Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Fałszywy pocałunek” Mary E. Pearson


Pewnego razu był sobie człowiek tak wspaniały jak bogowie. 
Ale nawet to, co wspaniałe, może drżeć ze strachu.
 Nawet to, co wspaniałe, może upaść.

Mam słabość do fantastyki - mniejszą niż kiedyś, ale to nadal pozostaje mój faworyzowany gatunek. Uwielbiam, gdy autor potrafi odmalować w moich myślach całkiem nowy świat, tak jakby działo się to tuż obok mnie, a wartka akcja trzyma mnie non stop w niepewności. Czy tak było z Fałszywym pocałunkiem? Niestety, nie do końca. 

Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighan, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od obowiązków - pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego. Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie rozpoczyna nowe życie. Gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, w Lii rozbudza się nadzieja. Nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym księciem, a drugi to zabójca, który ma za zadanie ją zamordować. Wszędzie czai się podstęp. Lia jest bliska odkrycia niebezpiecznych tajemnic - i jednocześnie odkrywa, że się zakochuje.
(Źródło: Wydawnictwo Initium)

Klimat dworskich intryg, tajemnic i sekretów to zdecydowanie moja bajka. Jeśli dołożyć do tego dobre podłoże fantastyczne to za samą scenerię książka dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Tego właśnie spodziewałam się po Fałszywym pocałunku, ale nie do końca to otrzymałam. Akcja faktycznie zaczyna się na królewskim dworze, jednak zostajemy tam tylko na czas pierwszego rozdziału, czyli bardzo, bardzo krótko. Lia zaraz później ucieka do niewielkiej wioski i tam będzie się toczyć spora część tej historii. 

Spodobał mi się zamysł autorki na podzielenie narracji na trzy osoby. W pierwszej kolejności mamy oczywiście księżniczkę i tu wszystko jest jasne, ponieważ czytelnik obserwuje wydarzenia z perspektywy Arabelli, wie co myśli i robi. Ciekawie robi się przy kolejnych - wiemy, że do wioski przybywa dwóch nieznajomych, poznajemy nawet ich imiona - to oni prowadzą dwie kolejne narracje, opisane tylko jako zabójca i książę. Jako odbiorcy jednak nie mamy pojęcia, który z nich jest kim. Naturalnie w końcu jednego z mężczyzn połączą cieplejsze więzy z księżniczką, a czytelnik nadal nie będzie miał o niczym pojęcia. To chyba pierwszy raz, kiedy spotkałam się z takim rozwiązaniem i powiem Wam, że to naprawdę dokłada do fabuły ciekawą tajemnicę i to taką, którą naprawdę chciałam poznać. 

Nie wiem, czy to ja myślałam podczas lektury o niebieskich migdałach, czy faktycznie miałam problem ze zrozumieniem koncepcji świata, w którym dzieje się akcja. Czytaliście? Jak było z Wami? Bo generalnie albo coś tu jednak nie zostało dopracowane w szczegółach, albo ja naprawdę powinnam jeszcze raz sięgnąć po Fałszywy pocałunek i skupić się tylko na tym, gdzie się właściwie znajduję. Tylko że normalnie nie mam aż takich problemów ze zrozumieniem koncepcji autora. Sanderson w Drodze Królów czy Bishop w Córce krwawych stworzyli wspaniałe, niecodzienne i skomplikowane uniwersa, a jednak po tych lekturach nie towarzyszyło mi to poczucie zagubienia, co tutaj. Nie wiem, czy byłabym w stanie sklecić jedno porządne zdanie o świecie, w którym toczy się akcja, bo po prostu nie potrafię sobie uporządkować tego w głowie. Jeśli ma to być tajemnica to świetnie, wtedy autorce naprawdę się udało, tylko że jakoś nie do końca wyobrażam sobie robienia sekretów z miejsca fabuły. Brakło trochę tła wydarzeń z przeszłości i nawiązań do tego, gdzie właściwie Pearson wysłała czytelnika.

Sama akcja wydała mi się strasznie nierówna. Mamy pierwszą połowę opisującą księżniczkę zmywającą stoły, pomagającą w gospodzie i filtrującą z Kadenem i Rafem - krótko mówiąc nudy. Nie dzieje się praktycznie nic istotnego, przez co miałam autentyczną ochotę przeskakiwać akapity, a to wcale się często nie zdarza, zwłaszcza w przypadku fantastyki. Później jest wielkie bum i od tej pory faktycznie zrobiło się trochę ciekawiej. Akcja nadal nie pędzi na łeb na szyję, ale dzieje się trochę więcej i straciłam ochotę do przewijania całych stron - to dobrze, nawet świetnie bym powiedziała. Jednak natychmiast nachodzi mnie pytanie, przez wzgląd na pierwszą połowę, czy autorce uda się utrzymać tempo z końcówki, czy znowu będę zmuszona zmierzyć się z problem ślimaczej akcji w kontynuacji. Nawet trójkąt miłosny, który (jeszcze) nim nie jest, nie dostarczył mi odpowiedniej dawki emocji. Trochę wyleczyłam się z mojej awersji do tego motywu, jeśli faktycznie autor zaserwuje mi coś dobrego. Ten w Fałszywym pocałunku aktualnie wydał mi się po prostu nijaki. Jest to jest, jakby go nie było, to też żadna strata w fabule. Nie zapałałam miłością do żadnego z konkurentów Lii, co pewnie też ma wpływ na moje odczucia, bo brakuje mi tu nerwów lub radości z wyboru bohaterki. Mam nadzieję, że to się zmieni w kolejnym tomie, bo na przekór swojemu rozsądkowi naprawdę lubię te emocje - wtedy przynajmniej wiem, że książka (nawet jeśli jest słaba) jakoś na mnie wpłynęła. 

Z pewnością sięgnę po drugą część, bo naprawdę, naprawdę chcę się dowiedzieć, co będzie dalej. Jednak nie jestem pewna, czy powiedziałabym to samo, gdyby akcja zakończyła się w innym momencie i została minimalnie bardziej domknięta. Jasne, dobry cliffhanger może skłonić czytelników do sięgnięcia po kontynuacje, ale osobiście wolę, gdy skłania mnie ku temu znacznie więcej niż dramatyczna końcówka. W Fałszywym pocałunku trochę zabrakło właśnie tego więcej. Jeśli Pearson pociągnie akcje w tempie drugiej połowy i w końcu dostanę konkretne dopracowanie tego świata, to Kroniki ocalałych mają gigantyczny potencjał, żeby stać się bardzo dobrą serią. Jeśli nie to pożałuję wydanych pieniędzy na drugi tom. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lutry 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,04/10
Ilość stron: 544
Okładka: miękka
Data wydania: 3 sierpnia 2017 r.
Wydawnictwo: Initium
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Cena (z okładki): 39,90 zł

Gdybym tylko mogła wyciągnąć rękę i sięgnąć gwiazd, posiadłabym całą wiedzę. Zrozumiałabym.
Co byś zrozumiała, kochanie?
To, odparłabym, przyciskając dłoń do piersi.

Recenzja - „Szczęście w miłości” Kasie West


Kto powiedział, że pieniądze nie dają szczęścia? Kupiłabym temu komuś drobiazg lub dwa,
od razu by zrozumiał.

Jest coś w powieściach Kasie West, co niezmiennie mnie urzeka. Nie znajdziecie tu filozoficznych dysput, czy głębokich przemyśleń - to po prostu nie ten typ książek. Jednak po twórczość tej autorki sięgam w ciemno. Jej historie zostawiają we mnie to przyjemne uczucie ciepła i są napisane z taką lekkością, że stanowią dosłownie lekturę na jedno popołudnie. 

Maddie ma dwie przyjaciółki, nie lubi ryzyka, a wszystko co robi musi być zaplanowane. Kiedy nie przygotowuje się do pójścia do college'u, pracuje w miejscowym zoo, bo fundusze jej rodziny są bardzo ograniczone. Nie spodziewa się, że kupon na loterię, który kupiła w swoje 18 urodziny, okaże się być tym zwycięskim. Kiedy na jej koncie ląduje 60 milionów, życie dziewczyny zmienia się o 180 stopni. Tylko czy Maddie jest na to gotowa? Jak poradzić sobie z nowo zdobytą popularnością?

Maddie nie jest impulsywna. Ceni ciężką pracę i lubi planować. Ale któregoś wieczora pod wpływem chwili kupuje los na loterię. I, ku własnemu zdziwieniu – wygrywa masę pieniędzy!
W jednej sekundzie Maddie nie poznaje swojego życia. Koniec ze stresowaniem się systemem stypendialnym w college’u. Ni stąd ni zowąd Maddie myśli o wynajęciu jachtu. A bycie w centrum uwagi całej szkoły jest super, dopóki nie zaczynają docierać do niej przykre plotki na jej temat, a przypadkowe osoby proszą ją o pożyczkę. I teraz Maddie nie ma pojęcia, komu można zaufać. Poza Sethem Nguyenem, z którym pracuje w miejscowym zoo. Seth jest miły i zabawny, i chyba wcale nie wie o wielkiej zmianie w życiu Maddie, a dziewczyna jakoś nie ma ochoty nic mu mówić. Co się stanie jednak, jeśli Seth pozna prawdę?
Oto pełna humoru i czułości historia w bestsellerowym stylu Kasie West: o wygranej, przegranej i… miłości.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Myślę, że po przeczytaniu opisu - niezależnie kto byłby autorem tej powieści - miałabym ochotę się na nią skusić. Jednak nazwisko Kasie West na okładce, sprawiło że moje oczekiwania podskoczyły. Dlaczego? Ponieważ spotkałam się z jej twórczością przy Chłopaku z innej bajki oraz Blisko ciebie i obie te książki naprawdę mi się podobały. Czytanie ich było jak dobra komedia romantyczna - pozwało mi się odstresować i cieszyć przedstawioną historią. Szczęście w miłości zaczęło się tak samo... a później coś się popsuło.

Żeby nie było, że było tak źle, zajmijmy się na początku pozytywnymi rzeczami. Przede wszystkim fragmenty skupiające się na Maddie i Sethcie - ciekawe na tyle, że chciałam wiedzieć jak potoczą się ich losy i okraszone wystarczającą dozą romantyzmu, żeby wywołać aww, a nie skrzywienie zębów. W całości czuć też lekkie pióro Kasie West, więc Szczęście w miłości mimo wszystko dobrze się czyta. Nawet sam pomysł był ciekawy, choć nie wystarczył do podtrzymania całej fabuły. Widzicie, normalnie nie przeszkadzało mi, że powieści pisarki są raczej jednotorowe i skupiają się na jednym wątku. Ale tu to po prostu było za mało.

Sytuacji nie poprawiała też sama główna bohaterka. Maddie, patrząc na jej zachowanie, dałabym jej raczej 12 niż 18 lat. Głównie jej przemyślenia dotyczą pieniędzy, wciąż, w kółko i od nowa. Jest wręcz idiotycznie naiwna, aż do momentu, gdzie robi się podejrzliwa bez żadnego powodu. Ta drastyczna zmiana w jej zachowaniu, wcale mi się nie podobała, bo wypadła strasznie nienaturalnie. Jednak mój główny problem z tą powieścią był dużo bardziej prozaiczny - ile można czytać o tym jak bohaterka ma wydawać pieniądze? I jej rozterek na ten temat? Całość była przez to niepotrzebnie rozciągnięta, trochę jakby autorce zabrakło wątków osobistych do pociągnięcia tej historii, więc zapętliła się w temat, który akurat interesował mnie najmniej. Przysięgam, że tę powieść można by spokojnie skrócić o połowę, a przekaz i tak pozostałby ten sam.

To nie tak, że było bardzo źle, a Szczęście w miłości zupełnie mi się nie podobało. Nie. Ale wiem, że Kasie West potrafi pisać znacznie lepiej, bo jej poprzednie książki naprawdę trafiały w mój gust. Tylko że o ile tamte skupiały się na relacjach bohaterów, to pierwsze co przychodzi mi na myśl tutaj po zakończonej lekturze to pieniądze - a to wcale nie jest pozytywne skojarzenie. Także ogólnie rzecz biorąc nie było źle, ale super też nie, a autorka na na swoim koncie ma znacznie lepsze książki. Całość ratuje przyjemny, lekki styl West oraz postać Setha, ale to nie wystarczyło, żeby Szczęście w miłości mnie zachwyciło.

Moja ocena: -6/10

Ocena z Lubimy Czytać: 6,59/10 
Ilość stron: 408
Okładka: miękka
Data wydania: 8 listopada 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


-Nie noszę przy sobie gotówki.
-Może powinnaś zacząć - stwierdził. -Kupisz sobie przyjaciół.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Dręczyciel” Penelope Douglas

Wczoraj miało trwać wiecznie.
Jutro miało nigdy nie nadejść.

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Corrupt tej autorki i byłam naprawdę zachwycona. Z racji tego, kiedy zobaczyłam, że Editio planuje wydać kolejną książkę Penelope Douglas podjęłam jedną z niewielu ostatnio decyzji w ciemno i natychmiast zamówiłam sobie Dręczyciela. Nie do końca tego oczekiwałam, ale... zdecydowanie nie żałuję tej decyzji.

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
(Źródło: Wydawnictwo Editio)

Po czym poznaję po prostu dobrą książkę? Choć zabrzmi to trochę śmiesznie - nie lubię o nich pisać. W tym momencie pewnie większość z Was zadaje sobie pytanie dlaczego tak jest i co ja w ogóle tu gadam. Widzicie, nigdy nie mam problemu z rozpoznaniem słabej powieści, bo już podczas czytania zastanawiam się czemu właściwie mam skłonności masochistyczne i kontynuuję taką lekturę wbrew wszystkiemu, co każe mi odłożyć ją na półkę i już nigdy nie patrzeć w tamtym kierunku. Rewelacyjne powieści to te, które sprawiają, że nie widzę w nich żadnych wad, niezależnie od tego ile czasu minęło od chwili, gdy zabierałam się do czytania. O co więc chodzi z dobrymi? Są to takie historie, kiedy po skończeniu chcę się podzielić wszystkimi pozytywnymi odczuciami (bo tylko takie mi towarzyszyły), ale jak przychodzi do pisania recenzji, to z grymasem na twarzy uświadamiam sobie, że choć nie przeszkadzały mi pewne wady, to ostatecznie nie da się ich nie zauważyć i jednocześnie o nich nie wspomnieć. A skoro już zaczęłam tę opinię od tego obszernego wytłumaczenia, to chyba możecie się domyślić, dlaczego nie mam ochoty na przeprowadzanie analizy Dręczyciela.

Penelope Douglas postawiła w swojej książce na znany i generalnie lubiany motyw - od miłości do nienawiści, co stosunkowo dobrze jej wyszło. Dziecięca przyjaźń pomiędzy Jaredem i Tate zdecydowanie położyła dobre podwaliny pod późniejsze wydarzenia z tej powieści i nadała im realności. Cieszę się, że autorka wykorzystała w książce motyw wyścigów samochodowych, bo podniosło to poziom adrenaliny w historii i było miłym akcentem, dobrze wpisującym się w relację głównych bohaterów, a jednocześnie zapewniając mi pewną odskocznię od ich utarczek. Dodatkowo z niecierpliwością odwracałam kolejne kartki, żeby dowiedzieć się, jaką właściwie tajemnicę kryje Jared i co skłoniło chłopaka do tak drastycznej zmiany zachowania w stosunku do Tate.

Dręczyciel to powieść, którą po prostu dobrze się czyta - przynajmniej mi. Lubię pióro Penelope Douglas i choć z moich doświadczeń wynika, że pokazana tu historia nie jest jej najlepszą, to czasami po prostu wystarcza mi fakt, że przepadam za stylem danego autora. Nikt nie nazwałby tej powieści odkrywczą, rewolucyjną czy przełomową, ale mimo to przyjemnie się spędza przy niej czas. Akacja toczy się dość watko, nie ma tu zbędnych przestoi czy opisów, a relacje pomiędzy bohaterami szybko się zmieniają.

Główną wadą tej powieści jest jej przewidywalność, czyli przy minimalnym wysiłku da się domyślić większości znaczących wydarzeń, które serwuje nam autorka. Nie odczułam tego podczas czytania, ale też prawda jest taka, że połknęłam Dręczyciela dosłownie w jeden wieczór - nie odkładałam tej książki na bok, nie robiłam przerw, więc też nie zastanawiałam się, jak właściwie może potoczyć się akcja. Jednak patrząc na fabułę zabrakło jakiegoś zawrotnego zwrotu akcji, czegoś co podniosłoby mi ciśnienie i zapewniło trochę więcej emocji. To sprawia, że nie jestem pewna, co tak naprawdę trzymało mnie w napięciu przez całą tę historię.

Ostatecznie Dręczyciel Penelope Douglas to książka niewymagająca, która po prostu mi się podobała. Nie znajdziecie tu żadnych przełomowych rozwiązań fabularnych, ale i nie zawsze są one potrzebne. Choć moje zadowolenie zblakło z czasem, to tę powieść wspominam bardzo dobrze i jeśli tylko szukacie czegoś lekkiego do czytania, to polecam rozejrzeć się za Dręczycielem.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać:  luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,8/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 305
Data wydania: 15 lutego 2017 r.
Wydawnictwo: Editio
Tłumaczenie: Marta Czub



Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny.

Recenzja - „Uwięzione” Natasha Preston

Czułam się niezwyciężona przez naiwność, która kazała mi sądzić,
że złe rzeczy przytrafiają się tylko innym ludziom.

Słowem wstępu - naprawdę, naprawdę chciałabym bywać tu częściej, ale ta sesja mnie zabija dobija. Gdyby nie zobowiązania recenzenckie, pewnie w ogóle by mnie tu nie było. Także zostawiam Wam tę recenzję i lecę dalej się uczyć. Do zobaczenia w lipcu! D:

Uwięzione to jedna z tych pozycji, które chciałam poznać od momentu, gdy wpadła mi w oko okładka, a po przeczytaniu opisu to uczucie tylko się wzmogło. Nie tak dawno wspominałam Wam, że uwielbiam powieści psychologiczne, a zapowiadało się, że książka Natashy Preston idealnie wpasowywała się w moje gusta. Czy rzeczywiście tak było?

Pewnego wieczoru Summer idzie sama na imprezę. Nigdy na nią nie dociera. Lewis, jej chłopak, później nie może sobie wybaczyć, że nie było go przy niej.
W jednej chwili szczęśliwa nastolatka traci kochającego chłopaka, rodziców i brata. Traci całe swoje życie, trafiając w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Od tej pory nie będzie już sobą, Summer. Wraz z trzema innymi dziewczynami będzie musiała znosić życie w zamknięciu, codzienny strach i ból i... o wiele więcej. W tej sytuacji nie ma dobrych zakończeń.
Przeczytaj tę książkę, a nigdy już nie będziesz chciała dostawać kwiatów.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jeśli chciałabym zacząć od pozytywnych stron powieści to na pewno zalicza się do tego tematyka. Nie często - przynajmniej nie pamiętam ostatniego przypadku - spotykam się z tematyką porwania w powieści młodzieżowej. Tego rodzaju książki to albo erotyki, skupiające się zwykle na syndromie sztokholmskim i/lub ostatecznie romansie pomiędzy oprawcą i ofiarą, albo historie opisywane na faktach. Ponieważ z opisu nijak nie da się wywnioskować co właściwie stanie się z Summer, tym bardziej byłam zaintrygowana, co wymyśliła autorka i z której strony chce podejść do tematu.

Akcja powieści zaczyna się w momencie porwania Summer. Dziewczyna idąc na imprezę, dowiaduje się że jej przyjaciółka pokłóciła się z chłopakiem i wyrusza jej szukać, nieświadoma że ta chwila bezpowrotnie zmieni jej życie. Porywacz oznajmia, że od teraz ma na imię Lily i razem z trzema innymi kobietami stworzą rodzinę. Brzmi dość makabrycznie, prawda? I tak też trochę jest. Dziewczyna nie wie, co za chwilę zrobi jej oprawca i te uczucia autorka dość umiejętnie przenosi na czytelnika. Udzielały mi się uczucia Summer, jej niepewność, strach i chęć ucieczki - zwłaszcza tuż po porwaniu. Nie zamierzam natomiast oceniać jej decyzji, jak i innych kobiet, które przetrzymywał Clover. Głównie dlatego, że mogłam je zrozumieć, a i siedzenie w zamknięciu na pewno nie pomogło osiągnąć równowagi psychicznej. Nie mam się tu do czego przyczepić, choć żałuję, że autorka nie poświęciła odrobinę więcej czasu na pokazanie przemiany Summer, tylko zdecydowała się na przeskok czasowy oraz wersję przed i po.

Czytelnik ma okazję śledzić narrację z punktu widzenia Sum, jej chłopaka Lewisa oraz Clovera, czyli porywacza we własnej osobie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się pojawienia tej ostatniej, ponieważ opisanie tak pokrętnego umysłu zawsze jest trudne. Wszystko mogłoby być idealnie, gdyby nie fakt, że czegoś zabrakło w tej powieści. Czy to rozwinięcia portretów psychologicznych, czy opisów - nie jestem pewna. Jako że już zdążyłam ochłonąć po lekturze, teraz odnoszę wrażenie, że przypomina to bardziej relację niż powieść. Sama narracja z punktu widzenia Clovera była zupełnie zbędna, bo zawiodło wykonanie. Moim zdaniem potrzeba naprawdę dużego talentu i przede wszystkim świetnego pomysłu, żeby przedstawić umysł oprawcy. Natashy Preston średnio się to udało, bo choć pokazała jego początki i nakreśliła motywy, to zabrakło mi tego kluczowego momentu przejścia i zagłębienia się w jego psychikę. Podobnie zresztą ma się sytuacja z Lewsiem - nie potrafię powiedzieć o nim nic, poza tym, że szukał Summer. I nie było by nic w tym złego, gdyby jego postać była zepchnięta na dalszy plan, ale skoro pisarka postanowiła oddać mu głos i tym samym uczynić jednym z głównych bohaterów to trzeba było poświęcić mu trochę uwagi. 

Podsumowując Uwięzione to całkiem dobry thriller młodzieżowy. Powieść Natashy Preston trzyma w napięciu, serwując czytelnikowi całkiem niebanalną opowieść. Niestety książka nie ustrzegła się kilku wad, przy czym dla mnie najgorszy był brak dobrych portretów psychologicznych bohaterów. Mimo to spędziłam przyjemny czas na lekturze i, jeśli jesteście skłonni przymknąć oko na drobne błędy, polecam Wam Uwięzione.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,88/10
Ilość stron: 397
Okładka: miękka
Data wydania: 24 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik



To nie było tak jak po czyjejś śmierci, gdy żegna się zmarłego i wraca do życia. Nie wiedzieliśmy, gdzie była ani co się z nią stało. Nie mieliśmy żadnych odpowiedzi, nie mogliśmy więc żyć dalej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Nic do stracenia. Początek” Kristy Moseley

Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć.

Moje ostatnie spotkanie z książką Kristy Moseley skończyło się dość negatywnie, ale kuszący opis oraz stosunkowo wysokie oceny na Goodreads sprawiły, że postanowiłam dać twórczości autorki jeszcze jedną szansę. Pytanie za sto punktów - czy był to błąd? 

W dniu szesnastych urodzin Anna Spencer bawi się w klubie ze swoim chłopakiem. Wyjątkowy wieczór szybko się kończy, a poznany przypadkiem Carter Thomas, handlarz broni i narkotyków, zamienia kolejne lata jej życia w piekło. Dzięki jej zeznaniom Carter zostaje skazany, ale z więzienia wciąż wysyła listy z pogróżkami. Ojciec Anny, wpływowy senator i kandydat na prezydenta, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Ochroną Anny zajmie się przystojny komandos, Ashton Taylor. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ma udawać jej chłopaka. Cierpliwie stara się sprawić, by pokonała dręczące ją koszmary i pogrzebała przeszłość. Anna zaczyna czuć się bezpiecznie, a udawanie zakochanych powoli przestaje być grą. Jednak kolejne dni przynoszą złe wiadomości. Wkrótce ma odbyć się rozprawa apelacyjna i Carter może wyjść na wolność. Jeśli tak się stanie, Ashton i Anna znajdą się w niebezpieczeństwie...
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czytałam Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno i nie nastroiło mnie to najlepiej do twórczości Kristy Moseley, więc nie będę kłamać, że Nic do stracenia było moim Must read. Co więcej patrząc na to, że poprzednia książka autorki wpasowała się w jedną z najgorszych zeszłorocznych powieści, pewnie tym bardziej powinnam unikać kolejnych jej dzieł. Jednak z zasady nie lubię skreślać pisarzy po zapoznaniu się z tylko jedną historią, więc pomyślałam 'A co mi tam!' i postanowiłam raz jeszcze sprawdzić, czy pióro pisarki przypadnie mi do gustu. No może przesadzam... Nie chciałam powtórki natłoku negatywnych uczuć z Chłopaka, więc poza faktem, że spodobał mi się opis, postanowiłam zrobić jeszcze rozeznanie na Goodreads (co wcale nie zdarza się za często). Usatysfakcjonowana tym, co tam znalazłam, doszłam do wniosku, że może, może... tym razem będzie lepiej, choć do ostatniej chwili mimowolnie podchodziłam do Nic do stracenia bardzo całkiem sceptycznie.

Jest lepiej, nawet powiedziałabym, że znacznie lepiej. Tym razem nie miałam ochoty walić głową o ścianę podczas czytania, choć nie da się ukryć, że bywało irytująco. Podobała mi się linia fabularna kojarząca się odrobinę z filmową Córką prezydenta, którą uwielbiam. Jak się oprzeć przystojnemu ochroniarzowi i szczypcie zakazanej miłości. Cieszy mnie, że autorka postanowiła odrobinę przystopować uczucia Anny, choć i to można było zrobić lepiej. Naprawdę nie wiem, jak określić pozytywne uczucia w stosunku do Nic do stracenia, bo jak zobaczycie w następnym akapicie, nie mam problemu z wypunktowaniem, co było nie tak. Generalnie nie była to najgorsza książka, bo mimo wszystko wciągnęła mnie historia Anny i Ashtona, choć mnogość wad uświadomiła mi, że po prostu nie powinnam się więcej spotkać z twórczością Kristy Moseley.

Ja rozumiem, że Nic do stracenia to fikcja literacka, tylko że ktoś powinien uświadomić autorce, że ona też ma swoje granice, o ile nie chce się zaliczać w poczet twórców fantastki. Kristy Moseley zdecydowanie (ponownie) zabrakło porządnego research'u, co w przypadku tej powieści jest jeszcze bardziej widoczne niż w Chłopaku. Zaczynając od początku - świeżo upieczony absolwent dostaje przydział ochrony córki kandydata na prezydenta USA, żadnego szkolenia próbnego, doświadczenia, nic... i hop w teren. Czy tylko mnie to śmierdzi? Teraz przyjrzyjmy się Annie - można by pomyśleć, że skoro autorka znowu chce się pakować w psychiczną traumę, zwłaszcza objawiającą się PTSD i awersją do dotykania, mogłaby w końcu poświęcić chwilę czasu i dowiedzieć się, że Ashton tak po prostu nie mógł sobie obłapiać Anny godzinę po poznaniu. To mnie strasznie irytuje, bo wysoko cenię sobie realistyczne podejście do aspektów psychologicznych i potrafię docenić starania pisarzy w tym temacie. Tymczasem Kristy Moseley bezkarnie popuszcza wodze fantazji i pisze co jej się podoba, nie patrząc na to, że tracąc na realności, tworzy ze swoich książek kiczowate romansidła nie mające za wiele wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Nie da się też zapomnieć, że autorka raz jeszcze chce za dużo, za szybko - budowanie napięcia pomiędzy bohaterami zdecydowanie jej nie wyszło, zwłaszcza w przypadku Ashtona. Anna gdzieś tam nie przyznaje się do swoich uczuć, ale chłopak twierdzi, że ją kocha po trzech dniach. WTF? Ponadto czy nie ma jakiejś zasady, że ochroniarze nie powinni angażować się emocjonalnie z klientami? Spodziewałam się ukrywania uczuć po kątach, tajemnicy... a tymczasem nawet przełożeni chłopaka nie patrzą krzywo na publiczne obmacywanie. Nie spodziewałabym się też na Waszym miejscu jakiś spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, bo poza małymi wstawkami, ta powieść to typowy romans, utrzymany w konwencji New Adult.

Ogólnie jest lepiej niż w przypadku Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno. Kristy Mosley stworzyła historię, która miała prawdziwy potencjał i przyjemną linię fabularną. Niestety problemy, które już poprzednio miałam z twórczością autorki pozostają aktualnie - brakuje dobrze zrobionego research'u i wprowadzenia choćby odrobiny realności do fabuły. Pisarka chce zbyt dużo, zbyt szybko, przez co Nic do stracenia, choć przyjemniejsze w odbiorze niż poprzednia powieść Mosley - nadal irytuje przerysowaniami i utwierdza mnie w przekonaniu, że nie polubimy się ze stylem tej autorki. Jeśli należycie do fanów Chłopaka, to z dużym prawdopodobieństwem ta książka Was zachwyci. Jeśli nie... ja polecałabym trzymać się z daleka, choć zachęcam do przekonania się o tym na własnej skórze.

Moja ocena: 5+/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,12/10
Ilość stron: 463
Okładka: miękka
Data wydania: 12 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 39,99 zł


Skradła mi serce w trzy dni, choć tak naprawdę miała je już po trzech sekundach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Kim jest ta dziewczyna?” Mhari McFarlane


Ile to lat spędziła, żeby przypodobać się takim nieistotnym ludziom?
I nigdy właściwie nie zadała sobie pytania, dlaczego ma ich lubić.

Kto z nas nie lubi odrobiny skandalu? Ja na pewno nie zaliczam się do tej grupy, bo ze wstydem przyznam, że czasem lubię pośledzić "ploteczki", choć zdecydowanie nie wywołują one u mnie większych emocji. No, chyba że chodzi o książkę...

Gdy Edie zostaje przyłapana w kompromitującej sytuacji z panem młodym na jego własnym weselu, wybucha skandal. Powszechne oburzenie przenosi się do sieci, a przez profile społecznościowe Edie przetacza się fala hejtu. Nazwana złodziejką mężów i skazana na towarzyski ostracyzm, pragnie zapaść się pod ziemię. Ponieważ atmosfera w biurze jest gęsta od plotek i komentarzy, szef wysyła ją do Nottingham na coś w rodzaju przymusowego urlopu, gdzie jako ghostwriterka ma napisać autobiografię wschodzącej gwiazdy filmowej, Elliota Owena.
Idealny plan? Niekoniecznie...
Hejt wciąż boli, współpraca z Elliotem od początku układa się fatalnie, a życie pod jednym dachem z ojcem i wiecznie niezadowoloną młodszą siostrą staje się źródłem kolejnych frustracji.
Gdy wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciw niej, Edie musi udowodnić sobie i innym, że wie, kim jest, i potrafi żyć po swojemu.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Kojarzycie ten moment w książkach, kiedy dzieje się "wielka zła rzecz"? To najczęściej ten fragment, kiedy wszystko już zaczyna się dobrze układać dla bohaterów, ale do końca zostaje sto stron, więc po prostu musi się stać coś złego. W tym wypadku wydawać by się mogło, że najgorsze, co mogło się zdarzyć to pocałowanie pana młodego na jego weselu, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Przed Edie jeszcze najgorsze - musi się zmierzyć z ogólnym potępieniem i nienawiścią zarówno byłych kolegów, ale także nieznajomych. Stawienie czoła fali hejtu wcale nie będzie łatwym zadaniem, podobnie zresztą jak napisanie biografii przystojnego aktora, Elliota Owena.

Przede wszystkim byłam zaskoczona, jak pulchna to książka, ponieważ powieści obyczajowe rzadko mają ponad pięćset stron. Obawiałam się, że taka wielkość przełoży się na zbyt długie opisy oraz/lub przestoje w fabule, bo autorka musiałaby mieć naprawdę sporo pomysłów, żeby zapełnić te wszystkie karki. Jak było? Hmm, mam wrażenie, że w ogólnym rozrachunku okazało się być w miarę dobrze, jednak jest jeszcze to nieszczęsne ale... Przez pierwsze sto stron autentycznie nie mogłam wciągnąć się w fabułę. Mnogość opisów, niewiele akcji i mnóstwo rozterek wewnętrznych Edie - czyli dokładnie to, czego się obawiałam - sprawiały, że odkładałam tę książkę mniej więcej co trzy rozdziały. W pewnym momencie stwierdziłam, że chyba już nic nie sprawi, że zmienię zdanie o powieści Mhari McFarlane, ale uwaga, uwaga na scenę wkroczył Elliot Owen. Rzadko przypisuję zasługę uratowania powieści jednemu bohaterowi, ale on naprawdę ma spore zasługi, bo od tej chwili było już tylko lepiej - więcej się działo, postaci się rozwijały, skróciły się też wewnętrzne monologi - a Kim jest ta dziewczyna? naprawdę zaczęła mi się podobać. Nie będę rozpisywać się na temat szkodliwości mediów społecznościowych, ale naprawdę podobał mi się sposób, w jaki Mhari McFarlane przedstawiła ten temat, zarówno na przykładzie Edie, jak i Elliota Pisarka postawiła na krótkie rozdziały oraz dość prosty język, więc nawet przez ten nieszczęsny początek, powieść czyta się sprawnie, bez większych rozterek nad tekstem. Zastanawia mnie jednak czy autorka (bądź tłumacz) okazjonalnie nie sięgnęli po zbyt kolokwialne określenia (były to raczej pojedyncze przypadki, nie mniej jednak, coś takiego przeszło mi przez myśl w trakcie lektury), zwłaszcza patrząc na wiek głównych postaci.

Edie ma trzydzieści pięć lat, jest wolna i pracuje w agencji marketingowej w Londynie, ale z powodu wyżej wspomnianego skandalu na trzy miesiące wyjeżdża do rodzinnego Nottingham. Jest to bohaterka, którą naprawdę ciężko było mi polubić - z jednej strony rozumiałam, że wszystko, co mówili o niej ludzie faktycznie może boleć, ale z drugiej nie znoszę użalających się nad sobą kobiet. Poza tym skoro autorka już chciała ukazać ją, jako dojrzalszą niż kierowana hormonami dwudziestolatka, to mogła naprawdę odrobinę zmniejszyć jej naiwność. Obwinianie wszystkich poza sobą i pretensje, że panu młodemu się upiekło, wcale nie pomagały w jej sytuacji, zresztą tak samo, jak nazywanie siebie ofiarą. Żeby nie było, że jest tak tragicznie to czytelnik faktycznie ma okazję zaobserwować pewne zmiany w zachowaniu Edie, ale to nie do końca zatarło średnie pierwsze wrażenie i wciąż nie do końca ją lubię. Natomiast Elliot Owen szturmem podbił moje serce - dzięki niemu nawet Edie dała się lubić. Uwielbiałam fakt, że się troszczył, jego humor, przekomarzania z bratem, sam fakt, w jaki sposób o sobie mówił i generalnie wszystko. Nic dodać, nic ująć. Dodatkowo autorka wprowadza do fabuły sporo postaci drugoplanowych, ale tu naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Może, może niektóre z nich były zbędne, ale wszyscy bohaterowie są dobrze zarysowani i konsekwentni w sowim działaniu.

Normalnie staram się nie poruszać tego tematu, ale wiecie co? Nie znoszę otwartych zakończeń. NIE. ZNOSZĘ. FU. Jeżeli w planach nie ma kontynuacji to zostawianie końcówki dla interpretacji czytelnika jest po prostu... koszmarkiem. Ja tam osobiście wolę jasno i wyraźnie zakończone historie, zadowoli mnie nawet jedną stronę epilogu, którego akcja rozgrywa się dziesięć lat później. 

Ogólnie rzecz biorąc Kim jest ta dziewczyna? byłoby naprawdę dobrą powieścią, gdyby nie to zakończenie. Jestem w stanie wybaczyć niemrawe początki, zwłaszcza, że później nie mogłam się oderwać od tej powieści, ale absolutnie nie znoszę niedopracowanych końcówek. Jasne, mogę sobie ją dopowiedzieć sama, jednak to nie to samo, co po prostu ją przeczytać, jakakolwiek by nie była. <Głęboki wdech> Abstrahując od ostatniego rozdziału, ta książka naprawdę mi się podobała, jednak ostatecznie polecam Wam ją, tylko jeśli - w przeciwieństwie do mnie - potraficie pogodzić się z brakiem domkniętego zakończenia.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 511  
Okładka: miękka
Data wydania: 5 października 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 36,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins 

Recenzja - „Raze” Tillie Cole


Zabijałem, bo musiałem. Nie miałem wyboru. I tak byłem martwy,
nie byłem nikim więcej jak tylko numerem – obdartym z moralności, wolności i życia.

Nie wiem, czego się spodziewałam po Raze, jednak od momentu zobaczenia pierwszych zapowiedzi, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Sam fakt, że historia rozfrywała się w mafijnych klimatach sprawił, że z niecierpliwością zabrałam się za lekturę i przepadłam. Z jednej strony daleko mi do zachwytów, ale z drugiej... nie da się ukryć, że z jakiegoś powodu nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, jak się skończy.

Raze, znany również jako 818, dorastał w miejscu zwanym Gułagiem, piekle na ziemi, gdzie panowała jedna zasada - zabij lub zgiń. Przez lata faszerowany narkotykami, zapomniał, kim był zanim się tam znalazł, a jedyną myślą, która mu przyświecała była zemsta, mimo że nie pamiętał, dlaczego jest taka ważna. Kisa jest córką wora, szefa rosyjskiej mafii w Nowym Jorku, organizacji zwącej się Bracia. Dziewczyna jest zaręczona z brutalnym Alikiem - spadkobiercą Braci, który trzyma ją na krótkiej smyczy i kontroluje każdy aspekt jej życia. Kiedy losy tych dwojga się splotą, świat podziemnej przestępczości zatrzęsie się w posadach.

Aby przeżyć, musi zabijać...
Raze, szkolony w niewoli, aby okaleczać i zabijać, więzień numer 818, którego losem rządzi okrucieństwo i śmierć. Po latach niewoli w piekle w głowie kołacze mu się tylko jedna myśl: zemsta. Krwawa, powolna, brutalna zemsta. Zemsta na człowieku, który skłamał. Na człowieku, który go skrzywdził. Który go skazał i zmienił w pałającą wściekłością maszynę do zabijania. Potwora odartego z człowieczeństwa.
Kisa jest jedyną córką Kirilla „Silencera” Volkova, przywódcy niesławnej „Trójcy” bossów rosyjskiej Braci w Nowym Jorku. Jest chroniona, choć tak naprawdę żyje w więzieniu bez krat.
Kisa marzy o wolności. Zna jedynie okrucieństwo i poczucie straty. Pracuje jako managerka imperium śmierci swojego papy, a jej codzienność wypełniają jedynie smutek i ból. Jej narzeczony, Alik, kontroluje każdy aspekt życia Kisy, panuje nad każdą jej decyzją i pilnuje, by pozostała uległa i martwa w środku. Ale jeden wieczór wszystko to zmienia. Kisa wpada na ulicy na wytatuowanego i pokrytego bliznami mężczyznę, który obudzi w niej głęboko skrywane uczucia. Pragnienia znajome, choć zakazane. Dziewczyna od razu wie, że wpadła w tarapaty. Piękny i groźny mężczyzna ma w oczach śmierć. Kisa ma na jego punkcie obsesję. Pragnie go. Łaknie jego dotyku. Musi zdobyć tego tajemniczego mężczyznę, którego zwą Raze.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Ostatnio wpadłam w fazę czytania romansów i powieści erotycznych. Z jednej strony irytuje mnie ich schematyczność, ale z drugiej potrafią wywołać we mnie całe mnóstwo emocji, nawet gdy są przewidywalne. Chociaż, żeby nie było, są też autorzy, którzy naprawdę umieją mnie zaskoczyć, nawet jeśli nie rezultatem końcowym, to przynajmniej drogą, która do niego prowadzi. Ponadto zawsze patrzę na pozycje należące do tych dwóch gatunków i myślę sobie, że nie będzie mi szkoda, na chwilę tego odłożyć, a ponieważ rok akademicki ruszył z kopyta, potrzebuję chwili, żeby na nowo odnaleźć się w realiach codzienności (ciężko pogodzić przyjemności z obowiązkami). I może to i dobrze, że Raze zaczęłam wraz z początkiem weekendu, bo okazało się, że to jednak nie jedna z tych historii, które łatwo sobie dawkować - zamiast tego pochłonęłam tę powieść na raz.

Jednak to nie zapowiedź romantycznych uniesień przyciągnęła mnie do Raze, ale wizja akcji rozgrywającej się w mafijnych podziemiach. Nie wiem, czy już Wam o tym wspominałam, ale uwielbiam te klimaty i ślinię się do facetów biegających wszędzie z bronią ;). Sam fakt, że to właśnie świat Braci jest tłem fabuły sprawił, że ta książka naprawdę mi się spodobała, bo nie ma co ukrywać, że za samo to, powieść dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Na plus na pewno działała też dość wartko poprowadzona akcja oraz cała gama emocji, które wywołuje ta książka. Tylko, że naprawdę nie potrafię wskazać Wam palcem, co konkretnie sprawiło, że to bardzo dobra powieść, którą czyta się wręcz jednym tchem.

Raze teoretycznie zalicza się do gatunku Dark Erotic. Jestem prawie pewna, że moim jedynym, poprzednim spotkaniem z tym rodzajem była seria Dark Duet - fenomenalna trylogia, która zdewastowała moje uczucia i zostawiła mnie z myślowo-emocjonalnym poplątaniem, bo naprawdę nie wiedziałam, co powinnam myśleć zarówno o bohaterach, jak i o fabule. Czegoś podobnego spodziewałam się po Raze, właśnie tego zaplątania się we własne uczucia, zmieszania i poplątania, a może nawet i głównego bohatera, którego jednocześnie chciałoby się kochać i nienawidzić. Dostałam... romans. Może nie do końca z typowym tłem, zapewne nie nadający się dla osób o słabych nerwach (z powodu kilku scen erotycznych i dość sporej dozy brutalności), ale jednak. Nie zrozumcie mnie źle, bo to co spotkało Raze'a było okropne i okrutne, zresztą inni bohaterowie też wcale nie mieli łatwo, ale prawda jest taka, że pisarze na własne życzenie uodparniają nas na grozę i horror niektórych sytuacji. Po prostu po przeczytaniu o tej samej tragedii po raz n-ty nie rusza mnie to tak bardzo, jak w przypadku pierwszych pięciu. I niestety trochę tak było w przypadku tej powieści.

Nie jestem pewna, co mogłabym powiedzieć Wam o bohaterach, a wyjątkowo nie lubię takiej sytuacji. Z jednej strony chciałoby się rzec, że są naprawdę dobrze wykreowani, ale z drugiej ich działania nie do końca pasowały do obrazu, jaki stworzył się w mojej głowie. Chyba najlepiej obrazuje to ojciec Kisy - jest worem, brutalnym i silnym mężczyzną, który nie pozwala sobie na sprzeciw, a jednocześnie nie widzi, co się dzieje w okół niego. Kocha swoją córkę, ale nie potrafi jej ochronić przed sadystycznym narzeczonym, bo teoretycznie nie wie, że dziewczyna wcale nie jest z nim szczęśliwa - po prostu sprzeczność goni sprzeczność. Z kolei Kisa wyjątkowo mnie irytowała, bo mimo że dorastała w otoczeniu zabójców, jest jedyną córką wora, zamiast zrobić coś ze swoim życiem, daje sobą pomiatać, czyli jest bardzo typowym przykładem bohaterki, którą trzeba uratować. No i tytułowy Raze, o którym jednak nie będę mówić, bo akurat jego tajemnice musicie odkryć samodzielnie.

Mam wrażenie, że autorka trochę po macoszemu potraktowała tę opowieść. Znalazły się tu zupełnie niepotrzebne wątki, rozwijane na kilka stron, a zabrakło tłumaczeń.  Były fragmenty, które miały potencjał wywołać w czytelniku burzę emocji, a zostały przestawione jak krótkie, nieistotne wydarzenia. Nie miałabym nic przeciwko mniejszej ilości akcji, na rzecz odrobiny wyjaśnień, jednak aby uniknąć niecnych spojlerów, nie zdradzę, o który wątek dokładnie mi chodzi. A jeśli już o spojlerach mowa, to chyba największy żal do autorki mam o przewidywalność tej historii, bo nigdy nie jest dobrze, jeśli najbardziej oczywisty scenariusz okazuje się tym właściwym.

Mimo mojego narzekania, generalnie uważam, że Raze to naprawdę dobra książka. Tylko, że był spory potencjał, aby stała się czymś więcej, żeby wybiła się ponad inne erotyki czy też romanse. Potencjał, który niestety został zmarnowany. Bo, mimo że ta powieść była brutalna, to nie mroczna, nie łamiąca duszę i pozostawiająca mętlik w emocjach. To, że autorka poszła trochę na łatwiznę i przewidywalność fabuły to dwie największe jej wady. Jestem pewna, że Raze znajdzie odbiorców, którzy będą potrafili przymknąć oko na jego niedociągnięcia, więc mogę Wam polecić tę książkę, jeśli szukacie trochę bardziej nietypowego romansu lub jeśli - tak jak ja - po prostu uwielbiacie mafijną scenerię.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,96/10
Ilość stron: 400
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 12 października 2016 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek


Byli sobie przeznaczeni, chłopak i dziewczyna, dwa rozdzielone serca. Bóg pragnął zbadać,
czy prawdziwa miłość przetrwa. Chciał się dowiedzieć, czy wbrew przeciwnością losu
dwie połówki rozdzielonej duszy się odnajdą. Miną lata, oboje będą cierpieć. Oboje będą smutni,
jednak pewnego dnia, kiedy najmniej będą się tego spodziewać, ich ścieżki ponownie się skrzyżują.
Pozostaje pytanie: czy te dusze się rozpoznają?  [...]

Recenzja - „W pół drogi do grobu” Jeaniene Frost



- Kotek, wciąż jej nie powiedziałaś? Cholera, na co ty czekasz?
- Na drugie nadejście Chrystusa! - rzuciłam - I ani chwili wcześniej! Teraz, właź do szafy!

W pół drogi do grobu miało być moim wielkim powrotem do świata wampirów - udanym powrotem, co wnioskowałam z dobrych recenzji i wysokich ocen na Lubimy Czytać. Zwykle, gdy zaczynam lekturę nie mam określonych oczekiwań i po prostu daję się ponieść temu, co wymyślił autor. Czasami jednak daję się omamić pozytywnym opiniom i buduję sobie w głowie obraz tego, jak moim zdaniem powinna wyglądać "tak dobra" książka, co z reguły jest punktem zapalnym do powstania rozczarowań. Tak właśnie było tym razem. 

Dokonując zemsty, półwampirzyca Catherine Crawfield poluje na nieumarłych i ich zabija. Ma nadzieję, że odnajdzie wśród wampirów swojego ojca, odpowiedzialnego za zniszczenie życia jej matce. Schwytana przez Bonesa, łowcę nagród polującego na wampiry, zostaje zmuszona do współpracy. W zamian za znalezienie ojca Cat zgadza się trenować z seksownym nocnym łowcą, aż dorówna mu umiejętnościami walki. Jest zdziwiona, że nie kończy jako jego przekąska. Czyżby rzeczywiście istniały dobre wampiry? Wkrótce Bones przekona ją, że bycie mieszańcem nie jest wcale takie złe. Zanim jednak Cat zdąży się nacieszyć nowo zdobytym statusem pogromczyni demonów, oboje będą ścigani przez grupę zabójców. Cat musi opowiedzieć się po jednej ze stron…
A Bones okaże się dla niej równie kuszący jak żywy mężczyzna.
(Źródło: Wydawnictwo MAG)

Autor rzadko daje czytelnikowi wstęp przed rozpoczęciem historii. Dużo częściej wpadamy w środek jakiejś sytuacji i powolutku dowiadujemy się wszystkiego. Tak też było tym razem, jednak coś mi zgrzytnęło. Odniosłam wrażenie, że w natłoku dialogów i zwrotów akcji Jeanienie Frost zapomniała, że coś trzeba czytelnikowi podrzucić, jeśli ma się on zatopić w danej opowieści. Nie mogę narzekać na nudę w fabule, ale wolałabym, aby nieco mniej się działo, a pisarka bardziej skupiła się na dodaniu paru komentarzy. To wrażenie potęgowała narracja prowadzona z punku widzenia Cat. Zwłaszcza, że pomiędzy jedną, a drugą walką i zawirowaniami w życiu osobistym bohaterów były takie krótkie odstępy. Dlatego właśnie mam problem z oceną tej powieści - naprawdę lubię, gdy sporo się dzieje i nigdy nie sądziłam, że może dziać się za dużo.

Nie zżyłam się z bohaterami, ale co gorsza nawet za nimi nie przepadam... Cat miała być twardą babką, wiecie łowczynią wampirów i takie tam. Niestety okazała się kolejną skrzywdzoną przez los dziewczynką, która za wszelką cenę stara się zadośćuczynić światu, że w ogóle istnieje. Nie tego oczekiwałam i właśnie to przeważyło szalę na jej niekorzyść. Dodatkowo przysięgam, że czasami jej iloraz inteligencji oscylował w okolicy zera. Czyż to nie logiczne, że jeśli ktoś pozbawi cię wszelkiej przewagi, jest wyraźnie lepiej wyszkolony oraz w sumie to jesteś jego więźniem, to nie zgrywasz mądrali, tylko starasz się wymyślić, jak nie umrzeć? Niby powinno być, a tu Cat zrobiła niespodziankę. A Bones... Bones miał być zły! Powinien być dużym, krwiożerczym wampirem! Tymczasem bardziej przypomina Edwarda niż Drakulę - no może przesadziłam, ale czujecie mój problem? Ponadto po raz kolejny spotkałam się ze zbyt szybkim obnażaniem duszy głównych bohaterów, przez co początek ich znajomości był nieco infantylny i sztuczny, po prostu źle się to czytało.  Ale żeby nie było, że wszystko jest źle to są też plusy do których zaliczają się teksty Bonesa oraz dialogi pomiędzy nim a Cat, często pełne sarkazmu lub humoru, które potrafiły wywołać uśmiech na mojej twarzy. Tylko, że to nie wystarczyło, żebym przymknęła oko na minusy.

Chciałabym napisać coś ponad to, ale prawda jest taka, że W pół drogi do grobu przeczytałam na początku wakacji i na tę chwilę nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Ogólnie mam dość mieszane uczucia w stosunku do książki - nie był to najgorsze spotkanie ze światem wampirów, ale nie było też tak dobre, jak oczekiwałam. Na plus na pewno działają dobre, zabawne dialogi i spora ilość zwrotów akcji, jednak dla mnie to nie wystarczyło, abym zakochała się w tej historii. Czy polecam? Nie jestem pewna, tym razem decyzję musicie podjąć sami. Osobiście sięgnę po kolejny tom przygód Cat, jednak nie jestem przekonana czy warto.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,11/10
Ilość stron: 438
Okładka: miękka
Data wydania: 21 września 2011 r.
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Reszka
Cena (z okładki): 35 zł


- Moja biedna matka! Ma dobre dni i złe. Lekarz stara się dopasować jej leki, ale nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie się atak. Nie zwracaj uwagi na jej gadanie o zabijaniu demonów. Jest zielonoświątkowcem.
 Wierzy w duchy i inne takie rzeczy. Tylko jej potakuj i staraj się nie mówić za dużo.
- Ale... ale... - Timmiemu niemal wychodziły na wierzch oczy. - Dlaczego jej powiedziałaś, że jestem twoim chłopakiem? Dlaczego nie wie o prawdziwym?
To było dobre pytanie. Rozejrzałam się w poszukiwaniu odpowiedzi. Jakiejkolwiek.
- On jest Anglikiem! - rzuciłam zdesperowana. - A mama... mama nie znosi cudzoziemców. 

#59 Recenzja - Wiedźmy z Savannah. Ród



Kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana.
Jest jak cebula, zawsze znajdziesz kolejną warstwę, jeśli będziesz obierać dalej.

Nie byłam pewna, czy chcę sięgać po Ród. Z jednej strony J.D. Horn kusił mnie motywem wiedźm i urokliwego Savannah, a z drugiej strony odstraszały niebyt przychylne recenzje. Wiedźmy z Savannah miały w sobie zapowiedź tego, co uwielbiam - wiedźmy, czarownice, magię... do tego rodzinny dramat i niewyjaśnione morderstwo. A wszystko to okraszone hoodoo i duchami, rozgrywające się w klimacie gorącego Savannah. To idealny przepis na książkę dla każdego fana fantastyki, prawda? Okazuje się, że jednak niezupełnie. 

Czary, zagubione dusze, hoodoo - to codzienność Savannah, pięknego miasteczka kryjącego upiorne sekrety. Cienkiej granicy pomiędzy rzeczywistością ludzi a światem demonów strzeże ród Taylorów, najpotężniejszych czarownic na południu USA. Gdy głowa rodziny umiera w tajemniczych okolicznościach, ktoś musi zająć miejsce lidera i powstrzymać zło, które zaczyna przenikać do miasta…
Mercy Taylor jako jedyna z rodu nigdy nie dysponowała magicznymi mocami. To ona jednak wyciąga czerwony los, który naznacza ją jako wybrankę. Co się za tym kryje? Jak zareaguje jej siostra, Maisie, która dotychczas wydawała się faworytką? I dlaczego narzeczony Maisie nagle nie może oderwać wzroku od Mercy?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Podeszłam do tej historii ze sporym entuzjazmem, od samego początku przypadł mi motyw sióstr, gdzie jedna z bliźniaczek jest wręcz wypełniona magią, a druga nie posiada jej wcale. Do tego doszła jeszcze cała rodzina Mercy, w której każdy poza nią posiadał moc, przez co dziewczyna była outsiderem. Te rodzinne przepychanki, tajemnice, które skrywali Taylorowie, a nawet dramaty miłosne sprawiły, że w pewnym momencie czułam się, jakbym oglądała trochę mniej zawiłą, okraszoną magią Modę na sukces. A jednak mimo to Ród całkiem mi się podobał, kolejno ujawniane przez autora sekrety zaskakiwały, a perypetie miłosne Mercy były całkiem interesujące. Myślę, że w moim wypadku Wiedźmy z Savannah to takie gulity pleasure, książka która ma sporo wad, ale jednocześnie zapewniająca mi naprawdę świetnie spędzony czas. Naprawdę nie wiem, jak to inaczej nazwać. Kiedy wychodziły na jaw kolejne sekrety Taylorów z jednej strony miałam ochotę się śmiać, a z drugiej byłam tak zaintrygowana tym, co ukrywają, że nie mogłam oderwać wzorku od tekstu. Podobnie zresztą było przy innych wątkach. 

Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o bohaterach. Gdzieś umknęło mi dlaczego właściwie Mercy czuje coś zarówno do Jacksona, jak i Patrica. Jedyne, co mogę przywołać teraz w pamięci, to że ten pierwszy był bardzo przystojny, a drugi był najlepszym przyjacielem dziewczyny - to właśnie główne cechy charakteru, które ich określają. Zresztą nie tylko ich. Mnogość bohaterów sprawia, że autorowi zwykle ciężko zagłębić się w ich portret, ale niektórzy całkiem dobrze sobie z tym radzą. Niestety J.D. Horn nie załapał się w to grono i zabrakło mu troszeczkę głębszych portretów jego postaci. Bliźniaczki mają niecałe dwadzieścia lat, ale przysięgam, że gdybym o tym nie wiedziała, dałabym im może po siedemnaście. Zwłaszcza Mercy. Dziewczyna łaknęła zarówno magii, jak i miłości i - patrząc na jej dzieciństwo rozumiałam to, naprawdę, ale jednocześnie czyniło ją to wyjątkowo naiwną, a gdzieś tam zabrakło jej pewnego dystansu i opanowania.  Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o Maise, bo nie było jej w fabule przez większość czasu, ale jestem ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy. Natomiast moim ulubionym bohaterem został Oliver i żałuję, że autor nie poświęcił mu więcej czasu, co mam nadzieję zmieni się w kolejnej części.

Styl autora jest lekki i przyjemny w odbiorze, nasycony dialogami, dzięki czemu książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Troszeczkę zabrakło mi opisów, ponieważ osobiście lubię sobie dokładnie wyobrazić bohaterów i miejsce akcji. Czasami też miałam problem, żeby odnaleźć się natychmiast w danej scenie, bo J.D. Horn lubi skakanie pomiędzy wątkami, co nie zawsze wychodziło mu na dobre.

Generalnie Ród to dosyć przeciętna powieść i nie najgorsze otwarcie serii, jeśli miałabym ją ocenić obiektywnie. Podobał mi się pomysł z bliźniaczkami, punkt kulminacyjny zaskoczył, a motyw wiedźm i kotwiczących był dokładnie w moim guście, ale prawdę mówiąc gdzieś tam, to wszystko już było. Wiedźmy z Savannah zostały dla mnie typową książką typu guilty pleasure, ponieważ choć świetnie spędziłam czas z tą opowieścią, nie mogłam nie zauważyć jej wad i niestety pewnego braku oryginalności. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 336
Okładka: miękka
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jerzy Bandel
Cena (z okładki): 34,90 zł




Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam 

#50 Recenzja - Niezrównani



Alyson Nöel kojarzę głównie z cyklu Nieśmiertelni, którego początek wspominam dość dobrze, choć przyznam, że tej sagi nigdy nie dokończyłam. Kusząca okładka nowej powieści autorki przyciągnęła mój wzrok i sprawiła, że byłam bardzo ciekawa, co znajdę w środku.


Hollywood Boulevard najlepiej ogląda się w ciemnych okularach i bez wszelkich nadziei. Jeśli jednak spojrzysz wystarczająco uważnie (i cudem dostaniesz się na listę VIP-ów), zobaczysz oazę najlepszych klubów w mieście - hedonistyczne niebo dla młodych, stylowych 
i bogatych. Ale wchodząc do tego świata musisz pamiętać, że możesz już nigdy się z niego nie wyrwać. Trójka kalifornijskich nastolatków wchodzi do kręgu dla wybrańców – nocnego życia elit Los Angeles. Zostają wciągnięci do gry o wysoką stawkę, którą jest gwiazdka Hollywood Madison Brooks. Ryzykowną zabawę w fascynującym świecie intryg i pieniędzy przerywa 
wstrząsający news – Madison zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach…
Niezrównani to pierwsza część trylogii Beautiful Idols – niezwykłej sagi o rzeczywistości, w której najpiękniejsze sny zmieniają się w najgorsze koszmary.

(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Na samym początku dostajemy całe mnóstwo różnorodnych postaci, których losy splatają się ze sobą dzięki pewnemu właścicielowi nocnych klubów. Ira Reedman to bohater intrygujący od pierwszej wzmianki o nim, przy czym nie do końca w pozytywnym sensie, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Za każdym razem, gdy się pojawiał miałam wrażenie, że coś knuje, choć na pierwszy rzut oka nie dotyczyły go żadne z głównych wydarzeń. Zarówno Layla jak i Aster sprawiały wrażenie ambitnych dziewczyn, które będą dążyć do celu po trupach. Polubiłam dziewczyny na początku, a następnie moje uczucia skakały od niechęci do sympatii, aż w końcu nie jestem pewna, gdzie skończyłam z Laylą, jednak jest mi żal Aster. Nie zdradzę Wam dlaczego, ale w ostatecznym rozrachunku w sumie jej współczuję.Tommy wydawał się najsympatyczniejszy z nich wszystkich, ale czułam tam pewien zgrzyt i zastawiało mnie, czy faktycznie tak jest, czy po prostu ukrywa swoją mroczną stronę lepiej niż dziewczyny.

Świat przedstawiony przez autorkę jest wyjątkowo płytki. Domyślam się, że taki właśnie był jej zamysł - przedstawienie Hollywood jako miejsca gdzie króluje próżność i fałsz. Do takiego obrazu właśnie pasują bohaterowie tej książki, a ostatnie zdanie opisu w sumie idealnie oddaje sens fabuły.

Akcja rozkręca się powoli, chociaż z ciekawością śledziłam pomysły i zmagania uczestników konkursu, oczekiwałam jakiegoś BUM, które sprawi, że fabuła nabierze tempa. Mam wrażenie, że autorka zdecydowała się na zbyt wiele zapychaczy, w sumie przez co , po pierwszych stu stronach obawiałam się, że Niezrównani będzie kolejną powieścią o niczym. Chociaż początek był dosyć niemrawy, to okazało się, że momentem, na który czekałam było zniknięcie Madison, bo od tego miejsca nie mogłam się oderwać od powieści. Już wcześniej czytelnik wiedział, że otaczało ją wiele sekretów, co sprawiało, że pomimo barku spektakularnych zwrotów akcji nie mogłam się doczekać, aż je poznam. Zaginięcie aktorki przysporzyło trzem głównym bohaterom wiele problemów i dostarczyło jeszcze więcej tajemnic, które czekają na wyjaśnienie. Jeśli Alyson Nöel utrzyma tempo z ostatnich stu stron to ta seria zdecydowanie będzie warta uwagi. 

Moim zdaniem Niezrównani to dobra książka, która może rozpocząć fantastyczną serię. Mam nadzieję, że autorka będzie się trzymać tego, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać przez ostatnie sto stron, a fabuła całkowicie mnie pochłonęła. Myślę, że ta powieść przypadnie Wam do gustu jeśli lubicie klimat Hollywood i powieści młodzieżowe, natomiast mogą się rozczarować osoby szukające w książkach jakiejś głębi. Biorąc pod uwagę całość mnie się podobała i z pewnością sięgnę po kontynuację

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,38/10
Ilość stron: 335
Okładka: miękka
Data wydania: 18 maja 2016 r.
Wydawnictwo:  HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 34,99 zł  



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#48 Recenzja - Before. Chroń mnie przed tym, czego pragnę



Jej wiara w niego sprawiła, że chciał być dla niej dobry.
Chciał udowodnić, że ona ma rację, a wszyscy inni się mylą.
Sprawiła, że poczuł ten rodzaj nadziei, której nie czuł nigdy wcześniej.
Nie wiedział nawet, że istnieje.

Pamiętacie moje recenzje serii After (jeśli nie to na pewno będą gdzieś podlinkowane na dole ;) )? Nigdy nie nazwałam książek Anny Todd świetną literaturą, ale zdecydowanie nie można im odmówić jednego - emocji. Ponieważ bardzo lubię tą serię, nie mogłam się powstrzymać od pokusy sięgnięcia po jej uzupełnienie.

Życie Hardina można podzielić na to, co zdarzyło się przed poznaniem Tessy, i na to, co zdarzyło się później. Wcześniej Hardin nie miał nic do stracenia.
Tylko gniew pobudzał go do działania. Nikt nie nauczył go, co to znaczy kochać. Hardin zawsze był sam. Imiona kolejnych dziewczyn zlewały mu się w jedno. Pragnął ich dotyku, ale od uczuć trzymał się z daleka. Dzięki temu życie było proste.
Tessa miała być kolejną łatwą zdobyczą. Całkiem nieźle się bawił… Dopóki szarość jej oczu nie zaczęła prześladować go w snach, a kształt ust doprowadzać do szału. Tak dobrze sobie radził, zanim popełnił błąd i pozwolił jej stać się całym światem! Obiecał sobie, że zrobi wszystko, by było tak jak dawniej.
Myślisz, że znasz wszystkie tajemnice Hardina? Ta książka to więcej, niż ci się wydaje!
(Źródło: znak.com.pl)

Pierwszy poważny błąd jest w reklamie tej książki - to nie jest pierwsza część After z punktu widzenia Hardina. Before jest dokładnie tym, co napisałam we wstępie - uzupełnieniem, dodatkiem, którego nie można czytać bez znajomości serii. Po pierwsze dlatego, że bez tego nie sposób nakreślić sobie pełnego portretu postaci o których czytamy - jak można ocenić kogoś na podstawie strzępek informacji, nie znając ich pełnej historii i motywów. Po drugie Before ma pełno spojlerów - w tej niepozornie krótkiej książeczce (w porównaniu do After) znajdziecie wszystko, co wywoływało u mnie szok i niedowierzanie, zdradza również zakończenie, którego ja nie byłam stuprocentowo pewna. Krótko mówiąc pozbawi Was efektów WOW, które sprawiły, że ta seria tak mi się podobała.

Obawiałam się, że Before będzie tylko odcinaniem kuponów od popularności, którą zdobyła seria Anny Todd. Poza pierwszą częścią narracja w After trafiała na zmianę do Tess i Hardina, więc jedyne, co autorka mogła dowiedzieć to fakty bazujące na czasach zanim chłopak przyjechał do Stanów. Nie mogłam sobie wyobrazić, że Anna Todd ma coś jeszcze do powiedzenia o początkach związku głównych bohaterów. Niestety muszę przyznać, że w większości miałam rację - dowiedziałam się parę nowych drobiazgów, jednak nic takiego, co sprawiło, że moja szczęka opadła. Na szczęście Before jest podzielone na "przed", "w trakcie" i "po". O ile druga część książki nie zrobiła na mnie wrażenia, to pozostałe ogromnie przypadły mi do gustu. Fragment "przed" opowiada fragmenty historii Molly, Steph, Melissy oraz Natalie, natomiast "po" daje czytelnikowi większy wgląd w dalsze losy bohaterów, niż pozwalała na to ostatnia część After. Te opowiadania, choć króciutkie dały mi poczucie, że zakup tej powieści to nie były pieniądze wyrzucone w błoto.

Tak naprawdę nie mam do dodania nic więcej ponad to, co napisałam w recenzjach After. Mogę tylko powiedzieć, że choć podobało mi się ponowne spotkanie z bohaterami, to ni jestem pewna, czy mogę z czystym sumieniem polecić Wam Before. Jeżeli podobnie jak ja nie macie zbyt wysokich oczekiwań odnoście tej książki i pragniecie raz jeszcze spotkać się z bohaterami After, to myślę, że Before przypadnie Wam do gustu.

Moja ocena: 6/10


Skończyłam czytać : maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,19/10
Ilość stron : 382
Data wydania : 30 marca 2016 r.
Okładka : miękka
Wydawnictwo : OMG books
Tłumaczenie : Krzysztof Skonieczny
Cena (z okładki) : 39,90 zł


Była moim spokojem, moim ogniem, moim oddechem,
moim bólem i nieważne jak dużo przeszliśmy,
każda sekunda była warta życia, które mamy.

#24 Recenzja - Collide


Nienawidziła tego, nienawidziła, że zauważał każdą fizyczną
i emocjonalną reakcję, jaką w niej wywoływał.
I nienwidziła tego, jak bardzo go pragnęła.
Niech go szlag.

Czasami zobaczę książkę i natychmiast chcę ją przeczytać - nazwijmy to miłością od pierwszego wejrzenia. Czasami jednak bronię się rękami i nogami przed daną pozycją, a i tak, jakimś cudem, ląduje ona w mojej biblioteczce. Dokładnie tak było z Collide, dopóki nie zaczęły się pojawiać recenzje drugiej części. Właśnie wtedy moje postanowienie poszło w diabły i, w końcu, skusiłam się na zakup tej powieści. Byłabym zachwycona, ale... No właśnie.

Emily przeprowadza się do Nowego Jorku po śmierci matki, aby uciec od bolesnych wspomnień i rozpocząć nowe życie ze swoim chłopakiem Dillonem. Był dla niej ogromnym wsparciem w trudnych chwilach, więc dziewczyna postanawia zrobić kolejny krok w ich związku, jednak nie spodziewa się poznania Gavina Blake'a. Od pierwszego spotkania rodzi się między nimi pożądanie, które przechodzi w coś głębszego. Emily stara się to ignorować, ponieważ kocha Dillona, ale czy potrafi?

Zacznijmy od tego, że spodziewałam się czegoś więcej. Więcej emocji, więcej akcji, więcej niepewności... Wyobraźcie sobie, że idziecie do fantastycznej knajpy i oczekujecie wspaniałego musu czekoladowego, a otrzymujecie babciny sernik. Jest okej, dokładnie taki jak lubicie, ale nie do końca tego chcieliście. Tak właśnie było ze mną i Collide. Jest to bardzo nieregularna książka - z jednej strony fragmenty, które łapią za serce i sprawiają, że nie chce się odłożyć tej historii, z drugiej jednak przerysowane, najczęściej przesłodzone wątki, które sprawiały, że z niesmakiem kręciłam głową. To wszystko sprawia, że ciężko mi jednoznacznie określić swoje uczucia do tej powieści.

Jak można się domyślić występuje tu trójkąt miłosny, który autorki wprost uwielbiają, a czytelnicy często kręcą na niego nosem. Nie jestem wyjątkiem i rzadko określam to jako zaletę, ponieważ irytuje mnie rozczulanie się bohaterki, którego faceta ma wybrać, natomiast tutaj denerwowało mnie, jeszcze bardziej, że dobrze wiem, kto będzie wyborem bohaterki. Wszystko przez skrajnie wykreowanie głównych męskich postaci, przez które z niedowierzaniem obserwowałam kolejne decyzje Emily. Tu zwracam część honoru autorce, bo zdaję sobie sprawę, że chciała poruszyć trudny temat toksycznej relacji. Więc dlaczego część? Plus za pokazanie dlaczego w ogóle Emily kocha Dillona i powodów jej przywiązania do niego, minus za brak jakiejkolwiek finezji w jego działaniach - czyli ponownie - średnia kreacja bohaterów.

Natomiast moja główna bolączka to język. Do bólu wręcz kolokwialny, aż zaznaczyłam sobie fragment, który przepełnił czarę goryczy -Mała, muszę do kibla [...]. Grr, aż zgrzytnęłam zębami. Chętnie sięgnę po Pulse, ale mam szczerą nadzieję, że styl autorki ulegnie poprawie. 

Wspomnę jeszcze o absolutnie zachwycającej okładce, choćby dla której warto mieć tą pozycję na półce ;).

Wysoka ocena może dziwić, skoro praktycznie tylko narzekam, jednak Collide to dosyć dobra, bardzo kobieca książka. Zdecydowanie nie dla przeciwników gatunku, ale wszystkim łaknącym trochę gorącego romansu zdecydowanie polecam. Sama historia jest naprawdę w porządku, chociaż przyznaję, że czytałam lepsze. Jestem ciekawa, co może mi zaoferować Gail McHugh w Pulse.

Moja ocena : 6/10

Skończyłam czytać : wrzesień 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,57 / 10
Ocena z empik.com : 4,4 / 5
Ilość stron : 351
Data wydania : 17  czerwca 2015 r.
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : Akurat
Tłumaczenie : Anna Dorota Kamińska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


Nigdy nie czułem się jednocześnie tak wstrząśnięty i tak zakochany.
Gdybyś mi powiedziała w dniu, kiedy się poznaliśmy, że złamiesz mi serce
i że mina dni, miesiące, nawet lata, a ból nie przeminie, i tak bym się w tobie zakochał.




Książka przeczytana w ramach wyzwania : 


PS. Nie zniknęłam! Naprawdę, po prostu nie mogę się przestawić z wakacji na studiowanie, przez co brak mi czasu zarówno na pisanie, jak i na czytanie. Mam nadzieję, że do końca października zdołam sobie wypracować jakiś system i powrócę tu na stałe. Dziękuję, że nadal tu zaglądacie i mogę tyko zapewnić, że nadal odwiedzam Wasze blogi i czytam komentarze, chociaż brak mi czasu na odpisywanie na cokolwiek :)).
PS2. To ostatni raz, kiedy wspominam o sprawdzaniu mejli podanych w zgłoszeniach do Book Tour'u. Rozumiem, że jeśli ktoś nie odpowiada, to nie jest zainteresowany przeczytaniem książki.... Listę uczestników zaktualizuję dopiero jutro, także wybaczcie jeśli Was tam nie ma. 


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka