Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystopia. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Stalowe serce” Brandon Sanderson



Nigdy nie zadawaj pierwszego ciosu. Jeśli musisz zadać drugi, upewnij się,
że twój przeciwnik już nie wstanie, tak byś nie musiał go uderzyć po raz trzeci.

Pokochałam twórczość Sandersona za Drogę królów, a to uczucie tylko umocniło się po tym, jak poznałam trylogię Ostatnie Imperium. Stalowe serce było pierwszą książką tego autora, którą zdobyłam i ostatnią z moich zbiorów, którą przeczytałam. Czekała na swoją kolej ponad rok, aż będę miała czas się nią rozkoszować i zatęsknię za wspaniałym piórem pisarza. Czego to mnie nauczyło? Że Sanderson Sandersonowi nie równy...

W wieku ośmiu lat David był świadkiem dwóch scen - śmierci własnego ojca oraz zranienia Stalowego Serca. Ten dzień zdefiniował całe jego dalsze życie, bo objął on jeden cel, którym została zemsta na pozornie niezniszczalnym mordercy. Jednak chłopak wie, że w jego umyśle kryje się sekret, słabość, która może pogrążyć uzurpatora. Dziesięć lat po tych wydarzeniach do Newcago przybywają Mściciele, grupa bojowników zajmujących się zabijaniem Epików. David za wszelką cenę chce się do nich przyłączyć i przedstawić im swój szalony plan - plan zabicia Stalowego Serca.

W zdewastowanym świecie przyszłości superbohaterowie są dla ludzkości przekleństwem.
Dziesięć lat temu pojawiła się na niebie Calamity. Był to impuls, który sprawił, że niektórzy ze zwykłych dotąd ludzi zaczęli się zmieniać i przejawiać niezwykłe umiejętności. Zdumione społeczeństwo nazwało ich Epikami. Epicy nie są przyjaciółmi gatunku ludzkiego. Niezwykłe zdolności sprawiły, że odczuwają wielkie pragnienie sprawowania władzy. Ale żeby rządzić ludźmi, trzeba skruszyć ich wolę. Teraz, w mieście znanym niegdyś jako Chicago, niewiarygodnie potężny Epik zwany Stalowym Sercem sprawuje rządy Imperatora. Posiada siłę kilku ludzi i potrafi kontrolować żywioły. Oznacza to, że nie można go pokonać. Nikt nie podejmuje więc z nim walki… Nikt prócz Mścicieli.
Nazywam się David Charleston. Nie jestem Mścicielem, ale zamierzam się do nich przyłączyć. Mam coś, czego potrzebują. Znam jego sekret. Widziałem jak Stalowe Serce krwawi.
(Źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka)

Pokochałam Sandersona za jego Archiwum Burzowego Świata, bo ta seria to istny majstersztyk fantastyki, czyli mojego ulubionego gatunku. Później sięgnęłam po trylogię Ostatnie Imperium, która była równie genialna i autor na stałe znalazł sobie miejsce w czołówce moich ulubionych twórców. Nic więc dziwnego w tym, że sięgając po Stalowe Serce miałam bardzo wysokie oczekiwania. Spodziewałam się wszystkiego, co urzekło mnie poprzednimi razy, czyli fantastycznie wykreowanego świata, rewelacyjnych bohaterów i lektury pełnej emocji. I o ile z pierwszymi dwoma nie mam problemu, to tych emocji trochę zabrakło.

Przede wszystkim nie spodziewałam się po Sandersonie dystopii. Mimo że opis na to wskazywał, z jakiegoś powodu nie przetworzyłam tego na ten gatunek, który nieodłącznie kojarzy mi się z typową literaturą młodzieżową. Obawiałam się również, że autor ulegnie pokusie schematów wiążących się z tym gatunkiem. Słusznie i nie słusznie. Generalnie miałam ogólne wrażenie, że gdzieś to już widziałam, mimo że nie potrafię wskazać Wam palcem, o co konkretnie mi chodzi. Jeśli przymknąć by na to - dość niesprecyzowane uczucie - oko to nie wiele mam do zarzucenia samemu pomysłowi. Podobał mi się fakt bezlitosnych Epików i tajemnicy jaka ich otaczała, ponieważ zastanawia mnie, jak to się stało, że pozornie normalni obywatele, wraz z pojawieniem się mocy, stawali się krwawymi mordercami. Mam wrażenie, jakby autor chciał popchnąć czytelnika do rozważenia, czy ludzki umysł jest w stanie poradzić sobie z takimi zdolnościami i zachować sumienie (cóż według wizji Sandersona odpowiedź brzmi nie). Jest to zdecydowanie ciekawa myśl, która stała się osią fabuły Stalowego Serca. Przypadł mi też pomysł, że każdy Epik ma jakąś słabość, czasem zupełnie irracjonalną, która może zniwelować jego zdolności. Poza tym po prostu uwielbiam styl Sandersona, więc nie zależnie od tego czy bohaterowie przebywali w kryjówce, czy na akcji książkę czytało mi się tak samo dobrze, mimo że wszystkie wydarzenia obserwujemy z perspektywy Davida.

Nie mam nic do zarzucenia kreacji bohaterów. Wprawdzie David nie zawładnął moim sercem i mam do niego dość obojętny stosunek, jak na głównego bohatera, jednak w gruncie rzeczy nawet go lubię. Pokochałam za to Mścicieli i ich relacje, zwłaszcza Cody'ego i Abrahama. Tych dwóch mężczyzn jest tak bardzo od siebie różnych, a jednak obydwaj niesamowicie przypadli mi do gustu i z przyjemnością obserwowałam ich w akcji. Troszeczkę żałuję, że autor nie poświęcił więcej czasu na pokazanie wydarzeń, które sprawiły, że powstali Mściciele i jak to się stało, że dołączyli do nich kolejni członkowie grupy, ale mam szczerą nadzieję, że pisarz rozwieje moją ciekawość w kolejnych częściach.

Tak jak już wspominałam zabrakło mi tu emocji. Mam wrażenie, że autor stworzył sobie plan wydarzeń, które powinny po kolei następować i ściśle się go trzymał. Gdzieś nawet mimo pewnych utrudnień na drodze bohaterów wszystko toczy się równo do celu, aż do punku kulminującego. W teorii Sanderson zadbał o odpowiednią ilość komplikacji, problemów, emocjonujących momentów, ale jakoś dalej miałam myśl, że to wszystko jest częścią większego planu. A nie jest dobrze, jak czytelnik tak sobie myśli, zwłaszcza, że to jedyna taka powieść pisarza, w której tego doświadczyłam. W ten sposób pozornie fascynująca fabuła, sprawiła, że niewiele z tych emocji faktycznie poczułam.

W sumie Stalowe serce to bardzo dobra dystopia, która na pewno przypadnie do gustu każdemu zwolennikowi gatunku. Jednak czegoś mi w tej książce zabrakło. Być może dlatego, że wiem, jak dobry może być Brandon Sanderson, który w poprzednich dwóch seriach wielokrotnie pokazał mi, że stać go na więcej. I o ile generalnie mogę polecić Wam tę pozycję, to patrząc przez pryzmat innych powieści autora, czuję się ociupinkę zawiedziona.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,49/10
Ilość stron: 445
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 8 czerwca 2015 r.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska
Cena (z okładki): 34,90 zł

Czasami robienie tego, co robiliśmy kiedyś, przypomina nam o tym, 
kim wtedy byliśmy, i nie zawsze jest to przyjemne.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#52 Recenzja - Alive. Żywi



To, co wzięłam za morze kurzu, okazało się oceanem śmierci.



Alive. Żywi miało jedne z tych zapowiedzi, które sprawiły, że natychmiast chciałam zapoznać się z tą powieścią. Kiedy zobaczyłam zwiastun moje oczekiwania jeszcze bardziej wzrosły i spodziewałam się, że to będzie fantastyczna książka. Czy miałam rację?

Po obudzeniu się nastoletnia bohaterka odkrywa, że jest uwięziona w trumnie. Dodatkowo nie ma pojęcia, kim jest, gdzie jest i jak się tu znalazła. Okazuje się, że w połączonym z jej więzieniem pomieszczeniu znajdują się równie zaskoczeni ocalali. Za ich pokojem znajduje się korytarz pełen zakurzonych kości, ale żadnych ludzi, żadnych odpowiedzi. Dziewczyna wie o sobie tylko jedno – nazywa się Savage, co wypisano w nogach trumny. Zauważa też, że inni na nią liczą. Nie jest największa ani najodważniejsza, ale z pewnych powodów budzi powszechne zaufanie. Teraz, jeśli ma im się udać, dziewczyna musi sprawić, żeby zaufali sobie nawzajem. Muszą zmierzyć się z prawdą, niezależnie od tego jak bolesna by była.

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Nie wiem jak Wy, ale ja pierwszej podświadomej oceny książki dokonuję około 20-30 strony, stawiając sobie pytanie, czy czuję się na tyle zaintrygowana, żeby ta pozycja zatrzymała mnie przy sobie na dłużej. Czasem odpowiedź brzmi tak, czasem nie... jednak czasem nie jest mi potrzebna. Są takie książki, które mają fantastyczną pierwszą kartkę, kiedy po niej samej jestem w stanie powiedzieć, że za tym po prostu musi kryć się wspaniała opowieść. W takim momencie przeczuwam, że lepiej szybko zabrać się za czytanie, bo nie zacznę robić nic produktywnego dopóki nie przekonam się, czy moje przeczucie mnie nie myliło. W przypadku Scotta Siglera miałam rację - ta pierwsza rewelacyjna strona zwiastowała fantastyczną powieść z mnóstwem zwrotów akcji. W momencie, kiedy zdążyłam ułożyć sobie w głowie prawdopodobny scenariusz, dlaczego bohaterowie znaleźli się w tym miejscu, autor zrzucił fabularną bombę, obracając w pył wszystkie moje domysły. To niemały wyczyn patrząc na ilość książek z gatunku, które przeczytałam i wszystkie scenariusze, które do tej pory serwowali pisarze. Za samo to, że sama w życiu nie domyśliłabym się, co szykował autor, Alive dostaje ode mnie dodatkowe punkty.

Scott Sigler postawił na mnogość bohaterów i na początku trochę się bałam, że sam się w tym pogubi albo okaże się, że poza Em nie ma nikogo wartego uwagi. Wiecie, o co mi chodzi prawda? To taki moment w powieści, kiedy okazuje się, że w fabule wystąpiło tak wiele osób, że w sumie dzielę bohaterów na głównych i masę - bo nagle okazuje się, że oni wszyscy zachowują się jakby mieli jeden mózg. W tym wypadku autor dość dobrze poradził sobie z zarysowaniem unikatowych cech postaci, ale po prostu muszę się do czegoś przyczepić. Chociaż każdy z bohaterów miał cechę, która odróżniała go od reszty, to troszeczkę brakuje mi w nich głębi - nie we wszystkich naturalnie, ale weźmy na przykład takiego O'Malleya, który pojawia się na samym początku akcji, a poza tym, że był dość rozsądny, nic więcej specjalnie nie zapadło mi w pamięć. Na szczęście Bishop okazał się dużo bardziej interesujący, no bo jak tu przetrwać spokojniejsze momenty bez dobrej męskiej postaci? Bez wątpienia na pierwszy plan wysuwa się Em, a to co mi się najbardziej w niej podobało to, że jest to bohaterka wyjątkowo niejednoznaczna, ponieważ w momencie, kiedy myślałam, że już wiem, jaki będzie jej następny krok, okazywało się, że autor ma w stosunku do dziewczyny inne plany. W tym momencie, już po zakończonej lekturze mam nadzieję, że autor utrzyma w okół niej otoczkę tajemnicy i dziewczyna nie stanie się kolejną schematyczną bohaterką.

Styl, którym posługuje się Scott Sigler jest nastawiony na grupę odbiorców książki. Jest lekki, przyjemny i na szczęście nie razi slangiem, a mimo to autorowi udaje się utrzymać klimat grozy i tajemnic, co zdecydowanie nie pozwala oderwać się na dłużej od tej powieści.

Alive zaliczam do bardzo udanego pierwszego spotkania z twórczością autora i niecierpliwie wyglądam kontynuacji. Sigler'owi udało się mnie zaskoczyć nie tylko pod względem decyzji bohaterów, ale również zwrotów w fabule, dlatego zdecydowanie polecam Wam Alive. Jest to świetne rozpoczęcie trylogii, która - mam nadzieję - jeszcze nie raz mnie zaskoczy.

Moja ocena : 8/10

Skończyłam czytać : czerwiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,76/10
Okładka : miękka
Ilość stron : 384
Wydawnictwo : Feeria Young
Tłumaczenie : Justyna Formańska
Cena (z okładki) : 34,90 zł 


Jeśli uciekniesz, twój wróg będzie cię ścigać.
Zabij swojego wroga, a wtedy już zawsze będziesz wolna.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young




Książkę możecie nabyć m.in. na empik.com 

#45 Recenzja - Remedium




Byłam plasterkiem na ich rany, ale nie mogłam ich uleczyć.

Sceptycznie podchodzę do prequeli. Nigdy nie jestem pewna, czy to, co zechce przekazać autor nie sprawi, że będę krzywo patrzeć na cykl, którą uwielbiam, jednak zakochałam się w serii Program i wiem, że nie mogłam przejść obojętnie obok należącej do niej książki. 


Czy można wcielać się w różne postaci, nie tracąc swojej własnej tożsamości?

W świecie przed Programem… 

Siedemnastoletnia Quinlan McKee ma niezwykły dar i od lat z powodzeniem go wykorzystuje – niesie pocieszenie rodzinom zmarłych nastolatków. Pomaga krewnym przetrwać żałobę, wchodząc na pewien czas w rolę tych, którzy niedawno odeszli. Nosi ubrania i fryzury zmarłych, a obejrzawszy filmy i zdjęcia z ich udziałem, przejmuje ich zachowania. Czasem nawet zdarza jej się mylić swoją własną przeszłość z losami tych, których role odgrywa. Jest tylko jeden warunek: nie wolno jej się angażować emocjonalnie. 
Choć doskonale wie, że jest to surowo zabronione, to od kiedy stała się Cataliną Barnes, między nią a chłopakiem zmarłej dziewczyny zaczyna rodzić się więź. A to dopiero początek trudności. Bo gdy Quinlan poznaje prawdę o śmierci Cataliny, komplikacji przybywa. Ponieważ ta śmierć mogła nastąpić w wyniku epidemii…

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

W Remedium Suzanne Young odsyła czytelnika do czasów przed Programem, kiedy sama idea jego działania była jeszcze w powijakach, a choroba dręcząca młodych ludzi nie była epidemią, ale pojedynczymi przepadkami. Zamiast tego dostajemy wgląd w działanie wydziału żałoby, który skupia swoje działania na dobrowolnym udzielaniu pomocy osobom, które doświadczyły traumatycznej straty i nie potrafią sobie z nią poradzić. To było fascynujące doświadczenie - zagłębić się w świat wykreowany przez autorkę, ale jednocześnie tak różniący się od tego, co autorka zaserwowała czytelnikowi w Pladze samobójców.

Na samym początku czułam się dość dziwnie bez James'a i Sloan, musiałam sobie przypominać, że przecież ich historia jeszcze się nie rozpoczęła, a wszystko, przez co musieli przejść ma się dopiero wydarzyć. Przez to nie mogłam się wczuć w klimat powieści i przywiązać do bohaterów. Jednak trwało to dosłownie krótką chwilę, do głosu doszedł talent Suzzane Young do kreowania bohaterów i zanim się obejrzałam historia Quinn i jej przyjaciół doszczętnie mnie pochłonęła

Pierwsze, co nasuwa mi się na myśl o Remedium to, że jest to wyjątkowo poruszająca książka, opowiadająca o wadze własnej tożsamości. Czy kiedyś zastanawialiście się jak bardzo druzgocącym poczuciem jest niewiedza o tym, kim jesteś? Tak właśnie wygląda życie Quinlan, sobowtóra, członka wydziału żałoby. Jej zadaniem jest 'przejmowanie' życia zmarłej osoby i odegranie jej ostatnich dni, tak aby bliscy denata mogli się z nim pożegnać i domknąć żałobę. Mimo całej gamy zabezpieczeń stosowanej, aby sobowtór nie miał problemów we własnym życiu i nie stracił poczucia tożsamości, dziewczynie mieszają się własne wspomnienia, z tymi, które do niej nie należą - scenami odgrywanymi podczas zlecenia. Nikt nie ma pojęcia, że w głębi duszy Quinn pragnie normalnego życia, miłości, akceptacji. Ma dosyć, że wszyscy jej nienawidzą i pragnie choć przez krótką chwilę być sobą.

Chyba największą zaletą tej książki jest to, że wraz z dziewczyną czułam, jak życie wyślizgiwało się jej z rąk i jak bardzo pragnęła uwagi. Suzanne Young ma szczególny talent do sprawiania, że czytelnika ogarniają te same emocje, co bohatera, wraz z nimi przeżywa trudne chwile i cieszy się z drobnych sukcesów - przynajmniej tak było w moim przypadku. Nie pomaga fakt, że Remedium podobnie jak Plaga samobójców czy Kuracja samobójców to prawdziwy wulkan uczuć. Powieść jest wręcz naszpikowana emocjami, co sprawia, że podczas czytania nie sposób się od niej zdystansować, a nawet nie ma kiedy, bo akcja pędzi łeb na szyję. To właśnie za to kocham pióro Suzanne Young, poza tym, że potrafi wciągnąć mnie bez reszty w swój świat, a jej powieści po prostu świetnie się czyta, potrafi sprawić, że stawiam się w miejscu jej bohaterów i przeżywam to, co oni.

Remedium to kolejna fantastyczna część serii Program, która na pewno zadowoli jej fanów i może przekona do niej sceptyków. Ja osobiście jestem zachwycona kolejnym spotkaniem z twórczością Suzanne Young i już nie mogę się doczekać, aż kolejna książka jej autorstwa wpadnie mi w ręce. Program to szczególnie interesująca opowieść, która nie powiela schematów dystopii i przynajmniej stara się dać czytelnikowi coś nowego - a to sprawia, że jest absolutnie wyjątkowa. Gorąco polecam zarówno Remedium, jak i pozostałe części.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytaćkwiecień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 9/10
Ilość stron430
Okładkamiękka
Data wydania: 13 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 39,90 zł



W końcu poszliśmy do samochodu i przez resztę wieczoru
staraliśmy się na nowo złożyć w jedną całość różne fragmenty nas,
udając przy tym, że nie widzimy, jak bardzo jesteśmy pogruchotani w środku.





Remedium    |   Plaga samobójców    |    Kuracja samobójców


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com



Książka bierze udział w wyzwaniach:

#34 Recenzja - Kuracja samobójców



Czułam, jak pochłania mnie nicość. Stawałam się czarną dziurą,
w której nie istniało nic poza rozterkami i poczuciem rezygnacji.

Z niecierpliwością czekałam na kontynuację chyba najlepszej dystopii jaka wpadła mi w ręce przez cały poprzedni rok, mianowicie Plagi samobójców (recenzja). Miałam nadzieję, że autorka utrzyma klimat z pierwszej części i jednocześnie zaserwuje coś nowego. Wciąż jestem zachwycona piórem Suzanne Young, tylko dlaczego towarzyszy mi pewien niedosyt?

Recenzja może zawierać spojlery z poprzedniej części.

Sloane i James podjęli próbę ucieczki przed epidemią i programem, ale zagrożenie nie znikło. Bo program nie chce o nich zapomnieć… Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu mogą zaufać, i znaleźć sposób na obalenie programu oraz powstrzymanie epidemii. A to jest bardzo trudne, gdy w pamięci mają tyle białych plam. Pomóc im może tylko kuracja – tajemnicza tabletka, która może przywrócić wspomnienia. Za bardzo wysoką cenę. I istnieje tylko jedna dawka.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Spotykamy James'a i Sloan prawie dokładnie w tym samym momencie, gdzie zakończył się pierwszy tom. Udało im się uciec przed Programem, ale wciąż wisi nad nimi widmo złapania, gdyż pościg śledzi każdy ich ruch. Podobała mi się niejaka realność ich ucieczki, ponieważ kiedy się ukrywają autorka skupiła się głównie na opisaniu jak radzą sobie z decyzją odnośnie tabletki podarowanej przez Realm'a oraz przenoszeniu się z jednej kryjówki do drugiej. Nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji. Mogłam zobaczyć jak radzą sobie pozbawieni wspomnień o wspólnej przeszłości oraz starają odnaleźć się w nowej sytuacji. Doceniam to wszystko, jednak jednocześnie sprawiło, że pierwsze dwieście stron powieści może się wydawać nużące, ponieważ cóż... my wiemy jak wyglądało życie bohaterów przed Programem, a oni nie. Dodatkowo 'buntownicy' to raczej grupka ludzi, którzy mają bardzo ograniczone środki i ledwo sami ukrywają się przed rządem. 

To wszystko sprawiło, że byłam lekko przerażona, ponieważ spodziewałam się spektakularnej kontynuacji, a wydawałoby się, że otrzymałam książkę dobrą... i tylko dobrą. Na szczęście nie doceniłam Suzanne. Od około 250 strony akcja zaczyna pędzić łeb na szyję i znowu z przyjemnością zatopiłam się w wykreowany przez nią świat. Ponownie obudziły się we mnie emocje, towarzyszące mi przy lekturze pierwszego tomu i z niecierpliwością przerzucałam kolejne kartki. Część trzecia rozkruszyła mnie emocjonalnie, w pewien sposób była okrutna, smutna i przerażająca, dlatego chyba nikogo nie zdziwię, jak powiem, że choćby dla niej warto sięgnąć po tę książkę. Było mi okropnie żal Dallas, zwłaszcza, że pojawia się tam Roger (brr...) i w sumie wcale się dziewczynie nie dziwię, wręcz jej kibicowałam (Ci, którzy czytali, powinni domyślić się o którym momencie mówię :D).

Pisząc to, muszę się pilnować przed spojlerami, bo mam wyjątkową ochotę rzucać nimi na prawo i lewo, tylko po to, żeby opisać wszystkie emocje. Jednak nie jestem taka okropna i po prostu  już zostawię tą recenzję w spokoju. No dobrze nie do końca. Książka kończy się tak, że gdybym nie wiedziała, że ma być kolejna część, nigdy w życiu bym się jej nie spodziewała... Co tylko sprawia, że już nie mogę się doczekać Leku dla samobójców.

Kuracji samobójców niewiele brakuje, żeby nazwać ją genialną kontynuacją, jednak ponieważ pierwsza część rozbudziła mój apetyt na więcej mogę ją określić ,,tylko" świetną. Stanowczo  jednak podtrzymuję swoje zdanie na temat całej serii i autentycznie nie mogę się doczekać trzeciego tomu, ponieważ nie mam zielonego pojęcia, co może się tam znaleźć. Gorąco polecam :).

Moja ocena: 7,5/10

Skończyłam czytać: styczeń 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,45/10
Ilość stron: 445
Okładka: miękka
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 34,90 zł

-Pytałeś, czy wiem, jak powstrzymać Program? Otóż nie wiem.
Nie wiem, jak sprawić, by ludzie odzyskali nadzieję na lepsze jutro. [...]
To Program, który stawia sobie za cel zahamowanie epidemii przez wyzerowanie
pamięci ludzkiej populacji, sam przykłada rękę do rozszerzania się choroby.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young
*Klik*



Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

#31 Recenzja - Plaga samobójców


Masowe samobójstwa wśród nastolatków zaczęły się nagle,
niespełna cztery lata temu, i wkrótce uznano je za epidemię.
W tamtym czasie jeden nastolatek na troje odbierał sobie życie.
Jasne, samo zjawisko istniało już wcześniej, ale w pewnym momencie,
z dnia na dzień, moi rówieśnicy niemal zespołowo zaczęli skakać z okien
albo podcinać sobie żyły.

Plaga samobójców w pewnym momencie szturmem podbijała blogosferę, widziałam jej recenzje na każdym kroku. Teraz kiedy szum trochę opadł i ja skusiłam się na książkę Suzanne Young i jedyne pytanie, które sobie zadaję to "czemu tak długo zwlekałam?".

Panuje epidemia samobójstw wśród nastolatków. W związku z tym rząd postanowił wprowadzić pilotażowy Program, który zawczasu wyłapie oznaki depresji u danej osoby i wyśle ją na leczenie. Brzmi miło, prawda? Jest tylko jeden mały szczegół, sześć tygodni później pacjent wraca i nie pamięta najważniejszych wydarzeń ze swojego życia. Brat Sloan popełnił samobójstwo, a jej rodzice nieustannie wypatrują u córki oznak depresji, przez co dziewczyna musi stale ukrywać swoje uczucia. Jedyną osobą, przy której nie musi się pilnować jest jej ukochany - James, który obiecuje jej, że wszystko będzie dobrze i wspólnie jakoś sobie poradzą. Tylko że chłopaka dręczą własne demony. Kiedy nad ich głowami zawiśnie groźba, czy uda im się trzymać danej sobie obietnicy?

Ostatnio miałam dość dystopii. Po zakończeniu genialnych Mrocznych umysłów nie mogłam się przekonać do żadnej, aż pojawiły się zapowiedzi Plagi samobójców. Koncepcja autorki zaintrygowała mnie na tyle że musiałam w końcu sięgnąć po tę książkę. Po pierwsze koniecznie muszę pochwalić fabułę i świat przedstawiony, ponieważ to genialny pomysł, którego potencjał nie został zmarnowany. To jedna z tych powieści, które na długo zapadną mi w pamieć oraz wywołały u mnie prawdziwą burzę emocji. Plaga samobójców zmusza do refleksji, zastanowienia się czy jeśli to Was pozbawiono by wspomnień, pozostałyby emocje z nimi związane? Czy miłość warunkują wspomnienia o danej osobie, czy też jest to uczucie stałe, które jest przy nas nawet jeśli nie znamy powodu? I jeszcze to najważniejsze, które do teraz kołacze mi się po głowie: czy naprawdę lepiej jest umrzeć niż stracić siebie, to kim jesteś? Są to tak zwane pytania bez odpowiedzi, a każda kolejna osoba będzie miała inny argument za lub przeciw, dlatego właśnie moim zdaniem Plaga samobójców to świetna książka. Wywoła w czytelniku całą gamę uczuć i nikomu nie pozwolili przejść obok siebie obojętnie. 

Autorka ma wyjątkowo dobry styl pisania, przez co pochłonęłam jej powieść dosłownie w dwa dni. Podoba mi się, że miała pomysł na to, co chce napisać, dzięki czemu ta opowieść ma ręce i nogi, natomiast bohaterowie wywoływali we mnie różne odczucia, choć poniekąd rozumiałam motywy wszystkich. Uwielbiam James'a, to jak starał się trzymać wszystkich razem, mimo że sam się rozpadał, jego cięty język i dziwne komplementy. Sloan natomiast jest... w porządku. Z mojej strony to dość łagodne słowa, ponieważ zwykle nazywam bohaterki irytującymi płaczkami, które potrafią tylko się nad sobą użalać, ale tu mogę ją zrozumieć. Dziewczyna żyje pod ogromną presją, musi stale się pilnować, nie może pozwolić sobie na żadne szczere uczucia, ponieważ wisi nad nią nieustanna groźba oznakowania i wcielenia do Programu. Zastanawia mnie tylko dlaczego we wszystkich dystopiach rodzice są tak zaślepieni i przekonani o własnych racjach, że nic do nich nie dociera? 

Sięgając po Plagę dobrze wiedziałam na jaki gatunek się piszę, dlatego nie zaskoczy mnie, jeśli w drugiej części autorka skupi się na walce z wielkim, złym systemem. Mój największy ból w stosunku do autorki to dlaczego na siłę stara się wcisnąć czytelnikowi trójkąt miłosny? Zwłaszcza taki, który zupełnie mi nie pasuje. Grrr...

Plaga samobójców to świetna dystopia otwierająca bardzo obiecującą serię. Książka Suzanne Young wstrząsa, zmusza do refleksji, wywołuje uśmiech i łzy. Nie da się przejść obojętnie koło historii Jamesa i Sloan. Jeżeli potraficie przymknąć oko na pewne schematy wynikające z gatunku, otrzymacie fantastyczną lekturę, którą mogę Wam gorąco i szczerze polecić.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: grudzień 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,04/10
Ilość stron: 500
Okładka: miękka
Data wydania: 23 września 2015 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Łkałam, przytulona do jego podkoszulka. Przeklinałam Program.
Przeklinałam cały świat. Wrzeszczałam, wyklinając Brady’ego i moich przyjaciół.
Wymyślałam im od tchórzów za to, że nas zostawili. Nie mieściło mi się w głowie,
że mogli nam coś takiego zrobić – zrujnować nam życie, wybierając samemu śmierć.
Krzyczałam tak długo, aż słowa zamieniły się w czysto emocjonalne,
nic nieznaczące ciągi dźwięków. W ten sposób opłakałam niedającą się opisać stratę.









Jako, że kolejny post prawdopodobnie pojawi się dopiero przed Sylwestrem, chciałam Wam życzyć spokojnych, rodzinnych i zaczytanych Świąt. Oby każdy książkoholik znalazł pod choinką jakąś książkę :*. 

#13 Recenzja - Czerwona królowa i BOOK TOUR

Każdy może zdradzić każdego.


Dawno temu tata nazwał nas mrówkami,
czerwonymi mrówkami prażącymi się w srebrnym słońcu.
Niszczy nas potęga innych, przegrywamy walkę o nasze prawa,
ponieważ nie jesteśmy nadzwyczajni.

Jak sobie radzić, jeżeli życie determinuje kolor krwi? Nie ma możliwości oszustwa, nie ma wyboru... To jak potoczy się twoje życie zależy tylko i wyłącznie jaki się urodziłeś.

Zachęcona pozytywnymi opiniami i nietuzinkowym opisem sięgnęłam po książkę Victorii Aveyard ,,Czerwona królowa". Opisem, który zdradza bardzo niewiele o samej fabule.

Mare jest Czerwoną. Jej bracia zostali wysłani na front, a ja samą niedługo spotka ten sam los. Nie ma złudzeń co do tego jak potoczy się jej życie, ale dopóki jest w domu, zajmuje się kradzieżą i stara się jak najlepiej przygotować rodzinę na swoje odejście. Jedynym możliwym ratunkiem dla dziewczyny jest podjęcie uczciwej pracy, jednak nie ma dla niej zajęcia do czasu, aż zostaje służącą w pałacu. Srebrni są niezwykle potężni - od Siłaczy, przez władców żywiołów, aż po Szeptaczy - i nikomu nie przyjdzie przez myśl im się sprzeciwić. Mare wchodzi do gniazda żmij i cały czas musi się mieć na baczności. Nikt nie spodziewa się, że służąca wykaże umiejętności, których nie może mieć, zwłaszcza ona sama. Tacy jak ona nie istnieją. Od tej chwili jej dawne życie przestanie istnieć, a tej młodej dziewczynie przyjdzie podjąć decyzję, które załamałyby niejednego...

Długo zajęło mi napisanie tej recenzji, bo z jednej strony naprawdę nie chcę Was zniechęcić, a z drugiej moja krytyczna ja wrzeszczy i domaga się uwagi, choć ,,Czerwona królowa" to całkiem dobra książka!

Zacznę od plusów. Podobała mi się kreacja wszystkich bohaterów, zwłaszcza, że część z nich potrafiła mnie porządnie zaskoczyć swoimi decyzjami i zachowaniem. Polubiłam szczególnie Juliana oraz Farley. Victoria Aveyard prowadzi akcję lekko, dynamicznie, serwując czytelnikowi akurat tyle, aby chciał odwrócić kolejne strony. Ostatnio wspominałam, że uwielbiam narrację pierwszoosobową w czasie teraźniejszym i dokładnie taką tu znajdziecie. Dodatkowo autorka nie przeładowuje fabuły opisami i rozległymi monologami głównej bohaterki, co sprawia, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Wielowątkowość tej historii jest jej zdecydowanym plusem - mamy odwieczną walkę o władzę, problemy między rodzeństwem, tajemnicę okalającą umiejętności Mare oraz starania rebeliantów. Wspomnę też parę słów o okładce: oprawa graficzna kusi i przyciąga wzrok, dodatkowo pasuje do fabuły. Nie żebym oceniała książkę właśnie po niej, ale mnie zawsze robi się cieplej na sercu na widok ładnej okładki, która faktycznie wpisuje się jako uzupełnienie treści ;).

A teraz nie przestraszcie się i nie dajcie mi się do końca zniechęcić. Nie krzyczcie też, że sama sobie zaprzeczam, ale część zalet książki jest również jej wadą i na odwrót. Mam wrażenie, że dostałam lekko odgrzewane danie, do którego wrzucono najlepsze składniki i wymieszano. Książka czerpie pełnymi garściami ze znanych nam motywów. Przede wszystkim mamy młodą dziewczynę, która ma ciężkie życie i musi stanąć do walki o własne życie, wolność i równość wszystkich - no wypisz, wymaluj znajduje się to w każdej młodzieżowej dystopii. Jako zaletę mogę tylko dodać, że Mare, w porównaniu do innych, nie trzeba było pchać - do większości spraw dochodziła sama i potrafiła podjąć własne decyzje. Długo nie wiedziałam do jakiego gatunku zakwalifikować powieść, czy mam do czynienia z typową fantastyką, czy może właśnie dystopią, dlatego że autorka praktycznie nie podaje nam żadnego zarysu tego świata - krótko mówiąc odczułam głęboki brak genezy Nowej Ery. Nie mogłam się odnaleźć czy pani Aveyard kreuje nowy, fantastyczny świat czy to nasze uniwersum spotkała ta mutacja. Wydaje mi się, że druga opcja jest bardziej prawdopodobna, przez co ponownie miałam wrażenie, że gdzieś to już widziałam - to dokładne spełnienie wizji Magneta z X-men'ów. Tak w ogóle to cały świat przedstawiony kojarzy mi się właśnie z tą pozycją Marvela... 

Patrząc na całokształt i warsztat pisarki jestem na tyle zadowolona i zaintrygowana, aby zakupić kolejną część. Jednak z drugiej strony mam to smutne wrażenie, że nie wiele bym straciła nie znając tej książki. Dlaczego więc wybrałam ją do akcji Wędrująca Książka? To proste - użyczę Wam swojego egzemplarza, tak jak biblioteka. O tej pozycji są dość rozbieżne opinie, dlatego jeśli Wam się spodoba, wiecie jak dostać własny egzemplarz. Jeżeli zaś nie, nic nie tracicie, bo książka przywędrowała do Was ode mnie i tu powróci.

Zdecydowanie mogę polecić ,,Czerwoną Królową" autorstwa Victorii Aveyard fanom fantastyki, dystopii i X-men'ów. Zwłaszcza tym , którym nie przeszkadza trochę schematów, bo na pewno nie znajdziecie tu nudy ;).

Moja ocena : 7/10

Skończyłam czytać : 4 sierpnia 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,92/10
Ocena z empik.com : 4,5/5 
Ilość stron : 488
Okładka : miękka
Data wydania : 18 lutego 2015 r.
Wydawnictwo : Otwarte
Tłumaczenie : Adriana Sokołowska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


Taka jest nasza natura - powiedział Julian.
- Niszczymy. To cecha charakterystyczna ludzkiego rodzaju.
Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy.



Mój ulubiony cytat: 
Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. 
Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość,
przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze.



Książka przeczytana w ramach wyzwania : Czytam Opasłe Tomiska

7/52


Czytaliście? Jak Wam się podobała?



BOOK TOUR AKA Wędrująca Książka

Dla niewtajemniczonych jest to akcja polegająca na przesyłaniu książki między blogerami, gdzie każda osoba wpisuje się na pierwszej stronie.

Pisałam wyżej dlaczego wybrałam właśnie tę książkę do tej akcji. Głównie mam nadzieję, że Wam się spodoba i skusicie się na własny egzemplarz tej powieści, tymczasem nic nie stracicie jeśli nie przypadnie Wam do gustu.





Zasady : 
  1. Aby wziąć udział należy pozostawić formularz zgłoszeniowy w komentarzu pod TYM postem (wzór na końcu), umieścić banner akcji (linkujący do zakładki w menu lub tego posta) w widocznym miejscu na swojej stronie - do momentu otrzymania książki - oraz być obserwatorem bloga lub polubić jego stronę na Facebook'u (warunek nieobowiązkowy, kimże ja jestem żeby was zmuszać?). Będzie mi również bardzo miło, jeśli udostępnicie go na swoich profilach społecznościowych.
  2. Akcja trwa od 17 sierpnia 2015 r. do odwołania. Krótko mówiąc dopóki będą chętni na przeczytanie dopóty książka będzie odbywać swoją wędrówkę. Chciałabym żeby powieść wracała do mnie raz na kwartał, żebym mogła zrobić podsumowanie.
  3. Książka może pozostać u danej osoby przez 2 tygodnie. 
  4. Każda osoba pozostawiająca zgłoszenie zobowiązuje się do zapakowania i przesłania książki kolejnej osobie wskazanej przeze mnie (na własny koszt).
  5. Prosiłabym o informowanie mnie o zmianie miejsca pobytu książki - wystarczy mi komentarz pod Twoim zgłoszeniem np. wysłana, przyszła, poszła dalej itp.
  6. Recenzja powinna pojawić się nie później niż tydzień po odesłaniu książki, miło by mi było jeśli pod nią znalazłby się baner akcji lub link to tego posta. 
  7. Pierwszą kolejność wyłonię na drodze losowania, później będzie decydować data zgłoszenia (dla formularzy zgłoszonych po 17 sierpnia). Napiszę do wylosowanej osoby o adres, jeżeli nie otrzymam odpowiedzi przynajmniej tydzień przed wysyłką książka idzie dalej.
To pierwsza akcja, jaką organizuję na blogu, więc mam nadzieję, że wszystko się uda. Jeżeli macie jakieś pytania, uwagi, sugestie - piszcie! :D


Wzór
Zgłaszam się
e-mail
Obserwuję jako : (opcjonalnie)
Baner / blog : 



Mniejszy rozmiar baneru:





Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka