Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton


To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma.

Był czas, zresztą nie długo po premierze, kiedy o Osobliwych i cudownych przypadkach Avy Lavender było w naszym książkowym światku dość głośno i to raczej w pozytywnym sensie. To mnie skusiło do zakupu, ale bardzo nie po drodze było mi z sięgnięciem po powieść Leslye Walton. Z powodu mojego silnego postanowienia, żeby jednak trochę te moje półki oczyścić w końcu doczekała się na swoją kolej, a ja mogłam sprawdzić o co było to całe zamieszanie. 

Zbliża się magiczna noc przesilenia letniego...
Noc, w której niebo się otworzy, a powietrze wypełnią deszcz i pióra.
Ava urodziła się ze skrzydłami. Pragnie poznać prawdę, odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące jej pochodzenia. Niezwykłe wypadki, cudowne zdarzenia, dziwne zbiegi okoliczności i baśniowe rozterki zaprowadzą ją tam, gdzie nie spodziewała się dotrzeć. Kawałek po kawałku odsłania pełną boleści i trosk historię rodziny Roux. Ava Lavender może być pierwszą, która uniknie zguby i ucieknie obojętności. Czy uda jej się odnaleźć prawdziwą miłość?
Dramat Avy rozpoczyna się, kiedy wielce pobożny Nathaniel Sorrows bierze ją za anioła, a jego obsesja na punkcie dziewczyny rośnie...
(Źródło: Wydawnictwo Sine Qua Non)

Przede wszystkim nie tego się spodziewałam po książce Leslye Walton i to raczej nie w pozytywnym sensie. Robiłam do tej historii chyba z trzy podejścia i nie mogłam minąć pierwszych 50 stron, dopóki świadomie nie postanowiłam przez nie przebrnąć, a rzadko mi się to zdarza. Zwykle jak już zaczynam to muszę się zmuszać, żeby odłożyć powieść, a nie na odwrót. To okazało się pierwszym rozczarowaniem i uświadomiło mi, że ta lektura będzie odbiegać od książek, po które sięgam ostatnimi czasy. To co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze to malutka ilość dialogów, które praktycznie nie pojawiają się na początku tej historii. A ona sama wcale nie zaczyna się od Avy, ale autorka cofa czytelnika do początków życie jej babki oraz historii jej pradziadków i ich podróży do Ameryki - opisując ich dość tragicznie i z pewnością dziwaczne losy. 

Po Maybe someday Hoover zupełnie nie przypadł mi do gustu styl Leslye Walton. Nie mogłam przywyknąć do tego jak rzeczowe opisy przeplatały się z nierealistycznymi elementami fabuły. To połączenie zupełnie do mnie nie przemówiło, choć bardzo chciałam żeby tak się stało. Bo chyba właśnie tu miał się kryć urok książki Leslye Walton, ale jakoś do mnie nie dotarł. Czytaliście może Sklepy cynamonowe? Ja byłam zmuszona zapoznać się z fragmentami przed maturą i choć nie pamiętam dobrze treści, to pamiętam towarzyszące m uczucie zagubienia, bo zarówno akcja i fabuła były elementami snu. Podobnie odczucia wywołała Leslye Walton, bo choć zarówno czas jak i miejsce są bardziej stabilne to siostra, która zamieniła się w kanarka, czy matka obracająca się w kupkę popiołu wymykały się nawet mojej wyobraźni. 

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to tak naprawdę saga rodzinna zamknięta w jednej, niedługiej książce. Tytułowa bohaterka nie pojawia się wcześniej niż w 1/3 powieści, a nawet wtedy akcja opiera się w równiej mierze na niej, co na ludziach, którzy ją otaczają. Bo wbrew tytułowi  ciężko uznać, żeby to w okół Avy obracała się akcja. Jej postać dominuje dopiero w kulminacyjnym punkcie historii.

Nie wiem co więcej mogę napisać o tej książce, ponieważ ciężko mi w ogóle zebrać konkretne uczucia, które po sobie pozostawiła. Bo choć raczej nie przypadła mi do gustu, to mimo to nie uważam jej za złą powieść. Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to po prostu historia bardzo specyficzna i raczej nie przekonacie się, czy uderza w jakoś Waszą strunę, dopóki się z nią nie zapoznacie.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 300
Data premiery: 2 marca 2016 r.
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Tłumaczenie: Regina Kołek
Cena (z okładki): 34,90 zł

Znowu on. Los. To słowo często towarzyszyło mi, kiedy byłam dzieckiem. Szeptał do mnie z ciemnych kątów pokoju w czasie samotnych nocy. Był pieśnią ptaków na wiosnę i wołaniem wiatru w nagich gałęziach zimowego popołudnia. Los. Zarówno moja udręka, jak i pociecha. Mój towarzysz i moja klatka.

Recenzja - „Fałszywy pocałunek” Mary E. Pearson


Pewnego razu był sobie człowiek tak wspaniały jak bogowie. 
Ale nawet to, co wspaniałe, może drżeć ze strachu.
 Nawet to, co wspaniałe, może upaść.

Mam słabość do fantastyki - mniejszą niż kiedyś, ale to nadal pozostaje mój faworyzowany gatunek. Uwielbiam, gdy autor potrafi odmalować w moich myślach całkiem nowy świat, tak jakby działo się to tuż obok mnie, a wartka akcja trzyma mnie non stop w niepewności. Czy tak było z Fałszywym pocałunkiem? Niestety, nie do końca. 

Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighan, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od obowiązków - pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego. Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie rozpoczyna nowe życie. Gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, w Lii rozbudza się nadzieja. Nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym księciem, a drugi to zabójca, który ma za zadanie ją zamordować. Wszędzie czai się podstęp. Lia jest bliska odkrycia niebezpiecznych tajemnic - i jednocześnie odkrywa, że się zakochuje.
(Źródło: Wydawnictwo Initium)

Klimat dworskich intryg, tajemnic i sekretów to zdecydowanie moja bajka. Jeśli dołożyć do tego dobre podłoże fantastyczne to za samą scenerię książka dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Tego właśnie spodziewałam się po Fałszywym pocałunku, ale nie do końca to otrzymałam. Akcja faktycznie zaczyna się na królewskim dworze, jednak zostajemy tam tylko na czas pierwszego rozdziału, czyli bardzo, bardzo krótko. Lia zaraz później ucieka do niewielkiej wioski i tam będzie się toczyć spora część tej historii. 

Spodobał mi się zamysł autorki na podzielenie narracji na trzy osoby. W pierwszej kolejności mamy oczywiście księżniczkę i tu wszystko jest jasne, ponieważ czytelnik obserwuje wydarzenia z perspektywy Arabelli, wie co myśli i robi. Ciekawie robi się przy kolejnych - wiemy, że do wioski przybywa dwóch nieznajomych, poznajemy nawet ich imiona - to oni prowadzą dwie kolejne narracje, opisane tylko jako zabójca i książę. Jako odbiorcy jednak nie mamy pojęcia, który z nich jest kim. Naturalnie w końcu jednego z mężczyzn połączą cieplejsze więzy z księżniczką, a czytelnik nadal nie będzie miał o niczym pojęcia. To chyba pierwszy raz, kiedy spotkałam się z takim rozwiązaniem i powiem Wam, że to naprawdę dokłada do fabuły ciekawą tajemnicę i to taką, którą naprawdę chciałam poznać. 

Nie wiem, czy to ja myślałam podczas lektury o niebieskich migdałach, czy faktycznie miałam problem ze zrozumieniem koncepcji świata, w którym dzieje się akcja. Czytaliście? Jak było z Wami? Bo generalnie albo coś tu jednak nie zostało dopracowane w szczegółach, albo ja naprawdę powinnam jeszcze raz sięgnąć po Fałszywy pocałunek i skupić się tylko na tym, gdzie się właściwie znajduję. Tylko że normalnie nie mam aż takich problemów ze zrozumieniem koncepcji autora. Sanderson w Drodze Królów czy Bishop w Córce krwawych stworzyli wspaniałe, niecodzienne i skomplikowane uniwersa, a jednak po tych lekturach nie towarzyszyło mi to poczucie zagubienia, co tutaj. Nie wiem, czy byłabym w stanie sklecić jedno porządne zdanie o świecie, w którym toczy się akcja, bo po prostu nie potrafię sobie uporządkować tego w głowie. Jeśli ma to być tajemnica to świetnie, wtedy autorce naprawdę się udało, tylko że jakoś nie do końca wyobrażam sobie robienia sekretów z miejsca fabuły. Brakło trochę tła wydarzeń z przeszłości i nawiązań do tego, gdzie właściwie Pearson wysłała czytelnika.

Sama akcja wydała mi się strasznie nierówna. Mamy pierwszą połowę opisującą księżniczkę zmywającą stoły, pomagającą w gospodzie i filtrującą z Kadenem i Rafem - krótko mówiąc nudy. Nie dzieje się praktycznie nic istotnego, przez co miałam autentyczną ochotę przeskakiwać akapity, a to wcale się często nie zdarza, zwłaszcza w przypadku fantastyki. Później jest wielkie bum i od tej pory faktycznie zrobiło się trochę ciekawiej. Akcja nadal nie pędzi na łeb na szyję, ale dzieje się trochę więcej i straciłam ochotę do przewijania całych stron - to dobrze, nawet świetnie bym powiedziała. Jednak natychmiast nachodzi mnie pytanie, przez wzgląd na pierwszą połowę, czy autorce uda się utrzymać tempo z końcówki, czy znowu będę zmuszona zmierzyć się z problem ślimaczej akcji w kontynuacji. Nawet trójkąt miłosny, który (jeszcze) nim nie jest, nie dostarczył mi odpowiedniej dawki emocji. Trochę wyleczyłam się z mojej awersji do tego motywu, jeśli faktycznie autor zaserwuje mi coś dobrego. Ten w Fałszywym pocałunku aktualnie wydał mi się po prostu nijaki. Jest to jest, jakby go nie było, to też żadna strata w fabule. Nie zapałałam miłością do żadnego z konkurentów Lii, co pewnie też ma wpływ na moje odczucia, bo brakuje mi tu nerwów lub radości z wyboru bohaterki. Mam nadzieję, że to się zmieni w kolejnym tomie, bo na przekór swojemu rozsądkowi naprawdę lubię te emocje - wtedy przynajmniej wiem, że książka (nawet jeśli jest słaba) jakoś na mnie wpłynęła. 

Z pewnością sięgnę po drugą część, bo naprawdę, naprawdę chcę się dowiedzieć, co będzie dalej. Jednak nie jestem pewna, czy powiedziałabym to samo, gdyby akcja zakończyła się w innym momencie i została minimalnie bardziej domknięta. Jasne, dobry cliffhanger może skłonić czytelników do sięgnięcia po kontynuacje, ale osobiście wolę, gdy skłania mnie ku temu znacznie więcej niż dramatyczna końcówka. W Fałszywym pocałunku trochę zabrakło właśnie tego więcej. Jeśli Pearson pociągnie akcje w tempie drugiej połowy i w końcu dostanę konkretne dopracowanie tego świata, to Kroniki ocalałych mają gigantyczny potencjał, żeby stać się bardzo dobrą serią. Jeśli nie to pożałuję wydanych pieniędzy na drugi tom. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lutry 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,04/10
Ilość stron: 544
Okładka: miękka
Data wydania: 3 sierpnia 2017 r.
Wydawnictwo: Initium
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Cena (z okładki): 39,90 zł

Gdybym tylko mogła wyciągnąć rękę i sięgnąć gwiazd, posiadłabym całą wiedzę. Zrozumiałabym.
Co byś zrozumiała, kochanie?
To, odparłabym, przyciskając dłoń do piersi.

Recenzja - „Gniew i świt” Renée Ahdieh

- Małożonko. - Skinął głową.
- Mój władco.
Doczekam jutrzejszego zmierzchu. Nie popełnię błędu.
Przyrzekam, dożyję tylu zachodów słońca, ilu będzie trzeba.
I zabiję cię.
Własnoręcznie.

Są takie książki, że wystarczy tytuł oraz krótkie spojrzenie na okładkę, żebym wiedziała że po prostu muszę je przeczytać. Do tego grona zaliczał się właśnie Gniew i świt. Jeszcze przed premierą i przed pierwszymi recenzjami wiedziałam, że ta powieść po prostu musi do mnie trafić. Nie bez znaczenia był też fakt, że absolutnie uwielbiam motywy Baśni tysiąca i jednej nocy, Szeherezady Aladyna itp.

Jedno życie, jeden świt.
W krainie rządzonej przez młodego, żądnego krwi władcę, każdy poranek przynosi cierpienie kolejnej rodzinie. Khalid, osiemnastoletni kalif Khorsanu, jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, by o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Kiedy ofiarą Khalida pada szesnastoletnia przyjaciółka Shahrzad, dziewczyna poprzysięga mu zemstę i zgłasza się na jego kolejną oblubienicę. Shahrzad zamierza nie tylko ujść z życiem, ale też raz na zawsze zakończyć okrutne panowanie kalifa.
Noc za nocą, Shahrzad mami Khalida, snując zachwycające historie i odwleka swój koniec, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że kolejny świt może okazać się jej ostatnim. Z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pałacu z marmuru i kamienia nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Shahrzad zamierza odkryć prawdę. Jest gotowa odebrać życie Khalida i tym samym odpłacić mu za tak wiele skradzionych istnień.
Czy miłość zwycięży w świecie pełnym niesamowitych historii i mrocznych sekretów?
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem dlaczego, ale aż trzy razy podchodziłam do tej powieści. Nie mogłam się przekroczyć magicznej bariery 10 stron, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko. Z jakiegoś powodu już przy tych początkowych kartkach ogarniało mnie dziwne przeczucie, że Gniew i świt okaże się ogromnym rozczarowaniem. Teoretycznie nie miałam temu żadnych konkretnych przesłanek, a mimo to przebrnięcie przez pierwsze 30 stron okazało się nie lada wyzwaniem. 

Czasami autor wrzuca czytelnika sam środek akcji i to rewelacyjnie się sprawdza. Natomiast Renée Ahdieh lekko ten zabieg nie wyszedł tak jak powinien. Wiele postaci i przeskakiwanie między wątkami sprawiły, że nie mogłam się odnaleźć w zamyśle autorki, zwłaszcza dokładając do tego całkiem egzotyczne miejsce akcji. Mnogość bohaterów na początku powoduje problem, ze zorientowaniem się kto jest kim. Przez to niejednokrotnie musiałam cofnąć się o parę stron, żeby upewnić się, że to pierwszy lub kolejny raz, kiedy słyszę o danej osobie.  Jakkolwiek dziwnie to brzmi, miałam problem z odróżnieniem ludzi od zwierząt? Głównie z powodu tego, że już przez pierwszy rozdział pojawia się mnóstwo imion, które ciężko dopasować.

Jednak to wszystko, co opisałam wyżej trwało tylko przez początek powieści. Autorce od pierwszych stron udaje się dobrze oddać klimat, którym rozgrywa się akcja, a jest on iście magiczny. Dokładnie takiej otoczki oczekiwałam sięgając po tę powieść i na tym się nie zawiodłam. Poza tym im dalej w las tym lepiej. Złapałam się na tym, że z niecierpliwością odwracam kolejne strony, chcąc się dowiedzieć, co się dalej wydarzy. Historia snuta przez Szahrzad urzekała mnie w podobnym stopniu co kalifa. Autorka nie zdradzając planów dziewczyny umiejętnie buduje napięcie oraz sprawia, że czytelnik nie może doczekać się co będzie dalej. Bo choć czytelnik dobrze wie, że Szahrzad jako główna bohaterka nie może zginąć na samym początku powieści to i tak, wraz z nią, z obawą oczekuje kolejnego świtu. Z każdym kolejnym rozdziałem sieć niebezpieczeństw zaciska się, sprawiając że wręcz nie sposób oderwać się od Gniewu i świtu. Autorka nie daje czytelnikowi prawie żadnych odpowiedzi, dokłada tylko sekretów, które zagęszczają fabułę. Z niecierpliwością czekałam na jakiekolwiek wskazówki, jednocześnie próbuje sama rozwikłać zagadki, podsuwane przez pisarkę. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że pokochałam głównych bohaterów, a postaci drugoplanowej są naprawdę fantastyczne, zwłaszcza Despina i Dżalal.

Summa summarum choć Gniew i świt mógł okazać się gigantyczną klapą - co przeszło mi przez myśl na początku historii - okazało się, że wystarczyło dać jej trochę czasu, żeby zupełnie zdobyła moje serce. Nie jest to książka bez wad, można by dyskutować na temat wieku bohaterów, czy potęgi wybaczenia lub miłości, ale mnie ta opowieść zdobyła. Jestem niesamowicie zaintrygowana, jak autorka zdecyduje się pokierować losami Szahrzad i Khalida, ponieważ zakończenie pozostawia w niepewności i zaostrza apetyt na kontynuację.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,2/10
Ilość stron: 460
Okładka: miękka
Data wydania: marzec 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


Kiedy wsunęła palce w jego włosy, by przytulić się nieco mocniej, zamarł na sekundę,
bo oboje wiedzieli, że zostali zgubieni. Straceni na zawsze.
W tym pocałunku.
Pocałunku, który wszystko zmieni.

Niektóre rzeczy istnieją w naszym życiu jedynie przez krótką chwilę. I musimy pozwolić im odejść, by oświetlały inne niebo.

Recenzja - „Alight. Rozpaleni” Scott Sigler

Tu mieszka śmieć. Śmierć mieszkała też na ,,Xolotlu".
Być może śmierć mieszka wszędzie. 

W zeszłym roku miałam przyjemność poznać twórczość Scotta Siglera, dzięki pierwszej części Trylogii Generacje, czyli Alive. I choć zachwyt widoczny w recenzji tamtej powieści zdążył odrobinę zblaknąć z czasem, wciąż nie mogłam się doczekać, aż w moje ręce trafi kontynuacja. Miałam nadzieję, że autorowi uda się podtrzymać aurę tajemnic i zaskoczy mnie jeszcze niejednym zwrotem akcji.

Recenzja może (i prawdopodobnie) zawiera spojery dotyczące pierwszego tomu.

M. Savage, zwana Em, przewodzi grupie dzieciaków, które obudziły się w dziwacznych trumnach, w tajemniczym pomieszczeniu, nie wiedząc, kim są ani jak się tam znaleźli. Krok po kroku, niebezpieczeństwo po niebezpieczeństwie, odkryli swoją tożsamość i prawdę o tym, co ich czeka. Stworzono ich jako ciała dla Starszych, przeciwko którym się zbuntowali. Znajdują się na statku kosmicznym, który pędzi na planetę Omeyocan, gdzie ma czekać na nich lepsza przyszłość. Ale planeta, na której mają żyć, okazuje się nie być tym wyczekanym i wytęsknionym rajem. Ślady wymarłej cywilizacji są przerażające i złowieszcze, a w dżungli kryje się nowy wróg. I nie ma dokąd uciec. 
Em i jej towarzysze stoją przed wyborem: walka albo śmierć. A gdy w ich szeregach coraz większe poparcie zyskuje niebezpieczny fanatyk wielbiący krwiożerczego boga, naprawdę zaczyna im grozić zagłada... 
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kilkakrotnie już wspomniałam, że jestem zagorzałą fanką fantastyki, jednak z reguły nie obejmuje to literatury science-fiction. Nie przemawiają do mnie podróże kosmiczne, wymyślne technologie oraz różnorakie wersje kosmitów. I pewnie gdybym od początku wiedziała, że to w tę stronę skłoni się Scott Sigler, to wolałabym raczej obejść Trylogię Generacje szerokim łukiem - co okazałoby się ogromnym, wręcz gigantycznym błędem. 

Przychodzi taki moment dla prawie każdego, zagorzałego czytelnika, że wydaje się nam, że już nic nie może nas zaskoczyć. Nadal doceniamy innowacyjne rozwiązania i dobrze skonstruowane światy, ale gdzieś brakuje tego efektu wow i opadania szczęki. Wynika to ilości poznanych książek i przemaglowania wręcz setek scenariuszy, co sprawia, że - przynajmniej w moim przypadku - po zaczęciu każdej nowej lektury, automatycznie pojawia mi się w głowie prawdopodobny tok fabuły. I niestety częściej mam rację, niż się mylę. Pod tym względem Scott Sigler jest rewelacyjnym pisarzem, ponieważ ten autor nie trzyma się utartych schematów i wciąż zrzuca na czytelnika kolejne bomby fabularne. Przy Alight naprawdę nie da się nudzić, bo nie dość, że akcja toczy się niesamowicie wartko, to w dodatku kolejne odsłaniane tajemnice tylko rozbudzały mój apetyt na kontynuowanie tej książki. 

Zarówno tu, jak i w pierwszej części, na plus działa atmosfera panująca w powieści. Z jednej strony mamy wrażenie, że Em dręczy paranoja, a z drugiej jej rozterki są całkiem logiczne. Wraz z główną bohaterką czytelnik zaczyna kwestionować motywy wszystkich wokół, nie mogąc do końca zaufać żadnej z postaci, w tym samej Em. Czytelnik w każdej chwili spodziewa się zagrożenia i wyczekuje tego momentu, gdy autor postanowi odkryć przed nim wszystkie sekrety danego bohatera. Sigler rozpatrując jak wiele łączy Urodzinowe dzieci ze Starszymi stawia jednocześnie pytanie - jak duży wpływ maja na nas wspomnienia? Czy to one i wychowanie determinują ludzi, którymi się stajemy? Czy fakt, że u dwojga ludzi są identyczne, sprawia że stają się one tym samym człowiekiem? Czy jeśli urodzinowe dzieci zostały stworzone w jednym celu, to oznacza, że Starsi mają prawo ich nadpisać? Sam fakt, że po lekturze zostały mi takie rozterki kwalifikuje Alight jako świetną powieść. 

Podczas czytania przyszedł do mnie w końcu taki moment, gdy obserwowałam kolejne nieszczęścia spadające na Em, że miałam ochotę powiedzieć Scott sthap, już wystarczy. Głowna bohaterka, jako przywódczyni musiała sobie radzić z całą masą komplikacji i problemów od momentu wylądowania na Omeyocanie. Jeszcze nie zdąży rozprawić się z jednym, gdy na jej głowę spada kolejny. W dodatku Sigler uczynił ją bardzo ludzką, bo nie dość, że nie wie komu może zaufać, to w dodatku popełnia błędy, jak każdy z nas. Przychodzi taka chwila, że bohater podejmuje jakąś  decyzje a ty masz ochotę wskoczyć do książki, zdzielić go po twarzy i powiedzieć nie, bo wiesz że wyjdzie mu to bokiem. Tak właśnie było ze mną i Em.

Scott Sigler świetnie poradził sobie z zarządzaniem tak dużą ilością bohaterów, a czytelnik w tym tomie zaczyna faktycznie łapać, kto jest kim. Dokładając do tego to, co tak bardzo podobało mi się w Alive - czyli atmosferę grozy, niepewności i paranoi - sprawił, że Alight to nie tylko rewelacyjna kontynuacja, ale po prostu świetna książka. Tu nie będziecie mieli okazji, żeby się nudzić, bo pisarz przygotował dla czytelnika całe mnóstwo zwrotów akcji. Nawet jeśli, tak jak ja, nie jesteście fanami science-fiction, warto dać Trylogii Generacje szansę - być może podbije Wasze serce tak, jak zawładnęła moim. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,2/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 488
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik




Budzi mnie nagły, przeszywający ból.
Otwieram oczy w ciemności. C a ł o w i t e j ciemności. Moje myśli dziwnie blokują się w głowie.
Ból szyi tam, gdzie zaczyna się ramię, już mija. Pamiętam podobne użądlenie, tylko dużo gorsze. Tamtego dnia... miałam zdaje się urodziny? Chyba tak. D w u n a s t e urodziny.
Przeszywa mnie zimny dreszcz - to się już raz zdarzyło.


Alive. Żywi  |  Alight. Rozpaleni

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książki możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Porwana pieśniarka” Danielle L. Jensen


- Dlaczego nie możesz mi uwierzyć? Dlaczego mi nie ufasz?
- Ponieważ jesteś człowiekiem, Cécile. Możesz okłamać nawet samą siebie.

Do książki Danielle L. Jansen przyciągnęła mnie zapowiedź odrobinę bardziej nieszablonowej historii niż zwykle. Do tej pory tylko raz spotkałam się wykorzystaniem trolli jako bazy powieści - całe lata temu przy lekturze powieści Amandy Hocking, czyli jej trylogii o Tryllach. Poza tym miałam ochotę na kawałek niezłej fantastyki, a po wielu pozytywnych opiniach tego właśnie oczekiwałam od Porwanej pieśniarki. Jak to się skończyło w praktyce? 

Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci. Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.
Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.
W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto.
(Źródło: Wydawnictwo Galeria Książki)

Muszę przyznać, że jestem odrobinę rozczarowana. Zastanawiam się, czy to mnie tak trudno zaskoczyć, czy naprawdę autorom powoli zaczyna brakować pomysłów, bo zabrakło mi w tej książce efektu wow. Druga część fabuły wypada znacznie lepiej niż pierwsza, która momentami mnie nużyła, ale jednocześnie - choć następuje tam główne zawiązanie akcji - jakoś nie do końca podoba mi się, jak autorka pokierowała wydarzeniami. W takim momencie zdecydowanie przydałoby się jakieś dramatyczny moment odwracający losy bohaterów, coś co przekonałby mnie do natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację. Naturalnie to nie oznacza, że nie chcę jej poznać. Autorce udało się zainteresować mnie losami Cécile i Tristana, więc naprawdę chcę wiedzieć, jak potoczy się ich historia, po prostu nie miałabym nic przeciwko czekaniu. A dla mnie to uczucie jest sygnałem, że w takiej książce czegoś zabrakło.

Moim zdaniem Danielle L. Jensen odrobinę za bardzo poskąpiła opisów.  Fantastykę dzielę na dwie kategorie, czyli tę, w której poznanie świata jest dla czytelnika bardzo intuicyjne i nie wymaga zagłębiania się w detale (choć w tym gatunku to zawsze mile widziane) i tę, która jest dla niego trochę bardziej złożona. W tym drugim przypadku osobiście lubię, gdy autor poświęca uwagę miejscu akcji, skupia się na szczegółach i wręcz prowadzi odbiorcę za rękę po kolei malując mu w umyśle obraz, który pojawił się w jego wyobraźni. Natomiast w przypadku Porwanej pieśniarki odniosłam wrażenie, że autorka chciała wszystko odrobinę za bardzo i za szybko wcielić w życie. Przez to pierwszy tom tej serii zamiast być miłym wprowadzeniem do tej serii stał się zbyt przeładowanym bałaganem, który ciężko było opanować. Pisarka skupia się bardziej na odczuciach bohaterów, poświęcając uwagę głównie Cécile, oraz zarysowaniu ciągle pojawiających się bohaterów. To sprawiło, że ogarnęło mnie poczucie, że fabuła jest dziwnie nieprzemyślana, a dla sporej ilości postaci nie znalazło się żadne konkretne zajęcie. I mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach przekonam się, że taki zabieg był niezbędny oraz miał w sobie jakiś konkretny cel, choć chyba dalej nie zrozumiem, dlaczego te wszystkie osoby musiały wystąpić już w pierwszym tomie. 

Boże, czytając to, co do tej pory napisałam, można by odnieść wrażenie, że Porwana pieśniarka była okropna... nic bardziej mylnego! Te wszystkie wady, o których już zdążyłam wspomnieć bardziej zasługują na miano usterek lub niedociągnięć i wszystko ma potencjał do naprostowania w kolejnych tomach, skoro takowe istnieją. A skoro już powiedziałam, co było nie tak, to wypadało by też wspomnieć, co właściwie podobało mi się w powieści Danielle L. Jensen... no cóż byłego tego całkiem sporo. Przede wszystkim sama idea trolli to coś, co nie często spotyka się w dzisiejszej literaturze, to też samym tym pomysłem autorka zjednała sobie moją przychylność, zwłaszcza że nie wszyscy są tu piękni i idealni. Dorzućmy jeszcze do tego gęstą sieć intryg dworskich, mnóstwo sekretów, wiążące obietnice i więcej niż szczyptę magii, a to wszystko okraszone całkiem przyjemnym romansem i teoretycznie mamy historię idealną. Przynajmniej dla mnie, bo właśnie w takich klimatach uwielbiam się obracać. Gdy nie wiadomo czy nowy bohater jest wrogiem czy sprzymierzeńcem, razem z bohaterami odczuwam aurę niebezpieczeństwa i przeżywam ich porażki i zwycięstwa. To całkiem nieźle wyszło autorce i chyba jest największą zaletą tej powieści. 

Podsumowując Porwana pieśniarka to całkiem dobrze napisana książka i przyjemna lektura. Ma trochę niedociągnięć, ale mocno liczę, że Danielle L. Jensen uda się większość z nich wyeliminować i Ukryta łowczyni okaże się jeszcze lepszą kontynuacją. Jeśli umiecie docenić zalety i przymknąć oko na wady tej powieści na pewno Was nie zawiedzie, zwłaszcza jeśli – tak jak ja – uwielbiacie dobre, dworskie intrygi. 

Moja ocena: 7/10 

Skończyłam czytać: luty 2016 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7,97/10
Ilość stron: 431 
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Galeria książki 
Tłumaczenie: Anna Studniarek 
Cena (z okładki): 36, 90 zł 


- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny,
kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.


Recenzja - „Bardziej martwa być nie może” Katie Alender

Znajdź ludzi, którzy traktują cię tak, jak na to zasługujesz. Wszystkich innych poślij do diabła.
I nie oglądaj się za siebie.

Rozpoczynający tom tej serii - Złe dzieczyny nie umierają (RECENZJA) - przeczytałam prawie rok temu. Zarówno przy pierwszej, jak i przy drugiej części byłam bardzo zadowolona z tego, co wymyśliła autorka. Dziś, po zapoznaniu się z finałem tej trylogii, przyszedł czas na podsumowanie historii Alexis .

Śmierć Lydii oraz wszystkie dziwne zdarzenia towarzyszące Arltowi i klubowi Promyczek odbiły się na prawie wszystkich zaangażowanych. Nikomu nie łatwo dojść do siebie po wydarzeniach sprzed trzech miesięcy, jednak najgorzej wyszła na tym Alexis. Dziewczyna zaczęła widzieć umarłych. Żeby tego było mało wydaje się, że wszystko pomiędzy nią i Carterem wszystko skończone, nie ma kontaktu z Megan i za wszelką cenę chce chronić siostrę przed dalszym wpływem sił paranormalnych. Wszystko mogłoby się ułożyć, gdyby nie fakt, że codziennie widuje ducha Lydii i zaczynają towarzyszyć temu coraz dziwniejsze zdarzenia. Niedługo Alexis uświadomi sobie, że po raz kolejny dała się wplątać w niebezpieczeństwo zagrażające nie tylko jej, ale i każdemu na kim jej zależy...

Od śmierci Lydii Small minęły trzy miesiące. Alexis marzy o tym, by w końcu jej życie wróciło do normalności. Ale normalni ludzie nie widują gnijących trupów na zdjęciach. Nie muszą sobie radzić z wściekłym duchem Lydii, który czasami posuwa się do przerażających ataków.
Początkowo wydaje się, że Lydia chce się zemścić tylko na Alexis. Ale wkrótce okazuje się, że przyjaciele Alexis są w niebezpieczeństwie, i tylko ona może ich uratować. Gdy wkracza do akcji, uświadamia sobie, że wróg jest o wiele potężniejszy, niż mogłaby przypuszczać… i że ich losy są splątane w sposób, którego się nie spodziewała.
Nawet w najgorszych koszmarach.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Są takie książki, które mają swój niepowtarzalny klimat i nawet jeśli występują w nich luki fabularne to specyficzna atmosfera, w której rozgrywa się opowieść sprawia, że patrzę na nie łaskawszym wzorkiem. Właśnie to od początku wyróżniało Złe dziewczyny - atmosfera napięcia, grozy, niebezpieczeństwa oraz mnóstwo niewyjaśnionych zagadek. Była bardzo widoczna w pierwszym tomie serii, w drugim trochę przygasła, w trzecim... sama nie wiem. Nie zrozumcie mnie źle, naprawdę przypadł mi do gustu klimat w jakim utrzymana była ta powieść, bo tajemnicze zdarzenia, które przytrafiały się Alexis i to, że odsunęła się praktycznie od wszystkich, nadały specyficzny ton tej książce, ale to nie było do końca to, co zdążyłam pokochać. Być może stało się tak, dlatego że już wiedziałam, czego mogę się spodziewać po stylu Katie Alender, a te wszystkie mroczne wypadki nie poruszały mnie tak jak wcześniej.

Nie do końca wiem, jak mogę oceniać tę historię, bo inaczej patrzę na nią, jak na zakończenie serii, a inaczej jakbym faktycznie miała się skupić tylko na tym, co zaprezentowała autorka. W pierwszym przypadku jestem dużo łaskawsza, niż w drugim, bo choć nie jest to w żadnym stopniu zła książka, to zabrakło w niej tych ulotnych ciemnych mocy, które tak wyraźnie odciskały swoje piętno w pierwszym i drugim tomie. Nie oznacza to wcale, że tu one nie występują, ale mimo to... sam pomysł, choć ciekawy, nie wywołał we mnie takiego dreszczu, czy niepokoju jak te wcześniejsze. Patrząc na tę powieść z punktu widzenia wątków osobowych, bardzo mi się podobało to, co wymyśliła autorka. Świetnie zostało ukazane życie głównej bohaterki po zdarzeniach z Arltem i to jak musiała sobie radzić po stracie Cartera i Megan.

Niezwykle mnie cieszy, że Katie Alender pilnuje, żeby w jej książkach postaci dojrzewały wraz z rozwojem historii, bo autorzy zbyt często trzymają się ram nakreślonych w pierwszym tomie i nie pozwalają bohaterom ewoluować. W tym przypadku zupełnie by się to nie sprawdziło. Po wszystkim przez co przeszła Alexis trudno byłoby uwierzyć, że jej stosunek do świata pozostał taki sam jak w Złych dziewczynach i że podjęłaby takie same decyzje jak wcześniej. Bardziej martwa być nie może to idealny przykład, że osobowość zwłaszcza głównego bohatera musi się zmieniać wraz z rozwojem jego historii. W tym tomie szczególnie widać samotność Lexi, to że mnie ma się do kogo zwrócić ze swoimi problemami. Rozłam pomiędzy nią i Megan, koniec związku z Carterem, a nawet nowa znajomość z Jaredem - wszystko zostało okraszone rozgoryczeniem i smutkiem. O tyle o ile chłopaka mogłam zrozumieć (choć uwielbiałam ich jako parę i byłam wściekła za jego decyzje), to w przypadku dziewczyny przecierałam oczy ze zdumienia. Nie spodziewałabym się po Megan takich wyborów, zwłaszcza odcięcia od siebie przyjaciółki. Jako czytelnik byłam zadowolona, że autorka nie bała się tak pokierować tą bohaterką, ale z drugiej strony miałam ochotę potrząsnąć dziewczyną, żeby w końcu się opamiętała.

Patrząc na wszystkich wątki osobiste poruszone przez autorkę jestem naprawdę zachwycona jak Katie Alender pokierowała tą historią. To jak rozwiązały się sprawy Alexis, zwłaszcza z jej bliskimi było dokładnie tym, co chciałam przeczytać. Jednak patrząc na poprzednie dwie części w tym tomie, choć nie zabrakło grozy i tajemnic, to jakoś nie poruszyły mnie tak bardzo jak wcześniej - być może dlatego, że tak bardzo skupiłam się na wątkach osobistych. Ogólnie rzecz biorąc moim zdaniem Bardziej martwa być nie może, to świetnie zakończenie tej trylogii, chociaż fabularnie jest odrobinę gorsza od poprzednich tomów, to i tak nie zawodzi. Jeśli lubicie opowieści o duchach czających się w ciemnościach, tajemnicach i paranormalnych mocach to zdecydowanie seria dla Was.

Moja ocena: 7+/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,91/10
Ilość stron: 456
Okładka: miękka
Data wydania: 24 listopada 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jakbub Steczko
Cena (z okładki): 39,90 zł

W ostatecznym rozrachunku musisz wybrać to, co dobre dla ciebie.
Nie możesz żyć dla kogoś innego.
Nie możesz pozwolić poczuciu winy przesądzać o kształcie swojego życia.


Złe dziewczyny nie umierają | Od złej do przeklętej | Bardziej martwa być nie może


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „W pół drogi do grobu” Jeaniene Frost



- Kotek, wciąż jej nie powiedziałaś? Cholera, na co ty czekasz?
- Na drugie nadejście Chrystusa! - rzuciłam - I ani chwili wcześniej! Teraz, właź do szafy!

W pół drogi do grobu miało być moim wielkim powrotem do świata wampirów - udanym powrotem, co wnioskowałam z dobrych recenzji i wysokich ocen na Lubimy Czytać. Zwykle, gdy zaczynam lekturę nie mam określonych oczekiwań i po prostu daję się ponieść temu, co wymyślił autor. Czasami jednak daję się omamić pozytywnym opiniom i buduję sobie w głowie obraz tego, jak moim zdaniem powinna wyglądać "tak dobra" książka, co z reguły jest punktem zapalnym do powstania rozczarowań. Tak właśnie było tym razem. 

Dokonując zemsty, półwampirzyca Catherine Crawfield poluje na nieumarłych i ich zabija. Ma nadzieję, że odnajdzie wśród wampirów swojego ojca, odpowiedzialnego za zniszczenie życia jej matce. Schwytana przez Bonesa, łowcę nagród polującego na wampiry, zostaje zmuszona do współpracy. W zamian za znalezienie ojca Cat zgadza się trenować z seksownym nocnym łowcą, aż dorówna mu umiejętnościami walki. Jest zdziwiona, że nie kończy jako jego przekąska. Czyżby rzeczywiście istniały dobre wampiry? Wkrótce Bones przekona ją, że bycie mieszańcem nie jest wcale takie złe. Zanim jednak Cat zdąży się nacieszyć nowo zdobytym statusem pogromczyni demonów, oboje będą ścigani przez grupę zabójców. Cat musi opowiedzieć się po jednej ze stron…
A Bones okaże się dla niej równie kuszący jak żywy mężczyzna.
(Źródło: Wydawnictwo MAG)

Autor rzadko daje czytelnikowi wstęp przed rozpoczęciem historii. Dużo częściej wpadamy w środek jakiejś sytuacji i powolutku dowiadujemy się wszystkiego. Tak też było tym razem, jednak coś mi zgrzytnęło. Odniosłam wrażenie, że w natłoku dialogów i zwrotów akcji Jeanienie Frost zapomniała, że coś trzeba czytelnikowi podrzucić, jeśli ma się on zatopić w danej opowieści. Nie mogę narzekać na nudę w fabule, ale wolałabym, aby nieco mniej się działo, a pisarka bardziej skupiła się na dodaniu paru komentarzy. To wrażenie potęgowała narracja prowadzona z punku widzenia Cat. Zwłaszcza, że pomiędzy jedną, a drugą walką i zawirowaniami w życiu osobistym bohaterów były takie krótkie odstępy. Dlatego właśnie mam problem z oceną tej powieści - naprawdę lubię, gdy sporo się dzieje i nigdy nie sądziłam, że może dziać się za dużo.

Nie zżyłam się z bohaterami, ale co gorsza nawet za nimi nie przepadam... Cat miała być twardą babką, wiecie łowczynią wampirów i takie tam. Niestety okazała się kolejną skrzywdzoną przez los dziewczynką, która za wszelką cenę stara się zadośćuczynić światu, że w ogóle istnieje. Nie tego oczekiwałam i właśnie to przeważyło szalę na jej niekorzyść. Dodatkowo przysięgam, że czasami jej iloraz inteligencji oscylował w okolicy zera. Czyż to nie logiczne, że jeśli ktoś pozbawi cię wszelkiej przewagi, jest wyraźnie lepiej wyszkolony oraz w sumie to jesteś jego więźniem, to nie zgrywasz mądrali, tylko starasz się wymyślić, jak nie umrzeć? Niby powinno być, a tu Cat zrobiła niespodziankę. A Bones... Bones miał być zły! Powinien być dużym, krwiożerczym wampirem! Tymczasem bardziej przypomina Edwarda niż Drakulę - no może przesadziłam, ale czujecie mój problem? Ponadto po raz kolejny spotkałam się ze zbyt szybkim obnażaniem duszy głównych bohaterów, przez co początek ich znajomości był nieco infantylny i sztuczny, po prostu źle się to czytało.  Ale żeby nie było, że wszystko jest źle to są też plusy do których zaliczają się teksty Bonesa oraz dialogi pomiędzy nim a Cat, często pełne sarkazmu lub humoru, które potrafiły wywołać uśmiech na mojej twarzy. Tylko, że to nie wystarczyło, żebym przymknęła oko na minusy.

Chciałabym napisać coś ponad to, ale prawda jest taka, że W pół drogi do grobu przeczytałam na początku wakacji i na tę chwilę nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Ogólnie mam dość mieszane uczucia w stosunku do książki - nie był to najgorsze spotkanie ze światem wampirów, ale nie było też tak dobre, jak oczekiwałam. Na plus na pewno działają dobre, zabawne dialogi i spora ilość zwrotów akcji, jednak dla mnie to nie wystarczyło, abym zakochała się w tej historii. Czy polecam? Nie jestem pewna, tym razem decyzję musicie podjąć sami. Osobiście sięgnę po kolejny tom przygód Cat, jednak nie jestem przekonana czy warto.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,11/10
Ilość stron: 438
Okładka: miękka
Data wydania: 21 września 2011 r.
Wydawnictwo: MAG
Tłumaczenie: Anna Reszka
Cena (z okładki): 35 zł


- Moja biedna matka! Ma dobre dni i złe. Lekarz stara się dopasować jej leki, ale nigdy nie wiadomo, kiedy zacznie się atak. Nie zwracaj uwagi na jej gadanie o zabijaniu demonów. Jest zielonoświątkowcem.
 Wierzy w duchy i inne takie rzeczy. Tylko jej potakuj i staraj się nie mówić za dużo.
- Ale... ale... - Timmiemu niemal wychodziły na wierzch oczy. - Dlaczego jej powiedziałaś, że jestem twoim chłopakiem? Dlaczego nie wie o prawdziwym?
To było dobre pytanie. Rozejrzałam się w poszukiwaniu odpowiedzi. Jakiejkolwiek.
- On jest Anglikiem! - rzuciłam zdesperowana. - A mama... mama nie znosi cudzoziemców. 

Recenzja - „W ogień” Ewa Seno [Book Tour]



Zasada numer jeden (…) żyj zawsze chwilą obecną. Bez względu na to,
co zrobisz, jutro i tak nadejdzie, nie warto więc przejmować się nim już dzisiaj.

W ogień Ewy Seno to jedna z tych książek, które przyciągnęły mój wzrok cudowną okładką i opisem fabuły, która mogłaby wpasować się w mój gust. Gdyby nie Book Tour u Cyrysi, pewnie w końcu sięgnęłabym po tę powieść. A tak jestem niesamowicie wdzięczna, że go zorganizowała, bo pozwoliła uniknąć mi nerwów, że wydałam pieniądze na taki koszmarek. 

Emma i Em są nierozłączne już od przedszkola. Nic nie jest w stanie ich rozdzielić, dopóki jedna z nich po śmierci swojego ojca nie musi wyjechać z matką za ocean. W tym czasie drugą dosięga najmocniejszy cios… Na co byś się zdecydowała, gdyby ogarnęła cię rozpacz czarniejsza niż piekło? Czy dla pomszczenia śmierci przyjaciółki podjęłabyś współpracę z… diabłem?
Em to zrobiła. A potem… wszystko się zmieniło.

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kto z Was kojarzy Zmierzch? (Przecież wiem, że praktycznie wszyscy.) Kto z Was przeczytał Zmierzch mając 12-14 lat i go polubił? Kto z perspektywy czasu uważa go za znacznie gorszą książkę niż wtedy? No i tu się pojawia problem. Zarówno Stephanie Meyer, jak i całe autorzy wszystkich powieści zmmierzchopodobnych kierują się do bardzo młodego czytelnika i podają mu na tacy wszystkie niezbędne informacje. I wcale nie chodzi mi o zagadki i inne fabularne zwroty, ale bardziej o ogólny odbiór, zarówno historii jak i bohaterów. Wiemy kto ma odegrać księżniczkę, bohatera, złoczyńcę... Nierzadko też bezbłędnie domyślamy się, jak zakończy się dana opowieść. I to jest mój główny problem i sprawa, którą po latach zdążyłam znienawidzić powieści typowo dla nastolatków. Wyjątkowo nie lubię, gdy czytelnika traktuje się, jak dziecko pokazując mu palcem tych "dobrych" i tych "złych". Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ jestem prawie pewna, że gdybym trafiła na książkę Ewy Seno osiem lat temu, uboższa o wiedzę, która przyszła po przeczytaniu tych paruset książek, w sumie mogłabym polubić tę powieść. Sukuby, inkuby, diabeł, bóg, zemsta, przyjaźń, miłość... dokładnie w takiej tematyce kiedyś gustowałam. Jednak teraz? Potrzeba znacznie, znacznie więcej by mnie zachwycić. 

Weźmy na tapetę bohaterów, bo to chyba największa wada tej książki. Weźmy ich sobie pod lupę po kolei, bo nawet Ci, którzy nie brali czynnego udziału w fabule, wzbudzili moją niechęć. I tak:

  • Emma popełnia samobójstwo. Dlaczego? Kiedy jej najlepsza przyjaciółka wyprowadza się, do dziewczyny natychmiast zaczyna przystawiać się miejscowy playboy. Mimo płynących ze wszystkich stron ostrzeżeń Emma idzie z nim na całość, po czym przekonuje się, że to wszystko był tylko zakład o jej dziewictwo, a ktoś wszystko sfilmował i wrzucił do sieci (jak i po co, tego się nie dowiedziałam). Dziewczyna pisze e-mail (list samobójczy?) do przyjaciółki o tych wydarzeniach i łyka garść tabletek. Emma jest uważana przez wszystkich za słabą psychicznie, podatną na sugestie, płochliwą, naiwną i uroczą dziewczynkę. Wcielenie dobra. Ciepłą kluchę. Nazwijcie to sobie jak chcecie. I tu następuje pierwszy zgrzyt. Odebranie sobie życia to trudna decyzja, która wymaga pewnego rodzaju odwagi, czy też determinacji, i w dużej mierze dobrego powodu. Osoba podatna na sugestie, słaba psychicznie polegałaby na ostrzeżeniach swoich przyjaciół, a nie wykazywała upór w spotykaniu się z chłopakiem. Poza tym, czy to ja jestem staromodna, czy to naprawdę dziwne oddać dziewictwo po kilku tygodniach znajomości? 
  • Daniel jest powodem, dla którego Emma popełniła samobójstwo. Najbardziej typowy na świecie "ten zły". I chyba jest socjopatą. Nie wykazuje żadnej skruchy za to, co zrobił dziewczynie, śmieje się na jej pogrzebie, oblewa Emily benzyną, obsypuje pierzem, przywiązuje do drzewa i zostawia "na śmierć", czyli przywiązaną do drzewa na klifie - ta scena była tak dziwna, jak to brzmi.
  • Ojciec Emily - kolejne wcielenie dobra, same zalety, żadnych wad i oczywiście nie żyje
  • Matka Emily - wrachowana kobieta, której nie zależy na dobru córki, a tylko nad tym, co pomyślą ludzie. Typowa "zła matka". Znika z fabuły w momencie pojawienia się Michela.
  • Lina - wcielenie dobra, które dla mnie brzmiało, jak zazdrosna kobieta. 
  • Luke - dziwny facet, który rzadko się pojawiał i rzucał tajemnicze uwagi.
  • Nathaniel - typowy "przyjaciel". Poza tym, że cały czas wspomina, że kogoś uwiódł, wyjątkowo nie przypomina diabelskiego pomiotu, za który się podaje. Tak naprawdę jest dobry, a to, że zaprzedał duszę to jeden wielki błąd i koniecznie potrzebuje przyjaciółki.
  • Michael - diabeł. Zachowuje się jak rozpuszczony piętnastolatek, kieruje korporacją (piekłem), rozdaje ciepłe posadki pracownikom (demonom). Poza kilkoma okazjami mało szatański, typowy przykład udręczonego złego chłopca, któremu mogłaby pomóc miłość. Wszystkie pytania o swoje decyzje kwituje stwierdzeniem "jestem diabłem!".
  • Emily - najbardziej irytująca z nich wszystkich. Najpierw robi, później myśli (to drugie rzadko się zdarza). Na samym początku chodzi po całym miasteczku i krzyczy do każdego, kto chce (lub nie) jej słuchać, że Daniel zabił jej przyjaciółkę - która popełniła samobójstwo - i dziwi się, że nikogo nie obchodzi to tyle, żeby zareagować. Kocha diabła, twierdzi, że wie jaki jest, a później się dziwi, że zachowuje się jak szatan. W jednej chwili czuje ogromne wyrzuty sumienia, śni się jej przyjaciółka i nagle BUM już ich nie ma. Zakompleksiona seksbomba, która nauczyła się uwodzić mężczyzn w godzinę i teraz wszyscy padają jej do stóp. Lubi sobie pokrzyczeć na innych, często bez wyraźnego powodu. Sporo płacze (nie znoszę mazgajowatych bohaterek).

Chciałabym teraz powiedzieć coś miłego. Naprawdę. Rzadko jestem postawiona w sytuacji, gdzie nie wydarzyła się choć jedna sena, która przypadłaby mi do gustu. Tym razem najlepsze, co mogę stwierdzić to, że są fragmenty, które były znośne, a to stanowczo zbyt mało. Może, może gdyby to podpisanie kontraktu było punktem kulminacyjnym tej książki lub przynajmniej wypełnienie go... Nie, co ja plotę? To nic by nie zmieniło. Nawet jeśli na początku gdzieś tam był pomysł, to wykonanie zawiodło na całej linii, a wszystko, co się zdarzyło było przewidywalne do szpiku kości. W ogień to wprawdzie nie komedia, ale ja tam uśmiałam się po pachy.

Moja ocena: 2/10


Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,30/10
Ilość stron: 340
Okładka: miękka
Data wydania: 7 lipca 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Cena (z okładki): 34,90 zł

Z własnej woli wylądowałaś w szambie. Chcąc nie chcąc, masz teraz dwa wyjścia:
albo nauczysz się pływać w gównie, albo się poddasz i pójdziesz na dno.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Cyrysi, organizatorce akcji i autorce bloga Literacki Świat Cyrysi.

Recenzja - „Stalowe serce” Brandon Sanderson



Nigdy nie zadawaj pierwszego ciosu. Jeśli musisz zadać drugi, upewnij się,
że twój przeciwnik już nie wstanie, tak byś nie musiał go uderzyć po raz trzeci.

Pokochałam twórczość Sandersona za Drogę królów, a to uczucie tylko umocniło się po tym, jak poznałam trylogię Ostatnie Imperium. Stalowe serce było pierwszą książką tego autora, którą zdobyłam i ostatnią z moich zbiorów, którą przeczytałam. Czekała na swoją kolej ponad rok, aż będę miała czas się nią rozkoszować i zatęsknię za wspaniałym piórem pisarza. Czego to mnie nauczyło? Że Sanderson Sandersonowi nie równy...

W wieku ośmiu lat David był świadkiem dwóch scen - śmierci własnego ojca oraz zranienia Stalowego Serca. Ten dzień zdefiniował całe jego dalsze życie, bo objął on jeden cel, którym została zemsta na pozornie niezniszczalnym mordercy. Jednak chłopak wie, że w jego umyśle kryje się sekret, słabość, która może pogrążyć uzurpatora. Dziesięć lat po tych wydarzeniach do Newcago przybywają Mściciele, grupa bojowników zajmujących się zabijaniem Epików. David za wszelką cenę chce się do nich przyłączyć i przedstawić im swój szalony plan - plan zabicia Stalowego Serca.

W zdewastowanym świecie przyszłości superbohaterowie są dla ludzkości przekleństwem.
Dziesięć lat temu pojawiła się na niebie Calamity. Był to impuls, który sprawił, że niektórzy ze zwykłych dotąd ludzi zaczęli się zmieniać i przejawiać niezwykłe umiejętności. Zdumione społeczeństwo nazwało ich Epikami. Epicy nie są przyjaciółmi gatunku ludzkiego. Niezwykłe zdolności sprawiły, że odczuwają wielkie pragnienie sprawowania władzy. Ale żeby rządzić ludźmi, trzeba skruszyć ich wolę. Teraz, w mieście znanym niegdyś jako Chicago, niewiarygodnie potężny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje rządy Imperatora. Posiada siłę kilku ludzi i potrafi kontrolować żywioły. Oznacza to, że nie można go pokonać. Nikt nie podejmuje więc z nim walki… Nikt prócz Mścicieli.
Nazywam się David Charleston. Nie jestem Mścicielem, ale zamierzam się do nich przyłączyć. Mam coś, czego potrzebują. Znam jego sekret. Widziałem jak Stalowe Serce krwawi.
(Źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka)

Pokochałam Sandersona za jego Archiwum Burzowego Świata, bo ta seria to istny majstersztyk fantastyki, czyli mojego ulubionego gatunku. Później sięgnęłam po trylogię Ostatnie Imperium, która była równie genialna i autor na stałe znalazł sobie miejsce w czołówce moich ulubionych twórców. Nic więc dziwnego w tym, że sięgając po Stalowe Serce miałam bardzo wysokie oczekiwania. Spodziewałam się wszystkiego, co urzekło mnie poprzednimi razy, czyli fantastycznie wykreowanego świata, rewelacyjnych bohaterów i lektury pełnej emocji. I o ile z pierwszymi dwoma nie mam problemu, to tych emocji trochę zabrakło.

Przede wszystkim nie spodziewałam się po Sandersonie dystopii. Mimo że opis na to wskazywał, z jakiegoś powodu nie przetworzyłam tego na ten gatunek, który nieodłącznie kojarzy mi się z typową literaturą młodzieżową. Obawiałam się również, że autor ulegnie pokusie schematów wiążących się z tym gatunkiem. Słusznie i nie słusznie. Generalnie miałam ogólne wrażenie, że gdzieś to już widziałam, mimo że nie potrafię wskazać Wam palcem, o co konkretnie mi chodzi. Jeśli przymknąć by na to - dość niesprecyzowane uczucie - oko to nie wiele mam do zarzucenia samemu pomysłowi. Podobał mi się fakt bezlitosnych Epików i tajemnicy jaka ich otaczała, ponieważ zastanawia mnie, jak to się stało, że pozornie normalni obywatele, wraz z pojawieniem się mocy, stawali się krwawymi mordercami. Mam wrażenie, jakby autor chciał popchnąć czytelnika do rozważenia, czy ludzki umysł jest w stanie poradzić sobie z takimi zdolnościami i zachować sumienie (cóż według wizji Sandersona odpowiedź brzmi nie). Jest to zdecydowanie ciekawa myśl, która stała się osią fabuły Stalowego Serca. Przypadł mi też pomysł, że każdy Epik ma jakąś słabość, czasem zupełnie irracjonalną, która może zniwelować jego zdolności. Poza tym po prostu uwielbiam styl Sandersona, więc nie zależnie od tego czy bohaterowie przebywali w kryjówce, czy na akcji książkę czytało mi się tak samo dobrze, mimo że wszystkie wydarzenia obserwujemy z perspektywy Davida.

Nie mam nic do zarzucenia kreacji bohaterów. Wprawdzie David nie zawładnął moim sercem i mam do niego dość obojętny stosunek, jak na głównego bohatera, jednak w gruncie rzeczy nawet go lubię. Pokochałam za to Mścicieli i ich relacje, zwłaszcza Cody'ego i Abrahama. Tych dwóch mężczyzn jest tak bardzo od siebie różnych, a jednak obydwaj niesamowicie przypadli mi do gustu i z przyjemnością obserwowałam ich w akcji. Troszeczkę żałuję, że autor nie poświęcił więcej czasu na pokazanie wydarzeń, które sprawiły, że powstali Mściciele i jak to się stało, że dołączyli do nich kolejni członkowie grupy, ale mam szczerą nadzieję, że pisarz rozwieje moją ciekawość w kolejnych częściach.

Tak jak już wspominałam zabrakło mi tu emocji. Mam wrażenie, że autor stworzył sobie plan wydarzeń, które powinny po kolei następować i ściśle się go trzymał. Gdzieś nawet mimo pewnych utrudnień na drodze bohaterów wszystko toczy się równo do celu, aż do punku kulminującego. W teorii Sanderson zadbał o odpowiednią ilość komplikacji, problemów, emocjonujących momentów, ale jakoś dalej miałam myśl, że to wszystko jest częścią większego planu. A nie jest dobrze, jak czytelnik tak sobie myśli, zwłaszcza, że to jedyna taka powieść pisarza, w której tego doświadczyłam. W ten sposób pozornie fascynująca fabuła, sprawiła, że niewiele z tych emocji faktycznie poczułam.

W sumie Stalowe serce to bardzo dobra dystopia, która na pewno przypadnie do gustu każdemu zwolennikowi gatunku. Jednak czegoś mi w tej książce zabrakło. Być może dlatego, że wiem, jak dobry może być Brandon Sanderson, który w poprzednich dwóch seriach wielokrotnie pokazał mi, że stać go na więcej. I o ile generalnie mogę polecić Wam tę pozycję, to patrząc przez pryzmat innych powieści autora, czuję się ociupinkę zawiedziona.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,49/10
Ilość stron: 445
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 8 czerwca 2015 r.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska
Cena (z okładki): 34,90 zł

Czasami robienie tego, co robiliśmy kiedyś, przypomina nam o tym, 
kim wtedy byliśmy, i nie zawsze jest to przyjemne.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#61 Recenzja - Taniec w ogniu



Miłość to zgoda na to, by być złoczyńcą, aby ten, którego kochasz, mógł pozostać bohaterem.

Próba ognia Josepihne Angelini przywróciła mi wiarę w młodzieżową fantastykę. To świetnie dopracowana książka, która budzi mnóstwo emocji i nie pozwala się nudzić, a świetni bohaterowie sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie pozostać wobec nich obojętnym. Nikogo chyba nie zdziwi, że w takim razie absolutnie nie mogłam się doczekać sięgnięcia po kontynuację.

Poza opisem recenzja NIE ZAWIERA spojlerów z poprzedniej części.

,,Jestem czarownicą, a czarownice wzniecają ogień."
Lily wraca do swojego świata i jest gotowa aby ułożyć sprawy z Rowanem. Co prawda omal nie zginęła w płomieniach i musi ukrywać swoją moc, lecz w porównaniu z walkami toczonymi w alternatywnym Salem, jej życie naprawdę układa się dobrze.
,,Myślisz, że jestem potworem, lecz moje wybory, choć wydają się okrutne, są uzasadnione."
Niestety Lillian, bezwzględna władczyni trzynastu miast nie pozwoli Lili odejść tak łatwo. Stara się przekonać Lily do powrotu i znaleźć dla niej drogę do alternatywnego Salem.
(Źródło: Wydawnictwo Jaguar)

Josepine Angelini umieściła w swoich książkach to, co kocham w fantastyce - magię, rewelacyjnie wykreowany świat oraz nietuzinkowych bohaterów. Już Próbą ognia podbiła moje serce, a kontynuacja sprawiła, że trylogia Worldwalker na stałe zapewniła sobie miejsce w gronie moich ulubionych powieści. Taniec w ogniu jest lepszy niż mogłam sobie wyobrazić, ponieważ autorka nie boi się podejmować trudnych decyzji i stworzyła bohaterów, którzy na długo zapiszą mi się w pamięci, a ich decyzje - zarówno dobre, jak i złe - dotykają mnie tak bardzo, jakbym stała tuż koło nich. A to nie lada sztuka. Przy ilości książek, które czytam wcale nie tak łatwo przekonać mnie, że występujące w nich postaci zasługuję na uwagę po zakończonej lekturze. Nawet jeśli ich polubię, najczęściej zapominam o nich zaraz po zapoznaniu się z daną pozycją, tymczasem dzięki Lilian i Rowanowi nawet teraz - już dobrych parę godzin po przeczytaniu Tańca w ogniu - wciąż analizuję ich decyzje i zastanawiam się, co mogliby zrobić inaczej.

To właśnie oni, zwłaszcza Lilian są częściowo odpowiedzialni za wyjątkowość tej powieści. Lady Salem i Lily. Pozornie dwie całkiem różne osoby, ale z drugiej strony obie są wersjami tej samej kobiety. Obie skłonne do poświęceń, nawet za wysoką cenę. Czy Lilian naprawdę jest czarnym charakterem w tej opowieści? Tym razem otrzymałam dużo większy wgląd w jej działania i motywacje, już wiem, co nią kierowało i mimo jej okropnych czynów... rozumiem ją. Potrafiła zmiażdżyć swoje serce i zdusić sumienie, wręcz zaprzedać duszę w imię tej jednej krucjaty, która według niej jest słuszną drogą. To jak bardzo jest niejednoznaczna, czyni z niej absolutny ewenement pośród bohaterów dzisiejszej fantastyki, zwłaszcza tej młodzieżowej, gdzie zbyt często wszystko jest czarne albo białe. Zresztą podobnie jest Rowanem, który podjął decyzje łamiące mi serce, ale i tak rozumiem dlaczego to zrobił. Jest tak bardzo ludzki w swoim strachu przed Splotami, w przerażeniu do czego będzie zdolna Lily, jeśli będzie musiała być tak bezwzględna, jak obecna Lady Salem. Krótko mówiąc Josepine Angelini wykreowała fantastycznych, bardzo ludzkich bohaterów, którzy niezwykle szybko zapadli mi w pamięć i, choć nie zawsze popieram ich decyzje, to właśnie one czynią ich tak wyjątkowymi.

Pokochałam motyw alternatywnych światów, bo szczerze mówiąc to pierwszy raz, kiedy spotykam się z takim jego wykorzystaniem. To sprawia, że zadaję sobie pytanie jak bardzo wpływają na naszą osobowość podjęte decyzje i środowisko, w jakim dorastaliśmy. Ale jeszcze bardziej zachwyca mnie nowatorskie podejście autorki do mocy magicznych, zwłaszcza to, że czarownice są w teorii tak potężne, a jednak praktycznie bezradne bez swoich mechaników. Samo wykorzystanie wolitów, stosu czy ognia, to coś absolutnie wyjątkowego z czym się wcześniej nie spotkałam, jednak uwielbiam ten pomysł i autorkę, za sam fakt, że uwierzyłam, iż można mnie jeszcze zaskoczyć.

Taniec w ogniu to po prostu mistrzowska kontynuacja genialnej powieści - nic dodać, nic ująć. Ma w sobie wszystko to, co kocham i potrafi mnie zaskoczyć, czego chcieć więcej? Josephine Agngelini stworzyła wyjątkową historię, do której jeszcze nie raz wrócę, bo trafiła do grona moich ulubionych serii. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Próbą ognia, zróbcie to teraz, bo tak dobra powieść nie może przejść niezauważona. Gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,2/10 
Ilość stron : 488
Data wydania : 31 lipca 2016 r.
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Jaguar
Tłumaczenie : Dominika Repeczko
Cena (z okładki) : 37,90 zł


Lily spojrzała na melony, które ciągle jeszcze trzymała w ramionach, i poczuła się niedorzecznie.
- Przed chwilą wniosłam do środka naręcze kwiatów, z którym wyglądałam szalenie seksownie.
Ale ty oczywiście musiałeś pojawić się w chwili, gdy niosę melony.


Próba ognia  |  Taniec w ogniu





SPOJLER ALERT!
Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie zdążyła jeszcze przeczytać tej książki, ale po prostu muszę to siebie wyrzucić. Nie mogę znieść zdrady Rowana. Choć w pewnym sensie go rozumiem. Ale, ale... jak on mógł w jednej chwili twierdzić, że kocha Lily, a w następnej odebrać jej wolity? To dosłownie złamało mi serce, bo wcześniej absolutnie go uwielbiałam. Poza tym jak można zakończyć książkę w takim momencie? Ja chcę wiedzieć, o co biega z tym Rojem i co się stało z Lily i jej mechanikami! No i Rowanem... Chlip. Ja chcę kontuację. Teraz. Zaraz.

#59 Recenzja - Wiedźmy z Savannah. Ród



Kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana.
Jest jak cebula, zawsze znajdziesz kolejną warstwę, jeśli będziesz obierać dalej.

Nie byłam pewna, czy chcę sięgać po Ród. Z jednej strony J.D. Horn kusił mnie motywem wiedźm i urokliwego Savannah, a z drugiej strony odstraszały niebyt przychylne recenzje. Wiedźmy z Savannah miały w sobie zapowiedź tego, co uwielbiam - wiedźmy, czarownice, magię... do tego rodzinny dramat i niewyjaśnione morderstwo. A wszystko to okraszone hoodoo i duchami, rozgrywające się w klimacie gorącego Savannah. To idealny przepis na książkę dla każdego fana fantastyki, prawda? Okazuje się, że jednak niezupełnie. 

Czary, zagubione dusze, hoodoo - to codzienność Savannah, pięknego miasteczka kryjącego upiorne sekrety. Cienkiej granicy pomiędzy rzeczywistością ludzi a światem demonów strzeże ród Taylorów, najpotężniejszych czarownic na południu USA. Gdy głowa rodziny umiera w tajemniczych okolicznościach, ktoś musi zająć miejsce lidera i powstrzymać zło, które zaczyna przenikać do miasta…
Mercy Taylor jako jedyna z rodu nigdy nie dysponowała magicznymi mocami. To ona jednak wyciąga czerwony los, który naznacza ją jako wybrankę. Co się za tym kryje? Jak zareaguje jej siostra, Maisie, która dotychczas wydawała się faworytką? I dlaczego narzeczony Maisie nagle nie może oderwać wzroku od Mercy?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Podeszłam do tej historii ze sporym entuzjazmem, od samego początku przypadł mi motyw sióstr, gdzie jedna z bliźniaczek jest wręcz wypełniona magią, a druga nie posiada jej wcale. Do tego doszła jeszcze cała rodzina Mercy, w której każdy poza nią posiadał moc, przez co dziewczyna była outsiderem. Te rodzinne przepychanki, tajemnice, które skrywali Taylorowie, a nawet dramaty miłosne sprawiły, że w pewnym momencie czułam się, jakbym oglądała trochę mniej zawiłą, okraszoną magią Modę na sukces. A jednak mimo to Ród całkiem mi się podobał, kolejno ujawniane przez autora sekrety zaskakiwały, a perypetie miłosne Mercy były całkiem interesujące. Myślę, że w moim wypadku Wiedźmy z Savannah to takie gulity pleasure, książka która ma sporo wad, ale jednocześnie zapewniająca mi naprawdę świetnie spędzony czas. Naprawdę nie wiem, jak to inaczej nazwać. Kiedy wychodziły na jaw kolejne sekrety Taylorów z jednej strony miałam ochotę się śmiać, a z drugiej byłam tak zaintrygowana tym, co ukrywają, że nie mogłam oderwać wzorku od tekstu. Podobnie zresztą było przy innych wątkach. 

Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o bohaterach. Gdzieś umknęło mi dlaczego właściwie Mercy czuje coś zarówno do Jacksona, jak i Patrica. Jedyne, co mogę przywołać teraz w pamięci, to że ten pierwszy był bardzo przystojny, a drugi był najlepszym przyjacielem dziewczyny - to właśnie główne cechy charakteru, które ich określają. Zresztą nie tylko ich. Mnogość bohaterów sprawia, że autorowi zwykle ciężko zagłębić się w ich portret, ale niektórzy całkiem dobrze sobie z tym radzą. Niestety J.D. Horn nie załapał się w to grono i zabrakło mu troszeczkę głębszych portretów jego postaci. Bliźniaczki mają niecałe dwadzieścia lat, ale przysięgam, że gdybym o tym nie wiedziała, dałabym im może po siedemnaście. Zwłaszcza Mercy. Dziewczyna łaknęła zarówno magii, jak i miłości i - patrząc na jej dzieciństwo rozumiałam to, naprawdę, ale jednocześnie czyniło ją to wyjątkowo naiwną, a gdzieś tam zabrakło jej pewnego dystansu i opanowania.  Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o Maise, bo nie było jej w fabule przez większość czasu, ale jestem ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy. Natomiast moim ulubionym bohaterem został Oliver i żałuję, że autor nie poświęcił mu więcej czasu, co mam nadzieję zmieni się w kolejnej części.

Styl autora jest lekki i przyjemny w odbiorze, nasycony dialogami, dzięki czemu książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Troszeczkę zabrakło mi opisów, ponieważ osobiście lubię sobie dokładnie wyobrazić bohaterów i miejsce akcji. Czasami też miałam problem, żeby odnaleźć się natychmiast w danej scenie, bo J.D. Horn lubi skakanie pomiędzy wątkami, co nie zawsze wychodziło mu na dobre.

Generalnie Ród to dosyć przeciętna powieść i nie najgorsze otwarcie serii, jeśli miałabym ją ocenić obiektywnie. Podobał mi się pomysł z bliźniaczkami, punkt kulminacyjny zaskoczył, a motyw wiedźm i kotwiczących był dokładnie w moim guście, ale prawdę mówiąc gdzieś tam, to wszystko już było. Wiedźmy z Savannah zostały dla mnie typową książką typu guilty pleasure, ponieważ choć świetnie spędziłam czas z tą opowieścią, nie mogłam nie zauważyć jej wad i niestety pewnego braku oryginalności. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 336
Okładka: miękka
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jerzy Bandel
Cena (z okładki): 34,90 zł




Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam 

#56 Recenzja - Ember in the Ashes. Imperium ognia



Życie składa się z wielu momentów, które nic nie znaczą.
A potem któregoś dnia nadchodzi chwila, która wpływa na wszystkie dalsze wydarzenia.

Imperium ognia przykuło moją uwagę od pierwszych zapowiedzi i, mimo że ta powieść dość szybko do mnie trafiła, minęło sporo czasu zanim wzięłam ją do ręki. Głównie dlatego, że swego czasu, gdzie się nie obejrzałam pojawiały się jej recenzje. I to jakie! Pełne samych zachwytów, absolutnie wszyscy byli pod wrażeniem twórczości autorki... właśnie to sprawiło, że tak długo odkładałam jej przeczytanie. Czekałam na idealny czas, nastrój, wolne, kiedy będę mogła się rozkoszować absolutnie każdym zdaniem w Ember in the Ashes. Tylko, czy na pewno tak było?

Zapierająca dech w piersi historia o honorze, miłości, poświęceniu i walce o wolność, która podbiła serca młodych czytelników na całym świecie. Laia należy do kasty Uczonych – w bezwzględnym Imperium tacy jak ona są zepchnięci na margines, stale inwigilowani i prześladowani. Aby ocalić brata oskarżonego o zdradę, dziewczyna wstępuje w szeregi buntowników i wyrusza ze śmiertelnie niebezpieczną misją do gniazda zła: zostaje niewolnicą w Akademii szkolącej najwierniejszych, najbardziej bezwzględnych żołnierzy Imperium. Jednym z nich jest Elias. Choć należy do wyróżniających się studentów , w jego sercu narastają wątpliwości, czy rola okrutnego egzekutora jest rzeczywiście tą, jaką chce odgrywać przez całe dorosłe życie. Przypadkowe spotkanie dwojga młodych ludzi nie tylko całkowicie odmieni ich losy, lecz także wstrząśnie posadami świata, w którym oboje żyją.
(Źródło: Wydawnictwo Akurat)

Uwielbiam fantastykę. Choć sięgam po najróżniejsze powieści, to te zawsze będą miały szczególne miejsce w moim sercu - inaczej mówiąc dobre fantasy zawsze będzie przewyższać świetną książkę innego gatunku. Nie mam tu na myśli paranormal romas, czy nawet książek, w których pojawiają się elementy nie z tego świata, ale porządną, dobrze skonstruowaną, typową fantastykę, gdzie od początku do końca czuję ten wyjątkowy klimat. To typ powieści, które przyprawiają mnie o najwięcej emocji i najczęściej pozostawiają po sobie kaca książkowego. Choćby z tego powodu, nawet pomijając fakt, że negatywnych opinii o Imperium ognia szukać jak ze świecą, miałam wysokie oczekiwania w stosunku do tej pozycji. I choć naprawdę bym chciała, nie mogę powiedzieć, że nie odczułam pewnego rodzaju rozczarowania...

To może zacznijmy od świata przedstawionego, bo nie ma nic gorszego niż dobra fabularnie fantastyka, która rozgrywa się w marnym uniwersum. Saaba Tahir wykreowała naprawdę porządne miejsce akcji, gdzie sprawnie przeplatają się wątki magiczne z realistycznymi, Z jednej strony mamy Imperium, jego twarde prawa, Maski, niewolnictwo, a z drugiej aguarów, ghule i inne stworzenia. To połączenie wypada naprawdę dobrze i sprawiło, że świat wykreowany przez autorkę zdecydowanie przypadł mi do gustu. Sama nawet Akademia Czarnego Klifu, która stanowi centralne miejsce fabuły, fascynuje czytelnika swoją bezkompromisowością i środowiskiem, w którym kształci się elitarne Maski, czyli grupę wyjątkowych zabójców. 

Sabaa Tahir serwuje czytelnikowi swoją historię zarówno z perspektywy Eliasa, jak i Lai, dzięki czemu czytelnik ma wgląd w uczucia obu tych postaci. Na początku miałam dość mieszane uczucia w stosunku do bohaterów. Elias wydawał się zdecydowanie zbyt szlachetny, jak na miejsce i warunki, w których dorastał - ot taka owieczka wśród wilków. Brakowało mi w nim jakiejś ostrości, być może nawet przynajmniej odrobinki wyrachowania, czegoś co nadałoby mu charakteru. Laia natomiast irytowała mnie swoją nieporadnością, zaślepieniem, naiwnością - nawet nie wiem, jak to nazwać, bo z jednej strony rozumiałam wszystkie uczucie, które się w niej kłębiły, a z drugiej coś mi w jej charakterze wyjątkowo zgrzytało. Na szczęścia autorka nie pozostawiła tych dwoje w takim stanie, jak ich poznałam. Podczas całej powieści odkrywają oni kolejne karty ze swoich historii, zmieniają się, ewoluują wraz z ciężarem zdarzeń, z którymi muszą się zmierzyć. Raczej nie wskoczą oni do grona moich ulubionych postaci, ale doceniam pracę autorki i później nawet im kibicowałam. Poza tą dwójką moją szczególną uwagę przykuwały zwłaszcza trzej inni bohaterowie - Helena, Komendantka i dziadek Elisa. To fascynujące charaktery, na których pojawienie się zawsze wyczekiwałam. 

Imperium ognia czyta się naprawdę rewelacyjne - autorka utrzymuje dość dobre tempo akcji, która zwalniała na parę krótkich chwil i wybuchała na nowo. Rozdziały kończą się w taki sposób, że ciężko umieścić tam zakładkę i przerwać lekturę. A mimo to, gdzieś z tyłu głowy cały czas majaczyła mi myśl, że gdzieś to już widziałam. Te postaci, scenariusz, splot wydarzeń... cały czas czekałam na to BUM, które sprawiłoby, że to uczucie mnie opuści, że autorka przecież musi szykować, coś takiego, że opadnie mi szczęka. Ale się nie doczekałam. Myślę, że sporą winę ponoszą tu zbyt wygórowane oczekiwania, bo gdyby nie one, nie zgłębiałabym się w lekturę z przekonaniem, że powinno tam pojawić się coś, co sprawi, że bezgranicznie pokocham tą opowieść. 

To zdecydowanie nie tak, że Imperium ognia mi się nie podobało - wręcz przeciwnie, od pewnego momentu ciężko było mi odłożyć tę książkę na półkę. Niestety mimo tego, gdzieś z tyłu głowy cały czas majaczyła mi myśl, że gdzieś to już widziałam i poza drobnymi zaskoczeniami, mogłam się spodziewać, w którą stronę podąży akcja. Jednak Ember in the Ashes to wciąż kawałek całkiem dobrej fantastyki. Wprawdzie nie zachwyciłam się na tyle, żeby nazwać to objawieniem, ale z przyjemnością sięgnę po dalsze tomy i przekonam się, czy autorce tym razem uda się bardziej mnie zaskoczyć.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać : czerwiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 8,17/10
Ilość stron : 416
Data wydania : 4 listopada 2015 r.
Okładka : miękka z zakładkami 
Wydawnictwo : Akurat
Tłumaczenie : Jerzy Malinowski, Marcin Wawrzyńczak
Cena (z okładki) : 39,90 zł


Są dwa rodzaje przewinień [...] Te, które ciągną cię na dno i czynią bezużytecznym,
oraz te, które pobudzają do działania. Niech twoje winy dadzą ci energię.
Niech przypomną ci, kim chcesz być. Wyznacz sobie granice.
I nigdy więcej ich nie przekraczaj. Masz duszę. Jest poraniona, ale jest. 


Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka