355
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 19 listopada 2015 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Monika Pianowska
Cena (z okładki): 34,90 zł



Usta Hudsona ułożyły się w seksowny uśmieszek. To wystarczyło - jeden uśmiech,
a ja nie mogłam się dłużej powstrzymać. Myślałam, że zrobi pierwszy krok, ale to ja
wstałam i od razu złożyłam na jego ustach gorący pocałunek.
Jego zaskoczenie trwało ułamek sekundy.



Książka bierze udział w wyzwaniach


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka