Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Birthday girl” Penelope Douglas

Czas mija szybciej od wystrzelonej kuli, a strach podsuwa mam wymówki. Pragniemy ich, bo powstrzymują nas od zrobienia tego, co powinniśmy zrobić. Nie wątp w siebie, nie podważaj własnych decyzji i nie pozwól, aby strach cię przed czymś powstrzymał.

Z twórczością Penelope Douglas miałam okazję zetknąć się przy okazji lektury Corrupt i no cóż... to była miłość od pierwszego wejrzenia - czy też rozdziału. Nie ważne, rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Dlatego zatarłam ręce z radości na widok informacji, że Wydawnictwo NieZwykłe zamierza podjąć się wprowadzenia jej powieści na nasz rynek i dosłownie jak na szpilkach wyczekiwałam kuriera, aby dostarczył mi to cudeńko. Nie pamiętam, kiedy z taką niecierpliwością czekałam na jakąś premierę. Czy było warto?

Jordan
Przygarnął mnie, gdy nie miałam dokąd iść. Nie wykorzystuje mnie, nie rani ani o mnie nie zapomina. Nie traktuje tak, jakbym była niczym. Nie bierze mnie za pewnik. Nie sprawia, że czuję się zagrożona. Nie zapomina o mnie. Śmieje się razem ze mną. Patrzy na mnie. Słucha. Broni. Zauważa. Czuję na sobie jego oczy, gdy razem jemy śniadanie. Kiedy wraca z pracy, moje serce zaczyna bić szybciej na dźwięk parkującego na podjeździe samochodu. Muszę to zatrzymać. To się nie może wydarzyć. Siostra powiedziała mi kiedyś, że porządni faceci nie istnieją, a nawet jeśli na jakiegoś trafię, to i tak pewnie będzie zajęty. Sęk w tym, że to nie Pike Lawson jest zajęty. Tylko ja.
Pike
Przygarnąłem ją, bo myślałem, że jej pomagam. W zamian czasem coś ugotuje i trochę posprząta. Jasny układ. Szybko zrozumiałem, że to wcale nie będzie takie proste. Muszę się powściągać, by o niej nie myśleć i przestać wstrzymywać oddech za każdym razem, gdy trafiamy na siebie w domu. Nie mogę jej dotknąć i nie powinienem tego pragnąć. Jednak za każdym razem, kiedy nasze ścieżki się przecinają, ona coraz bardziej staje się częścią mnie. Nie możemy sobie na to pozwolić. Ma dziewiętnaście lat, a ja trzydzieści osiem. Jestem ojcem jej chłopaka. I tak się niefortunnie składa, że oboje właśnie wprowadzili się do mojego domu.
(Źródło: Wydawnictwo NieZwykłe)

Dziewiętnastoletnią Jordan życie szybko zmusiło do porzucenia dziecięcych marzeń i wzięcia losu w swoje ręce. Dziewczyna utrzymuje się sama i mieszka ze swoim chłopakiem, z tym że Cole, w przeciwieństwie do niej, lubi imprezować i wydaje się dość zagubiony i beztroski. Historia Pika i Jordan (bo nie ma co ukrywać, że to o nich jest ta opowieść) rozpoczyna się jednego, dość nieznaczącego wieczora. Dziewczyna kończy zmianę w pracy, ale Cole zapomina ją odebrać, więc postanawia wybrać się na wieczorny seans, skoro są jej urodziny. Tam spotyka nieznajomego, który dum, dum, dum jest tatą jej faceta (choć jeszcze o tym nie wie). Po jednym wybryków Cole'a para jest zmuszona wyprowadzić się z domu, więc jego ojciec proponuje im, żeby zatrzymali się w jego domu. W zamian mają pomagać Pike'owi w pracach domowych i odkładać na nowe mieszkanie. Jednakże żadne z nich nie spodziewało się skutków tej decyzji.

Całe wieki temu (takie przynajmniej mam wrażenie) czytałam Dręczyciela, który nie dorastał do pięt Corrupt, choć nadal był dobrą książką. Jak zatem w zestawieniu z tymi tytułami wypada Birthday gril? Hmm... okazuje się tak świetną historią, jak na liczyłam - dokładnie taką, której mogłabym się spodziewać po Penelope Douglas. Autorka ma wyjątkowy talent do przedstawiania trudnych romansów, takich gdzie na drodze wspólnej drodze do szczęścia bohaterów stoi wiele przeszkód i bardzo dobrze go wykorzystała przy historii Pika i Jordan. 

Birthday girl to rewelacyjny romans w stylu slow burn, w którym Douglas umiejętnie buduje napięcie pomiędzy bohaterami. Pokochałam sposób w jaki autorka zdecydowała się przedstawić ich relację - cegiełka po cegiełce dokładając do łączącego ich uczucia. To sprawiło, że z przyjemnością śledziłam ich bardzo realne losy. Dlatego też, nawet mimo dzielącej ich różnicy wieku, gorąco im kibicowałam. Razem z nimi odczuwałam targające nimi rozterki, dylematy, wzloty i upadki. Akacja jest tak poprowadzona, że dosłownie nie mogłam się rozstać z tą powieścią od pierwszej do ostatniej strony i pochłonęłam ją w jeden wieczór.

Uwielbiam Pike'a i Jordan, to para naprawdę świetnie wykreowanych bohaterów. Dziewczyna jest bardzo dojrzała, a jednocześnie w jej zachowaniu da się dostrzec przebłyski wskazujące na jej faktyczny wiek. Cieszę się, że autorka na siłę nie próbowała z niej zrobić kobiety w wieku Pike'a, zamkniętej w młodym ciele. To stanowczo nadaje tej historii realności, ponieważ relacja bohaterów mimo że nie jest typowym tabu, to z racji powiązań i różnicy wieku, nie jest również mile widziana. Pike... ach Pike. To dokładnie mój typ męskiego bohatera - odpowiedzialny, stanowczy, opiekuńczy. Co zabawne od pierwszych stron zestawienie z nim Cole'a sprawiło, że nie sposób było nie kibicować Pike'owi i Jordan. Napięcie pomiędzy tą dwójką iskrzy od pierwszego spotkania i autorka umiejętnie podsyca je przez całą powieść.

Wraz z zamknięciem ostatniej strony w mojej głowie pojawiła się jedna myśl - o mój boże, jakie to było dobre. Penelope Douglas stworzyła fantastyczny romans, który wciągnął mnie od pierwszego rozdziału i nie wypuścił aż do ostatniej strony. Birthday girl to świetna książka, do której jeszcze na pewno powrócę, bo jest tam wszystko, co lubię - rewelacyjni bohaterowie, dobrze poprowadzony wątek romantyczny i akurat wystarczająco dramatów, że nie sposób się przy niej nudzić. Ja pozostaję fanką pióra Douglas i gorąco polecam Wam Birthday girl, bo naprawdę warto to przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: styczeń 2019 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,07/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 470
Data wydania: 9 stycznia 2019 r.
Wydawnictwo: NieZwykłe
Tłumaczenie: Maciej Olbryś
Cena (z okładki): 43,90 zł


Nie chciałam niczego zmieniać ani nie pożądałam czegoś, czego nie miałam. 
Chciałam tylko czuć się tak następnego dnia. I następnego.
Czuć się kimś wyjątkowym, kimś, o kimś ktoś pamięta. Czuć się szczęśliwa.
On sprawia, że czuję się szczęśliwa.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe

Recenzja - „Nawet o tym nie wspominaj” Estelle Maskame

Czuję, że tak wiele mnie od nich dzieli. Wiem, że jestem tuż obok, ale czasami mam wrażenie, jakby wcale mnie tu nie było. Wszystko jest takie zdrętwiałe, takie puste. Tak bardzo nauczyłem się wszystko ignorować, że czasem nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Tak naprawdę nie wiem gdzie jestem.
Po prostu gdzieś.

Generalnie nie jestem fanem wracania do tej samej historii opowiedzianej po prostu z innej perspektywy. Zwykle choć uda mi się dowiedzieć paru nowych rzeczy, mimo wszystko czuję się jakbym dostała odgrzewany kotlet... A jednak są wyjątki - takie powieści czy serie, gdzie po prostu nie potrafię odmówić sobie ponownego spotkania z bohaterami, których historię zdążyłam pokochać. 

Tym razem Estelle Maskame oddała głos bohaterowi, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Tę opowieść - opowieść Tylera – po prostu trzeba przeczytać, aby naprawdę zrozumieć, co i dlaczego się wydarzyło. Jak radził sobie dwunastoletni Tyler, dręczony przez ojca? Co czuł jako gniewny, zbuntowany nastolatek, kiedy po raz pierwszy zobaczył Eden?
Masz szansę wejść w głowę Tylera i poznać jego najskrytsze myśli. W końcu dowiesz się więcej o tym, czego nie mogła wiedzieć Eden. Ta perspektywa chwyci cię za serce, złamie je i pokaże, czemu Tyler stał się wiecznie wściekłym i nieszczęśliwym chłopakiem, którego poznałyśmy w pierwszym tomie serii "Dimily".
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Swoją przygodę z twórczością Estelle Maskame zaczęłam ponad dwa lata temu, kiedy na rynku były już wszystkie tomy DIMILY. Po emocjonującej pierwszej części natychmiast zamówiłam dwie kolejne, bo historia Eden i Tylera podbiła moje serce i nie mogłam się doczekać, kiedy poznam ich dalsze losy. Okazało się, że to właśnie taki taki typ historii, które uwielbiam - pełna dramatów, nieporozumień, problemów i emocji... to właśnie mój styl. Lubię, gdy w książce faktycznie coś się dzieje, kiedy droga do szczęścia jest jak najbardziej kręta, a autor nie daje mi nawet chwili wytchnienia. Taką serią było właśnie Did I mention I love you. Wiadomość o kolejnej części i to dotyczącej mojego ulubionego człowieka, bo nie da się ukryć, że -  przynajmniej dla mnie, Tayler znacząco przyćmił Eden, wywołała uśmiech na mojej twarzy i naglącą ochotę, żeby położyć swoje ręce na Nawet o tym nie wspominaj. Czy historia, która tak bardzo podobała mi się dwa lata temu, nadal trzyma w szachu moje serce? Trochę tak, trochę nie. 

Uwielbiam styl pisania Estelle Maskame. To jedna z tych pisarek, kiedy kolejne strony wręcz przelatują mi przez palce, a ja nawet nie zdążę się zorientować, gdzie zniknęły mi godziny z życia, a ja jestem w połowie lektury. Dokładnie tak samo było tutaj - zakopałam się pod kocykiem i nawet nie wiedziałam, że popołudnie przeszło w wieczór, a ja byłam znacznie bliżej końca niż początku książki. W przypadku Nawet o tym nie wspominaj autorka zdecydowała się na na podzielenie fabuły na dwa wątki czasowe. Czytelnik więc otrzymuje przeplatające się rozdziały - jedne opisują znane nam już wydarzenia z Czy wspomniałam, że cię kocham?, a drugie historię Tylera i jego ojca zanim trafił do więzienia. I to właśnie one głównie trzymały mnie przyklejoną do tej powieści przez całe popołudnie. 

Widzicie nie wracałam do tej serii od dłuższego czasu, więc owszem, miło było wrócić do początku historii i poznać punkt widzenia Tylera. Przypomnieć sobie, za co właściwie lubię tę serię i jeszcze raz móc się w niej zatopić. Jednak nie da się ukryć, że już to widziałam. I choć pewne szczegóły uciekły mi z pamięci, to nie było tam nic, co mogłoby mnie zaskoczyć. Jednak dwutorowe poprowadzenie fabuły okazało się w tym przypadku strzałem w dziesiątkę, bo właściwie nie miałam kiedy się znudzić. Mimo że teoretycznie wiemy, co się stało z pierwszym mężem Elli, to czytanie tego, nie jako opowieść, ale podejście z pierwszej ręki, chwyciło mnie za serce. Możliwość spojrzenia na dzieciństwo Tylera, to poczucie bezradności i strach... sprawiło, że zrozumiałam go znacznie lepiej.

Jednak na samym początku wspomniałam o tym, że coś się zmieniło w moim postrzeganiu tej opowieści, więc o co mi chodziło? Teraz z perspektywy czasu, patrząc na Dimily nieco innym okiem, poniekąd hmm... nie rozumiem, czemu na samym początku związek Tylera i Eden był tak naszpikowany problemami. Ostatecznie przecież wcale nie byli ze sobą spokrewnieni, nie wychowywali się razem, byli po prostu dwójką obcych ludzi... więc ciągłe wspominanie, że on jest jej przybranym bratem było poniekąd bez sensu? To nawet nie tyle, co moje odczucia w stosunku do tej książki, ale bardziej coś w stylu pytania do publiczności - czy tylko ja odnoszę wrażenie, że największą przeszkodzę postawili sobie sami?

Ostatecznie Nawet o tym nie wspominaj okazało się miłym dodatkiem do serii, która kiedyś skradła moje serce. Miałam okazję raz jeszcze spotkać się z bohaterami i spojrzeć na tę opowieść z trochę innej perspektywy oraz dowiedzieć się paru nowych faktów. Z mojej strony gorąco polecam fanom poprzednich książek autorki - z pewnością Was nie zawiedzie.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,33/10
Ilość stron: 462
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 14 listopada 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Cena (z okładki): 37,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Pozwól mi zostać” Tijan

Moja twarz. Moje ciało. Moje serce - to wszystko odeszło wraz z nią, bo ona była mną.
Moja siostra bliźniaczka zabiła się dziewiątego czerwca.
Następnego dnia miałyśmy skończyć osiemnaści lat.

Na długo przed oficjalnym wydaniem jakiejkolwiek książki Tijan w Polsce, zdążyłam ją pokochać za Broken and Screwd - cudowną serię, która chwyciła mnie za serce żelazną pięścią. Także byłam prze szczęśliwa na możliwość przeczytania innych jej dzieł, ale okazało się, że czegoś mi w nich brakowało. Nadal podobała mi się jej twórczość (wciąż tak jest), ale to nie było do końca to, czego po niej oczekiwałam. Aż do momentu, kiedy sięgnęłam po Pozwól mi zostać...

Zapytała, czy może zostać, a on jej pozwolił.
Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana. Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Okazało się, że Pozwól mi zostać to właśnie książka, która przypomniała mi za co tak bardzo pokochałam twórczość autorki. Jeżeli mieliście do czynienia tylko z jej powieściami wydanymi w Polsce to z pewnością odczujecie tę różnicę. Bo Tijan jeśli się postara świetnie potrafi grać na emocjach, a ja to uwielbiam. Poruszając temat straty, i to tak dotkliwej, autorka dała sobie szerokie pole do popisu, które zresztą w pełni wykorzystała, dosłownie doprowadzając mnie do łez. Historie, które to potrafią na stałe zajmują sobie miejsce w moim mózgu, a ja zawsze gorąco je polecam. Widzicie, wszystko rozbija się o to, że czytając tyle książek ile czytam, mając w pamięci przynajmniej zarys każdej z nich, wcale nie tak łatwo doprowadzić mnie do łez - potrafią to tylko historie, które są genialne już od pierwszych stron i utrzymują ten poziom przez całą lekturę.

W przeciwieństwie do Fallen Crest czy Antybrata w Pozwól mi zostać jest dużo bardziej emocjonalnie - na pierwszy plan wcale nie wysuwa się wątek miłosny, a ból Mackenzie po stracie siostry, a także obraz rodziny, która musi pogodzić się ze dotkliwym brakiem jednego członka. Wiadomo, że taka tragedia może ich nieodwracalnie rozdzielić lub sprawić, że więzi między nimi będą silniejsze niż kiedykolwiek. Tijan świetnie radzi sobie z opisaniem tego rozdarcia, problemów i wyzwań, które staną na drodze Mac i jej bliskich do "normalności". Bo jak można pogodzić się z brakiem osoby, która znała cię najlepiej na świecie? Właśnie to czeka główną bohaterkę i właśnie tego wszyscy od niej oczekują.

Chwila, w której czytelnik ma okazję poznać Mackenzie następuje tuż po stracie siostry, także nie mamy okazji poznać jej "przed". Dostajemy za to wgląd w jej zniszczoną duszę, ból który trawi ją od środka i krótkie fragmenty przeszłości, pozwalające dostrzec jak bardzo zmieniła ją śmierć bliźniaczki. I zabrzmię jak zdarta płyta, ale Tijan naprawdę świetnie poradziła sobie z ukazaniem zdewastowanej dziewczyny i przekazaniu czytelnikowi jej emocji. Poza fragmentem, gdzie faktycznie się popłakałam, przez większość czasu czułam ucisk w dołku - tak bardzo wczułam się w tę opowieść. Rayan okazał się idealny dla tej historii, bo stanowi opokę, której Mackenzie chwyciła się, kiedy tonęła w bólu. Był dla niej wsparciem, przyjacielem i osobą, która pozwalała jej złączyć na nowo kawałki jej strzaskanego serca. I absolutnie go za to uwielbiam, a jednocześnie wydaje się on ociupinkę zbyt idealny jak na mój gust. Do tej powieści pasował wręcz idelanie, więc nie będę się czepiać, ale cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada, że niewiele brakowało, żebym miała go dość - choć na szczęście do tego nie doszło. 

Pozwól mi zostać, w porównaniu z innymi książkami Tijan wydanymi w Polsce, zdecydowanie zwiera dużo większy ładunek emocjonalny - czyli dokładnie to, za co pokochałam jej twórczość i czego do tej pory nieskutecznie szukałam. Autorka świetnie radzi sobie z opisywaniem bólu towarzyszącego jej bohaterom, umiejętnie przelewając je na czytelnika. Jeśli nie jesteście fanami jej dotychczasowej twórczości gorąco zachęcam, do dania jej kolejnej szansy, bo Pozwól mi zostać to nie kolejny romans. To opowieść o tragicznej stracie i przeszywającym bólu, z którym trzeba nauczyć się żyć. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: październik 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,71/10
Ilość stron: 406
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 28 września 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



Czułam ją wszędzie.
Siedziała obok mnie.
Stała przy mnie.
Chodziła obok.
Była mną, ale ja już nie byłam nią.
Kątem oka spojrzałam na Rayana. [...]
Był jak opatrunek na moje rany - zakrywał je, ale tak naprawdę ich nie lezył. Rany wciąż były otwarte, a ja miałam nadzieję, że będę poruszać się na tyle szybko, że moje wnętrzności nie rozleją się dookoła. 

Recenzja - „Addicted. Podwójna namiętność” Krista & Becca Ritchie

On jest tutaj. Ja jestem tutaj.
Niczego więcej nam nie trzeba.
I to jest nasze największe kłamstwo.

Patrząc na okładkę, tytuł i opis nie spodziewałam się za wiele po początku serii Addicted. Trochę problemów, trochę sztampowego romansu i wspólnej ucieczki w stronę zachodzącego słońca. O jakże się myliłam.

Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych. Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami. Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.
To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.
(Źródło: Wydawnictwo W.A.B)

Straszną krzywdę robi tej książce okładka i tytuł - oba sugerują dokładnie to, co opisałam wyżej. Kolejny romans/erotyk, który choć może być przyjemny, nie zatrząśnie moim światem. Ja wiem, że tłumaczenie nazwy zwykle pozostawia wiele do życzenia, ale jakim cudem z Addicted to you powstała Podwójna namiętność? Dodatkowo pośród tak wielu gołych klat na okładach, ciężko się rozeznać, co może być warte uwagi, a co będzie kolejną stratą czasu, przy czym wizualnie książka po postu ginie w tłumie, a długo już nie widziałam okładki, która tak bardzo nie pasowała by do treści. Owszem, w książce znajdują się sceny intymne i jest ona przeznaczona dla osób +18, jednak nijak nie wpasowuje się jako powieść erotyczna - co sugeruje grafika. Nie wspominając, że wydawca kwalifikuje ją jako powieść dla nastolatków, co jest po prostu śmieszne, bo seks i alkohol stanowią główną oś fabuły - więc to raczej oczywiste, że grupa docelowa została określona po prostu tragicznie. Addicted podchodzi pod typowe New Adult, opisując zmagania dwojga młodych ludzi ze swoimi uzależnieniami, przy tym stawiając na bardzo niestandardowy dla tego gatunku seksoholizm. Dlaczego nietypowy? Bo o tyle, o ile na narkomanię czy alkoholizm natykałam się dość często, to jestem prawie przekonana, że to pierwsza książka podejmująca akurat ten temat.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorki opisały nałogowców. Jestem pewna, że już o tym wspominałam, ale nie mogę znieść, kiedy lekarstwem na wszelakie bolączki bohaterów jest miłość, co poniekąd jest powodem, przez który ten gatunek w końcu mi się przejadł. Napad? Znęcanie się? Gwałt? Żaden problem, pocałujemy się parę razy i wszytko będzie z nami ok! Bo przecież terapia i jakiekolwiek racjonalne podejście do problemów jest dla prawdziwych ludzi, a nie książkowych postaci. Ughh, no właśnie nie. To była moja największa obawa, kiedy sięgałam po Addicted - że okaże się kolejną powieścią NA, w której brakuje realizmu, a wszystko będzie szło dokładnie po mojej myśli. Tymczasem autorki poświęcają słuszną cześć fabuły pokazaniu, jak bardzo wyniszczające bywają nałogi i jak ciężko sobie z nimi radzić, czy choćby opanować je. Przy tym nie zapominają o emocjach, czy rozwijaniu portretów nie tylko głównych bohaterów, ale także ich rodziny oraz przyjaciół.

Nie da się zaprzeczyć, że relacja Lily i Lorena, jest mocno dysfunkcyjna, i chociaż w tej historii właśnie o to chodziło, i tak to absolutnie ich pokochałam. Przyjaźń, która ich łączy jest bazą całej fabuły i sprawiła, że mocno trzymałam za nich kciuki, mimo że bardzo szybko można zauważyć, że tych dwoje sobie nie służy. Oboje są tak złamani, że nie wystarczy cała rolka taśmy, żeby posklejać choć jedno z nich, a co dopiero związek, który ich łączy. Ale dzięki temu właśnie Addicted jest tak wciągające i przepełnione emocjami, że choćby na chwilę nie mogłam oderwać się od lektury. Fakt, że tak szybko polubiłam głównych bohaterów, sprawił, że każdą ich decyzję przeżywałam całą sobą, mając niekiedy ochotę zanurzyć się w ich świat i walnąć po łbach (lub rzucić czytnikiem z nadmiaru frustracji). I uwielbiam fakt, że ta książka tak mocno na mnie oddziaływała, nie pozwalając minąć problemów Lili i Lo obojętnie, ale przeżywając każdą ich decyzję. To właśnie jest jeden z moich wyznaczników świetnej powieści, a do tej grupy bez wątpienia trafia Addicted.

Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie, dosłownie zaraz po ostatnim zdaniu, to było mocno zaskakujące "o boże, jakie to było dobre". I musicie mi uwierzyć na słowo, że byłam bardzo zdziwiona, jak bardzo Addicted faktycznie mi się podobało, bo absolutnie nie tego spodziewałam się po tej książce. Krista i Becca Ritchie stworzyły historię dwojga nałogowców, mocno przepełnioną emocjami i ukazującą, jak bardzo niszczące może być uzależnienie oraz że nie bez powodu nazwane jest chorobą. Także nie dajcie się zwieść okładce i opisowi - to nie jest kolejny romans/erotyk i jeśli tego szukacie, to Addicted się nie nadaje. Natomiast jest to absolutnie świetne NA, które pochłonęło mnie bez reszty i pozostawiło dyszącą z niecierpliwości za kolejnym tomem. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7/10
Ilość stron: 368
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 19 września
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Marzena Reyher


Nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. O tym, jak on się czuje. kiedy co noc sprowadzam innego faceta. I o tym, jak ja się czuję, kiedy widzę go pijącego na umór. Powstrzymujemy się od wzajemnych ocen, ale cisza wywołuje między nami nieuniknione napięcie. Tak silne, że czasami mam ochotę krzyczeć. Chowam te emocje w sobie. Nic nie mówię. Każda uwaga dotycząca naszych uzależnień narusza działający tu system.

Recenzja - „Łzy Tess” Pepper Winters


Potwory odnajdują się wzajemnie w ciemności.

Nie o tym miałam dzisiaj pisać, ale właśnie skończyłam czytać Łzy Tess i stwierdziłam, że tym razem najlepiej będzie przelać uczucia na papier zaraz po lekturze. Na powieść Pepper Winters miałam ochotę od momentu, gdy pojawiła się w zapowiedziach, więc raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że nie mogłam się doczekać lektury. Gdy tylko pojawiła się na Legimi, czym prędzej się za nią wzięłam. 

Dwudziestoletnia Tess Snow prowadzi spokojne życie. Jest o krok od rozpoczęcia kariery na rynku nieruchomości, a jej c7hłopak to idealna mieszanka czułości i odpowiedzialności. Aby świętować ich drugą rocznicę, Brax robi jej niespodziankę i zabiera na wycieczkę do Meksyku.
Romantyczne plaże, gorący seks i świetna zabawa — tego spodziewa się Tess. Dziewczyna nie wie, że zostanie uprowadzona, odurzona narkotykami i sprzedana. Siłą wepchnięto ją w mroczny świat prostytucji i zdegradowano do roli zabawki. Jej nowy pan, tajemniczy Q, nie lubi się dzielić.
Czy Brax odnajdzie i uratuje Tess, zanim jej nowy właściciel całkowicie ją zniszczy? Czy dziewczyna odnajdzie w sobie siłę, aby walczyć o swoje bezpieczeństwo i wolność?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Lubię książki z motywem porwania - jest coś takiego w zagłębianiu się w psychikę ofiary i oprawcy, co sprawia, że nie mogę się oderwać od takiej lektury. Dotyk ciemności, Konsekwencje pożądania czy ostatnio przeze mnie czytane Skradzione laleczki to książki, o których nie da się łatwo zapomnieć, a ja jeszcze wiele godzin po skończeniu mogę analizować motywy bohaterów. Dlatego z taką niecierpliwością czekałam na Łzy Tess. Liczyłam na to zamieszanie uczuć, które zawsze ogarnia mnie przy takich powieściach. Liczyłam na emocje i konkretny, dobry portret psychologiczny postaci. Liczyłam na wartką akcję i historię od której nie będę mogła się oderwać. Liczyłam... ehh... na wiele. Otrzymałam bubel.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że im większe masz oczekiwania wobec danego tytułu, tym większe są szanse, że się zawiedziesz. I z doświadczenia mogę to potwierdzić. Ale z drugiej strony dobra książka, to dobra książka i sama może się obronić - niestety dla mnie Łzy Tess tego nie zrobiły. Mam wrażenie, że Pepper Winters tak mocno starała się zaszokować czytelnika, że napychała swoją książkę coraz to mocniejszymi scenami, zapominając, że poza nimi w tej historii nic się nie dzieje. Zabrakło czegoś, co skleiłoby tę opowieść do kupy. Określanie tej książki jako dark zakrawa na obrazę dla świetnie napisanych książek w tym gatunku - jak choćby wspomniany przeze mnie wyżej Dotyk ciemności. C.J. Roberts gra na emocjach, a choć w scenach erotycznych wcale się nie hamuje, wszystko dobrze ze sobą gra i zabiera czytelnika w mroczne odmęty. Natomiast Winters choć kontrowersyjna, nie ma tej magii w swojej książce. To, co działo się z Tess zupełnie mnie nie ruszało, a w książce na próżno szukać jakiejkolwiek logiki.

Relacja głównych bohaterów jest śmiechu warta. Gdy Q. pojawia się w odległości 15 metrów od bohaterki, ta jest gotowa rozkładać dla niego nogi, a jedyne co ją hamuje to fakt, że on technicznie jest jej oprawcą. Zresztą o tym fakcie Tess zapomina i przypomina sobie tylko w dogodnych dla niej momentach. W jej zachowaniu, myśleniu i decyzjach brakuje konsekwencji i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Są bohaterowie, którzy w zamierzeniu mają być antypatyczni, ale mimo to czytelnik docenia ich kreację. W tym wypadku nie wiem, co właściwie chciała osiągnąć Winters, bo jeśli jej celem było wzbudzenie sympatii do Q. i Tess to zupełnie jej nie wyszło. Kobieta była tak irytująca w swoich działaniach, że jakoś nie ruszało mnie nic, co się z nią działo - a skoro autorka mocno chciała zbulwersować czytelnika, to możecie się domyślić, że Łzy Tess nie koniecznie opierają się na zbliżeniach bohaterów w pozycji misjonarskiej. A mimo to nie określiłabtm tej książki inaczej niż romansem z paroma mocniejszymi scenami. Żebym mogła chociaż powiedzieć, że tę opowieść ratuje Q., no ale się nie da. Jego zachowanie wcale nie ma więcej logiki niż jej. Darzę go mniejszą niechęcią, tylko dlatego, że autorka postanowiła oszczędzić mi wejścia w jego umysł i nie ma narracji z jego perspektywy.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, że nie kupiłam książki w wydaniu papierowym. Na Łzy Tess czekałam z gigantycznym entuzjazmem, który zamienił się w głębokie rozczarowanie. I choć może nie jest to historia tragiczna, to brak w niej logiki i, przede wszystkim, emocji. Znalazło się tam trochę brutalnych scen, więc niech wrażliwcy mają na to baczenie, ale cała ta książka jako dark erotic to jeden wielki niewypał. Winters tak bardzo skupiła się na kontrowersyjności, że zabrakło jej jednej bardzo istotnej rzeczy - fabuły. 

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 17 sierpnia 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

- Są pewne rzeczy, które musisz zrozumieć.
- Jedyną rzeczą, którą muszę zrozumieć jest to, że jesteś potworem, który mnie kupił. Ukradłeś moje życie. Moich bliskich. Zabrałeś wszystko. I tylko to muszę zrozumieć.

Recenzja - „Bang” E.K. Blair


Bajka to tylko ładne słowo określające kłamstwo, którym zwodzi się małe dzieci. Fałszywy obraz rzeczywistości, który pozwala wierzyć, że życie jest piękne.

Wybaczcie chwilową przerwę, ale wciągnął mnie remont i dosłownie dopiero teraz znalazłam wolną chwilę, żeby coś naskrobać. Tak to jest, że brak zapasowych recenzji na takie okazje zawsze wychodzi mi bokiem ;). Ale wracając do rzeczy - Bang określiłam jako najlepszą książkę w podsumowaniu poprzedniego miesiąca i obiecałam wytłumaczyć dlaczego. Także po tym krótkim wstępie możecie się domyślić, że niesamowicie mi się podobała, choć nie była to łatwa lektura.

Mówią, że ten, kto mści się na drugiej osobie, traci część swojej niewinności. 
Ale ja nie jestem niewinna. 
Już od dawna. 
Zostałam okradziona z niewinności. Odebrano mi los, który był mi pisany. Duszę, z którą przyszłam na świat. Rubinowe serce osadzone w życiu pełnym nadziei i marzeń.
To wszystko odeszło.
Przepadło.
Nigdy nawet nie miałam wyboru. 
Opłakuję tamto życie. Rozpaczam nad każdym „co by było, gdyby...”. 
Ale z tym już koniec. 
Jestem gotowa odebrać to, co zawsze mi się należało.
Jednak każdy plan ma jakiś słaby punkt. Czasem jest nim serce.
(Źródło: Wydawnictwo NieZwykłe)

Opis Bang jest tak niejednoznaczny, że absolutnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po fabule. Cóż, wątek zemsty był dość oczywisty, ale poza tym unikałam opisów jak ognia, bo chciałam poczuć ten dreszczyk zaskoczenia. Dlatego też sama postaram się unikać nakreślania fabuły, bo tu tkwi cała magia tej książki. Widzicie niewiele jest książek, które faktycznie potrafią mnie zaskoczyć. Poniekąd jest tak dlatego, że z reguły blurb na okładce daje całkiem dobry zarys fabuły. Z drugiej strony tyle już historii przewinęło mi się przez ręce, że potrafię docenić inwencję autora. E.K. Blair stanowczo zasługuje na punkty za oryginalność, bo w Bang praktycznie nic nie toczyło się tak jak myślałam. Także, pomimo że nie wiem czego się spodziewałam po tak niejasnym opisie, nie to dostałam - jakkolwiek dziwnie to brzmi. I to największa zaleta tej powieści, bo dawno tak mocno nie opadła mi szczęka ze zdziwienia.

Co zaskakujące ciężko się to czyta. Nie z powodu stylu autorki, czy języka jakim się posługuje, ale treści. Zwykle jest tak, że zaczynając ciekawa książkę, a Bang bez wątpienia zasługuje na to miano, nie mogę jej odłożyć. Natomiast tu co parę stron potrzebowałam przerwy - podobne uczucie towarzyszyło mi zresztą przy lekturze Miliona małych kawałków. To ten moment, kiedy fabuła robi się zbyt ciężka do przetrawienia na raz i żeby przyswoić nowe dane przydaje mi się taki szybki reset. A mimo to nawet na chwilę nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym odłożyć tę książkę nie poznawszy zakończenia. Także robiłam trochę notatek, układałam sobie w głowie nowe informacje odnośnie akcji, zastanawiałam się nad motywami postępowania głównej bohaterki, bo ani one ani cel jej działania jest nieznany dla czytelnika. Tworzy to aurę tajemnicy i poniekąd grozy? Bo jednego byłam pewna od początku - kobieta nie planowała nic miłego. Te uczucia towarzyszące mi od pierwszych stron sprawiły, że siedziałam jak na szpilkach pragnąc poznać jej motywację, a jednocześnie nie chciałam się spieszyć z lekturą.

Co mogę powiedzieć na temat bohaterów? To wręcz śmieszne jak bardzo Ninia wydawała mi się antypatyczną postacią. Nie wiedziałam, co pcha ją do działania i mimo że mnie to ciekawiło, nie potrafiłam obdarzyć jej sympatia przez pierwszą połowę książki. Zżerała mnie ciekawość, czy to się zmieni w dalszej części, czy też będą na nią bluzgać od początku do końca. W końcu doczekałam się trochę więcej faktów na jej temat i powoli ją poznając, mając wgląd na to jak wyglądało jej dzieciństwo, budziło się we mnie współczucie, które jednocześnie nie zmniejszyło niechęci, która odczuwałam dla jej obecnych działań. Gdzieś tam budziła się we mnie nadzieja, że może zaraz będzie lepiej, ale klimat Bang jest taki, że tak szybko jak się zaczynała, tak szybko tez dochodziłam do wniosku, że to się raczej nie wydarzy. Relacje Niny z innymi mężczyznami w jej życiu są dziwne i pokręcone tak bardzo, że sama nie wiedziałam co o nich myśleć. Bennet wprawdzie trochę ginie na tle kreacji Declana i Pike'a, ale skoro już na pierwszych stronach miałam okazję zobaczyć jak bardzo żona go nie cierpi, byłam niesamowicie ciekawa, czym sobie na zasługuje.

Jedyne do czego mogę się przyczepić to wyjaśnienie, będące motorem napędowym działań Niny. Nie wchodząc w szczegóły powiem tylko, że nie podpasywało mi ono zupełnie, chociaż cała reszta była świetna. 

To nie jeden z tych „trudnych” romansów. Bang to książka ciężka i mocno wpływająca na emocje - przez co wyjątkowa. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mocno przeżywałam coś, co czytam. E.K. Blair napisała historię tak bardzo pokręconą, a przy tym tak dobrą, że zaraz po skończeniu lektury sama nie wiedziałam, co o tym myślę. Stanowczo odradzam osobom o słabych nerwach, bo w książce znajduje się całe mnóstwo dosadnych opisów, na które nawet ja nie pozostałam obojętna (a wstrząsnąć mną bardzo trudno). Jeśli jednak macie ochotę na świetnie napisaną, nietuzinkową lekturę, ja z przyjemnością polecam Wam Bang, a sama z niecierpliwością wypatruję kontynuacji.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,9/10
Ilość stron: 400
Data wydania: 20 czerwca 2018 r.
Wydawnictwo: NieZwykłe
Tłumaczenie: Marta Słońska
Cena (z okładki): 38,90 zł



To jak potrzeba, której nie da się zaspokoić, bo nigdy nie masz dość. Jednego dnia idziesz przez życie myśląc, że wszystko jest w porządku - no, a przynajmniej na tyle w porządku, na ile to możliwe - aż tu nagle coś w tobie zaskakuje, po raz pierwszy kosztujesz miłości i zdajesz sobie sprawę, że przez całe życie umierałeś z głodu, ale sam o tym nie wiedziałeś, i że ta jedna osoba jest wszystkim, czego ci trzeba, żeby naprawdę czuć, że żyjesz.

Recenzja - „Dearest Clementine” Lex Martin


Czekam na jeszcze jedną złą wiadomość, bo gówniane wieści zawsze chodzą trójkami.

Pierwszym, co przyciągnęło mój wzrok do Dearest Clementine to śliczna okładka - delikatna i dziewczęca sprawiła, że mimo mojej niechęci do New Adult na dłużej zawiesiłam na niej oko. Dodatkowo wyjazdy zawsze sprawiają, że mam ochotę na książki, które są lekkie, urocze i romantyczne, dlatego postanowiłam sięgnąć po książkę Lex Martin właśnie teraz.

Clementine to dziewczyna, która musi nauczyć się na nowo kochać. Wydawałoby się, że jej życie jest równie zjawiskowe, jak ona. Jednak problemy z rodzicami, zdrada ukochanego chłopaka oraz napaść seksualna ze strony nauczyciela sprawiły, że stała się nieufną i zamkniętą w sobie osobą.
Clementine wyznaje zasadę, że z nikim się nie umawia. Kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny Gavin, chłopak, którego każda dziewczyna chciałaby spotkać na studiach, wiele się zmienia.
Z czasem zbliżają się do siebie. Kiedy wplątują się w historię tajemniczego zaginięcia studenta, Clementine nieświadomie staje się celem. Gavin wie, że musi być ostrożny, bo zagrożone jest nie tylko serce, ale też życie jego dziewczyny. 
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Był taki czas, kiedy New Adult po prostu mi zbrzydło. Dramaty bohaterów wszędzie wydawały się zrobione na jedno kopyto, a ich rozwiązaniem zawsze była miłość. Nie ważne z jak dużymi trudnościami się mierzyli i jak wiele mieli do pokonania nagle bum! - są zakochani, a problem jakby nigdy nie istniał. W końcu zamiast poruszać we mnie czułe struny, ich problemy zaczęły mnie irytować, więc stwierdziłam, że czas na przerwę. I choć trochę już minęło od tego czasu, kiedy widzę w opisie wzmiankę o NA, nadal podchodzę do takich książek jak do jeża. Ale kurczę ta okładka ciągnęła do siebie mój wzrok praktycznie od pierwszej zapowiedzi i dla Dearest Clementine postanowiłam zrobić wyjątek. Okazało się, że to była dobra decyzja. Lex Martin stworzyła powieść, która pochłonęła moje popołudnie bez reszty.
Pierwszy rozdział ma dla mnie spore znaczenie - nie ze względu na fabułę, ale jest to swego rodzaju test dla stylu autora. Jeśli jest dobry, nawet kiepskie historie czyta się szybko, jeżeli już na tym etapie jest źle, to nawet najlepsza fabuła sprawia, że czytanie jest drogą przez mękę. Patrząc na to kryterium Dearest Clemenine wypada naprawdę dobrze. Od pierwszych stron miałam poczucie, że pióro autorki jest lekkie, z idealnie omierzonymi proporcjami dialogów do opisów. Zwróciłam na to uwagę przez to, że ostatnio przy lekturze Vi Keeland pod tym względem było wyjątkowo źle. A tak to zwykle bywa, bardziej niż zwykle doceniłam coś, czego mi ostatnio zabrakło. Całość czyta się błyskawicznie, pisarka dobrze przeplata elementy fabuły, zgrabnie dozując fragmenty romansu, problemów i małych dramatów, tak że przy Dearest Clementine nie sposób się nudzić. Jako urozmaicenie Martin postawiła na wątek kryminalny - notabene wspomniany w ostatnim akapicie opisu - ale nie spodziewajcie się go zbyt wiele. Mnie osobiście bardzo odpowiadała tylko wzmianka o nim, choć nie da się nie zauważyć, że został potraktowany trochę po macoszemu. Zamysł był bardzo dobry, trochę zawiodło wykonanie, bo mógł się z tego zrobić ciekawy fragment.

Wyjątkowo polubiłam bohaterów. Trochę wycofana Clementine i uroczy Gavin to połączenie, które zdało egzamin. Czytelnik ma okazję dużo lepiej zrozumieć dziewczynę i jej zachowanie, ponieważ to ona prowadzi narrację, ale jest też dużo bardziej złożona niż on, więc fabuła na tym zyskuje. Słodki i opiekuńczy Gavin stara się ją wyciągnąć ze skorupy, w której się zamknęła, ale bardzo podobało mi się, że Clem nie robi z siebie ofiary losu. To zawsze była jedna z moich bolączek z NA - tak jakby bohaterki nie miały żadnego pomysłu na życie bez faceta. Tymczasem tu ten wątek jest zrobiony bardzo delikatnie, a fabuła nie skupia się na monologach Clementine o tym jak bardzo nie zasługuje na miłość, szczęście etc. Nie byłam też zadowolona widząc niektóre decyzje Gavina, były momenty, kiedy uważałam go za buca, ale jak to zwykle bywa ostatecznie mnie do siebie przekonał. Na uwagę zasługują też dobrze wykreowanie postaci drugoplanowe, które mają swoje pięć minut w fabule, a nie stanowią tylko jednolitego tła dla głównej pary. Przyjaciele bohaterów mają zróżnicowane osobowości i przyjemnością dowiedziałabym się więcej o ich dalszych losach.

Jedyne, co miałabym do zarzucenia książce Lex Martin to schematyczność. Nie da się ukryć, że motywy, które wykorzystuje autorka już się pojawiały, ale mimo to - podane w taki sposób - są jak najbardziej zjadliwe. Oryginalność fabuły to zawsze plus dla twórcy, a mimo to w Dearest Clementine jej brak zupełnie mnie nie dotknął. To jedna z tych książek, które po prostu dobrze się czyta, zwłaszcza w upalne letnie wieczory. Ociupinkę też zabrakło rozłożenia fabuły w czasie, choć na szczęście nie była to jeden z tych super błyskawicznie rozwijających się relacji i wyznawania sobie miłości po jednym dniu.

Dearest Clementine to świetna książka na wakacje. Zawiera akurat na tyle dużo dramy, że nie sposób się przy niej nudzić, a przy tym tworzy ona bardzo zgrany zespół z resztą fabuły. Lekkie pióro autorki sprawiło, że połknęłam tę powieść dosłownie w jedno popołudnie i spędziłam je z prawdziwą przyjemnością. To  było bardzo udane pierwsze spotkanie z Lex Martin i jestem ogromnie ciekawa, co jeszcze pokaże mi autorka. To nie jest wprawdzie powieść idealna, ale tak dobrze wpasowała się w to, na co aktualnie miałam ochotę, że chciałabym jeszcze do niej wrócić. Ja z mojej strony serdecznie Wam ją polecam - zwłaszcza na aktualne, letnie wieczory.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus


Kiedy patrzę w lustro, nie podoba mi się to, co widzę. Na początku chodziło tylko o przeżycie - dotarcie na kolejne zajęcia, przyjście na czas do pracy, mieszkanie z obcymi ludźmi - ale teraz, kiedy rozpracowałam najważniejsze problemy, nadal zakładam zbroję, podczas gdy życie tak naprawdę przepływa obok mnie. I mimo że sama myśl o zbliżeniu się do Gavina sram w gacie ze strachu, to kiedy jestem blisko niego, przypominają mi się czasy, gdy żyłam beztrosko, lubiłam ryzykować i byłam dziewczyną, z którą inni lubili przebywać

Recenzja - „Silence” Natasha Preston

 

Po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Natashy Preston ponad rok temu przy lekturze Uwięzionych. Nie obyło się wprawdzie bez pewnych niedociągnięć, zwłaszcza w kreacji portretu psychologicznego porywacza, ale całość zostawiła po sobie na tyle miłe odczucia, że byłam ciekawa co jeszcze ma do pokazania autorka. Nie mogłam się doczekać, żeby przekonać się czy Silence okazała się bardziej dopracowana i przekona mnie do dalszej przygody z pisarką, czy też sprawi, że na stałe się z nią rozstanę. 

Czy wyobrażasz sobie, że nie mówisz od jedenastu lat tylko dlatego, że sama tak zadecydowałaś?
Czy wyobrażasz sobie, że w tym samym czasie dorastasz, chodzisz do szkoły, poznajesz osoby, na których Ci zależy, a jednak ciągle milczysz?
Oakley nie mówi: boję się, boli mnie, nie chcę, kocham cię, mamo ani tato. Ani jednego słowa. Lekarze załamują ręce i nikt nie wie, dlaczego nagle zamilkła.
Tylko ona wie, co sprawiło, że cena, jaką płaci za bycie dziwadłem jest i tak niższa niż cena za powiedzenie prawdy, w którą i tak nikt nie uwierzy. Przez te wszystkie lata myśli, że tylko cisza może ją ochronić. Nawet miłość i wsparcie Cole’a nie wystarczają, by wyciągnąć ją z tego kokonu. Aż do pewnego dnia…
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Zacznijmy od tego, że pierwsze, co przyciągnęło mój wzrok do tej książki to opis. Idea dziewczyny, która nie wypowiedziała słowa od jedenastu lat i tajemnicy, która ją oplata, sprawiła, że zacierałam ręce na ciekawą lekturę. Oczekiwałam niepokojącego klimatu, trochę dramatycznych wydarzeń i rozwiązania zagadki, które mną potrząśnie. Co otrzymałam? Romans z bardzo przewidywalną linią fabularną. Bardzo słodki, obejmujący nastolatki i nie mający w sobie nic specjalnie wyjątkowego. Ze zdziwieniem przyjęłam fakt, że Oakley ma 15 lat i gdyby ta książka okazała się tym, na co liczyłam zupełnie by nie przeszkadzało, ale... ehh, nie lubię romansów z tak młodymi bohaterami. Choć nadal nie stronię od młodzieżówek, to tu wybitnie mi przeszkadzał wiek Oakley i Cole'a, bo nie grał dobrze z ich zachowaniem.

Autorka wodzi czytelnika za nos nie podając żadnych szczegółów, dlaczego dziewczyna przestała mówić i to właściwie mi się podobało. Tylko, że kurczę punkt kulminacyjny potoczył się tak szybko, że napięcie, które sukceswnie budowała przez całą książkę, gdzieś wyparowało. Dodatkowo czekając na jakieś wskazówki fabuła zaczynała mi się dłużyć. Zawiera ona dużo monologów Oakley, ale te skupiają się głównie na jej chłopaku i fakcie, że nic nie powie. Tak jakby trochę zabrakło Preston pomysłu, co właściwie można z nią zrobić, więc postanowiła zapętlić jej mózg, przez co zamiast budzić moją sympatię, coraz bardziej obojętniałam na to, co właściwie jej się przydarzyło. Cole jest bardzo uroczym chłopakiem, wiecie takim z cyklu zrobię dla ciebie wszystko, kocham cię tak bardzo itp itd. To sprawia, że jednocześnie jest też do bólu schematyczny i choć nie jest tak, że go nie lubię, to wiem, że zapomnę o nim w mgnieniu oka.

Nie znoszę nieścisłości fabularnych. To ten moment, kiedy autor nie przemyśli do końca swojego pomysłu i stara się pchać mnie w bagno udając, że to gorące źródła. Tylko niestety ja widzę te nielogiczności i zaczynam się irytować. Zawsze jest tak, że wolałabym prostszą fabułę, jeśli obchodzi się ona bez wciskania kitu, niż dramat full wypas, w którym coś zgrzyta. O co właściwie mi chodzi? Otóż Oakley nie mówi od jedenastu lat – oznacza to też, że nie pisze smsów, nie używa kartki ani języka migowego – zamknęła się wewnątrz swojego umysłu. A mimo to mamy scenę z lekarzem, który proponuje badanie krtani, a choć wszyscy bardzo się o nią niepokoją, jakoś nikt jej nie ciągnie do psychologów. Widzicie mój problem? 

Patrząc na mój wywód, moglibyście uznać, że powieść Natashy Preston jest fatalna i nie warto po nią sięgać, a tak w sumie nie jest. Tylko, że liczyłam na dużo więcej niż romansidło dla nastolatków i to rozczarowanie odbija się na moim spojrzeniu na fabułę. Myślę, że Silence spodobałoby mi się mniej więcej na etapie, kiedy byłam w wieku podobnym do bohaterów, bo wtedy po prostu wystarczyłoby mi, że Oakley i Cole się kochają, a nieścisłości fabuły tak nie byłby tak rażące. No ale cóż mam tyle lat, ile mam, przez co Silence mi ni ciepli ni grzeje. Ot takie czytadło na wolną chwilę – nic specjalnie dobrego i nic specjalnie złego – czytadło, o którym bardzo szybko zapomnę. 

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,94/10
Ilość stron: 360
Okładka: miękka
Data wydania: 31 stycznia 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik
Cena (z okładki): 36,90 zł
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young
Książkę zostawiłam w domu, a jestem na wakacjach, więc cytaty uzupełnię po powrocie ;)

Recenzja - „Tylko twój” Vi Keeland


Nie tak dawno temu gorąco chwaliłam Vi Keeland za Egomaniaca. Tamta książka zrobiła na mnie świetne wrażenie - lekka i zabawna lektura do której, w przeciwieństwie do poprzednich powieści autorki, z przyjemnością bym wróciła. Podobnym miłym zaskoczeniem był dla mnie Bossman, utrzymany w podobnym klimacie jak Egomaniac i równie warty polecenia. Po tych dwóch spotkaniach nikogo raczej nie zdziwi fakt, że sięgnęłam po najnowszą propozycję autorki nastawiona na kolejną świetną przygodę. Ze smutkiem stwierdzam, że tym razem okropnie się zawiodłam.

Gorący playboy i milioner, który może być kimś więcej niż tylko letnim romansem
To miał być wymarzony miesiąc miodowy. Turkusowa woda, spacery w blasku księżyca, gorące słowa i gorące chwile z ukochanym mężczyzną. Do pięknego obrazka zabrakło tylko… pana młodego. Sydney zerwała z narzeczonym dwa miesiące przed wymarzonym ślubem. Nie zamierza jednak rezygnować z miesiąca miodowego i wyrusza z przyjaciółką na wakacje. Na miejscu poznaje Jacka, z którym spędza kilka upojnych i niezobowiązujących chwil. Sydney nie spodziewa się, że letni flirt przerodzi się w coś więcej. Jednak Jack jest typem faceta, o którym niełatwo zapomnieć.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Od początku zapowiadało się na katastrofę. Gdzieś ulotnił się lekki styl autorki i stał się jakiś toporny, sprawiając, że już po prologu musiałam się upewnić, czy to naprawdę książka Vi Keeland. Nie wiem, co się stało, że to tak bardzo nie grało, ale przez większość czasu miałam wrażenie, że zamiast powieści czytam relację przeplataną wypowiedziami bohaterów. Zabrakło płynnych przejść pomiędzy kolejnymi dniami, wątkami... praktycznie wszędzie. Nie pomagają też fatalne dialogi pomiędzy postaciami, zwłaszcza te w sytuacjach intymnych. Kojarzycie te książki, gdzie sprośny bełkot przyprawia Was o śmiech i rumieńce zażenowania? Tak, to właśnie jedna z nich. W kółko przewijają się te same odzywki, które zdążyły mi zbrzydnąć jeszcze przed połową tej książki.

Może chociaż gdyby tak fabuła była naprawdę interesująca to mogłaby poratować trochę sytuację, ale niestety prawie nie istnieje. Jedyną nietypową sprawą jest zawód Jacka, a tak poza tym to wszystko toczy się tak jak w setkach innych książek, przy czym większość akcji stanowi horyzontalne mambo pomiędzy głównymi bohaterami. Wygląda to mniej więcej tak: Jack i Sydney uprawiają seks, wymieniają trzy zdania na temat swojego związku, kolejny rozdział zaczyna się tydzień później i wracamy do punktu wyjścia. Jeszcze gdyby tak sceny pomiędzy nimi były napisane ze smakiem, to może mogłabym przymknąć oko, że stanowią większość fabuły... ale znowu wracamy do kwestii żenujących dialogów. Powiedzcie mi, co mogę więcej napisać, skoro innych wątków jest tak mało, że mówiąc Wam cokolwiek będę spojlerować całość?

No to dochodzimy do kwestii bohaterów - szczerze, bohaterów, o których nawet nie chce mi się mówić. Bo Syd jest niby wolna i wyzwolona, ale absolutnie wszystko porównuje do swojego poprzedniego związku i ogólnie ma problemy z myśleniem. Dopóki jest z Jackiem wszystko jest idealne, on znika na pięć minut, ona przeżywa dziwne rozterki - on wraca i jakby nigdy ich nie było. Czy tylko ja widzę w tym coś nie tak? On jest super typowym bohaterem romansu. Serio. Przystojny, bogaty, lubi wydawać rozkazy, odgaduje myśli Sydney... wypisz, wymaluj jak setka innych. Nie wyróżnia się ani humorem, ani tekstami - chociaż to można podciągnąć pod problem dialogów, o którym wspomniałam wyżej.

Tylko twój pokazuje nowe oblicze książek Vi Keeland i to nie takie, które chciałam poznać. Zastanawiałam się jak to możliwe, że po rewelacyjnym Egomaniacu i świetnym Bossmanie trafiłam na taki bubel od autorki, której twórczość nawet jeśli mnie nie zachwycała, to pozwała na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości. Mam wrażenie, że wina leży w datach premiery. Między książkami, które tak mi się podobały, a tą dramą, o którym dzisiaj piszę jest pięć lat różnicy. W takim wypadku widać wyraźnie, że z czasem szło autorce znacznie lepiej, a ja swoje gigantyczne rozczarowanie mogę zrozumieć, ale nie koniecznie wybaczyć. Osobiście zalecam trzymanie się z daleka od tej książki, bo Kobiece wydało całe mnóstwo książek Keeland, duuuuuużo lepszych niż ta. Tym większe moje rozgoryczenie, że wiem, iż stać ją na wiele więcej.

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 5,67/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 20 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Gabriela Iwasyk


PS. Darowałam sobie wybieranie cytatów, bo nie było na czym zawiesić oka :/. Czytaliście tę książkę? Czy tylko dla mnie Tylko twój okazał się tak tragiczny w porównaniu do poprzedniczek?

Recenzja - „Maybe someday” Collen Hoover


Dziwne, czasami wystarczy, że ktoś nas przytulał kilka minut, żebyśmy potem już nigdy nie czuli się tak samo. W chwili, gdy ten ktoś wypuszcza cię z objęć, czujesz się tak, jakby zabrał ze sobą jakąś część ciebie.

Ponad rok temu w recenzji Ugly love napisałam, że moja przygoda z twórczością Collen Hoover dobiegła końca i pewnie byłaby to prawda, gdyby nie to, że zanim to powiedziałam, na mojej półce wciąż zalegało Maybe Someday. Zakładam, że ta książka czekałaby na swoją kolej jeszcze dłużej, gdyby nie to, że podczas przeprowadzki znalazła się na samej górze pudła i to właśnie ją zgarnęłam do czytania w aucie. Jak się udało moje spotkanie z kolejną książką Hoover?

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Już o tym wspominałam, ale napiszę jeszcze raz - byłam pewna, że książki Collen Hoover po prostu nie są dla mnie. Przy Hopeless, Pułapce uczuć czy wspomnianego wcześniej Ugly love nie uznałam je za nic więcej niż po prostu urocze historie. Nie mogłam się zżyć z bohaterami, a ich dramaty zamiast dotykać mnie żywego, wcale nie wpływały na moje emocje, bo bądź co bądź byłam pewna, że wyjdą z nich i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca. I to trochę śmieszny zarzut, bo przecież książek bez happy endu szuka się jak igły w stogu siana. Stąd też nigdy nie nazwałam Hoover złą pisarką, ale odpuściłam sobie jej twórczość. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się... że ta książka naprawdę mi się podoba. 
Czasami potrzebujemy złych dni, żeby spojrzeć z właściwej perspektywy na te dobre.
Maybe someday opiera się na zagmatwanym romansie, a przy tym brak jej typowych dla tych historii gigantycznych dramatów, bo i losy Ridge'a i Sydney jest wystarczająco skomplikowane bez nich. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że chłopak zdradza ją z najlepszą przyjaciółką aka współlokatorką i została bez domu. Ridge jest utalentowanym muzykiem, który świetnie pisze muzykę, ale przeżywa blokadę twórczą i nie może ułożyć do niej tekstów. Teksty do piosenek w zamian za zakwaterowanie - taką umowę zawierają bohaterowie. I w tradycyjnej książce tu właśnie rozpoczynałby się płomienny romans, gdyby nie to, że to właśnie nie jest aż tak tradycyjny romans. Tu zakończę swój wywód o fabule, bo reszty musicie dowiedzieć się sami - przecież nie mogę zdradzić wszystkich niespodzianek.
Nie chcę się z nią żegnać, skoro tak naprawdę wcale nie chcę, żeby odchodziła.
Za to mogę powiedzieć, że bohaterowie podbili moje serce. Nie są idealni, oboje mają swoje słabości, ale to chyba właśnie to tak mnie w nich urzekło. Sydney to silna dziewczyna, która stara się pozbierać po paskudnym rozstaniu i ułożyć sobie życie na nowo. Za to Rigde ma poukładane życie - cel, przyjaciół, zespół - wszystko komplikuje się właśnie po poznaniu Sydney. I choć były momenty, kiedy naprawdę go nienawidziłam, to uczciwie przyznam, że podbił moje serce. Jasne, popełnił mnóstwo błędów, będących skutkiem gównianych decyzji, ale kurczę jest w nim coś takiego, co sprawiło, że trzymałam za niego kciuki do samego końca. Czytelnik ma okazję zerknąć na fabułę z perspektywy obu bohaterów, bo narracja jest prowadzona dwutorowo, a rozdziały z perspektywy Sydney i Ridge'a przeplatają się. To daje nam okazję do poznania uczuć ich obojga, dzięki czemu fabuła sporo zyskuje. 

Całość dopełniają piękne teksty piosenek, które pojawiają się co parę rozdziałów. Tak jak wiersze z Pułapki uczuć raczej nie przypadły mi do gustu, tak te idealnie się wpasowały się w fabułę Maybe someday i były po prostu piękne. Całość dopełnia naprawdę lekki styl Hoover, który chwaliłam już poprzednio, nawet mimo rozczarowania treścią. Kolejne rozdziały dosłownie przelatują między palcami, więc całość czyta się bardzo szybko. Dodatkowo pisarka bardzo plastycznie operuje historią, płynnie przechodząc między wątkami, co nie pozwala się nudzić. No i na dodatek do mojego zeszytu trafiło kilka nowych, wspaniałych cytatów. 
Często usiłujemy ukryć nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać. Ludzie skrywają emocje, zupełnie jakby ujawnienie ich było czymś złym.
Jestem zdziwiona, że ta książka tak bardzo mi się podobała. Po poprzednich, nieudanych podejściach do książek Hoover Maybe someday pewnie przeleżałaby na półce jeszcze trochę, a ja nie wiedziałabym jak świetną historię tracę. A ta, choć do pewnego stopnia przewidywalna i tak trzymała mnie w napięciu, na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać. Okazało się, że to była idealna książka, żeby zacząć wakacje - nie tak ciężka jak dobra fantastyka i nie typowe, denne, odmużdżające romansidło. Jeśli jesteście fanami Collen na pewno Was nie zawiedzie. A jeśli, podobnie jak ja, nie zachwycała Was poprzednia twórczość autorki, to zachęcam do dania jej kolejnej szansy. Kto wie, może nie tylko dla mnie okaże się przyjemnym zaskoczeniem? 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,28/10
Ilość stron: 440
Okładka: miękka z zakładkami
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł


And if I can’t be yours now
I’ll wait here on this ground
Till you come, till you take me away
Maybe someday...

Recenzja - „Egomaniac” Vi Keeland


- Co cię tak śmieszy?
- Nie jesteś z Nowego Jorku, prawda?
- Nie. Dopiero co się przeniosłam z Oklahomy. Ale co to ma do rzeczy? 
Zrobiłem krok w jej stronę. 
- Przepraszam, ale muszę ci to powiedzieć. Zostałaś oszukana, Oklahoma.

Czytałam poprzednie książki Vi Keeland i były okej - zapewniały mi parę godzin spokoju, żebym mogła oderwać się od rzeczywistości i to by było na tyle. Dlatego też nigdy nie kusiło mnie napisanie ich recenzji, bo i moja opinia zamykałaby się w dwóch zdaniach. Jestem mile, bardzo mile zaskoczona, że Egomaniac okazał się znacznie lepszy. 

Emerie Rose poznaje Drew Jaggera w nietypowych okolicznościach. Bierze go za przestępcę, który włamał się do jej biura. Okazuje się jednak, że przystojniak jest właścicielem lokalu, a Emerie została oszukana przez człowieka, który wynajął go jej bezprawnie.
Po kilku godzinach spędzonych na posterunku Drew lituje się nad dziewczyną i składa ofertę nie do odrzucenia. W zamian za pomoc w biurze pozwala jej zostać w lokalu, dopóki nie znajdzie własnego. Terapeutka małżeńska i cyniczny prawnik rozwodowy zostają skazani na pracę obok siebie.
Pełna temperamentu Emerie powinna być wdzięczna i nie komentować pracy Andrew. Nie może się jednak powstrzymać. Para wdaje się w potyczki słowne i dokucza sobie na każdym kroku. Z każdym dniem przyciąganie między nimi jest coraz większe.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Po pierwsze początek był świetny i jak na mój gust bardzo pomysłowy. Przerobiłam już tyle scenariuszy pierwszego spotkania bohaterów, że potrafię docenić coś, co widzę po raz pierwszy. Dodatkowo cała sytuacja była po prostu zabawna - postawcie się na miejscu Drew, wracacie po przyjemnym urlopie do własnego biura, a tam urocza kobietka mówi Wam, że je wynajęła. Chwila bez wątpienia niezręczna dla niej i kłopotliwa dla mężczyzny. Tych kilka pierwszych stron były zapowiedzią klimatu w jakim zostanie przedstawiona cała ta historia, czyli lekko i przyjemnie z nutą poważniejszych tematów, żeby nie było zbyt kolorowo. Ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Egomaniac choć nie był wymagającą lekturą, to wcale nie umniejszało to przyjemności płynącej z lektury. 

Vi Keeland postawiła na mocno kontrastowych bohaterów. Mamy więc charyzmatycznego Drew, wziętego prawnika rozwodowego, który nie bawi się w zobowiązania prywatne oraz Emerie, lekko nieporadną kobietę, która jako psycholog prowadzi terapie małżeńskie. Przy tym mężczyzna bez wahania wyraża swoje zdanie, a Emerie nie ma problemu, żeby mu odpyskować - tak więc dialogi pomiędzy tą dwójką to czysta przyjemność. Dla złamania schematów Drew wcale nie jest super mrocznym mężczyzną z okropnymi sekretami, ma wprawdzie dość specyficzną osobowość, ale mi osobiście bardzo przypadł do gustu - jest szczery, zadziorny i przystojny - dokładnie taki, jaki powinien być bohater romansu. Natomiast pani psycholog wcale nie jest szarą myszką i ciapą do potęgi entej. Mimo jej pewnej nieporadności, ma optymistyczne podejście do życia, przez co bardzo dobrze zgrywa się z cynizmem Drew, nie boi się również mu odpyskować. 

Styl autorki pozostaje podobny, do tego z czym spotkałam się przy okazji jej poprzednich powieści. Jest lekko, przyjemnie i zabawnie oraz na szczęście brakuje tekstów, które sprawiałby, że mam ochotę walić głową w ścianę. Jednak w przypadku Egomaniaca dużo bardziej podobała mi się zarówno fabuła, jak i postaci niż w Walce czy Graczu. Relacje głównych bohaterów rozwijają się stopniowo, co nadaje książce nutę realizmu i co zdecydowanie potrafię docenić, po tylu razach, gdzie płomienne wyznania uczuć padały po dwóch dniach znajomości. Fabuła opiera się na czymś więcej niż tarzaniu w pościeli, co również jest miłą odmianą. Sceny erotycznie naturalnie występują, ale nie są główną osią akcji i naprawdę nie ma ich aż tak wiele. Dodatkowo czytelnik ma okazję spojrzeć na fabułę zarówno ze strony Drew, jak i Emerie, ponieważ narracja przeplata się wraz z rozdziałami. 

Słowem podsumowania - to nie tak, że Egomaniac jest super odkrywczym romansem, a pomysły Vi Keeland zasługują na miano nowatorskich i nietuzinkowych. A mimo to wyjątkowo przyjemnie się czyta się tę książkę, bo nawet schematyczność została ubrana w ładny płaszczyk. Poza ciekawą fabułą, pierwsze skrzypce zdecydowanie grają tu bohaterowie, a ci się rewelacyjnie wykreowani. Egomaniac to niby typowa, lekka powieść, po którą sięgnęłam z nudów, ale w przeciwieństwie do innych, które znajdują się w tej samej grupie, ta faktycznie zapadła mi na dłużej w pamięć. Ja ze swojej strony gorąco polecam Wam nową historię od Vi Keeland, jeśli tylko macie ochotę na lżejszą lekturę, która może odrobinę poprawić Wam nastrój, bez przyprawiania o ból głowy swoją absurdalnością. Bo w moim przypadku to najczęstsza bolączka, kiedy szukam czegoś niewymagającego do poczytania. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,69/10
Ilość stron: 392
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 16 marca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



- Zamawiasz coś na lunch? Boję się wyjść, bo nie chcę minąć się z dostawcami.

- Czasami coś zamawiam. A na co masz ochotę?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem wybredna.
- Może coś indyjskiego? Niedaleko jest Curry House. Szybko dostarczają zamówienia.
Zmarszczyłam nos.
- Nie lubisz kuchni indyjskiej?
- Nie bardzo.
- Okej. To może chińszczyzna?
- Za dużo glutaminianu sodu.
- A sushi?
- Mam alergię na ryby.
- Meksykańska?
- Za ciężka na lunch.
- Ale wiesz co oznacza wyrażenie ,,nie jestem wybredna", prawda?
Zmrużyłam oczy patrząc na niego.
- Oczywiście. Po prostu wymyślasz dziwne rzeczy.
- To co chciałabyś zjeść Emerie?
- Pizzę?
Pokiwał głową.
- Niech będzie pizza. Widzisz? To ja nie jestem wybredny.

Recenzja - „Kochanka księcia” Geneva Lee


Po co czekać, aż słońce samo wyjdzie zza chmur, skoro możesz zapalić światło?

Są takie momenty, że kończę książkę na czytniku i żałuję, że mam papierowego egzemplarza, bo z pewnością jeszcze do niej wrócę. Oczywiście zawsze mogę się w niego zaopatrzyć, ale powieści, które już czytałam, zawsze stoją za tymi, których nie udało mi się znaleźć w abonamencie i jedyną opcją jest kupno. Są też takie historie, gdy niezmiernie cieszę się z mojego Legimi, bo oszczędzają mi żalu z powodu gotówki wyrzuconej w błoto. Zgadniecie do której kategorii zalicza się Kochanka księcia, skoro już o tym wspominam? Ano, niestety do drugiej.

Na przyjęciu z okazji ukończenia studiów na Uniwersytecie Oksfordzkim Clara Bishop spotyka intrygującego mężczyznę o demonicznym spojrzeniu. Chociaż ich znajomość miała skończyć się na jednym pocałunku, to nie może o nim zapomnieć. Mężczyzna wydawał się jej bardzo bliski, jakby skądś go znała. Kiedy do drzwi Clary pukają paparazzi, okazuje się, że tajemniczym przystojniakiem był książę Alexander.
Prawowity następca tronu to niebezpieczny bad boy, który słynie z tego, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego najnowszym kaprysem staje się Clara. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostanie jego sekretną kochanką. Czy zdołają utrzymać swój związek w tajemnicy? Czy niebezpieczny książę poczuje do Clary coś więcej?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Tandetne romansidła, powieści z bad boyami w roli głównej i erotyki to w moim przypadku typowe gulity pleasure. Raz na ruski rok uda mi się wyczaić w tym gronie jakąś perełkę, która naprawdę mnie zachwyci, ale z reguły ograniczam się do przeczytać i zapomnieć. Ten rodzaj powieści pozwala mi na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i przez chwilę udawać, że świat nie istnieje, a ja wcale nie mam stosu piętrzącej się roboty. Ich recenzje rzadko pojawiają się na blogu, bo i moja opinia zwykle zamykałaby się w dwóch zdaniach, więc po co Was zanudzać? I choć większość z nich obieram neutralnie, to tak jak czasami uda mi się wyłapać coś, co faktycznie wstrzela się w mój gust, tak i trafiam na prawdziwe koszmarki. Toteż dziś przyszłam Was ostrzec przed Kochanką księcia.

Pierwsza część serii Royals miała być dosłownie niezobowiązującą lekturą na jeden wieczór, a przyprawiła mnie o mały ból głowy, bo... okazało się, że to normalnie kolejny Grey. Pojawiło się całe mnóstwo powieści, zarówno lepszych, jak i jeszcze gorszych od pierwowzoru. Jak grzyby po deszczu na rynku wydawniczym ukazywały się propozycje kolejne pozycje bazujące na podobnych schematach. Jednak Kochanka księcia to wypisz, wymaluj prawie kopia powieści E.L. James. Wymieńmy USA na Anglię, CEO na następcę tronu, zmieńmy podłoże dlaczego nie lubi być dotykany i magicznie Christian zamienia się w Alexandra. Jestem niebezpieczny, zniszczę cię... brzmi znajomo? Dla mnie aż za bardzo. Podobnie zresztą jest z Clarą jeśli prześledzić jej rozmyślania o sobie i związku z Alexandrem. Ona i Ana na pewno by się zaprzyjaźniły, bo są ulepione z tej samej gliny.

Nie spodziewajcie się też zbyt wartkiej akcji, bo ta prawie nie istnieje. Bohaterowie praktycznie przez cały czas uprawiają seks, okraszony takimi tekstami, że byłam normalnie zażenowana albo pękałam ze śmiechu. Dodatkowo miałam wrażenie, że poza faktem zmiennych okoliczności, czytam w kółko tę samą scenę, bo różnice były naprawdę mikroskopijne. Generalnie chciałabym powiedzieć coś więcej o fabule, ale Geneva Lee dosłownie nie umiejscowiła w swojej książce niczego poza relacjami intymnymi bohaterów, przeplatanych od czasu do czasu najazdem paparazzich. 

Kontynuując lekturę wbrew własnemu rozsądkowi, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie drzemią we mnie jakieś masochistyczne skłonności, bo 1/3 tej książki sprawiła, że już miałam dość. Mimo to dzielnie brnęłam przez kolejne strony, chyba tylko po to, żeby zbierać w swoim mózgu kolejne absurdalne sceny. Ja ze swojej strony stanowczo odradzam Kochankę księcia, chyba że należycie do fanów twórczości E.L. James i macie ochotę na retelling jej historii. Nie znajdziecie tu praktycznie niczego więcej. 
  
Moja ocena: 3+/10

Skończyłam czytać: marzec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,46/10
Ilość stron: 488
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 23 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Monika Pianowska

Recenzja - „Siła, która ich przyciąga” Brittainy C. Cherry

Miłość. Uczucie, które sprawiało, że ludzie zarówno wznosili się do chmur,
 jak i upadali na samo dno. Uczucie, które trawiło ludzkie serca, a także spalało ich dusze.
Początek i koniec każdej podróży.

Uwielbiam Brittainy C. Cherry. Swoją przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od Kochając Pana Danielsa, a Ogień, który ich spala podbił moje serce, nawet jeśli miałam problemy z relacją głównych bohaterów. Siła, która ich przyciąga po raz kolejny udowadnia mi, że są pisarze po twórczość których mogę sięgać w ciemno i się nie zawiodę. Brittainy C. Cherry można kochać, albo nienawidzić - ja z pewnością zaliczam się do tej pierwszej grupy. 

Z Grahamem Russellem nie byliśmy dla siebie stworzeni. Mną targały emocje, on pogrążony był w apatii. Ja śniłam na jawie, jego trawiły koszmary. Płakałam, podczas gdy jego oczy pozostawały suche. Pomimo jego skutego lodem serca i mojego porywczego temperamentu, czasami łączyły nas chwile. Chwile, gdy patrzyliśmy sobie w oczy, dostrzegając skrywane w nich tajemnice. Chwile, gdy jego usta doświadczały moich obaw, a ja oddychałam jego bólem. Chwile, kiedy wyobrażaliśmy sobie jakby to było, gdybyśmy byli zakochani. Dzięki tym chwilom unosiliśmy się ku chmurom, tam jednak dopadała nas rzeczywistość i jakaś siła zmuszała do zejścia na ziemię. Graham Russell nie był mężczyzną, który potrafi kochać. Ja również nie byłam w tym dobra. Mimo to, gdyby dane mi było znów się zakochać, zatraciłabym się w nim już na zawsze.
Nawet jeśli przeznaczone byłoby nam roztrzaskać się o skały.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem czemu, ale moje krytyczne oko zawsze dostaje zaćmienia, gdy przychodzi do oceny twórczości  Cherry. Także nawet jeśli pieję z zachwytu, to gdzieś tam kołacze mi się myśl, że jej książki nie są idealne - wręcz przeciwnie. Tak jak pisałam we wstępie, można ją kochać albo nienawidzić, jednak istnieje mała szansa, że dacie radę przejść obok tych historii całkiem obojętnie.

W przeciwieństwie do Kochając Pana Danielsa czy Ognia, który ich spala tym razem autorka wybrała dojrzalszą kreacją bohaterów, przynajmniej jeśli spojrzymy na to z perspektywy ich wieku. Połączenie gburowatego pisarza i nakręconej hipiski to coś, co mogło pójść bardzo źle, a jednak  to właśnie różnice pomiędzy Grahamem i Lucy sprawiły, że tak bardzo pokochałam ich relację. Uwielbiam fakt, że autorka poświęciła czas, żeby ich wzajemne stosunki rozwijały się (stosunkowo) powoli, ponieważ trochę czasu upłynęło zanim wystąpiła pomiędzy nimi jakaś cieplejsza wymiana zdań. Dzięki temu ich relacja wydaje się znacznie bardziej autentyczna i choć jestem pewna, że wybaczyłabym autorce miłość od pierwszego wejrzenia (co rzadko toleruję), to cieszę się, że oszczędziła mi tego. 

Bywały momenty, gdy optymizm Lucy niesamowicie mnie irytował, kiedy zamiast tupnąć nogą i się wkurzyć, kobiety nie opuszczało pozytywne myślenie. A z drugiej strony jej charakter tak dobrze równoważył Grahama, że gdyby nie on, to ten związek nie miałby racji bytu. Choć jak przystało na Cherry nie był on usłany różami - bo przecież trzeba dorzucić odpowiednią dawkę dramatów - to Siła, która ich przyciąga podbiła moje serce. Tym razem wprawdzie obyłam się bez chusteczek, ale nie sprawia to, że wspominam tę historię z mniejszym zachwytem, niż pozostałe książki autorki. Kurczę, Cherry ma po prostu coś w swoich powieściach, co siada mi na emocje i sprawia, że te romanse do mnie trafiają. Nie brakuje tu dramatycznych wydarzeń, które utrzymają zainteresowanie czytelnika, a jednocześnie to historia, w której główne skrzypce grają emocje i relacje, nie tylko pomiędzy głównymi bohaterami, ale także ich stosunku z postaciami drugoplanowymi. 
To normalne, że byliśmy od siebie różni. Lucy miała serce na dłoni, moje natomiast skrępowane łańcuchami spoczywało na dnie duszy. Bez namysłu przytuliłem ją mocniej, gdy zaczęła drżeć. Kobieta, która zawsze wszystko czuła, przywarła do mężczyzny, który w ogóle nic nie czuł. Przez ułamek sekundy odczuwałem jej ból, podczas gdy ona czuła mój chłód, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało.
Co mogę więcej powiedzieć? Siła, która ich przyciąga to kolejna książka Brittainy C. Cherry, która pobiła moje serce. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że ostatnio mam gigantyczną słabość do romansów (nawet tych kiepskich), ale ta powieść ma do zaoferowania więcej niż to. To historia Grahama o tym, jak ciężko dopuścić do siebie ludzi oraz Lucy, że otwarte serce skruszy najwyższe mury. Autorka pozostaje w gronie moich ulubieńców, więc pewnie domyślacie się, że gorąco polecam Wam Siłę, która ich przyciąga - jednak w przeciwieństwie do Ognia, których ich spala - tym razem nie tylko jej fanom, ale i przeciwnikom. Kto wie, może ta pozycja odmieni Wasz stosunek do Cherry? 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: styczeń 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 8,27/10
Ilość stron: 380
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 8 listopada 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


– Samotność jest złym doradcą – odparł Graham, siedząc na skraju łóżka. – Jest toksyczna, przeważnie zabójcza. Zmusza ludzi do wiary, że lepiej by im było z samym diabłem niż samotnie, ponieważ bycie samemu oznacza porażkę. W jakiś sposób samotność znaczy bycie niewystarczająco dobrym, często więc trucizna samotności wnika w życie i sprawia, że osoba bierze jakąkolwiek uwagę za miłość. Fałszywa miłość zbudowana na podwalinach samotności nie przetrwa, powinienem był o tym wiedzieć. Przez całe życie byłem samotny.




Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka