Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura erotyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura erotyczna. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Łzy Tess” Pepper Winters


Potwory odnajdują się wzajemnie w ciemności.

Nie o tym miałam dzisiaj pisać, ale właśnie skończyłam czytać Łzy Tess i stwierdziłam, że tym razem najlepiej będzie przelać uczucia na papier zaraz po lekturze. Na powieść Pepper Winters miałam ochotę od momentu, gdy pojawiła się w zapowiedziach, więc raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że nie mogłam się doczekać lektury. Gdy tylko pojawiła się na Legimi, czym prędzej się za nią wzięłam. 

Dwudziestoletnia Tess Snow prowadzi spokojne życie. Jest o krok od rozpoczęcia kariery na rynku nieruchomości, a jej c7hłopak to idealna mieszanka czułości i odpowiedzialności. Aby świętować ich drugą rocznicę, Brax robi jej niespodziankę i zabiera na wycieczkę do Meksyku.
Romantyczne plaże, gorący seks i świetna zabawa — tego spodziewa się Tess. Dziewczyna nie wie, że zostanie uprowadzona, odurzona narkotykami i sprzedana. Siłą wepchnięto ją w mroczny świat prostytucji i zdegradowano do roli zabawki. Jej nowy pan, tajemniczy Q, nie lubi się dzielić.
Czy Brax odnajdzie i uratuje Tess, zanim jej nowy właściciel całkowicie ją zniszczy? Czy dziewczyna odnajdzie w sobie siłę, aby walczyć o swoje bezpieczeństwo i wolność?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Lubię książki z motywem porwania - jest coś takiego w zagłębianiu się w psychikę ofiary i oprawcy, co sprawia, że nie mogę się oderwać od takiej lektury. Dotyk ciemności, Konsekwencje pożądania czy ostatnio przeze mnie czytane Skradzione laleczki to książki, o których nie da się łatwo zapomnieć, a ja jeszcze wiele godzin po skończeniu mogę analizować motywy bohaterów. Dlatego z taką niecierpliwością czekałam na Łzy Tess. Liczyłam na to zamieszanie uczuć, które zawsze ogarnia mnie przy takich powieściach. Liczyłam na emocje i konkretny, dobry portret psychologiczny postaci. Liczyłam na wartką akcję i historię od której nie będę mogła się oderwać. Liczyłam... ehh... na wiele. Otrzymałam bubel.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że im większe masz oczekiwania wobec danego tytułu, tym większe są szanse, że się zawiedziesz. I z doświadczenia mogę to potwierdzić. Ale z drugiej strony dobra książka, to dobra książka i sama może się obronić - niestety dla mnie Łzy Tess tego nie zrobiły. Mam wrażenie, że Pepper Winters tak mocno starała się zaszokować czytelnika, że napychała swoją książkę coraz to mocniejszymi scenami, zapominając, że poza nimi w tej historii nic się nie dzieje. Zabrakło czegoś, co skleiłoby tę opowieść do kupy. Określanie tej książki jako dark zakrawa na obrazę dla świetnie napisanych książek w tym gatunku - jak choćby wspomniany przeze mnie wyżej Dotyk ciemności. C.J. Roberts gra na emocjach, a choć w scenach erotycznych wcale się nie hamuje, wszystko dobrze ze sobą gra i zabiera czytelnika w mroczne odmęty. Natomiast Winters choć kontrowersyjna, nie ma tej magii w swojej książce. To, co działo się z Tess zupełnie mnie nie ruszało, a w książce na próżno szukać jakiejkolwiek logiki.

Relacja głównych bohaterów jest śmiechu warta. Gdy Q. pojawia się w odległości 15 metrów od bohaterki, ta jest gotowa rozkładać dla niego nogi, a jedyne co ją hamuje to fakt, że on technicznie jest jej oprawcą. Zresztą o tym fakcie Tess zapomina i przypomina sobie tylko w dogodnych dla niej momentach. W jej zachowaniu, myśleniu i decyzjach brakuje konsekwencji i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Są bohaterowie, którzy w zamierzeniu mają być antypatyczni, ale mimo to czytelnik docenia ich kreację. W tym wypadku nie wiem, co właściwie chciała osiągnąć Winters, bo jeśli jej celem było wzbudzenie sympatii do Q. i Tess to zupełnie jej nie wyszło. Kobieta była tak irytująca w swoich działaniach, że jakoś nie ruszało mnie nic, co się z nią działo - a skoro autorka mocno chciała zbulwersować czytelnika, to możecie się domyślić, że Łzy Tess nie koniecznie opierają się na zbliżeniach bohaterów w pozycji misjonarskiej. A mimo to nie określiłabtm tej książki inaczej niż romansem z paroma mocniejszymi scenami. Żebym mogła chociaż powiedzieć, że tę opowieść ratuje Q., no ale się nie da. Jego zachowanie wcale nie ma więcej logiki niż jej. Darzę go mniejszą niechęcią, tylko dlatego, że autorka postanowiła oszczędzić mi wejścia w jego umysł i nie ma narracji z jego perspektywy.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, że nie kupiłam książki w wydaniu papierowym. Na Łzy Tess czekałam z gigantycznym entuzjazmem, który zamienił się w głębokie rozczarowanie. I choć może nie jest to historia tragiczna, to brak w niej logiki i, przede wszystkim, emocji. Znalazło się tam trochę brutalnych scen, więc niech wrażliwcy mają na to baczenie, ale cała ta książka jako dark erotic to jeden wielki niewypał. Winters tak bardzo skupiła się na kontrowersyjności, że zabrakło jej jednej bardzo istotnej rzeczy - fabuły. 

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 17 sierpnia 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

- Są pewne rzeczy, które musisz zrozumieć.
- Jedyną rzeczą, którą muszę zrozumieć jest to, że jesteś potworem, który mnie kupił. Ukradłeś moje życie. Moich bliskich. Zabrałeś wszystko. I tylko to muszę zrozumieć.

Recenzja - „Egomaniac” Vi Keeland


- Co cię tak śmieszy?
- Nie jesteś z Nowego Jorku, prawda?
- Nie. Dopiero co się przeniosłam z Oklahomy. Ale co to ma do rzeczy? 
Zrobiłem krok w jej stronę. 
- Przepraszam, ale muszę ci to powiedzieć. Zostałaś oszukana, Oklahoma.

Czytałam poprzednie książki Vi Keeland i były okej - zapewniały mi parę godzin spokoju, żebym mogła oderwać się od rzeczywistości i to by było na tyle. Dlatego też nigdy nie kusiło mnie napisanie ich recenzji, bo i moja opinia zamykałaby się w dwóch zdaniach. Jestem mile, bardzo mile zaskoczona, że Egomaniac okazał się znacznie lepszy. 

Emerie Rose poznaje Drew Jaggera w nietypowych okolicznościach. Bierze go za przestępcę, który włamał się do jej biura. Okazuje się jednak, że przystojniak jest właścicielem lokalu, a Emerie została oszukana przez człowieka, który wynajął go jej bezprawnie.
Po kilku godzinach spędzonych na posterunku Drew lituje się nad dziewczyną i składa ofertę nie do odrzucenia. W zamian za pomoc w biurze pozwala jej zostać w lokalu, dopóki nie znajdzie własnego. Terapeutka małżeńska i cyniczny prawnik rozwodowy zostają skazani na pracę obok siebie.
Pełna temperamentu Emerie powinna być wdzięczna i nie komentować pracy Andrew. Nie może się jednak powstrzymać. Para wdaje się w potyczki słowne i dokucza sobie na każdym kroku. Z każdym dniem przyciąganie między nimi jest coraz większe.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Po pierwsze początek był świetny i jak na mój gust bardzo pomysłowy. Przerobiłam już tyle scenariuszy pierwszego spotkania bohaterów, że potrafię docenić coś, co widzę po raz pierwszy. Dodatkowo cała sytuacja była po prostu zabawna - postawcie się na miejscu Drew, wracacie po przyjemnym urlopie do własnego biura, a tam urocza kobietka mówi Wam, że je wynajęła. Chwila bez wątpienia niezręczna dla niej i kłopotliwa dla mężczyzny. Tych kilka pierwszych stron były zapowiedzią klimatu w jakim zostanie przedstawiona cała ta historia, czyli lekko i przyjemnie z nutą poważniejszych tematów, żeby nie było zbyt kolorowo. Ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Egomaniac choć nie był wymagającą lekturą, to wcale nie umniejszało to przyjemności płynącej z lektury. 

Vi Keeland postawiła na mocno kontrastowych bohaterów. Mamy więc charyzmatycznego Drew, wziętego prawnika rozwodowego, który nie bawi się w zobowiązania prywatne oraz Emerie, lekko nieporadną kobietę, która jako psycholog prowadzi terapie małżeńskie. Przy tym mężczyzna bez wahania wyraża swoje zdanie, a Emerie nie ma problemu, żeby mu odpyskować - tak więc dialogi pomiędzy tą dwójką to czysta przyjemność. Dla złamania schematów Drew wcale nie jest super mrocznym mężczyzną z okropnymi sekretami, ma wprawdzie dość specyficzną osobowość, ale mi osobiście bardzo przypadł do gustu - jest szczery, zadziorny i przystojny - dokładnie taki, jaki powinien być bohater romansu. Natomiast pani psycholog wcale nie jest szarą myszką i ciapą do potęgi entej. Mimo jej pewnej nieporadności, ma optymistyczne podejście do życia, przez co bardzo dobrze zgrywa się z cynizmem Drew, nie boi się również mu odpyskować. 

Styl autorki pozostaje podobny, do tego z czym spotkałam się przy okazji jej poprzednich powieści. Jest lekko, przyjemnie i zabawnie oraz na szczęście brakuje tekstów, które sprawiałby, że mam ochotę walić głową w ścianę. Jednak w przypadku Egomaniaca dużo bardziej podobała mi się zarówno fabuła, jak i postaci niż w Walce czy Graczu. Relacje głównych bohaterów rozwijają się stopniowo, co nadaje książce nutę realizmu i co zdecydowanie potrafię docenić, po tylu razach, gdzie płomienne wyznania uczuć padały po dwóch dniach znajomości. Fabuła opiera się na czymś więcej niż tarzaniu w pościeli, co również jest miłą odmianą. Sceny erotycznie naturalnie występują, ale nie są główną osią akcji i naprawdę nie ma ich aż tak wiele. Dodatkowo czytelnik ma okazję spojrzeć na fabułę zarówno ze strony Drew, jak i Emerie, ponieważ narracja przeplata się wraz z rozdziałami. 

Słowem podsumowania - to nie tak, że Egomaniac jest super odkrywczym romansem, a pomysły Vi Keeland zasługują na miano nowatorskich i nietuzinkowych. A mimo to wyjątkowo przyjemnie się czyta się tę książkę, bo nawet schematyczność została ubrana w ładny płaszczyk. Poza ciekawą fabułą, pierwsze skrzypce zdecydowanie grają tu bohaterowie, a ci się rewelacyjnie wykreowani. Egomaniac to niby typowa, lekka powieść, po którą sięgnęłam z nudów, ale w przeciwieństwie do innych, które znajdują się w tej samej grupie, ta faktycznie zapadła mi na dłużej w pamięć. Ja ze swojej strony gorąco polecam Wam nową historię od Vi Keeland, jeśli tylko macie ochotę na lżejszą lekturę, która może odrobinę poprawić Wam nastrój, bez przyprawiania o ból głowy swoją absurdalnością. Bo w moim przypadku to najczęstsza bolączka, kiedy szukam czegoś niewymagającego do poczytania. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,69/10
Ilość stron: 392
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 16 marca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



- Zamawiasz coś na lunch? Boję się wyjść, bo nie chcę minąć się z dostawcami.

- Czasami coś zamawiam. A na co masz ochotę?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem wybredna.
- Może coś indyjskiego? Niedaleko jest Curry House. Szybko dostarczają zamówienia.
Zmarszczyłam nos.
- Nie lubisz kuchni indyjskiej?
- Nie bardzo.
- Okej. To może chińszczyzna?
- Za dużo glutaminianu sodu.
- A sushi?
- Mam alergię na ryby.
- Meksykańska?
- Za ciężka na lunch.
- Ale wiesz co oznacza wyrażenie ,,nie jestem wybredna", prawda?
Zmrużyłam oczy patrząc na niego.
- Oczywiście. Po prostu wymyślasz dziwne rzeczy.
- To co chciałabyś zjeść Emerie?
- Pizzę?
Pokiwał głową.
- Niech będzie pizza. Widzisz? To ja nie jestem wybredny.

Recenzja - „Idealna dziewczyna” Carrie Blake


Po Idealną dziewczynę sięgnęłam zupełnie spontanicznie - z nudów zaczęłam przeglądać nowości w moim abonamencie Legimi (o którym parę słów pisałam TU) i przyciągnęła mnie okładka. Już na wstępie zaznaczę, że powieść ani mnie nie zachwyciła, ani nie obrzydziła mi twórczości autorki. Dlaczego o tym wspominam? Cóż gdyby nie jeden istotny fakt ta recenzja pewnie by się nie pojawiła... Jesteście ciekawi, co jednak skłoniło mnie do skreślenia tych kilku zdań? 

Zacznijmy od tego, że opis wydawcy, choć adekwatny do fabuły, jest raczej przydługi i poniekąd cieszę się, że go ominęłam (z natury uważam, że blurb powinien być stosunkowo krótki). Jak go streścić w dwóch zdaniach? Dziewczyna spotka faceta, który wciąga ją w odgrywanie dziwnych scenariuszy, zwykle z podtekstem erotycznym. Isabel daje się pochłonąć gierkom prowadzonym przez Matthew trącąc przy tym niejako poczucie własnego ja. Nie wie jednak, że za sznurki pociąga ktoś inny. Jeśli to dla Was za mało - śmiało, zapraszam do kolejnego akapitu. 

Zderzenie z nowojorską rzeczywistością sprawia, że młoda Isabel Archer porzuca marzenia o karierze aktorskiej i podejmuje pracę w sklepie z materacami, żeby związać z koniec z końcem. Znużona tym zajęciem dziewczyna pragnie nowej roli we własnym życiu. Gdy para przyjaciół zachęca ją do założenia konta na Tinderze, Isabel odkrywa, że wciąż może grać, zamieniając pierwsze – i jedyne – randki w mały teatr i obsadzając siebie w roli Dziewczyny Idealnej dla każdego mężczyzny, z którym się spotka. To dla niej niewinna zabawa, która kończy się buziakiem na dobranoc i niczym więcej – do czasu, gdy Isabel spotyka Matthew – diabelnie przystojnego i czarującego mężczyznę, który pracuje dla Vala Mortona, byłej gwiazdy kina i potężnego magnata nieruchomości.
Gdy Isabel przyznaje się Matthew do swoich gierek, mężczyzna chce dołączyć do teatru, jednak reguły zaczynają się zmieniać. Dziewczyna traci kontrolę nad scenariuszem i sama staje się marionetką posłusznie biorącą udział w rozmaitych seksualnych grach i wyzwaniach, które wymyśla jej nowy partner. Jednak wkrótce Isabel zaczyna się zastanawiać, czy to na pewno Matthew pociąga za sznurki…
Wrodzona intuicja i poczucie moralności zaczynają ją zawodzić, w miarę jak coraz bardziej pogrąża się w mrocznym świecie, rozkoszując się seksualnymi doświadczeniami, o jakich wcześniej nie śniła.
Jednak gdy ukochany przydziela jej ostatnią rolę, erotyczna gra wymyka się spod kontroli i nabiera przestępczego wymiaru, a Matthew i Isabel oboje stają się bezwolnymi marionetkami w rękach Mortona…
(Źródło: Wydawnictwo Burda Książki)

Tak jak wspominałam Idealna dziewczyna to był zupełny strzał w ciemno. Przede wszystkim nie wiedziałam, że ma być to thriller erotyczny, czyli gatunek, którego - mniej lub bardziej świadomie -  do tej pory udało mi się uniknąć. Chyba. Przynajmniej nie przychodzi mi do głowy inna historia podobna do tej, także załóżmy, że to moje pierwsze spotkanie. Wspominam o tym dlatego, że thrillery i kryminały to nie moja bajka, choć oczywiście sięgam i po powieści z tych gatunków. Tylko, że robię to bardzo rzadko i raczej niechętnie, co też nie znaczy, że te książki mi się nie podobają. Po prostu mija dużo, dużo czasu zanim zdecyduję się na lekturę. Stąd też brakuje mi materiału do porównania czy autorka dobrze się spisała na tle podobnych historii, czy też powieliła znane schematy. 

To nie jest książka, która zatrzęsła moim światem. Nie denerwowałam się, jak potoczy się akcja, nie poczułam się zszokowana końcówką i nie zachwyciła mnie kreacja bohaterów. Chociaż warto wspomnieć, że dużo bardziej polubiłam Matthew i jego pokrętny umysł, niż Isabel i jej gotowość do spełniania jego rozkazów, zachcianek, wytycznych - jak zwał tak zwał. Może dlatego, że nadal nie jestem pewna, co o nim myśleć, nawet mimo rozdziałów z jego perspektywy. Dręczy mnie uczucie, że on mógłby mieć jakiegoś asa w rękawie, którego czytelnik nie miał jeszcze okazji poznać. Albo się mylę i doszukuję smaczków tam gdzie ich nie ma. Kto to wie? 

Sama fabuła była interesująca, ale przez większość czasu nie znajdziecie tu dramatycznych zwrotów akcji czy budzących dreszczyk emocji. Cóż przynajmniej ja tego nie dostrzegłam, choć może być to związane z faktem, że niewiele thrillerów sprawiło, że faktycznie angażowałam się w akcję. Stąd też nie pałam miłością do tego gatunku. Kurczę, w sumie mam tak nijakie odczucia po tej lekturze, że nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać. Pod względem technicznym było w porządku. Nie przypominam sobie, żeby jakieś dialogi powodowały u mnie chęć walenia głową o ścianę, a styl autorki jest całkiem przyjemny w odbiorze. Całość pochłonęłam w ciągu jednego wieczora, ale to u mnie raczej norma niż cecha, która mogłaby świadczyć o wyjątkowości Idealnej dziewczyny. Po prostu należę do tych osób, które nie potrafią się rozstać z lekturą, dopóki się nie skończy. 

A skoro już wiecie, że powieść Carrie Blake nie spowodowała u mnie ani zachwytów ani zdegustowania, to wróćmy do tego, co właściwie skłoniło mnie do napisania tej recenzji. Weszłam na LC i zobaczyłam naprawdę niską średnią ocen - i pierwszy raz, kiedy spotkałam się z tak miernymi notami zaraz po premierze książki. W końcu bądźmy szczerzy, to raczej czas kiedy spotyka się głównie pozytywne opinie z nielicznymi wyjątkami. Poza tym coś mi nie pasowało, patrząc, że recenzje które czytałam były raczej pochlebne i to autentycznie nie była aż tak zła powieść. I znalazłam to:

Nie wiem, kiedy ta recenzja się pojawi, bo mam zaplanowanych parę innych, ale zwracam Waszą uwagę, że to stan z dnia po premierze, bo wtedy też czytałam tę książkę. I tak jakoś fakt, że trafiłam na takie cuda w sieci sprawił, że jednak postanowiłam wyrzucić z siebie tę parę słów o Idealnej dziewczynie. W końcu żadna motywacja do pisania nie jest zła, a ja biorę to co mi świat rzuca pod nogi, a tym przypadku padło na walkę z trollem ;).

Podsumowując? Idealna dziewczyna to całkiem dobra powieść, ale nie skłoniła mnie do zachwytów. Nie znalazłam tu ani rażących wad, ani ogromniej gamy zalet. Technicznie mogłabym czytać w tym czasie coś, co bardziej trafiałoby w moje gusta, ale raz na jakiś czas w sumie lubię takie strzały w ciemno. Carrie Blake stworzyła opowieść, która umiliła mi dość nudny wieczór - jednym słowem, była całkiem w porządku. Niestety sami będziecie musieli zdecydować, czy to coś dla Was, bo w sumie nie wiem, czy powinnam Wam ją polecać, czy jednak odradzać. Myślę, że jeśli jesteście fanami thrillerów erotycznych, to może być książka dla Was, choć stanowczo zabrakło tu jakiegoś dramatycznego zwrotu akcji lub zaskakującej końcówki.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: luty 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 4,81/10
Ilość stron: 300
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 15 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Burda Książki
Tłumaczenie: Anna Kowalska
Cena (z okładki): 39,90 zł  



Gdy moja czysta, nieskazitelna powierzchnia uległa zniszczeniu, wypalona przez seks, pragnienie
 i pożądanie, zostało tylko to, co prawdziwe: samo ciało, skóra, dotyk, bez duszy.
 Pożądanie, deprawacja, zepsucie.


Recenzja - „Kochanka księcia” Geneva Lee


Po co czekać, aż słońce samo wyjdzie zza chmur, skoro możesz zapalić światło?

Są takie momenty, że kończę książkę na czytniku i żałuję, że mam papierowego egzemplarza, bo z pewnością jeszcze do niej wrócę. Oczywiście zawsze mogę się w niego zaopatrzyć, ale powieści, które już czytałam, zawsze stoją za tymi, których nie udało mi się znaleźć w abonamencie i jedyną opcją jest kupno. Są też takie historie, gdy niezmiernie cieszę się z mojego Legimi, bo oszczędzają mi żalu z powodu gotówki wyrzuconej w błoto. Zgadniecie do której kategorii zalicza się Kochanka księcia, skoro już o tym wspominam? Ano, niestety do drugiej.

Na przyjęciu z okazji ukończenia studiów na Uniwersytecie Oksfordzkim Clara Bishop spotyka intrygującego mężczyznę o demonicznym spojrzeniu. Chociaż ich znajomość miała skończyć się na jednym pocałunku, to nie może o nim zapomnieć. Mężczyzna wydawał się jej bardzo bliski, jakby skądś go znała. Kiedy do drzwi Clary pukają paparazzi, okazuje się, że tajemniczym przystojniakiem był książę Alexander.
Prawowity następca tronu to niebezpieczny bad boy, który słynie z tego, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego najnowszym kaprysem staje się Clara. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostanie jego sekretną kochanką. Czy zdołają utrzymać swój związek w tajemnicy? Czy niebezpieczny książę poczuje do Clary coś więcej?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Tandetne romansidła, powieści z bad boyami w roli głównej i erotyki to w moim przypadku typowe gulity pleasure. Raz na ruski rok uda mi się wyczaić w tym gronie jakąś perełkę, która naprawdę mnie zachwyci, ale z reguły ograniczam się do przeczytać i zapomnieć. Ten rodzaj powieści pozwala mi na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i przez chwilę udawać, że świat nie istnieje, a ja wcale nie mam stosu piętrzącej się roboty. Ich recenzje rzadko pojawiają się na blogu, bo i moja opinia zwykle zamykałaby się w dwóch zdaniach, więc po co Was zanudzać? I choć większość z nich obieram neutralnie, to tak jak czasami uda mi się wyłapać coś, co faktycznie wstrzela się w mój gust, tak i trafiam na prawdziwe koszmarki. Toteż dziś przyszłam Was ostrzec przed Kochanką księcia.

Pierwsza część serii Royals miała być dosłownie niezobowiązującą lekturą na jeden wieczór, a przyprawiła mnie o mały ból głowy, bo... okazało się, że to normalnie kolejny Grey. Pojawiło się całe mnóstwo powieści, zarówno lepszych, jak i jeszcze gorszych od pierwowzoru. Jak grzyby po deszczu na rynku wydawniczym ukazywały się propozycje kolejne pozycje bazujące na podobnych schematach. Jednak Kochanka księcia to wypisz, wymaluj prawie kopia powieści E.L. James. Wymieńmy USA na Anglię, CEO na następcę tronu, zmieńmy podłoże dlaczego nie lubi być dotykany i magicznie Christian zamienia się w Alexandra. Jestem niebezpieczny, zniszczę cię... brzmi znajomo? Dla mnie aż za bardzo. Podobnie zresztą jest z Clarą jeśli prześledzić jej rozmyślania o sobie i związku z Alexandrem. Ona i Ana na pewno by się zaprzyjaźniły, bo są ulepione z tej samej gliny.

Nie spodziewajcie się też zbyt wartkiej akcji, bo ta prawie nie istnieje. Bohaterowie praktycznie przez cały czas uprawiają seks, okraszony takimi tekstami, że byłam normalnie zażenowana albo pękałam ze śmiechu. Dodatkowo miałam wrażenie, że poza faktem zmiennych okoliczności, czytam w kółko tę samą scenę, bo różnice były naprawdę mikroskopijne. Generalnie chciałabym powiedzieć coś więcej o fabule, ale Geneva Lee dosłownie nie umiejscowiła w swojej książce niczego poza relacjami intymnymi bohaterów, przeplatanych od czasu do czasu najazdem paparazzich. 

Kontynuując lekturę wbrew własnemu rozsądkowi, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie drzemią we mnie jakieś masochistyczne skłonności, bo 1/3 tej książki sprawiła, że już miałam dość. Mimo to dzielnie brnęłam przez kolejne strony, chyba tylko po to, żeby zbierać w swoim mózgu kolejne absurdalne sceny. Ja ze swojej strony stanowczo odradzam Kochankę księcia, chyba że należycie do fanów twórczości E.L. James i macie ochotę na retelling jej historii. Nie znajdziecie tu praktycznie niczego więcej. 
  
Moja ocena: 3+/10

Skończyłam czytać: marzec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,46/10
Ilość stron: 488
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 23 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Monika Pianowska

Recenzja - „Ugly Love” Colleen Hoover


Miłość nie zawsze jest ładna. Czasami wciąż masz nadzieję, że w końcu będzie inaczej. Lepiej.
A potem, zanim się zorientujesz, znowu jesteś w punkcie wyjścia, a serce zgubiłeś gdzieś po drodze.

Z bólem serca stwierdzam, że chyba nigdy nie zostanę fanką Colleen Hoover. Naprawdę starałam się dostrzec w jej twórczości "to coś", iskrę która sprawia, że ma całe rzesze oddanych fanów. Tylko, że... nie umiem. Dotychczas miałam okazję zetknąć się z Hopeless (której fenomenu do dziś nie rozumiem), Losing Hope, Pułapką uczuć czy Nieprzekraczalną granicą - czyli jak widzicie trochę tego było. Jednak zastanawiam się, czy Ugly Love nie zostanie ostatnią książką autorki w moim czytelniczym dorobku.

Serca zaczynają szybciej bić, obietnice zostają złamane, reguły przestają obowiązywać…
Kiedy Tate, początkująca pielęgniarka, wprowadza się do mieszkania swojego brata, nie spodziewa się tak gwałtownych zmian w życiu. Wszystko przez przystojnego pilota Milesa Archera. 
Miles ustala tylko jedną regułę ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Gdy ta sytuacja staje się nie do wytrzymania i prowokuje do pytań, ożywają jego dramatyczne wspomnienia.
Tej powieści się nie czyta, tylko przeżywa – całą sobą, sercem i duszą, a po zakończeniu nic już nie jest takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Jest coś takiego w twórczości Colleen Hoover, że choćbym nie wiem jak się starała, jej książki nie wywołują we mnie praktycznie żadnych emocji. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie potrafię wczuć się w sytuacje, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie i przeżywać ich razem z nimi. Być może problem leży w tym, że choćby nie wiem jak koleiste będą ich drogi, tak czy siak skończą razem, pełni szczęścia i nadziei na lepsze jutro. I tak, wiem, że u innych również braku happy endu szuka się jak igły w stogu siana, ale z jakiegoś powodu u Hoover wyjątkowo mi to przeszkadza. Chociaż może to złe słowo - chodzi mi bardziej o to, że nie mam wątpliwości, że takowy się pojawi. I tak też było w przypadku Milsa i Tate, choć byłam ciekawa co się zdarzyło w przeszłości mężczyzny, to ich wspólne losy były dla mnie pewne. To sprawiło, że nie porwały mnie ich perypetie i reagowałam na nie z wyjątkową wręcz (dla mnie) obojętnością.

W książce czytelnik dostaje dwa różne wątki czasowe - teraźniejszość z  perspektywy Tate przeplata się z przeszłością opowiadaną przez Milesa, przy czym pierwsze rozdziały są napisane tradycyjnie, a drugie... już nie tak bardzo. Autorka postanowiła wyśrodkować tekst i napisać go w formie przypominającej wiersz (?). Tak mi się zdaje, bo pierwsze skojarzenie miałam ze poezją, którą Colleen Hoover umieściła w Pułapce uczuć i teraz - tak jak wtedy - tu również bardziej mnie to zirytowało niż zachwyciło. To po prostu nie moja bajka, mogłabym przymknąć oko, gdyby były to tylko wstawki, ale w momencie, gdy stanowiło to połowę powieści oraz fabuły, sprawiło, że nie najlepiej mi się to czytało.

Nie wiem dlaczego, ale nie polubiłam ani Tate ani Milesa. Dziewczyna na zmianę albo wszystko analizuje albo roztkliwia się jak bardzo pożąda pewnego pilota. Zupełnie brak jej wyrazistości, czegoś co sprawiłoby, że warto ją zapamiętać. Miles natomiast w przeważającym stopniu jest dupkiem - przepraszam za wyrażenie. I jasne że, można go usprawiedliwiać, ale dlaczego powinnam? Nie wspominając nawet, że jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógłby wejść w układ z facetem, który jasno ci mówi, że nie możecie rozmawiać o niczym poza aktualną chwilą i generalnie wyrzuca cię z mieszania po zakończonym stosunku. No proszę Was - takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Zastanawiam się, co jeszcze mogłabym napisać, ale prawda jest taka, że to po prostu książka, o której łatwo zapomnieć i nie mam nic więcej do powiedzenia, bo po prostu nie wywołała we mnie żadnych emocji, poza pewną dozą irytacji.

Zawsze mam problem z oceną książkę Hoover, bo (w teorii) obiektywnie rzecz biorąc wiem, że nie jest to najgorsza książka. To nie jest nawet tak, że mi się nie podobała. Jednakże jest wyjątkowo... płaska. Nie poczułam praktycznie żadnych emocji, fabuła była stosunkowo przewidywalna, a bohaterowie nie do końca w moim guście. Ot, takie czytadło na jeden wieczór, które nie wywarło na mnie większego wrażenia.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,22/10
Ilość stron: 340
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 13 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł




Zabawne. Czasem milczenie jest bardziej wymowne niż wszystkie słowa świata.
Czasami moje milczenie mówi : nie wiem jak z tobą rozmawiać. Nie wiem, co sobie myślisz.
Mów do mnie. Powtórz mi wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.
Wszystkie słowa. Zacznij od pierwszego.


Recenzja - „Niepokorna” Madeline Sheehan


Spotykamy ludzi nie bez powodu. Potrzebujemy ich, by odmienić nasze życie,
albo to my mamy zmienić ich życie.

Nie miałam zamiaru czytać Niepokornej - ani opis fabuły, ani oceny na LC mnie do tego nie zachęcały. Ale oczywiście w końcu znalazłam taką recenzję, która ostatecznie przekonała mnie żeby dać tej powieści szansę, a że znalazłam ją w abonamencie... jak to mówią reszta jest historią. 

Metal i skóra. Lojalność i zdrada. Gniew i seks.
Eva Fox jest córką prezesa Klubu Motocyklowego Srebrzyste Demony. Wychowywana przez harleyowców, nie zna innego świata niż ten. Jej życie jest twarde jak źle wyprawiona skóra, surowe jak krajobraz pustyni i odurzające niczym zapach wiatru we włosach.
Deuce West to twardziel, emanujący testosteronem przywódca klubu Jeźdźców z Piekła Rodem. Podobnie jak Eva urodził się i dorastał wśród motocyklistów – ale na tym podobieństwa się kończą.
Los sprawia, że połączy ich miłość pełna pożądania i niepohamowanej namiętności. Gorzka i bolesna. Miłość, która nie zna granic.
To nie jest ckliwa love story. Nie znajdziecie w niej łzawych westchnień, listów pisanych o blasku księżyca, płatków róż rozsypanych pod stopy ukochanej i innych tego typu bzdur. To historia dzika i nieprzyzwoita. Pełna gniewu i nieokiełznanego seksu rozgrywająca się w świecie władanym przez gwałtowne emocje oraz mroczne żądze. Surowa i szorstka opowieść o bezkresnej miłości, która wymaga poświęcenia i sprawia ból. Opowieść, która całkowicie druzgocze i zniewala czytelnika.
(Źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona)

To nie będzie długa recenzja, bo szczerze mówiąc będę w szoku jeśli wykrztuszę z siebie więcej niż trzy akapity. Zaczynając od plusów - fajnie, że historia Evy i Deuce'a potrzebowała czasu żeby się rozegrać. Nie żebym po opisie oczekiwała ckliwego love story, ale mimo to, dobrze, że autorka potrafiła rozłożyć w czasie fabułę tak, że całość obejmuje naprawdę długie lata. To sprawiło, że faktycznie chciałam wiedzieć, co będzie dalej, nawet pomimo szerokiej gamy nieprzyjaznych uczuć do tej powieści, które ogarniały mnie podczas lektury.

Styl autorki jest wyjątkowo wulgarny i średnio mogłam go strawić podczas czytania. Potrafię być naprawdę wyrozumiała pod tym względem, bo z reguły przymykam oko na przekleństwa czy wyzwiska i jakoś myślę sobie, że najwyraźniej autor właśnie tak wyobraził sobie danego bohatera czy też grupę. Ale tu... to był po prostu dramat. Nie dość, że naprawdę nie dało się nie zwrócić uwagi na ich ilość to nazywanie wszystkich kobiet określeniem na s już porządnie mnie zdenerwowało. No bo co przepraszam chciała udowodnić autorka? Że niezależnie od jaką rolę dziewczyny odgrywały w gangu czy w życiu męskich bohaterów zawsze traktowano je tak samo? Serio niech mnie to ktoś wyjaśni, bo na pewno nic to nie wniosło ani do fabuły, ani do portretów psychologicznych bohaterów, a pojawiło się częściej niż ich imiona.

Zachowanie i decyzje obojga - zarówno Evy jak i Deuce'a -  sprawiły, że miałam ochotę zadać sobie pytanie, czy Madeline Sheehan świadomie kreowała ich na niezdecydowanych, niekonsekwentnych idiotów (przepraszam za określenie).  Dziewczyna była kochana przez ojca, autorka cały czas było podkreśla, jak wielką ma on władzę, i jednocześnie uwielbiana przez członków Klubu, a mimo to dała się wciągnąć w toksyczną relację z Frankim i nikt nie zwrócił uwagi (łącznie z nią samą), że to psychopatyczny morderca i - tylko być może - życie z nim jej nie służy? Pominę milczeniem fakt, że im była starsza, tym jej decyzje gorsze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Madeline Sheehan naprawdę chciała wykreować ją na śliną i niezależną dziewczynę, znającą ciemne strony życia, wychowaną przez twarde środowisko - ale jej działania błyskawicznie zacierały te starania. Plus nie mam pojęcia, dlaczego tak wiele czytelniczek np. patrząc na opinie na Goodreads może uważać Deuce'a za bohatera, w którym można się zakochać. Mam ogromną słabość do bad boy'ów, przez co wszystkie przewinienia wybaczam im znacznie szybciej niż bohaterkom, ale ten tu był po prostu świnią. I serio nie obchodzi mnie, że jego zachowanie można by w jakikolwiek sposób wytłumaczyć czy usprawiedliwić, bo jego działania skutecznie i szybko zmiażdżyły wszystkie ciepłe uczucia, które pojawiły się u mnie na samym początku lektury, albo gdy przypadkiem znów chciałam powiedzieć o nim coś miłego. Och, nie wspominając nawet, że pomiędzy tą dwójką jest osiemnastoletnia różnica wieku.

Jeśli to ma być dark erotic to niech ktoś mnie ostrzega. Moim plusem jest to, że pierwszą książką z tego gatunku, jaką miałam okazję przeczytać był Dotyk ciemności, który pozostawił moje emocje splątane i zagmatwane tak bardzo, że absolutnie nie wiedziałam, co myśleć o tej powieści, poza tym że chcę więcej. Z tym że C.J. Roberts nie kończyła każdego zdania wulgaryzmami i jakoś nie potrzebowała udowadniać na każdym kroku charakteru bohaterów - to po prostu czuło się podczas czytania. Dlatego nie skreślam jeszcze tej odmiany erotyków i nadal mam nadzieję, że w końcu znajdę coś, co mnie zachwyci. Madeline Sheehan zdecydowanie się to nie udało i ja generalnie odradzam Wam Niepokorną, bo jednym jej plusem było to, że faktycznie chciałam wiedzieć jak się skończy, więc w jakimś tam stopniu ta historia jednak wciąga - tylko, że to nie wynagradza jej wad.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,12/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 26 października 2016 r.
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Cena (z okładki): 36 zł

Recenzja - „Working it. Kusząca kariera” Kendall Ryan



O Kendall Ryan swego czasu było dość głośno za sprawą książki Jesteś zagadką - i to nie koniecznie w dobrym kontekście. Mimo to, mając ochotę na coś lekkiego do czytania sięgnęłam po Working it. Wiecie, czego mnie to nauczyło? Czasami lepiej jest po prostu zaufać negatywnym recenzjom...

Emmy marzy o modowej karierze w Nowym Jorku. Zostaje asystentką w jednej z agencji modelingowej, a praca pod rządami Fiony staje się koszmarem. Tylko Ben niesamowicie przystojny model trzyma ją w tym miejscu. Gdy ich romans nabiera tempa, przeszłość mężczyzny wychodzi na jaw. Ich świat zmienia się całkowicie...
(Źródło: Wydawnictwo Pascal)

Nie wiem, czy też tak macie, ale widząc okładkę książki, czasami po prostu wiem, o czym właściwie będzie. Mając przed oczami Working it, wcale nie spodziewałam się, że będzie to cudowna pozycja, która na długo zostanie w mojej pamięci - liczyłam po prostu na trochę odmóżdżenia w ciężkim tygodniu i chwilę dobrej zabawy. Miałam naprawdę malutkie oczekiwania, więc jak powiem, że się zawiodłam to zbyt dużo. Bo Kusząca kariera to po prostu nie najlepsza książka i to łagodnie mówiąc.

Emerson jest dziewczyną z Missisipi, wychowaną na wsi, która zaczyna pracę jako asystentka szefowej sławnej agencji o okropnym charakterze. Brzmi znajomo? Dla każdego, który zetknął się z filmem bądź książką Diabeł ubiera się u Prady na pewno, bo Fiona do złudzenia przypomina Mirandę Priestly. Poza tym mamy tu najbardziej oklepany schemat na świecie - Bena jako złotego chłopca, bogacza, ciacho jakich mało, który nie wierzy w miłość i chce związku bez zobowiązań oraz Emmy, dziewczynę nie mającą absolutnie żadnego poczucia własnej wartości, zapatrzoną w niego jak w obrazek. I to naprawdę nie tak, że to największa wada tej powieści, w końcu są inne książki z gatunku, opierające się dokładnie na tym samym i naprawdę mi się podobają. Problemem jest jednak, że Kendall Ryan nie odcisnęła na fabule żadnego znaku charakterystycznego, niczego, czym ta historia miałaby się różnić od setek innych. Odniosłam wrażenie, że taką powieść można napisać sobie na poczekaniu... po prostu idąc po najmniejszej linii oporu. Także, jeśli liczycie na jakieś smaczki ze świata mody (w końcu na tym została oparta fabuła) to zawiedziecie się i to bardzo, ponieważ poza może jednym opisem sesji czy pokazu nie znalazło się tu nic na ten temat. A szkoda, bo mało która książka się na tym opiera i można było to wykorzystać.

Rzadko spotykam się z tak fatalnym wykreowaniem bohaterów. Autorka nie wprowadziła praktycznie żadnych postaci drugoplanowych, o których czytelnik dowiedziałby się czegoś, ponad to, co mówią występując przy tych głównych. Wydawać by się mogło, że dzięki temu zostawiła sobie pole do popisu przy pozostałych osobach, ale o nich również ciężko powiedzieć coś konkretnego, a tym bardziej pozytywnego. Emmy (zdrobnienie jak dla siedmiolatki) kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, że non stop biadoliła... a to o tym jaki Ben jest przystojny, a to jak okropna jest Fiona i jak ciężko z nią pracować, tylko żeby na koniec po raz enty podkreślić, że jest tylko dziewczyną ze wsi i nie nadaje się na część tego świata. Użalaniu się nad swoim losem, po prostu nie było końca.

Na samym początku książki autorka napisała, że nie planowała, aby rozdziały z perspektywy Emmy przeplatały się z tymi, gdzie na fabułę czytelnik może spojrzeć oczami Bena. Może trzeba było trzymać się tego postanowienia, bo dzięki bliższym poznaniu myśli chłopaka, wcale nie zaczęłam darzyć go większą sympatią - wręcz przeciwnie. Jego wewnętrzne wywody wcale nie były lepsze niż te u Emerson - z tym, że Ben skupiał się raczej na tym jak bardzo na nią nie zasługuje, bla, bla, bla. Dostatecznie irytuje mnie, gdy jeden z bohaterów biadoli od rzeczy, spotkanie z dwójką było już ponad moje siły. Dodatkowo nie było żadnych innych ludzi, którzy mogliby odciągnąć moją uwagę od tej dwójki, przez co nie miałam nawet chwili wytchnienia od ich irytujących osobowości.

Nawet pomijając fatalne postaci i słabą oś fabuły, moją największą bolączką był język, jakim napisana jest ta powieść. Serio, nie mam nawet cytatu, który mogłabym wstawić do tej recenzji. Sceny erotyczne wprawdzie wywołały u mnie rumieniec - ale zażenowania, bo nie wyobrażam sobie, żeby takie teksty mogły pojawić się u kogokolwiek. Och i ciągłe smsy z mnóstwem emotek, co na moim telefonie czytniku wyglądało po prostu śmiesznie, bo były one znacznie większe od treści - poza tym kto czuje  się zobligowany do wysyłania na końcu każdej wiadomości uśmieszku? Nie wspominając nawet o tym, że w drugiej części książki treść staje się po prostu absurdalna i to tak bardzo, że nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby książka była czytadłem na jeden wieczór. Są takie dni czy tygodnie, że dokładnie tego szukam. Jednak nie jest dobrze, kiedy historia, do której nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań sprawia, że mam ochotę walić głową w ścianę - a jakby Was to zastanawiało tak właśnie było w przypadku Working it. Zwykle jest tak, że nawet jeśli mi dana pozycja nie przypadła do gustu, myślę sobie, że najdzie się ktoś, kto ją polubi, a w tym przypadku... cóż powiedzmy, że będzie z tym naprawdę ciężko. Jeśli macie ochotę na powieść ze stereotypowymi bohaterami, przewidywalną i momentami absurdalną fabułą, Kusząca kariera idealnie się nada. Jeśli nie - weźcie sobie moją radę do serca i omijajcie tę pozycję z daleka.


Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,12/10
Ilość stron: 400
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: Agnieszka Skowron
Cena (z okładki): 39, 90 zł

Recenzja - „Hudson” Laurelin Paige

Nie mogłem zasnąć, bo głowa mi pulsowała, a ciężar w klatce piersiowej dławił.
Gdy w końcu mi się to udało, śniło mi się, że płonąłem - płomienie lizały mnie, pozbawiały tlenu, niszczyły.  Obudziłem się zalany potem. Pierdolony koszmar. Nie miał nic wspólnego z rzeczywistością. 
 W rzeczywistości się nie paliłem. To ja byłem ogniem.

Niespodziewanie - bo wcale tego nie planowałam - październik upływa mi pod znakiem romansów i to wcale nie tych głębokich. Może jest to związane z powrotem na uczelnię, bo nie da się ukryć, że nawet najbardziej pasjonujące romansidło nie wymaga specjalnego skupienia. Poza tym maksymalnie wykorzystuję abonament na czytniku, bo patrząc na to ile czasu spędzam w szkole, jest po prostu wygodniejszy. Takim trafem przeglądając nowości na Legimi wpadłam właśnie na Hudsona.

Kontynuacja bestsellerowej serii „Uwikłani” – gorący romans widziany oczami Hudsona Pierce’a
Bez trudu mogę podzielić swoje życie na dwie części – przed nią i po niej…
Tym razem narratorem jest sam boski Hudson Pierce – i to z jego perspektywy śledzimy losy jego burzliwego związku z ponętną Alayną Withers.
Hudson Pierce wiedzie życie, o jakim wielu może jedynie pomarzyć. Ma wszystko, czego tylko zapragnie: władzę, pieniądze i cały świat u swoich stóp. Ten znany w nowojorskim środowisku biznesmenem z miliardami na koncie może zdobyć każdą kobietę, jaką tylko zechce. A jednak nie wiąże się z nikim na dłużej – znajomości z kochankami traktuje jedynie jako okazję do zabawy i do manipulowania uczuciami innych.
Wszystko jednak się zmienia, gdy poznaje ponętną i diabelnie inteligentną Alaynę Withers…
Oto jedyna w swoim rodzaju okazja, aby dowiedzieć się, co czuł Hudson, gdy po raz pierwszy ujrzał piękną i mądrą Alaynę, jak się poznali oraz do jakich sztuczek uciekł się Hudson, by zdobyć serce pięknej nieznajomej.
Przeżyjmy to jeszcze raz i dowiedzmy się, jak to wszystko widzą faceci…
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Przede wszystkim, żeby nikt nie miał wątpliwości - Hudson to nie jest książka dla czytelników nieznających Uwikłanych i to całej trylogii (!). Więc jeśli jesteś jeszcze przed lekturą to polecam jednak zakończenie czytania w tym miejscu, bo w recenzji mogą pojawić się spojlery (i prawdopodobnie tak będzie).

Nie jestem fanem opowiadania tej samej historii z dwóch perspektyw, chyba że odbywa się to w jednym tomie powieści, a rozdziały się przeplatają. Podoba mi się fakt, że mogę wrócić do świata i bohaterów, których już poznałam, ale naprawdę rzadko dowiaduję się czegoś nowego, istotnego - czegoś, co sprawiłoby, że wydanie takiej książki, faktycznie miało sens. Dużo częściej spotykam się z rozczarowaniem, bo znając (z reguły) wszystkie sekrety postaci, wiedząc jak zakończy się ich historia, te niewielkie dopowiedzenia, nie sprawiają, że po raz kolejny przeżywam daną opowieść tak jak za pierwszym podejściem. Przerabiałam to z Losing Hope, Before czy Chodzącą katastrofą... przykłady można by mnożyć. Wszystkie te książki były raczej miłym dodatkiem do wyjściowych powieści, niż trzymającą w napięciu opowieścią. Biorąc to pod uwagę, szczerze przyznam się, że gdyby nie Legimi to zapewne nie sięgnęłabym po Hudsona, bo mimo że naprawdę polubiłam pióro Laurelin Paige, to już zbyt wiele razy żałowałam wydanych pieniędzy. Czy byłoby tak i tym razem? Ciężko stwierdzić, bo de facto nie musiałam tego robić i czas spędzony przy Hudsonie zaliczam raczej do udanych.

Jak to w ogóle wygląda? Otóż autorka zdecydowała się na zabieg, który bardzo lubię i za to ma plus - rozdziały są podzielone na "przed" i "po" spotkaniu Hudsona i Alany. W części "przed" czytelnik ma okazję obserwować głównego bohatera i jego eksperyment z Celią, to dlaczego zaczęli razem grać, co podkusiło H. do przyznania się, że jest ojcem jej dziecka oraz dlaczego w ogóle zdecydował się rozpocząć swoje gry. "Po" odwołuje się do scen pomiędzy Alanyą i Hudsonem, między innymi możemy zobaczyć, co skusiło mężczyznę do podjęcia gry, co sądził o niej w trakcie, wracamy też do najważniejszych i przełomowych scen ze wszystkich trzech książek, czyli pierwszego wspólnego wyjścia, wzlotów i upadków związku i oczywiście do finałowej kulminacji, czyli chwili, gdy na światło dzienne wypływają wszystkie sekrety. Podoba mi się, że autorka nie pokusiła się na ograniczenie do pierwszego tomu Uwikłanych, bo nie koniecznie sprawia mi radość czytanie po raz drugi tych samych dialogów. Ciekawie było się dowiedzieć nowych faktów o znajomości Celi i Hudsona, bo muszę przyznać, że ich dziwna relacja zawsze mnie intrygowała. Natomiast czytanie o eksperymentach bohatera było zaskakująco nieprzyjemnie - w takim sensie, że miałam odmalowany trochę inny jego obraz w głowie i nawet finał Uwikłanych nie do końca go zburzył. Szczerze przyznam, że to chyba pierwsza taka sytuacja, bo najczęściej łatwo wybaczam bohaterom grzechy z przeszłości.

Styl autorki się nie zmienił, Hudsona tak jak pozostałe jej książki czyta się po prostu błyskawicznie. Zastanawiało mnie, jak Laurelin Paige odnajdzie się w męskiej narracji, ale poradziła sobie dość dobrze z wczuciem się w mentalność mężczyzny. Dlaczego tylko dość? Powiedzmy, że jeszcze nie spotkałam faceta, który tak roztrząsałby swoje uczucia ;). Były to wprawdzie tylko fragmenty, dlatego nie bójcie się, że pan magnat zmienił się w beksę.

Summa summarum nie pokuszę się o stwierdzenie, że Hudson wnosi jakoś wiele, do tego co miałam okazję zaobserwować w Uwikłanych. Naturalnie wyjaśnia pewne kwestie, pokazuje czytelnikowi, jak wyglądała przeszłość tytułowego bohatera i ukazuje jego motywy. Lubię pióro Laurelin Paige, podobnie zresztą, jak samą historię, ale czy te kilka dopowiedzianych faktów zasługiwało na osobną książkę? Odpowiedzieć musicie sobie sami na to pytanie. W moim przypadku był to miły powrót do całkiem dobrej trylogii, ale niewiele więcej.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 października 2016 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Cena (z okładki): 34,90 zł


Bo gdy kogoś kochasz [...] Jego świat jest dla ciebie ważniejszy niż twój własny. 
Jest tak ważny, że ty jako osoba znikasz i jedyną opcją jest połączenie się
tych dwóch osób w całość. Bo inaczej ty sam przestajesz istnieć. 



A jak Wy się zaopatrujecie na opowiadanie tej samej historii z dwóch perspektyw? :)

Pokusa | Obsesja | Na zawsze | Hudson

Recenzja - „Raze” Tillie Cole


Zabijałem, bo musiałem. Nie miałem wyboru. I tak byłem martwy,
nie byłem nikim więcej jak tylko numerem – obdartym z moralności, wolności i życia.

Nie wiem, czego się spodziewałam po Raze, jednak od momentu zobaczenia pierwszych zapowiedzi, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Sam fakt, że historia rozfrywała się w mafijnych klimatach sprawił, że z niecierpliwością zabrałam się za lekturę i przepadłam. Z jednej strony daleko mi do zachwytów, ale z drugiej... nie da się ukryć, że z jakiegoś powodu nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, jak się skończy.

Raze, znany również jako 818, dorastał w miejscu zwanym Gułagiem, piekle na ziemi, gdzie panowała jedna zasada - zabij lub zgiń. Przez lata faszerowany narkotykami, zapomniał, kim był zanim się tam znalazł, a jedyną myślą, która mu przyświecała była zemsta, mimo że nie pamiętał, dlaczego jest taka ważna. Kisa jest córką wora, szefa rosyjskiej mafii w Nowym Jorku, organizacji zwącej się Bracia. Dziewczyna jest zaręczona z brutalnym Alikiem - spadkobiercą Braci, który trzyma ją na krótkiej smyczy i kontroluje każdy aspekt jej życia. Kiedy losy tych dwojga się splotą, świat podziemnej przestępczości zatrzęsie się w posadach.

Aby przeżyć, musi zabijać...
Raze, szkolony w niewoli, aby okaleczać i zabijać, więzień numer 818, którego losem rządzi okrucieństwo i śmierć. Po latach niewoli w piekle w głowie kołacze mu się tylko jedna myśl: zemsta. Krwawa, powolna, brutalna zemsta. Zemsta na człowieku, który skłamał. Na człowieku, który go skrzywdził. Który go skazał i zmienił w pałającą wściekłością maszynę do zabijania. Potwora odartego z człowieczeństwa.
Kisa jest jedyną córką Kirilla „Silencera” Volkova, przywódcy niesławnej „Trójcy” bossów rosyjskiej Braci w Nowym Jorku. Jest chroniona, choć tak naprawdę żyje w więzieniu bez krat.
Kisa marzy o wolności. Zna jedynie okrucieństwo i poczucie straty. Pracuje jako managerka imperium śmierci swojego papy, a jej codzienność wypełniają jedynie smutek i ból. Jej narzeczony, Alik, kontroluje każdy aspekt życia Kisy, panuje nad każdą jej decyzją i pilnuje, by pozostała uległa i martwa w środku. Ale jeden wieczór wszystko to zmienia. Kisa wpada na ulicy na wytatuowanego i pokrytego bliznami mężczyznę, który obudzi w niej głęboko skrywane uczucia. Pragnienia znajome, choć zakazane. Dziewczyna od razu wie, że wpadła w tarapaty. Piękny i groźny mężczyzna ma w oczach śmierć. Kisa ma na jego punkcie obsesję. Pragnie go. Łaknie jego dotyku. Musi zdobyć tego tajemniczego mężczyznę, którego zwą Raze.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Ostatnio wpadłam w fazę czytania romansów i powieści erotycznych. Z jednej strony irytuje mnie ich schematyczność, ale z drugiej potrafią wywołać we mnie całe mnóstwo emocji, nawet gdy są przewidywalne. Chociaż, żeby nie było, są też autorzy, którzy naprawdę umieją mnie zaskoczyć, nawet jeśli nie rezultatem końcowym, to przynajmniej drogą, która do niego prowadzi. Ponadto zawsze patrzę na pozycje należące do tych dwóch gatunków i myślę sobie, że nie będzie mi szkoda, na chwilę tego odłożyć, a ponieważ rok akademicki ruszył z kopyta, potrzebuję chwili, żeby na nowo odnaleźć się w realiach codzienności (ciężko pogodzić przyjemności z obowiązkami). I może to i dobrze, że Raze zaczęłam wraz z początkiem weekendu, bo okazało się, że to jednak nie jedna z tych historii, które łatwo sobie dawkować - zamiast tego pochłonęłam tę powieść na raz.

Jednak to nie zapowiedź romantycznych uniesień przyciągnęła mnie do Raze, ale wizja akcji rozgrywającej się w mafijnych podziemiach. Nie wiem, czy już Wam o tym wspominałam, ale uwielbiam te klimaty i ślinię się do facetów biegających wszędzie z bronią ;). Sam fakt, że to właśnie świat Braci jest tłem fabuły sprawił, że ta książka naprawdę mi się spodobała, bo nie ma co ukrywać, że za samo to, powieść dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Na plus na pewno działała też dość wartko poprowadzona akcja oraz cała gama emocji, które wywołuje ta książka. Tylko, że naprawdę nie potrafię wskazać Wam palcem, co konkretnie sprawiło, że to bardzo dobra powieść, którą czyta się wręcz jednym tchem.

Raze teoretycznie zalicza się do gatunku Dark Erotic. Jestem prawie pewna, że moim jedynym, poprzednim spotkaniem z tym rodzajem była seria Dark Duet - fenomenalna trylogia, która zdewastowała moje uczucia i zostawiła mnie z myślowo-emocjonalnym poplątaniem, bo naprawdę nie wiedziałam, co powinnam myśleć zarówno o bohaterach, jak i o fabule. Czegoś podobnego spodziewałam się po Raze, właśnie tego zaplątania się we własne uczucia, zmieszania i poplątania, a może nawet i głównego bohatera, którego jednocześnie chciałoby się kochać i nienawidzić. Dostałam... romans. Może nie do końca z typowym tłem, zapewne nie nadający się dla osób o słabych nerwach (z powodu kilku scen erotycznych i dość sporej dozy brutalności), ale jednak. Nie zrozumcie mnie źle, bo to co spotkało Raze'a było okropne i okrutne, zresztą inni bohaterowie też wcale nie mieli łatwo, ale prawda jest taka, że pisarze na własne życzenie uodparniają nas na grozę i horror niektórych sytuacji. Po prostu po przeczytaniu o tej samej tragedii po raz n-ty nie rusza mnie to tak bardzo, jak w przypadku pierwszych pięciu. I niestety trochę tak było w przypadku tej powieści.

Nie jestem pewna, co mogłabym powiedzieć Wam o bohaterach, a wyjątkowo nie lubię takiej sytuacji. Z jednej strony chciałoby się rzec, że są naprawdę dobrze wykreowani, ale z drugiej ich działania nie do końca pasowały do obrazu, jaki stworzył się w mojej głowie. Chyba najlepiej obrazuje to ojciec Kisy - jest worem, brutalnym i silnym mężczyzną, który nie pozwala sobie na sprzeciw, a jednocześnie nie widzi, co się dzieje w okół niego. Kocha swoją córkę, ale nie potrafi jej ochronić przed sadystycznym narzeczonym, bo teoretycznie nie wie, że dziewczyna wcale nie jest z nim szczęśliwa - po prostu sprzeczność goni sprzeczność. Z kolei Kisa wyjątkowo mnie irytowała, bo mimo że dorastała w otoczeniu zabójców, jest jedyną córką wora, zamiast zrobić coś ze swoim życiem, daje sobą pomiatać, czyli jest bardzo typowym przykładem bohaterki, którą trzeba uratować. No i tytułowy Raze, o którym jednak nie będę mówić, bo akurat jego tajemnice musicie odkryć samodzielnie.

Mam wrażenie, że autorka trochę po macoszemu potraktowała tę opowieść. Znalazły się tu zupełnie niepotrzebne wątki, rozwijane na kilka stron, a zabrakło tłumaczeń.  Były fragmenty, które miały potencjał wywołać w czytelniku burzę emocji, a zostały przestawione jak krótkie, nieistotne wydarzenia. Nie miałabym nic przeciwko mniejszej ilości akcji, na rzecz odrobiny wyjaśnień, jednak aby uniknąć niecnych spojlerów, nie zdradzę, o który wątek dokładnie mi chodzi. A jeśli już o spojlerach mowa, to chyba największy żal do autorki mam o przewidywalność tej historii, bo nigdy nie jest dobrze, jeśli najbardziej oczywisty scenariusz okazuje się tym właściwym.

Mimo mojego narzekania, generalnie uważam, że Raze to naprawdę dobra książka. Tylko, że był spory potencjał, aby stała się czymś więcej, żeby wybiła się ponad inne erotyki czy też romanse. Potencjał, który niestety został zmarnowany. Bo, mimo że ta powieść była brutalna, to nie mroczna, nie łamiąca duszę i pozostawiająca mętlik w emocjach. To, że autorka poszła trochę na łatwiznę i przewidywalność fabuły to dwie największe jej wady. Jestem pewna, że Raze znajdzie odbiorców, którzy będą potrafili przymknąć oko na jego niedociągnięcia, więc mogę Wam polecić tę książkę, jeśli szukacie trochę bardziej nietypowego romansu lub jeśli - tak jak ja - po prostu uwielbiacie mafijną scenerię.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,96/10
Ilość stron: 400
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 12 października 2016 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek


Byli sobie przeznaczeni, chłopak i dziewczyna, dwa rozdzielone serca. Bóg pragnął zbadać,
czy prawdziwa miłość przetrwa. Chciał się dowiedzieć, czy wbrew przeciwnością losu
dwie połówki rozdzielonej duszy się odnajdą. Miną lata, oboje będą cierpieć. Oboje będą smutni,
jednak pewnego dnia, kiedy najmniej będą się tego spodziewać, ich ścieżki ponownie się skrzyżują.
Pozostaje pytanie: czy te dusze się rozpoznają?  [...]

Recenzja - „Uwolnij mnie” Laurelin Paige



-Złamaliśmy dzisiaj wiele zasad Gwen.
-Zasady są po to, żeby je łamać.

Pióro Laurelin Paige poznałam czytając Uwikłanych i w sumie bardzo ją polubiłam. Najwyraźniej bardziej niż myślałam, bo choć nie miałam w bliższych planach sięgnięcia po jej najnowszą powieść, to przeglądając katalog na Legimi, postanowiłam umieścić ją na swojej półce - tak na zaś. Jednak skoro już zadałam sobie ten trud, to pomyślałam, że przecież nie zaszkodzi przeczytać jednego rozdziału, żeby sprawdzić, o czym jest. Więc zaczęłam i... przepadłam.

Gwen miała ciężkie życie, a przeszłość nawiedza ją niczym mroczny cień, który nie pozwala o sobie zapomnieć. Dlatego buduje wokół siebie mur, zza którego jedynie obserwuje świat. Osiągnęła sukces zawodowy – zarządza jednym z najpopularniejszych klubów nocnych w Nowym Jorku, jest singielką i bezpiecznie czuje się tylko w takich sytuacjach, które może w pełni kontrolować. Wszystko diametralnie się zmienia, kiedy w klubie poznaje bogatego i przystojnego playboya – JC. On za wszelką cenę postanawia zburzyć mur, którym się otoczyła. Chce dać jej wolność i nieograniczoną ilość rozkoszy. Zawierają więc układ, który tylko z pozoru wydaje się jasny. Wkrótce seks bez zobowiązań już im nie wystarcza, a JC okaże się jedyną osobą, na której będzie polegać dziewczyna. Czy Gwen zdoła posłuchać swego serca i otworzyć się na prawdziwą miłość?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Pamiętacie Gwen z Uwikłanych?  Nie będę ukrywać, że mi jakoś wyleciała z głowy, co więcej nie miałam pojęcia, że Połączeni w najmniejszym stopniu łączą się z poprzednią serią autorki. Ponieważ, gdybym miała tę świadomość pewnie nigdy nie sięgnęłabym po Uwolnij mnie. Dlaczego? Nie lubię, kiedy drugoplanowi bohaterowie dostają swoją własną historię - może inaczej, ja osobiście nie lubię ich czytać. Nie wiem czemu, z jakiegoś powodu wychodzę z założenia, że powinni być raczej tłem dla postaci pierwszoplanowych, a poza tym kiedy dana opowieść jest zakończona, nie przepadam za otwieraniem jej na nowo (chociaż oczywiście i od tego są wyjątki). Dużym plusem dla mnie był fakt, że Alanya i Hudson nie pojawiają się w fabule, poza paroma wzmiankami i może jedną sceną - odpowiadał mi ten tryb i poniekąd mam nadzieję, że tak pozostanie. Natomiast naprawdę nie wiem, co takiego kryje się w powieściach Laurelin Paige, że wciągają mnie od pierwszej do ostatniej strony. Książki z tego gatunku traktuję głównie jako odskocznię od codzienności, coś co bez żalu mogę odłożyć na półkę i wrócić później. Tylko, że kurcze choć historie pisarki naprawdę nie są odkrywcze fabularnie, to nie mogę się od nich oderwać, dopóki nie dowiem się, jak się skończą. Jednak przede wszystkim jej książki czyta się po prostu błyskawicznie dzięki stosunkowo wartkiej akcji oraz sporej ilości dialogów.

Lubię Gwen, choć sama nie wiem jak ją określić. Na początku nasuwało mi się określenie twarda babka, ale przecież wiecie, ze romanse wcale na tym nie polegają. Z jakiegoś powodu kobieta w tym gatunku musi być emocjonalna, okazjonalnie roztrzęsiona i polegać na facecie w jej życiu, ale Gwen naprawdę dobrze się trzymała. Nie była typową trzpiotką latającą za facetem i stale poszukującą jego rady i aprobaty - przynajmniej przez znaczną większość fabuły, jednak tak, jak pisałam - w tym gatunku po prostu nie da się tego uniknąć. Natomiast JC... przysięgam, że w momencie, w którym zorientowałam się, że Połączeni są powiązani z Uwikłanymi mogłabym przysiąc, że to Hudson Pierce. Jeśli mam być szczera trochę się tego spodziewałam, bo wszyscy bohaterowie romansów i erotyków są kreowani na jednym kopycie i dopiero później nadaje się im indywidualne cechy charakteru. Natomiast dobrze wypadają tu postaci drugoplanowe, autorka wprawdzie nie poświęca im zbyt wiele czasu, lecz mimo to naprawdę przypadli mi do gustu i zdążyłam ich polubić. Najbardziej intrygującą postacią był ojciec Gwen. Laurelin Paige stale podsyca ciekawość czytelnika rzucając w niego ochłapami informacji, jednak nie daje odpowiedzi. W sumie dotyczy to ogólnie życia osobistego bohaterów. Dostajemy poszlaki, nie odpowiedzi. Jest to świetne zagranie, ponieważ w powieści jest wręcz gęsto do sekretów, nie tylko rodziny Gwen, ale również tych dotyczących JC. Dlaczego tak bardzo mi się to podoba? Dlatego, że wcale nie lubię mieć wszystkich odpowiedzi od razu, zwłaszcza, że ostatnimi czasy plagą jest dzielenie się intymnymi szczegółami po pięciu minutach znajomości.

Jest bardzo dobrze, ale nie obyło się bez wad. Przede wszystkim jestem zachwycona, że nie skusiłam się na wersję papierową, ponieważ Uwolnij mnie to raczej jednorazowa przyjemność. Świetnie się to czytało, jednak nie ma tam nic, co przekonałoby mnie do powrotu, a takie powieści raczej nie zostają u mnie na długo. Troszeczkę żałuję, że Laurelin Paige nie pokusiła się na oderwanie od uniwersum Uwikłanych i nie tchnęła trochę świeżości. Patrząc na początki znajomości Alany z Hudsnonem, a Gwen z JC, mogłabym położyć na to kalkę. Nocny klub. Pożądanie. Brak zobowiązań. To raczej było celowe podobieństwo, nie mniej jednak... to wszystko już się zdarzyło, przez co poczułam się jakbym dostała odgrzewany kotlet - nadal smaczny, ale nie do końca tego chciałam. Poza tym autorka nie opędziła się od typowego przebiegu fabuły charakterystycznego dla erotyków, jednak na jej plus działa zakończenie - tego się nie spodziewałam!

Pierwsza część Połączonych wypada naprawdę dobrze, jest bardziej zaskakująca niż Uwikłani, a jednocześnie posiada wszystkie jej najlepsze cechy. Laurelin Paige nie pisze skomplikowanych fabularnie książek, jednak mimo to jej historie wciągają mnie bardziej niż większość powieści z tego gatunku. Nie jest to pozycja bez wad i istnieje szansa, że szczegóły zatrą mi się w pamięci, ale nie da się ukryć, że  naprawdę dobrze spędziłam czas przy Uwolnij mnie i z przyjemnością sięgnę po kolejną część. Z mojej strony mogę polecić :).

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Okładka: --- (e-book)
Ilość stron: 344
Data wydania: 15 września 2015 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Cena (z okładki): 36, 90 zł


PS. Na Fb ruszył konkurs, więc zachęcam do zerknięcia :D.
Plus przepraszam, że jestem tu ostatnio trochę nieobecna, ale rok akademicki ruszył z kopyta ;).

#57 Recenzja - Smak ciemności



Zakochany zabójca, to ktoś wyjątkowo niebezpieczny.

Pamiętacie moje zachwyty nad serią Dark Duet? Drugi tom skończył się tak, że byłam szczerze zdziwiona, gdy pojawiły się zapowiedzi kontynuacji, zwłaszcza, że Zapach ciemności miał dość domknięte zakończenie. Mimo to byłam pełna szczęścia wracając do świata Caleba i Livvie, choć jednocześnie bałam się, jak wypadnie ponowne spotkanie z twórczością C.J. Roberts, ponieważ poprzeczka była zawieszona dość wysoko.

Zarówno opis, jak i recenzja mogą zawierać spojlery z poprzednich części, także jeśli jeszcze nie mieliście okazji się z nimi zapoznać, zapraszam do odwiedzenia linków na dole. 

Czy jesteś gotowy przekroczyć wszelkie granice dla prawdziwego uczucia? Dobrze się zastanów, zanim powiesz… tak. Ostatnia część bestsellerowej trylogii „The dark duet” wywróci do góry nogami Wasze wyobrażenia o Calebie.
Piszę to, bo błagaliście. A wiecie, jak ja kocham, gdy błagacie. Właściwie to już za dużo o mnie wiecie. Kim jestem? Cóż, odpowiedź na to pytanie dopiero próbuję poznać. W dzieciństwie byłem dziwką, jako młody chłopak zostałem zabójcą, a w dorosłym życiu potworem. To ja porwałem Livvie. To ja trzymałem ją w ciemnym pokoju przez kilka tygodni. Jednak najważniejsze jest to, że jestem też mężczyzną, w którym się zakochała. Którego kocha. To trochę chore, prawda? Oczywiście naszej historii nie da się streścić w kilku krótkich zdaniach, jednak nie potrafię wytłumaczyć mojego zachowania z tamtego okresu. Zakładam, że jeśli to czytacie, nie muszę już nic tłumaczyć. Zdążyliście już mnie ocenić. Czytacie to, ponieważ pragniecie poznać zakończenie tej historii. Chcecie dowiedzieć się, co się wydarzyło tamtego ciepłego wrześniowego wieczora, kiedy to spotkałem Livvie w Barcelonie. Tamtej nocy moje życie znowu zupełnie się zmieniło. Nie przebiegło to jednak dokładnie tak, jak opisała to Livvie. Bardzo łaskawie potraktowała mnie w swojej opowieści. Prawda jest o wiele bardziej… skomplikowana.
(Źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona)

W Smaku ciemności autorka postawiła na dość poważną zmianę i zmieniła narrację powieści - tym razem to czytelnik spogląda na wydarzenia z perspektywy Caleba, a nie Olivii. To zagranie było strzałem w dziesiątkę, w końcu dość dobrze poznałam charakter dziewczyny, mając wgląd w jej umysł podczas poprzednich dwóch części, a zawsze interesowało mnie, co kłębi się w umyśle jej porywacza. Chętnie spojrzałabym na pierwszy tom okiem Caleba, choć z drugiej strony jestem wdzięczna, że autorka darowała sobie przedstawianie tych samych scen i dialogów z jego perspektywy. Zamiast tego C.J. serwuje czytelnikowi krótkie odniesienia do tych chwil, kiedy Caleb wraca do nich myślami. 

Poniekąd po Smaku ciemności nie spodziewałam się niczego więcej, ponad to, co otrzymałam - po zakończeniu drugiego tomu było dość jasne, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Oczywiście nie dokładnie, ale wiecie o co mi chodzi? Po spotkaniu Caleba i Livvie w Barcelonie chyba wszyscy spodziewali się, że tych dwoje zacznie w końcu wspólne życie. W sumie odniosłam wrażenie, że trzecia część Dark Duet to jeden wielki epilog, opowiadający jak bardzo zmieniły się relacje głównych bohaterów i ukazujący drogę, którą musieli pokonać, aby przynajmniej spróbować zostawić za sobą przeszłość. Spotkałam się z wieloma opiniami, że ta część nie powinna powstać, bo - tak jak napisałam we wstępie - zakończenie Zapachu ciemności było dość domknięte, a wszelkie niuanse czytelnik mógł sobie sam dopowiedzieć. Moim zdaniem Smak ciemności nie jest lekturą niezbędną, ale dla mnie był dość miłym powrotem do twórczości autorki, którą bardzo polubiłam i bohaterów, którzy głęboko zapali mi w pamięć. 

Jednak poza tym, że było to sympatyczne spotkanie z bohaterami, to mam też pewne zastrzeżenia. Może nie do końca tak powinnam to nazwać, bo naprawdę nie spodziewałam się niczego więcej po tej książce... Chodzi mi głównie o to, że Smak ciemności stracił to, co głównie czyniło serię Dark Duet tak wyjątkową w moich oczach - mrok, który od początku czaił się nad głowami bohaterów i ich relacji. Sam fakt, że poprzednie części pozostawiały mnie w stanie emocjonalnej pustki i zupełnego zagubienia we własnych uczuciach świadczył na sporą korzyść tej sagi. Tym razem tego zabrakło, była to dość typowa opowiastka z gatunku, tak podobna do tego, co widziałam już tyle razy wcześniej. I tu pojawia się różnica w moim odbiorze tej powieści - gdybym traktowała Smak ciemności po prostu jako osobny erotyk, przeszłabym obok tej książki dość obojętnie, ponieważ nie ma tam nic, co zatrzymałoby mnie na dłużej. Natomiast jeśli patrzę na nią przez pryzmat całej serii to jestem zadowolona, mimo że tym razem nie wpadłam w emocjonalny wir. 

Moim zdaniem to jak odbierzecie Smak ciemności zależy tylko od Was. Dla mnie okazał się miłym uzupełnieniem opowieści Caleba i Livvie, ukazując drogę, jaką musieli pokonać bohaterowie na wspólnej drodze, która przecież rozpoczęła się w okropnych okolicznościach i na samym początku w ogóle nie brałam możliwości takiego obrotu spraw. C.J. Roberts poprowadziła tą serię tak, że pod koniec sama nie byłam pewna czy Olivia powinna była dopuścić do siebie Caleba, czy zacząć krzyczeć o pomoc - ta niepewność, zagubienie we własnych uczuciach to to, za co pokochałam pióro autorki. Smak ciemności to dobra książka, jeśli potrzebujecie dodatkowego zamknięcia tej historii, natomiast jeśli usatysfakcjonowało Was zakończenie Zapachu to niewiele stracicie. Jeśli seria Dark Duet jeszcze przed Wami to gorąco zachęcam, abyście dali się skusić twórczości C.J. Roberts. 

Moja ocena książki: 7/10

Moja ocena całej serii: 8/10

Skończyłam czytać : lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,56/10
Ilość stron : 267
Data wydania : 3 lutego 2016 r.
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Czwarta strona
Tłumaczenie : Agnieszka Brodzik
Cena (z okładki) : 36,90 zł


- Mój - powiedziała.
Nic i nigdy nie było bardziej prawdziwe.
- Twój - odparłem.



Dotyk ciemności   |   Zapach ciemności   |   Smak ciemności 

#47 Recenzja - Amber (Book Tour)


Żal: za jego pomocą świat czyni z nas niewolników swojej brutalności.
Zawsze obecny w naszym życiu, niczym rozpylony w powietrzu toksyczny gaz,
jest ostatnim z czuwających przy naszym łożu śmierci.

Na samym początku nie miałam najmniejszej ochoty na najnowszą książkę od Gail McHugh, głównie dlatego, że choć Collide dość mi się podobało, to miałam sporo zastrzeżeń odnośnie tej powieści. Później jednak wpadło mi w oko wiele dobrych opinii o Amber, a na blogu Literacki Świat Cyrysi pojawiła się informacja o Book Tour'rze i stwierdziłam, że to idealna okazja, aby się z nią zapoznać.

Życie Amber Moretti zmienia się nie do poznania. Osierocona outsiderka, która przez całe życie zmagała się z koszmarami dzieciństwa, pragnie za wszelką cenę rozpocząć nowe życie jako studentka. Kiedy pojawia się na uniwersytecie po raz pierwszy, spotyka dwóch mężczyzn, najlepszych przyjaciół, którzy wnoszą do jej mrocznej egzystencji kolor, świeży powiew powietrza i światło.
(Źródło: Wydawnictwo Akurat)

Zanim zaczęłam czytać Amber raz jeszcze spojrzałam na opis i zaczęłam się zastanawiać dlaczego dobrowolnie pakuję się w historię o trójkącie miłosnym. Jedne z nich są lepsze, inne gorsze, ale mają jedną wspólną cechę - rzadko są pozytywnym aspektem fabuły i najczęściej spotykają się z szeroką gamą krytyki. Ten motyw miał w powieści swoje wzloty i upadki, jednak istnieje jeden niewątpliwy plus - przez całą powieść nie ma pewności, kogo wybierze bohaterka, a to nadaje smaczku tej opowieści i sprawia, że czytelnik z niecierpliwością odwraca kolejne strony pragnąc się tego dowiedzieć. 

Pierwsze, co zdecydowanie urzeka w Amber to prolog. Intrygujący, tajemniczy, przepełniony emocjami... Po takim wstępie chce się zwinąć w ulubionym fotelu z kieliszkiem wina i powiedzieć światu 'Wstrzymaj się, właśnie zaczynam fantastyczną książkę i nic nie powstrzyma mnie od czytania'. Ta pierwsza kartka była tak dobra, że z przyjemnością przytoczyłabym Wam ją w całości, ponieważ zapowiadała interesujący romans z całą gamą emocji.

Co przeszkadzało mi w powieści Gail McHugh? Moim zdaniem uczucie pomiędzy główną bohaterką i Brockiem rozwijało się zdecydowanie zbyt szybko. Z jednej strony dziewczyna twierdzi, że nie chcę się przed nim otworzyć, a zaraz zmienia zdanie i mówi mu wszystko. W sumie to dotyczy również chłopaka. To sprawiło, że przez znaczącą część powieści byłam Team Ryder, ponieważ mogłam zrozumieć chemię pomiędzy nim, a Amber i ten wątek rozwijał się znacznie bardziej realistycznie (w porównaniu do pierwszego). Niestety nie zmienił się również język, jakim posługuje się autorka i moje zastrzeżenia do niego, wytknięte przy recenzji Collide nadal są aktualne.

Nie pokuszę się żeby nazwać Amber kawałkiem dobrej literatury, ale jest w tej powieści coś, co sprawiło, że w sumie mi się podobała i przede wszystkim zaintrygowała mnie. Mimo słusznych rozmiarów pochłonęłam ją w jeden wieczór i nie mogłam zasnąć (uwierzcie, że próbowałam) dopóki nie dowiedziałam się jak się skończy. A najgorsze jest... Że zakończenie sprawia, że głęboko pożałowałam, iż nie poczekałam z przeczytaniem tej książki, aż nie pojawił się kolejny tom, ponieważ właśnie byłabym w drodze do księgarni. 

Jednego Amber nie można odmówić - powieść Gail McHugh jest wręcz naszpikowana emocjami, co sprawia, że czytelnik nie może się od niej oderwać. Nic nie jest oczywiste, autorka serwuje całe mnóstwo zwrotów akcji, sprawiając, że pod koniec niczego nie można brać za pewnik. Myślę, że ta powieść przypadnie do gustu każdemu fanowi gatunku, o ile będzie w stanie przełknąć to, że bazą fabuły jest ten nieszczęsny, miłosny trójkąt ;).

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,81
Ilość stron: 590
Okładka: miękka
Data wydania: 3 lutego 2016 r.
Wydawnictwo: Akurat
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Cena (z okładki): 39,90 zł


[...] miłość nas zmienia. Zmienia wszystko, w co wierzymy. Miłość jest czyta,
a jednocześnie samolubna. Potrafi sprawić, że pragniemy rzeczy,
których nie powinniśmy pragnąć. Że nienawidzimy osoby, jaką się stajemy.
Miłość jest szczodra i chciwa, niezdecydowana i zaborcza, mściwa i magiczna zarazem.
Sprawia, że przeskakujemy z jednej urojonej emocji w drugą, trzymając nas jednocześnie
w nikczemnej sieci euforii, uplecionej z najpiękniejszych kłamstw i najstraszniejszych prawd.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Cyrysi, organizatorce Book Tour'u i autorce bloga Literacki Świat Cyrysi (regulamin akcji)


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka