Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Gdybym wiedziała” Rebecca Donovan

Wszyscy jesteśmy przeklęci - absolutnie każdy z nas.
Naszą zgubą nie okażą się wcale nieodparte chęci czy uzależnienia. To nie przez chciwość ani pragnienie wylądujemy na kolanach. Nasze przekleństwa wpaja nam się jako zalety; ideały, do których powinniśmy dążyć. Tyle że to są właśnie cechy uznawane za najbardziej zaszczytne, powodujące największe zniszczenie.

Rebeccę Donovan większość zapewne kojarzy z serii Oddechy, z którą ja nie miałam okazji się zapoznać. Zabierałam się i zabierałam, ale jakoś zawsze mi nie po drodze. Natomiast całe lata temu, gdzieś na początku działalności bloga czytałam (i recenzowałam) jej powieść Co, jeśli... Historia ta, nawet jeśli zatarły mi się jej szczegóły, zostawiła po sobie na tyle miłe uczucie, że bez wahania sięgnęłam po najnowszą książkę autorki. I kurczę powiem Wam, że nie spodziewałam się to będzie tak dobre...

W rodzinie Lany każda kobieta ma pewną, wydawałoby się, dobrą cechę – która jednak przynosi jej tylko nieszczęście. Wiara, Zaufanie, Życzliwość i Odwaga niszczą ich życie, chociaż powinny je budować. Klątwą Lany jest absolutna szczerość. Dziewczyna przeczuwała, że ta cecha może ją kiedyś zniszczyć, ale nie miała pojęcia, jak dramatyczne będą tego okoliczności. Gdy mimowolnie staje się świadkiem strasznych wydarzeń, decyduje się milczeć, sądząc, że prawda i tak jej nie uratuje. Niestety, biegu wydarzeń nie da się zatrzymać. Oskarżenia padają na nią, a to doprowadza ją tam, gdzie nigdy nie chciała wrócić… Musi stać się zamkniętym wulkanem milczenia, odrzucenia, tajemnic i braku miłości. Czy z tej sytuacji jest w ogóle jakiekolwiek wyjście? Czy Lana ma szansę uratować chociaż siebie? A może wszystko zniszczy eksplozja wulkanu?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Zacznę od tego, że absolutnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po tej książce - opis jest tak tajemniczy i niejednoznaczny, że równie dobrze mogła to być fantastyka, romans, thriller czy powieść obyczajowa, więc tym bardziej byłam zaintrygowana, co właściwie przygotowała Rebecca Donovan. Pierwszym zaskoczeniem były podziękowania, które pojawiły się gdzieś przed połową - okazało się, że w ramach jednego tomu Wydawnictwo Feeria tak naprawdę uraczyło czytelników dwiema książkami: Gdybym widziała oraz Znając ciebie. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo dopiero w tamtym momencie faktycznie zaczęłam się wciągać w akcję. Pierwsze sto stron było raczej niemrawe, jakoś nie przemawiała do mnie ta historia i najzwyczajniej w świecie nudziło mi się. Za to po przekroczeniu tej magicznej bariery okazało się, że już nie mogę się oderwać. 

Gigantycznym atutem tej historii jest jej wyjątkowy klimat. Sekrety mnożą się mnożą, a odpowiedzi jak ze świecą szukać. To sprawia, że wokół bohaterów narasta aura podejrzeń i niepewności, nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a gdzie ukrywa się wróg. Tajemnicze wiadomości, dziwne zdarzenia... nikt nie jest bezpieczny, a Lana nie wie komu ufać, a więc my również nie. To jest właśnie to, co tak bardzo wyróżniło tę powieść na tle innych książek młodzieżowych i dokładnie dzięki temu tak bardzo mi się podobała. Rebecca Donovan wprowadziła cały wachlarz postaci drugoplanowych, a że wszyscy budzili moje podejrzenia, doprawdy miałam w kim wybierać. Pisarka  nie dostarcza czytelnikowi praktycznie żadnych odpowiedzi, a dokładając jedną tajemnicę do drugiej, sukcesywnie buduje z nich cały mur - a ja nie mogę się doczekać aż on runie. Samą powieść czyta się wręcz błyskawicznie, po pierwsze dzięki bardzo płynnemu stylowi autorki, a po drugie chcąc poznać odpowiedzi, właściwie gonimy akcję. Dawno nie doświadczyłam tego magicznego uczucia, że chce przerzucić całą lekturę do ostatniej strony i sprawdzić, jak to się wszystko skończy. 

Mój jedyny problem to wiek bohaterów. W momencie rozpoczęcia tej historii Lana ma 15/16 lat, a zachowuje się jak dysfunkcyjna dwudziestoparolatka. Z ręką na sercu, żeby móc całkowicie cieszyć się tą historią, bo naprawdę, naprawdę chciałam, świadomie postanowiłam zignorować ten fakt. Trzy lata więcej i nawet by mi to nie przeszkadzało, a tak zupełnie mi to nie grało. Autorka albo powinna darować sobie niektóre zachowania bohaterów albo podwyższyć ich wiek, żebym nie miała przed oczami dzieci z flaszkami. 

Gdybym wiedziała okazało się znacznie bardziej interesującą książką, niż zakładałam. Mimo niemrawych początków, świetny klimat oraz otaczające fabułę tajemnice, sprawiają że w tej historii nic nie jest oczywiste, a ja nie mogłam się od niej oderwać. Rebecca Donovan pokazała mi nieco inne oblicze niż znałam, nie skupiając się praktycznie wcale na wątku romantycznym i niesamowicie mi się ono spodobało. Ze swojej strony mogę gorąco polecić Wam tę książkę, jeśli tylko jesteście w stanie przymknąć oko na nieodpowiedni wiek bohaterów. Ja z niecierpliwością wypatruję kontynuacji. 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: grudzień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,83/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 504
Data wydania: 28 listopada 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Monika Wisniewska
Cena (z okładki): 39,90 zł

Nie chcę do nikogo należeć. Nie jestem niczyją własnością. Tak wiele razy byłam świadkiem, jak jedna osoba zatraca się w drugiej. Nie identyfikuje się już jako osobny człowiek, ale jako my. Dopóki jedno z nich nie oznajmia, że my to za mało i odchodzi, bo w końcu zawsze tak się dzieje. Ja nie zatracę się w nikim. Dzięki temu, kiedy ten ktoś odejdzie, nie zabierze mnie razem z sobą.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Nawet o tym nie wspominaj” Estelle Maskame

Czuję, że tak wiele mnie od nich dzieli. Wiem, że jestem tuż obok, ale czasami mam wrażenie, jakby wcale mnie tu nie było. Wszystko jest takie zdrętwiałe, takie puste. Tak bardzo nauczyłem się wszystko ignorować, że czasem nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Tak naprawdę nie wiem gdzie jestem.
Po prostu gdzieś.

Generalnie nie jestem fanem wracania do tej samej historii opowiedzianej po prostu z innej perspektywy. Zwykle choć uda mi się dowiedzieć paru nowych rzeczy, mimo wszystko czuję się jakbym dostała odgrzewany kotlet... A jednak są wyjątki - takie powieści czy serie, gdzie po prostu nie potrafię odmówić sobie ponownego spotkania z bohaterami, których historię zdążyłam pokochać. 

Tym razem Estelle Maskame oddała głos bohaterowi, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Tę opowieść - opowieść Tylera – po prostu trzeba przeczytać, aby naprawdę zrozumieć, co i dlaczego się wydarzyło. Jak radził sobie dwunastoletni Tyler, dręczony przez ojca? Co czuł jako gniewny, zbuntowany nastolatek, kiedy po raz pierwszy zobaczył Eden?
Masz szansę wejść w głowę Tylera i poznać jego najskrytsze myśli. W końcu dowiesz się więcej o tym, czego nie mogła wiedzieć Eden. Ta perspektywa chwyci cię za serce, złamie je i pokaże, czemu Tyler stał się wiecznie wściekłym i nieszczęśliwym chłopakiem, którego poznałyśmy w pierwszym tomie serii "Dimily".
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Swoją przygodę z twórczością Estelle Maskame zaczęłam ponad dwa lata temu, kiedy na rynku były już wszystkie tomy DIMILY. Po emocjonującej pierwszej części natychmiast zamówiłam dwie kolejne, bo historia Eden i Tylera podbiła moje serce i nie mogłam się doczekać, kiedy poznam ich dalsze losy. Okazało się, że to właśnie taki taki typ historii, które uwielbiam - pełna dramatów, nieporozumień, problemów i emocji... to właśnie mój styl. Lubię, gdy w książce faktycznie coś się dzieje, kiedy droga do szczęścia jest jak najbardziej kręta, a autor nie daje mi nawet chwili wytchnienia. Taką serią było właśnie Did I mention I love you. Wiadomość o kolejnej części i to dotyczącej mojego ulubionego człowieka, bo nie da się ukryć, że -  przynajmniej dla mnie, Tayler znacząco przyćmił Eden, wywołała uśmiech na mojej twarzy i naglącą ochotę, żeby położyć swoje ręce na Nawet o tym nie wspominaj. Czy historia, która tak bardzo podobała mi się dwa lata temu, nadal trzyma w szachu moje serce? Trochę tak, trochę nie. 

Uwielbiam styl pisania Estelle Maskame. To jedna z tych pisarek, kiedy kolejne strony wręcz przelatują mi przez palce, a ja nawet nie zdążę się zorientować, gdzie zniknęły mi godziny z życia, a ja jestem w połowie lektury. Dokładnie tak samo było tutaj - zakopałam się pod kocykiem i nawet nie wiedziałam, że popołudnie przeszło w wieczór, a ja byłam znacznie bliżej końca niż początku książki. W przypadku Nawet o tym nie wspominaj autorka zdecydowała się na na podzielenie fabuły na dwa wątki czasowe. Czytelnik więc otrzymuje przeplatające się rozdziały - jedne opisują znane nam już wydarzenia z Czy wspomniałam, że cię kocham?, a drugie historię Tylera i jego ojca zanim trafił do więzienia. I to właśnie one głównie trzymały mnie przyklejoną do tej powieści przez całe popołudnie. 

Widzicie nie wracałam do tej serii od dłuższego czasu, więc owszem, miło było wrócić do początku historii i poznać punkt widzenia Tylera. Przypomnieć sobie, za co właściwie lubię tę serię i jeszcze raz móc się w niej zatopić. Jednak nie da się ukryć, że już to widziałam. I choć pewne szczegóły uciekły mi z pamięci, to nie było tam nic, co mogłoby mnie zaskoczyć. Jednak dwutorowe poprowadzenie fabuły okazało się w tym przypadku strzałem w dziesiątkę, bo właściwie nie miałam kiedy się znudzić. Mimo że teoretycznie wiemy, co się stało z pierwszym mężem Elli, to czytanie tego, nie jako opowieść, ale podejście z pierwszej ręki, chwyciło mnie za serce. Możliwość spojrzenia na dzieciństwo Tylera, to poczucie bezradności i strach... sprawiło, że zrozumiałam go znacznie lepiej.

Jednak na samym początku wspomniałam o tym, że coś się zmieniło w moim postrzeganiu tej opowieści, więc o co mi chodziło? Teraz z perspektywy czasu, patrząc na Dimily nieco innym okiem, poniekąd hmm... nie rozumiem, czemu na samym początku związek Tylera i Eden był tak naszpikowany problemami. Ostatecznie przecież wcale nie byli ze sobą spokrewnieni, nie wychowywali się razem, byli po prostu dwójką obcych ludzi... więc ciągłe wspominanie, że on jest jej przybranym bratem było poniekąd bez sensu? To nawet nie tyle, co moje odczucia w stosunku do tej książki, ale bardziej coś w stylu pytania do publiczności - czy tylko ja odnoszę wrażenie, że największą przeszkodzę postawili sobie sami?

Ostatecznie Nawet o tym nie wspominaj okazało się miłym dodatkiem do serii, która kiedyś skradła moje serce. Miałam okazję raz jeszcze spotkać się z bohaterami i spojrzeć na tę opowieść z trochę innej perspektywy oraz dowiedzieć się paru nowych faktów. Z mojej strony gorąco polecam fanom poprzednich książek autorki - z pewnością Was nie zawiedzie.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,33/10
Ilość stron: 462
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 14 listopada 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Cena (z okładki): 37,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Silence” Natasha Preston

 

Po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Natashy Preston ponad rok temu przy lekturze Uwięzionych. Nie obyło się wprawdzie bez pewnych niedociągnięć, zwłaszcza w kreacji portretu psychologicznego porywacza, ale całość zostawiła po sobie na tyle miłe odczucia, że byłam ciekawa co jeszcze ma do pokazania autorka. Nie mogłam się doczekać, żeby przekonać się czy Silence okazała się bardziej dopracowana i przekona mnie do dalszej przygody z pisarką, czy też sprawi, że na stałe się z nią rozstanę. 

Czy wyobrażasz sobie, że nie mówisz od jedenastu lat tylko dlatego, że sama tak zadecydowałaś?
Czy wyobrażasz sobie, że w tym samym czasie dorastasz, chodzisz do szkoły, poznajesz osoby, na których Ci zależy, a jednak ciągle milczysz?
Oakley nie mówi: boję się, boli mnie, nie chcę, kocham cię, mamo ani tato. Ani jednego słowa. Lekarze załamują ręce i nikt nie wie, dlaczego nagle zamilkła.
Tylko ona wie, co sprawiło, że cena, jaką płaci za bycie dziwadłem jest i tak niższa niż cena za powiedzenie prawdy, w którą i tak nikt nie uwierzy. Przez te wszystkie lata myśli, że tylko cisza może ją ochronić. Nawet miłość i wsparcie Cole’a nie wystarczają, by wyciągnąć ją z tego kokonu. Aż do pewnego dnia…
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Zacznijmy od tego, że pierwsze, co przyciągnęło mój wzrok do tej książki to opis. Idea dziewczyny, która nie wypowiedziała słowa od jedenastu lat i tajemnicy, która ją oplata, sprawiła, że zacierałam ręce na ciekawą lekturę. Oczekiwałam niepokojącego klimatu, trochę dramatycznych wydarzeń i rozwiązania zagadki, które mną potrząśnie. Co otrzymałam? Romans z bardzo przewidywalną linią fabularną. Bardzo słodki, obejmujący nastolatki i nie mający w sobie nic specjalnie wyjątkowego. Ze zdziwieniem przyjęłam fakt, że Oakley ma 15 lat i gdyby ta książka okazała się tym, na co liczyłam zupełnie by nie przeszkadzało, ale... ehh, nie lubię romansów z tak młodymi bohaterami. Choć nadal nie stronię od młodzieżówek, to tu wybitnie mi przeszkadzał wiek Oakley i Cole'a, bo nie grał dobrze z ich zachowaniem.

Autorka wodzi czytelnika za nos nie podając żadnych szczegółów, dlaczego dziewczyna przestała mówić i to właściwie mi się podobało. Tylko, że kurczę punkt kulminacyjny potoczył się tak szybko, że napięcie, które sukceswnie budowała przez całą książkę, gdzieś wyparowało. Dodatkowo czekając na jakieś wskazówki fabuła zaczynała mi się dłużyć. Zawiera ona dużo monologów Oakley, ale te skupiają się głównie na jej chłopaku i fakcie, że nic nie powie. Tak jakby trochę zabrakło Preston pomysłu, co właściwie można z nią zrobić, więc postanowiła zapętlić jej mózg, przez co zamiast budzić moją sympatię, coraz bardziej obojętniałam na to, co właściwie jej się przydarzyło. Cole jest bardzo uroczym chłopakiem, wiecie takim z cyklu zrobię dla ciebie wszystko, kocham cię tak bardzo itp itd. To sprawia, że jednocześnie jest też do bólu schematyczny i choć nie jest tak, że go nie lubię, to wiem, że zapomnę o nim w mgnieniu oka.

Nie znoszę nieścisłości fabularnych. To ten moment, kiedy autor nie przemyśli do końca swojego pomysłu i stara się pchać mnie w bagno udając, że to gorące źródła. Tylko niestety ja widzę te nielogiczności i zaczynam się irytować. Zawsze jest tak, że wolałabym prostszą fabułę, jeśli obchodzi się ona bez wciskania kitu, niż dramat full wypas, w którym coś zgrzyta. O co właściwie mi chodzi? Otóż Oakley nie mówi od jedenastu lat – oznacza to też, że nie pisze smsów, nie używa kartki ani języka migowego – zamknęła się wewnątrz swojego umysłu. A mimo to mamy scenę z lekarzem, który proponuje badanie krtani, a choć wszyscy bardzo się o nią niepokoją, jakoś nikt jej nie ciągnie do psychologów. Widzicie mój problem? 

Patrząc na mój wywód, moglibyście uznać, że powieść Natashy Preston jest fatalna i nie warto po nią sięgać, a tak w sumie nie jest. Tylko, że liczyłam na dużo więcej niż romansidło dla nastolatków i to rozczarowanie odbija się na moim spojrzeniu na fabułę. Myślę, że Silence spodobałoby mi się mniej więcej na etapie, kiedy byłam w wieku podobnym do bohaterów, bo wtedy po prostu wystarczyłoby mi, że Oakley i Cole się kochają, a nieścisłości fabuły tak nie byłby tak rażące. No ale cóż mam tyle lat, ile mam, przez co Silence mi ni ciepli ni grzeje. Ot takie czytadło na wolną chwilę – nic specjalnie dobrego i nic specjalnie złego – czytadło, o którym bardzo szybko zapomnę. 

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,94/10
Ilość stron: 360
Okładka: miękka
Data wydania: 31 stycznia 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik
Cena (z okładki): 36,90 zł
Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young
Książkę zostawiłam w domu, a jestem na wakacjach, więc cytaty uzupełnię po powrocie ;)

Recenzja - „Eliza i jej potwory” Francesca Zappia


Jestem kompletnym wrakiem ludzkim i jest mi z tym całkiem dobrze.

Pokochałam Francesce Zappie za Wymyśliłam cię i wtedy powiedziałam, że po kolejną jej powieść sięgam w ciemno. Po tej lekturze nadal uwielbiam tę autorkę, jednak tym razem towarzyszy mi trochę więcej zastrzeżeń. Żeby rozwiać wątpliwości już na wstępie - Eliza i jej potwory to naprawdę dobra książka, tylko że chyba miałam odrobinę większe oczekiwania (z czego do końca nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zaczęłam rozbierać jej na części). 

Eliza ma 18 lat i jest prawdziwą ekscentryczką i nerdem, a do tego boryka się z chorobliwą nieśmiałością oraz brakiem jakichkolwiek znajomych. Drwiny, wyzwiska, przemykanie pod ścianami i nieustanne okupowanie swojego pokoju - tak wygląda jej życie w realu. W internecie za to jest LadyKonstelacją, ekstremalnie popularną na całym świecie autorką komiksu Morze potworne. Ma tam też swoją niewielką, ale wierną grupę wsparcia. Funkcjonuje więc właściwie tylko w sieci, rzeczywistości poświęcając tak mało uwagi, jak tylko się da.
I wtedy do jej szkoły trafia Wallace, były futbolista, a obecnie fan Morza potwornego i twórca fanfików na jego temat, który sprawia, że Eliza zaczyna dopuszczać do siebie myśl o życiu poza siecią. Hm, może związki międzyludzkie mają jakiś sens?
Ona i Wallace stają się sobie coraz bliżsi, dziewczyna nie chce jednak ujawnić mu swojej tajemnicy. Problem w tym, że z sekretów nigdy nie wynika nic dobrego i przez nie cały kruchy świat Elizy może runąć z hukiem… I jak wtedy stawić czoła swoim lękom? Jak pokonać własne potwory? Czy da się być blisko z kimś w realu?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jestem już w takim momencie mojego życia, że literaturę młodzieżową staram się dobierać naprawdę ostrożnie i powolutku zaczynam się zastanawiać czy po prostu z niej nie wyrosłam. Jednak nie jestem jeszcze całkowicie gotowa zrezygnować i nadal zdarza mi się trafić na pozycje, które nawet jeśli mnie na zachwycą, to ogromnie mi się podobają. Tak było choćby w przypadku poprzedniej książki Francesci Zappii, czyli Wymyśliłam Cię. Podjęcie przez autorkę tematu schizofrenii okazało się strzałem w dziesiątkę i sprawiło, że jej książka faktycznie wyróżniła się na tłumie innych. Krótko mówiąc nie była to jedna z lektur przeczytać i zapomnieć - zamiast tego fabuła faktycznie przez chwilę kołatała mi się w głowie. Tego samego oczekiwałam po Elizie i jej potworach, a przynajmniej miałam nadzieję, że tak będzie.

Tym razem pisarka postawiła nie tyle co na chorobę psychiczną, ale wyobcowanie i ograniczanie swojego życia do wirtualnego świata. Temat zdecydowanie jest na czasie, bo wybieranie internetowej rzeczywistości zamiast faktycznego stanu rzeczy to coś, co w popkulturze pojawiło się już kilkanaście razy. Eliza dużo lepiej czuje się jako Lady Konstelacja, tworząc i publikując swój komiks w sieci, niż we własnej skórze. Ma wrażenie, że nikt jej nie rozumie w domowym zaciszu i szuka tego w internecie. Jednak jej stosunki z rodziną to coś, co gdzieś tam nie pasowało mi w tej książce. Widzicie to nie tak, że jej rodzice zaniedbują córkę, to raczej ona nie dopuszcza ich do siebie. Także jej rozmyślania jak bardzo nikt jej nie rozumie oraz jak okropnie jest w domu, bywały po prostu irytujące. 

Za to w przeciwieństwie do domowych stosunków, pokochałam wręcz relację Elizy i Wallece'a. Jest w niej jakiś taki urok i nieśmiałość, że była po prostu przesłodka - na początku. Później nadal pozostawała w tym klimacie, a jednocześnie stanowiła siłę napędową fabuły. To nie tak, że to książka o miłości, bo Eliza i jej potwory to nie romans i nie jest to główny wątek tej powieści. Jednak ze wstydem przyznaję, że to właśnie ten najbardziej zapadł mi w pamięć i wpłynął na to, jak odebrałam całokształt tej historii. Nie da się też nie wspomnieć o przepięknym wydaniu i wpleceniu pomiędzy rozdziałami fragmentów komiksu Elizy - podobnie jak w przypadku poprzedniej książki autorki, taki smaczki w wyglądzie książki to coś, co bardzo lubię i doceniam. Natomiast mam pewien niesmak, że w wiadomościach pomiędzy bohaterami (a tych trochę się przewinęło przez kartki) brakowało polskich znaków. Żałuję, że nie mam oryginału, żeby sprawdzić, czy było to uzasadnione działanie, czy też inwencja tłumacza/redakcji. Jeśli to drugie, to nie mam pojęcia skąd wzięło się przeświadczenie, że nie powinny się one tam znaleźć? 

I tak jak bardzo chciałabym napisać coś więcej, to nie mam pojęcia co mogłabym jeszcze powiedzieć. Eliza i jej potwory to książka młodzieżowa, która ma w sobie wspaniałe pióro Zappi, uroczy wątek miłosny, trochę dramatu i mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Zabrakło wprawdzie czegoś, co wprawiłoby mnie w zachwyt, ale to była bardzo przyjemna lektura, choć nieznacznie gorsza od Wymyśliłam cię - przynajmniej moim zdaniem. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2017 r.
Ocena na Lubimy Czytać: 7,34/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka
Data wydania: 25 października 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Cena (z okładki): 36,99 zł


Ludzie w depresji nie chowają się przed swoimi potworami. Ludzie w depresji dają im się pożreć.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Szczęście w miłości” Kasie West


Kto powiedział, że pieniądze nie dają szczęścia? Kupiłabym temu komuś drobiazg lub dwa,
od razu by zrozumiał.

Jest coś w powieściach Kasie West, co niezmiennie mnie urzeka. Nie znajdziecie tu filozoficznych dysput, czy głębokich przemyśleń - to po prostu nie ten typ książek. Jednak po twórczość tej autorki sięgam w ciemno. Jej historie zostawiają we mnie to przyjemne uczucie ciepła i są napisane z taką lekkością, że stanowią dosłownie lekturę na jedno popołudnie. 

Maddie ma dwie przyjaciółki, nie lubi ryzyka, a wszystko co robi musi być zaplanowane. Kiedy nie przygotowuje się do pójścia do college'u, pracuje w miejscowym zoo, bo fundusze jej rodziny są bardzo ograniczone. Nie spodziewa się, że kupon na loterię, który kupiła w swoje 18 urodziny, okaże się być tym zwycięskim. Kiedy na jej koncie ląduje 60 milionów, życie dziewczyny zmienia się o 180 stopni. Tylko czy Maddie jest na to gotowa? Jak poradzić sobie z nowo zdobytą popularnością?

Maddie nie jest impulsywna. Ceni ciężką pracę i lubi planować. Ale któregoś wieczora pod wpływem chwili kupuje los na loterię. I, ku własnemu zdziwieniu – wygrywa masę pieniędzy!
W jednej sekundzie Maddie nie poznaje swojego życia. Koniec ze stresowaniem się systemem stypendialnym w college’u. Ni stąd ni zowąd Maddie myśli o wynajęciu jachtu. A bycie w centrum uwagi całej szkoły jest super, dopóki nie zaczynają docierać do niej przykre plotki na jej temat, a przypadkowe osoby proszą ją o pożyczkę. I teraz Maddie nie ma pojęcia, komu można zaufać. Poza Sethem Nguyenem, z którym pracuje w miejscowym zoo. Seth jest miły i zabawny, i chyba wcale nie wie o wielkiej zmianie w życiu Maddie, a dziewczyna jakoś nie ma ochoty nic mu mówić. Co się stanie jednak, jeśli Seth pozna prawdę?
Oto pełna humoru i czułości historia w bestsellerowym stylu Kasie West: o wygranej, przegranej i… miłości.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Myślę, że po przeczytaniu opisu - niezależnie kto byłby autorem tej powieści - miałabym ochotę się na nią skusić. Jednak nazwisko Kasie West na okładce, sprawiło że moje oczekiwania podskoczyły. Dlaczego? Ponieważ spotkałam się z jej twórczością przy Chłopaku z innej bajki oraz Blisko ciebie i obie te książki naprawdę mi się podobały. Czytanie ich było jak dobra komedia romantyczna - pozwało mi się odstresować i cieszyć przedstawioną historią. Szczęście w miłości zaczęło się tak samo... a później coś się popsuło.

Żeby nie było, że było tak źle, zajmijmy się na początku pozytywnymi rzeczami. Przede wszystkim fragmenty skupiające się na Maddie i Sethcie - ciekawe na tyle, że chciałam wiedzieć jak potoczą się ich losy i okraszone wystarczającą dozą romantyzmu, żeby wywołać aww, a nie skrzywienie zębów. W całości czuć też lekkie pióro Kasie West, więc Szczęście w miłości mimo wszystko dobrze się czyta. Nawet sam pomysł był ciekawy, choć nie wystarczył do podtrzymania całej fabuły. Widzicie, normalnie nie przeszkadzało mi, że powieści pisarki są raczej jednotorowe i skupiają się na jednym wątku. Ale tu to po prostu było za mało.

Sytuacji nie poprawiała też sama główna bohaterka. Maddie, patrząc na jej zachowanie, dałabym jej raczej 12 niż 18 lat. Głównie jej przemyślenia dotyczą pieniędzy, wciąż, w kółko i od nowa. Jest wręcz idiotycznie naiwna, aż do momentu, gdzie robi się podejrzliwa bez żadnego powodu. Ta drastyczna zmiana w jej zachowaniu, wcale mi się nie podobała, bo wypadła strasznie nienaturalnie. Jednak mój główny problem z tą powieścią był dużo bardziej prozaiczny - ile można czytać o tym jak bohaterka ma wydawać pieniądze? I jej rozterek na ten temat? Całość była przez to niepotrzebnie rozciągnięta, trochę jakby autorce zabrakło wątków osobistych do pociągnięcia tej historii, więc zapętliła się w temat, który akurat interesował mnie najmniej. Przysięgam, że tę powieść można by spokojnie skrócić o połowę, a przekaz i tak pozostałby ten sam.

To nie tak, że było bardzo źle, a Szczęście w miłości zupełnie mi się nie podobało. Nie. Ale wiem, że Kasie West potrafi pisać znacznie lepiej, bo jej poprzednie książki naprawdę trafiały w mój gust. Tylko że o ile tamte skupiały się na relacjach bohaterów, to pierwsze co przychodzi mi na myśl tutaj po zakończonej lekturze to pieniądze - a to wcale nie jest pozytywne skojarzenie. Także ogólnie rzecz biorąc nie było źle, ale super też nie, a autorka na na swoim koncie ma znacznie lepsze książki. Całość ratuje przyjemny, lekki styl West oraz postać Setha, ale to nie wystarczyło, żeby Szczęście w miłości mnie zachwyciło.

Moja ocena: -6/10

Ocena z Lubimy Czytać: 6,59/10 
Ilość stron: 408
Okładka: miękka
Data wydania: 8 listopada 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


-Nie noszę przy sobie gotówki.
-Może powinnaś zacząć - stwierdził. -Kupisz sobie przyjaciół.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Gniew i świt” Renée Ahdieh

- Małożonko. - Skinął głową.
- Mój władco.
Doczekam jutrzejszego zmierzchu. Nie popełnię błędu.
Przyrzekam, dożyję tylu zachodów słońca, ilu będzie trzeba.
I zabiję cię.
Własnoręcznie.

Są takie książki, że wystarczy tytuł oraz krótkie spojrzenie na okładkę, żebym wiedziała że po prostu muszę je przeczytać. Do tego grona zaliczał się właśnie Gniew i świt. Jeszcze przed premierą i przed pierwszymi recenzjami wiedziałam, że ta powieść po prostu musi do mnie trafić. Nie bez znaczenia był też fakt, że absolutnie uwielbiam motywy Baśni tysiąca i jednej nocy, Szeherezady Aladyna itp.

Jedno życie, jeden świt.
W krainie rządzonej przez młodego, żądnego krwi władcę, każdy poranek przynosi cierpienie kolejnej rodzinie. Khalid, osiemnastoletni kalif Khorsanu, jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, by o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Kiedy ofiarą Khalida pada szesnastoletnia przyjaciółka Shahrzad, dziewczyna poprzysięga mu zemstę i zgłasza się na jego kolejną oblubienicę. Shahrzad zamierza nie tylko ujść z życiem, ale też raz na zawsze zakończyć okrutne panowanie kalifa.
Noc za nocą, Shahrzad mami Khalida, snując zachwycające historie i odwleka swój koniec, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że kolejny świt może okazać się jej ostatnim. Z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pałacu z marmuru i kamienia nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Shahrzad zamierza odkryć prawdę. Jest gotowa odebrać życie Khalida i tym samym odpłacić mu za tak wiele skradzionych istnień.
Czy miłość zwycięży w świecie pełnym niesamowitych historii i mrocznych sekretów?
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem dlaczego, ale aż trzy razy podchodziłam do tej powieści. Nie mogłam się przekroczyć magicznej bariery 10 stron, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko. Z jakiegoś powodu już przy tych początkowych kartkach ogarniało mnie dziwne przeczucie, że Gniew i świt okaże się ogromnym rozczarowaniem. Teoretycznie nie miałam temu żadnych konkretnych przesłanek, a mimo to przebrnięcie przez pierwsze 30 stron okazało się nie lada wyzwaniem. 

Czasami autor wrzuca czytelnika sam środek akcji i to rewelacyjnie się sprawdza. Natomiast Renée Ahdieh lekko ten zabieg nie wyszedł tak jak powinien. Wiele postaci i przeskakiwanie między wątkami sprawiły, że nie mogłam się odnaleźć w zamyśle autorki, zwłaszcza dokładając do tego całkiem egzotyczne miejsce akcji. Mnogość bohaterów na początku powoduje problem, ze zorientowaniem się kto jest kim. Przez to niejednokrotnie musiałam cofnąć się o parę stron, żeby upewnić się, że to pierwszy lub kolejny raz, kiedy słyszę o danej osobie.  Jakkolwiek dziwnie to brzmi, miałam problem z odróżnieniem ludzi od zwierząt? Głównie z powodu tego, że już przez pierwszy rozdział pojawia się mnóstwo imion, które ciężko dopasować.

Jednak to wszystko, co opisałam wyżej trwało tylko przez początek powieści. Autorce od pierwszych stron udaje się dobrze oddać klimat, którym rozgrywa się akcja, a jest on iście magiczny. Dokładnie takiej otoczki oczekiwałam sięgając po tę powieść i na tym się nie zawiodłam. Poza tym im dalej w las tym lepiej. Złapałam się na tym, że z niecierpliwością odwracam kolejne strony, chcąc się dowiedzieć, co się dalej wydarzy. Historia snuta przez Szahrzad urzekała mnie w podobnym stopniu co kalifa. Autorka nie zdradzając planów dziewczyny umiejętnie buduje napięcie oraz sprawia, że czytelnik nie może doczekać się co będzie dalej. Bo choć czytelnik dobrze wie, że Szahrzad jako główna bohaterka nie może zginąć na samym początku powieści to i tak, wraz z nią, z obawą oczekuje kolejnego świtu. Z każdym kolejnym rozdziałem sieć niebezpieczeństw zaciska się, sprawiając że wręcz nie sposób oderwać się od Gniewu i świtu. Autorka nie daje czytelnikowi prawie żadnych odpowiedzi, dokłada tylko sekretów, które zagęszczają fabułę. Z niecierpliwością czekałam na jakiekolwiek wskazówki, jednocześnie próbuje sama rozwikłać zagadki, podsuwane przez pisarkę. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że pokochałam głównych bohaterów, a postaci drugoplanowej są naprawdę fantastyczne, zwłaszcza Despina i Dżalal.

Summa summarum choć Gniew i świt mógł okazać się gigantyczną klapą - co przeszło mi przez myśl na początku historii - okazało się, że wystarczyło dać jej trochę czasu, żeby zupełnie zdobyła moje serce. Nie jest to książka bez wad, można by dyskutować na temat wieku bohaterów, czy potęgi wybaczenia lub miłości, ale mnie ta opowieść zdobyła. Jestem niesamowicie zaintrygowana, jak autorka zdecyduje się pokierować losami Szahrzad i Khalida, ponieważ zakończenie pozostawia w niepewności i zaostrza apetyt na kontynuację.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,2/10
Ilość stron: 460
Okładka: miękka
Data wydania: marzec 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


Kiedy wsunęła palce w jego włosy, by przytulić się nieco mocniej, zamarł na sekundę,
bo oboje wiedzieli, że zostali zgubieni. Straceni na zawsze.
W tym pocałunku.
Pocałunku, który wszystko zmieni.

Niektóre rzeczy istnieją w naszym życiu jedynie przez krótką chwilę. I musimy pozwolić im odejść, by oświetlały inne niebo.

Recenzja - „Popiół za popiół” Jenny Han, Siobhan Vivian


Trylogia Ból za ból to jedna z tych, które wywołują we mnie dość specyficzne odczucia. Z jednej strony naprawdę ją lubię, ubóstwiam wątki Lilli i Kat, ale Mary doprowadza mnie do białej gorączki. Stąd do powieści Popiół za popiół podeszłam jak do jeża - chętnie, ale z dużą gamą ostrożności. Jak się okazało, słusznie.

Wydaje ci się, że Mary, Kat i Lillia nie mają nic do stracenia? Przemyśl to jeszcze raz...
Chciały tylko naprawić krzywdy, które im wyrządzono. Odpowiedzieć ogniem za ogień. Ale raz wzniecone płomienie szaleją niepowstrzymane. Sieją zniszczenie, a nawet śmierć. Wszystko zamieni się w popiół, jeśli dziewczyny nie zakończą tego, co rozpoczęły. Ale czy Mary, która w końcu poznała prawdę o sobie, będzie tego chciała?
Połączyły je tajemnice. Prawda może rozdzielić je na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Ehh... nawet nie wiem od czego zacząć. Mam ogromny problem z oceną tej powieści, a ponieważ to ostatni tom, wiąże się z tym również problem z oceną całej tej serii, jako całości. Być może to kwestia mojego podejścia do tej historii, ale zupełnie nie odpowiada mi wprowadzenie przez autorki wątku paranormalnego. Musiałabym jeszcze raz przeczytać pierwszą część, żeby sprawdzić, czy się mylę, ale aktualnie wydaje się on wepchnięty tam na siłę. I jest naprawdę zupełnie zbędny. Przez to historia, która była naprawdę dobrze skonstruowana, zaczęła walić się jak domek z kart. Przestawienie Mary ze słodkiej, skrzywdzonej dziewczyny na mściwego ducha, sprawiło, że miałam ochotę walić głową o ścianę, bo poziom absurdu przekroczył moje granice. Czytanie jej wywodów już wcześniej było męczące, ale teraz po prostu nie mogłam jej znieść.

Co ciekawe, dla kontrastu, nadal naprawdę podobały mi się wątki Kat i Lilli, zwłaszcza związek tej drugiej. Mocno trzymałam za niego kciuki i gorąco im kibicowałam, ale autorki tak poprowadziły ich losy, że teraz nawet one nie ocieplają moich uczuć. Znajomi głównych bohaterów zeszli na dalszy plan, a fabuła skupiła się głównie na dziewczynach, przez co część wątków wydała mi się zbyt rozciągnięta i głównie zapychała tę powieść nieistotnymi detalami.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać, bo dominującym uczuciem po zakończeniu tej lektury jest po prostu rozczarowanie. Głęboko ubolewam nad finale trylogii Ból za Ból. Autorki z całkiem dobrej historii zdecydowały się zrobić farsę, która zupełnie do mnie nie przemawia. Coś, co z przyjemnością polecałam Wam poprzednimi razy, tym razem pozostawię bez komentarza. Jeśli jesteście gotowi zmierzyć się zamysłem autorek, dalej, może akurat Wam się on spodoba. Ja natomiast postaram się zapomnieć, że tak dobrą serię, można było tak zrujnować.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,38/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 373
Data wydania: 20 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 34,90 zł


Ból za ból | Ogień za ogień | Popiół za popiół 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Blisko ciebie” Kasie West

Poprosiłam tatę żeby zrobił zdjęcie idąc na wieczorne pływania, jak Wam się podoba jego dzieło? :D

Książki! Tu wszędzie było pełno książek. Wystarczyłoby chwycić jedną z nich. 
Zaszyć się w jakimś kącie i czytać, dopóki ktoś mnie nie znajdzie.


Twórczość Kasie West miałam okazję poznać dopiero przy Chłopaku z innej bajki (wcześniejsze książki autorki jeszcze przede mną) i było to spotkanie niezwykle przyjemne. Stąd, gdy zobaczyłam, że Wydawnictwo Feeria szykuje się na wydanie kolejnej jej książki, byłam bardzo szczęśliwa i po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Autumn spotyka nieprzyjemna sytuacja: przez przypadek zostaje zamknięta w szkole bibliotece na cały weekend. Gdy wydaje jej się, że gorzej już być nie może, okazuje się, że ma towarzysza. Dax to gość, o którym niewiele wiadomo, poza tym że nie cieszy się dobrą opinią: ciągnie się za nim wspomnienie bójki i poprawczaka. Autumn cały czas ma nadzieję, że Jeff, jej prawie-chłopak, odgadnie, co się jej przydarzyło, i zaraz po nią wróci. Ale Jeff nie przychodzi. Nikt jej nie szuka.
Wygląda więc na to, że Autumn spędzi następne dni, jedząc przekąski z automatu i gadając z gościem, który ewidentnie nie ma na to ochoty. Na początku rozmowa się nie klei, ale gdy Autumn i Dax stopniowo otwierają się przed sobą, dziewczyna widzi, że coś między nimi iskrzy... i zaskakuje. Ale czy poza szkolną biblioteką ich uczucia mają szansę na przetrwania? Czy każde pójdzie swoją starą drogą, czy może… wyruszą wspólną ścieżką?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)


Czy w którymś momencie życia każdego książkoholika nie pojawiło się u niego takie marzenie, żeby dać się zamknąć w księgarni lub bibliotece i uzyskać nieograniczony dostęp do książek? Przyznam szczerze, że mignęło mi to przez myśl raz czy dwa. Mogłoby się więc wydawać, że Autumn znalazła się w idealnej sytuacji, nic tylko skakać z radości, prawda? No nie do końca... Jeśli dołożymy do tego fakt, że na zewnątrz szaleje śnieżyca, dziewczyna nie ma możliwości kontaktu z nikim, zapowiada się że posiedzi tam dłużej niż jeden dzień, a dodatkowo ma towarzysza, do którego żywi nie zbyt ciepłe uczucia to jej sytuacja nabiera całkiem nowego wyrazu. No i jest jeszcze ten mały szczegół, że bohaterkę dotykają stany lękowe w stresujących stacjach które potrafią naprawdę skomplikować życie dziewczyny, zwłaszcza że trzyma je w tajemnicy przed swoimi przyjaciółmi.. Krótko mówiąc Autumn czeka kilka naprawdę trudnych dni.

Po Chłopaku z innej bajki miałam wiele dobrego do powiedzenia na temat książki Kasie West i po lekturze Blisko ciebie to się nie zmieniło. Powieście autorki są po prostu przesycone pozytywną energią, że należą do tej szczególnej grupy historii, które pozostawiają we mnie to miłe uczucie wewnętrznego ciepła. Nawet jeśli teoretycznie fabularnie nie mamy do czynienia z niczym nowym, jednak to nie znaczy że powieść jest przewidywalna. Osobiście samego końca nie byłam pewna, Jak Kasie West zdecyduje się po kierować tą historią, mimo że w mojej głowie rozgrywały się najróżniejsze scenariusze.

Zakochałam się w Daxie. Chyba już kilka razy wspominałam, że uwielbiam outsiderowych bohaterów, zwłaszcza takich, którzy nie odkrywają swoich kart od razu.  Pod tym względem – przy kreacji tej postaci – Kasie West spisała się na medal. Również Autumn  nie irytuje swoim zachowaniem. Dziewczyna zmaga się ze swoimi problemami - jak każdy z nas - co przybliża ją do czytelnika i czyni osobę, którą moglibyśmy spotkać na swojej drodze. Warto wspomnieć, że mimo mnogości postaci, tak naprawdę czytelnikowi dalej jest poznać dobrze troje z nich: Atumn, Daxa oraz Jeffa. Względnie nakreśleni są również najlepsi przyjaciele głównych bohaterów, czyli Lisa i Dallin czy rodzina dziewczyny. Pozostali tworzą bardziej tło tej historii, gdyż stanowią niezbędnego elementu, niemniej jednak urozmaicają temu połowy i dodają jej dodatkowego charakteru. Można by się kłócić, czy to dobrze, że Kasie West wprowadziła tak wielu bohaterów, nie mając najwyraźniej zamiaru rozbudowywać ich porterów. Na plus na pewno świadczy fakt, że po zakończonej lekturze nie odczułam żadnego niedosytu, ale też z drugiej strony nie jestem fanem występowania zbędnych postaci, gdy fabuła tak naprawdę tego nie potrzebuje. Autorka ma wyjątkowo lekki i przyjazny dla czytelnika styl pisania, więc i sprawnie między nimi lawiruje. Jednak nie mogę odpędzić się od pytania, czy naprawdę oni wszyscy byli tam niezbędni.

Podsumowując choć Chłopak z innej bajki podobał mi się minimalnie bardziej, to Blisko ciebie stanowczo trzyma dobry poziom innych książek autorki. Powieści Kasie West są idealne na długie letnie dni, gdy będziecie mieli ochotę na dobrą, lekką opowieść. Ja zdecydowanie będę dobrze wspominać tę książkę i bez wahania sięgnę po inne historie pisarki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,35/10
Ilość stron: 390
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 5 lipca 2017 r.
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł



-Chciałbyś może zagrać o coś? - zapytałam, patrząc w jego ciemne oczy.
-Ustaliliśmy już, że nic nie masz - odparł.
-Moglibyśmy zagrać o tajemnice. O pytania.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie kupić między innymi na empik.com

Recenzja - „Dręczyciel” Penelope Douglas

Wczoraj miało trwać wiecznie.
Jutro miało nigdy nie nadejść.

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Corrupt tej autorki i byłam naprawdę zachwycona. Z racji tego, kiedy zobaczyłam, że Editio planuje wydać kolejną książkę Penelope Douglas podjęłam jedną z niewielu ostatnio decyzji w ciemno i natychmiast zamówiłam sobie Dręczyciela. Nie do końca tego oczekiwałam, ale... zdecydowanie nie żałuję tej decyzji.

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej.
(Źródło: Wydawnictwo Editio)

Po czym poznaję po prostu dobrą książkę? Choć zabrzmi to trochę śmiesznie - nie lubię o nich pisać. W tym momencie pewnie większość z Was zadaje sobie pytanie dlaczego tak jest i co ja w ogóle tu gadam. Widzicie, nigdy nie mam problemu z rozpoznaniem słabej powieści, bo już podczas czytania zastanawiam się czemu właściwie mam skłonności masochistyczne i kontynuuję taką lekturę wbrew wszystkiemu, co każe mi odłożyć ją na półkę i już nigdy nie patrzeć w tamtym kierunku. Rewelacyjne powieści to te, które sprawiają, że nie widzę w nich żadnych wad, niezależnie od tego ile czasu minęło od chwili, gdy zabierałam się do czytania. O co więc chodzi z dobrymi? Są to takie historie, kiedy po skończeniu chcę się podzielić wszystkimi pozytywnymi odczuciami (bo tylko takie mi towarzyszyły), ale jak przychodzi do pisania recenzji, to z grymasem na twarzy uświadamiam sobie, że choć nie przeszkadzały mi pewne wady, to ostatecznie nie da się ich nie zauważyć i jednocześnie o nich nie wspomnieć. A skoro już zaczęłam tę opinię od tego obszernego wytłumaczenia, to chyba możecie się domyślić, dlaczego nie mam ochoty na przeprowadzanie analizy Dręczyciela.

Penelope Douglas postawiła w swojej książce na znany i generalnie lubiany motyw - od miłości do nienawiści, co stosunkowo dobrze jej wyszło. Dziecięca przyjaźń pomiędzy Jaredem i Tate zdecydowanie położyła dobre podwaliny pod późniejsze wydarzenia z tej powieści i nadała im realności. Cieszę się, że autorka wykorzystała w książce motyw wyścigów samochodowych, bo podniosło to poziom adrenaliny w historii i było miłym akcentem, dobrze wpisującym się w relację głównych bohaterów, a jednocześnie zapewniając mi pewną odskocznię od ich utarczek. Dodatkowo z niecierpliwością odwracałam kolejne kartki, żeby dowiedzieć się, jaką właściwie tajemnicę kryje Jared i co skłoniło chłopaka do tak drastycznej zmiany zachowania w stosunku do Tate.

Dręczyciel to powieść, którą po prostu dobrze się czyta - przynajmniej mi. Lubię pióro Penelope Douglas i choć z moich doświadczeń wynika, że pokazana tu historia nie jest jej najlepszą, to czasami po prostu wystarcza mi fakt, że przepadam za stylem danego autora. Nikt nie nazwałby tej powieści odkrywczą, rewolucyjną czy przełomową, ale mimo to przyjemnie się spędza przy niej czas. Akacja toczy się dość watko, nie ma tu zbędnych przestoi czy opisów, a relacje pomiędzy bohaterami szybko się zmieniają.

Główną wadą tej powieści jest jej przewidywalność, czyli przy minimalnym wysiłku da się domyślić większości znaczących wydarzeń, które serwuje nam autorka. Nie odczułam tego podczas czytania, ale też prawda jest taka, że połknęłam Dręczyciela dosłownie w jeden wieczór - nie odkładałam tej książki na bok, nie robiłam przerw, więc też nie zastanawiałam się, jak właściwie może potoczyć się akcja. Jednak patrząc na fabułę zabrakło jakiegoś zawrotnego zwrotu akcji, czegoś co podniosłoby mi ciśnienie i zapewniło trochę więcej emocji. To sprawia, że nie jestem pewna, co tak naprawdę trzymało mnie w napięciu przez całą tę historię.

Ostatecznie Dręczyciel Penelope Douglas to książka niewymagająca, która po prostu mi się podobała. Nie znajdziecie tu żadnych przełomowych rozwiązań fabularnych, ale i nie zawsze są one potrzebne. Choć moje zadowolenie zblakło z czasem, to tę powieść wspominam bardzo dobrze i jeśli tylko szukacie czegoś lekkiego do czytania, to polecam rozejrzeć się za Dręczycielem.

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać:  luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,8/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 305
Data wydania: 15 lutego 2017 r.
Wydawnictwo: Editio
Tłumaczenie: Marta Czub



Byłeś moją burzą, moją chmurą gradową, moim drzewem w ulewie. Kochałam te wszystkie rzeczy i kochałam ciebie. Ale teraz? Jesteś jak pieprzona susza. Myślałam, że palanci jeżdżą tylko niemieckimi samochodami, ale okazało się, że dupki w Mustangach też mogą zostawić blizny.

Recenzja - „Alight. Rozpaleni” Scott Sigler

Tu mieszka śmieć. Śmierć mieszkała też na ,,Xolotlu".
Być może śmierć mieszka wszędzie. 

W zeszłym roku miałam przyjemność poznać twórczość Scotta Siglera, dzięki pierwszej części Trylogii Generacje, czyli Alive. I choć zachwyt widoczny w recenzji tamtej powieści zdążył odrobinę zblaknąć z czasem, wciąż nie mogłam się doczekać, aż w moje ręce trafi kontynuacja. Miałam nadzieję, że autorowi uda się podtrzymać aurę tajemnic i zaskoczy mnie jeszcze niejednym zwrotem akcji.

Recenzja może (i prawdopodobnie) zawiera spojery dotyczące pierwszego tomu.

M. Savage, zwana Em, przewodzi grupie dzieciaków, które obudziły się w dziwacznych trumnach, w tajemniczym pomieszczeniu, nie wiedząc, kim są ani jak się tam znaleźli. Krok po kroku, niebezpieczeństwo po niebezpieczeństwie, odkryli swoją tożsamość i prawdę o tym, co ich czeka. Stworzono ich jako ciała dla Starszych, przeciwko którym się zbuntowali. Znajdują się na statku kosmicznym, który pędzi na planetę Omeyocan, gdzie ma czekać na nich lepsza przyszłość. Ale planeta, na której mają żyć, okazuje się nie być tym wyczekanym i wytęsknionym rajem. Ślady wymarłej cywilizacji są przerażające i złowieszcze, a w dżungli kryje się nowy wróg. I nie ma dokąd uciec. 
Em i jej towarzysze stoją przed wyborem: walka albo śmierć. A gdy w ich szeregach coraz większe poparcie zyskuje niebezpieczny fanatyk wielbiący krwiożerczego boga, naprawdę zaczyna im grozić zagłada... 
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kilkakrotnie już wspomniałam, że jestem zagorzałą fanką fantastyki, jednak z reguły nie obejmuje to literatury science-fiction. Nie przemawiają do mnie podróże kosmiczne, wymyślne technologie oraz różnorakie wersje kosmitów. I pewnie gdybym od początku wiedziała, że to w tę stronę skłoni się Scott Sigler, to wolałabym raczej obejść Trylogię Generacje szerokim łukiem - co okazałoby się ogromnym, wręcz gigantycznym błędem. 

Przychodzi taki moment dla prawie każdego, zagorzałego czytelnika, że wydaje się nam, że już nic nie może nas zaskoczyć. Nadal doceniamy innowacyjne rozwiązania i dobrze skonstruowane światy, ale gdzieś brakuje tego efektu wow i opadania szczęki. Wynika to ilości poznanych książek i przemaglowania wręcz setek scenariuszy, co sprawia, że - przynajmniej w moim przypadku - po zaczęciu każdej nowej lektury, automatycznie pojawia mi się w głowie prawdopodobny tok fabuły. I niestety częściej mam rację, niż się mylę. Pod tym względem Scott Sigler jest rewelacyjnym pisarzem, ponieważ ten autor nie trzyma się utartych schematów i wciąż zrzuca na czytelnika kolejne bomby fabularne. Przy Alight naprawdę nie da się nudzić, bo nie dość, że akcja toczy się niesamowicie wartko, to w dodatku kolejne odsłaniane tajemnice tylko rozbudzały mój apetyt na kontynuowanie tej książki. 

Zarówno tu, jak i w pierwszej części, na plus działa atmosfera panująca w powieści. Z jednej strony mamy wrażenie, że Em dręczy paranoja, a z drugiej jej rozterki są całkiem logiczne. Wraz z główną bohaterką czytelnik zaczyna kwestionować motywy wszystkich wokół, nie mogąc do końca zaufać żadnej z postaci, w tym samej Em. Czytelnik w każdej chwili spodziewa się zagrożenia i wyczekuje tego momentu, gdy autor postanowi odkryć przed nim wszystkie sekrety danego bohatera. Sigler rozpatrując jak wiele łączy Urodzinowe dzieci ze Starszymi stawia jednocześnie pytanie - jak duży wpływ maja na nas wspomnienia? Czy to one i wychowanie determinują ludzi, którymi się stajemy? Czy fakt, że u dwojga ludzi są identyczne, sprawia że stają się one tym samym człowiekiem? Czy jeśli urodzinowe dzieci zostały stworzone w jednym celu, to oznacza, że Starsi mają prawo ich nadpisać? Sam fakt, że po lekturze zostały mi takie rozterki kwalifikuje Alight jako świetną powieść. 

Podczas czytania przyszedł do mnie w końcu taki moment, gdy obserwowałam kolejne nieszczęścia spadające na Em, że miałam ochotę powiedzieć Scott sthap, już wystarczy. Głowna bohaterka, jako przywódczyni musiała sobie radzić z całą masą komplikacji i problemów od momentu wylądowania na Omeyocanie. Jeszcze nie zdąży rozprawić się z jednym, gdy na jej głowę spada kolejny. W dodatku Sigler uczynił ją bardzo ludzką, bo nie dość, że nie wie komu może zaufać, to w dodatku popełnia błędy, jak każdy z nas. Przychodzi taka chwila, że bohater podejmuje jakąś  decyzje a ty masz ochotę wskoczyć do książki, zdzielić go po twarzy i powiedzieć nie, bo wiesz że wyjdzie mu to bokiem. Tak właśnie było ze mną i Em.

Scott Sigler świetnie poradził sobie z zarządzaniem tak dużą ilością bohaterów, a czytelnik w tym tomie zaczyna faktycznie łapać, kto jest kim. Dokładając do tego to, co tak bardzo podobało mi się w Alive - czyli atmosferę grozy, niepewności i paranoi - sprawił, że Alight to nie tylko rewelacyjna kontynuacja, ale po prostu świetna książka. Tu nie będziecie mieli okazji, żeby się nudzić, bo pisarz przygotował dla czytelnika całe mnóstwo zwrotów akcji. Nawet jeśli, tak jak ja, nie jesteście fanami science-fiction, warto dać Trylogii Generacje szansę - być może podbije Wasze serce tak, jak zawładnęła moim. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,2/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 488
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik




Budzi mnie nagły, przeszywający ból.
Otwieram oczy w ciemności. C a ł o w i t e j ciemności. Moje myśli dziwnie blokują się w głowie.
Ból szyi tam, gdzie zaczyna się ramię, już mija. Pamiętam podobne użądlenie, tylko dużo gorsze. Tamtego dnia... miałam zdaje się urodziny? Chyba tak. D w u n a s t e urodziny.
Przeszywa mnie zimny dreszcz - to się już raz zdarzyło.


Alive. Żywi  |  Alight. Rozpaleni

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książki możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Piosenki o dziewczynie” Chris Russell


Nie chcę dzisiaj zapaść w sen
Skoro nie mogę leżeć przy tobie
Bo kiedy śpię, ciągle powraca do mnie
Tamten dźwięk

Słyszę, jak łamie się twoje serce

Pierwsze co przyciągnęło mnie do Piosenek o dziewczynie to utrzymana w pastelowych kolorach, absolutnie prześliczna okładka. Drugie to naturalnie opis, bo z jakiegoś powodu mam słabość do bohaterów związanych z muzyką - choć nie pytajcie dlaczego, bo sama nie mam pojęcia. Miałam naprawdę spore oczekiwania w stosunku do tej powieści. Czy słusznie?

„To było takie samo uczucie, jakie masz wtedy, gdy wspinasz się na bardzo wysoki budynek, stajesz na krawędzi dachu, trzymając się barierki, a jakiś głos w twojej głowie każe ci skoczyć, przechylić się przez balustradę i runąć w dół niczym spadająca gwiazda”. 
Tak właśnie czuje się Charlie, gdy pierwszy raz patrzy na nią Gabe West – frontman najpopularniejszego boysbandu świata, Fire&Lights. Do tej pory Charlie najlepiej czuła się schowana za obiektywem swojego aparatu – niewidzialna i niesłyszalna. Wcale nie chciała robić zdjęć na koncercie Fire&Lights, chociaż poprosił ją o to Olly, dawny kolega ze szkoły, a obecnie członek zespołu. Ktoś ją w to wrobił i nie mogła już odmówić. Szalony, charyzmatyczny Gabe sprawia, że jej życie zmienia bieg. Charlie czuje, że jest między nimi niezwykła bliskość, związek, który trudno wytłumaczyć. Dlaczego wszystkie teksty Gabe’a są o niej? Jaka tajemnica kryje się w ich słowach?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Nie da się ukryć, że Wydawnictwo Feeria ma świetny kwartał - Piosenki o dziewczynie nie są wyjątkiem. Nie mam wprawdzie pewności, że zadowoli bardziej wymagających czytelników, ale dla mnie ta powieść była idealną odskocznią w czasie sesji. Nie tylko przyjemnie się ją czytało, autor umiejętnie wplótł między główne wątki tajemnice, które intrygowały czytelnika i podtrzymywały zainteresowanie fabułą, nawet w spokojniejszych chwilach.

Powieść rozpoczyna się od tajemniczego e-maila od Olly'ego, czyli dawnego znajomego głównej bohaterki. Choć może takie określenie ich znajomości jest trochę na wyrost. Charlie chodziła z nim wcześniej do szkoły, zanim chłopak wziął udział w konkursie i wybił się na scenie muzycznej. Składa on dziewczynie propozycję zrobienia zdjęć zespołu, w którym występuje i od tej chwili jej życie całkowicie się zmieni. Wejściówki za kulisy, oglądanie koncertów z backstage'u, bujanie się ze znanymi i bogatymi... żyć nie umierać, prawda? Okazuje się jednak, że takie życie to nie tylko tęcze i jednorożce, o czym przyjdzie się przekonać i Charlie.

Spędziłam bardzo przyjemny czas na lekturze książki Chrisa Russella i praktycznie przeczytałam ją 'na raz'. Bohaterowie są dobrze wykreowani i posiadają na tyle różne charaktery, że nie ma problemu z rozróżnieniem ich. I absolutnie zakochałam się w Gabie. Warto wspomnieć, że wątkiem przewodnim jest romans, jednak rozwija się on bardzo niespiesznie. Autor wplata na tyle dużo odskoczni, że zyskuje on tempa dopiero w drugiej części książki, a i tak uczucia głównych bohaterów drastycznie nie przyspieszają. W Piosenkach o dziewczynie po raz pierwszy od dłuższego czasu nie irytował mnie motyw trójkąta miłosnego. Ta książka wprawdzie nie sprawiła, że go polubiłam, ale nie znajdziecie tu wywodów głównej bohaterki opiewających w zalety obu chłopców, a to zdecydowany plus i mam nadzieję, że nie zmieni się to w kolejnych częściach.

Chociaż Piosenki o dziewczynie bardzo mi się podobały, zaczynam się zastanawiać, czy nie minął dla mnie czas książek młodzieżowych. Bądź co bądź szesnaście lat skończyłam już parę lat temu i gdzieś ten wiek głównej bohaterki momentami zupełnie mi nie odpowiadał. Normalnie pomyślałabym sobie, że to mój prywatny problem i nie warto tego ujmować w recenzji, tylko mam wrażenie, że nie mi jednej doskwierał  ten problem przy lekturze powieści Chrisa Russella. Moim zdaniem autor ma bardzo określoną grupę docelową, której maksymalny wiek określiłabym na 18 - 19 lat, a i w tym gronie, co bardziej wymagający czytelnicy mogliby się nie odnaleźć. Żeby wszystko było jasne i klarowne - absolutnie nie uważam tego za wadę tej powieści, bo nie ma nic złego w chęci trafienia do młodszego grona odbiorców. Tylko, mimo że swoje nastoletnie lata mam już za sobą, nadal często kusi mnie literatura młodzieżowa i czasami faktycznie da się zapomnieć, że dana pozycja kwalifikuje się właśnie do tego grona. A czasami... nie. Piosenki o dziewczynie zaliczają się właśnie do tego drugiego zestawu.

Całą akcję powieści śledzimy z punktu widzenia Charlie, bo to ona jest narratorem. Powieść jest napisana raczej w stylu młodzieżowym, pojawia się tu sporo slangu i wyrażeń typowych dla nastolatków, choć mi osobiście to nie przeszkadzało. Tak naprawdę język jest dobrze dobrany do wieku głównych bohaterów. Spotkałam się z opinią, że może on być trudny dla zrozumienia dla starszych czytelników, ale nie mogę ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć. Wszystko zależy od środowiska, w którym się obracacie, bo mnie jakoś obecny w powieści slang nie raził po oczach, a przynajmniej nie przypominam sobie takiej sytuacji.

Podsumowując moim zdaniem Piosenki o dziewczynie to naprawdę dobra książka, przy której przyjemnie spędziłam czas. Chris Russell stworzył uroczą powieść, w której wątek romantyczny jest osią fabuły, a mimo to jest bardzo delikatny. Autor porusza tematy prześladowania i sławy, dokładając do tego jeszcze kilka sekretów, co zaowocowało naprawdę dobrą, wielowątkową historią. Z mojej strony mogę z czystym sumieniem polecić Wam tę książkę, pod warunkiem, że macie ochotę na typową powieść młodzieżową.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: czerwiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać:6,86/10
Ilość stron: 381
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Kamil Maksymiuk-Salomoński
Cena (z okładki): 37,90 zł



Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, siedziałam jak przyrośnięta do krzesła, z galopującym sercem i wzrokiem wbitym w podłogę. Chciałam poprosić Melissę, żeby puściła piosenkę od początku. Mogłabym się wsłuchać w tekst i upewnić, że nie zwariowałam.
Cho wiedziałam, że to niemożliwe i niedorzeczne, czułam, że ta piosenka jest... o mnie.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Uwięzione” Natasha Preston

Czułam się niezwyciężona przez naiwność, która kazała mi sądzić,
że złe rzeczy przytrafiają się tylko innym ludziom.

Słowem wstępu - naprawdę, naprawdę chciałabym bywać tu częściej, ale ta sesja mnie zabija dobija. Gdyby nie zobowiązania recenzenckie, pewnie w ogóle by mnie tu nie było. Także zostawiam Wam tę recenzję i lecę dalej się uczyć. Do zobaczenia w lipcu! D:

Uwięzione to jedna z tych pozycji, które chciałam poznać od momentu, gdy wpadła mi w oko okładka, a po przeczytaniu opisu to uczucie tylko się wzmogło. Nie tak dawno wspominałam Wam, że uwielbiam powieści psychologiczne, a zapowiadało się, że książka Natashy Preston idealnie wpasowywała się w moje gusta. Czy rzeczywiście tak było?

Pewnego wieczoru Summer idzie sama na imprezę. Nigdy na nią nie dociera. Lewis, jej chłopak, później nie może sobie wybaczyć, że nie było go przy niej.
W jednej chwili szczęśliwa nastolatka traci kochającego chłopaka, rodziców i brata. Traci całe swoje życie, trafiając w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Od tej pory nie będzie już sobą, Summer. Wraz z trzema innymi dziewczynami będzie musiała znosić życie w zamknięciu, codzienny strach i ból i... o wiele więcej. W tej sytuacji nie ma dobrych zakończeń.
Przeczytaj tę książkę, a nigdy już nie będziesz chciała dostawać kwiatów.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jeśli chciałabym zacząć od pozytywnych stron powieści to na pewno zalicza się do tego tematyka. Nie często - przynajmniej nie pamiętam ostatniego przypadku - spotykam się z tematyką porwania w powieści młodzieżowej. Tego rodzaju książki to albo erotyki, skupiające się zwykle na syndromie sztokholmskim i/lub ostatecznie romansie pomiędzy oprawcą i ofiarą, albo historie opisywane na faktach. Ponieważ z opisu nijak nie da się wywnioskować co właściwie stanie się z Summer, tym bardziej byłam zaintrygowana, co wymyśliła autorka i z której strony chce podejść do tematu.

Akcja powieści zaczyna się w momencie porwania Summer. Dziewczyna idąc na imprezę, dowiaduje się że jej przyjaciółka pokłóciła się z chłopakiem i wyrusza jej szukać, nieświadoma że ta chwila bezpowrotnie zmieni jej życie. Porywacz oznajmia, że od teraz ma na imię Lily i razem z trzema innymi kobietami stworzą rodzinę. Brzmi dość makabrycznie, prawda? I tak też trochę jest. Dziewczyna nie wie, co za chwilę zrobi jej oprawca i te uczucia autorka dość umiejętnie przenosi na czytelnika. Udzielały mi się uczucia Summer, jej niepewność, strach i chęć ucieczki - zwłaszcza tuż po porwaniu. Nie zamierzam natomiast oceniać jej decyzji, jak i innych kobiet, które przetrzymywał Clover. Głównie dlatego, że mogłam je zrozumieć, a i siedzenie w zamknięciu na pewno nie pomogło osiągnąć równowagi psychicznej. Nie mam się tu do czego przyczepić, choć żałuję, że autorka nie poświęciła odrobinę więcej czasu na pokazanie przemiany Summer, tylko zdecydowała się na przeskok czasowy oraz wersję przed i po.

Czytelnik ma okazję śledzić narrację z punktu widzenia Sum, jej chłopaka Lewisa oraz Clovera, czyli porywacza we własnej osobie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się pojawienia tej ostatniej, ponieważ opisanie tak pokrętnego umysłu zawsze jest trudne. Wszystko mogłoby być idealnie, gdyby nie fakt, że czegoś zabrakło w tej powieści. Czy to rozwinięcia portretów psychologicznych, czy opisów - nie jestem pewna. Jako że już zdążyłam ochłonąć po lekturze, teraz odnoszę wrażenie, że przypomina to bardziej relację niż powieść. Sama narracja z punktu widzenia Clovera była zupełnie zbędna, bo zawiodło wykonanie. Moim zdaniem potrzeba naprawdę dużego talentu i przede wszystkim świetnego pomysłu, żeby przedstawić umysł oprawcy. Natashy Preston średnio się to udało, bo choć pokazała jego początki i nakreśliła motywy, to zabrakło mi tego kluczowego momentu przejścia i zagłębienia się w jego psychikę. Podobnie zresztą ma się sytuacja z Lewsiem - nie potrafię powiedzieć o nim nic, poza tym, że szukał Summer. I nie było by nic w tym złego, gdyby jego postać była zepchnięta na dalszy plan, ale skoro pisarka postanowiła oddać mu głos i tym samym uczynić jednym z głównych bohaterów to trzeba było poświęcić mu trochę uwagi. 

Podsumowując Uwięzione to całkiem dobry thriller młodzieżowy. Powieść Natashy Preston trzyma w napięciu, serwując czytelnikowi całkiem niebanalną opowieść. Niestety książka nie ustrzegła się kilku wad, przy czym dla mnie najgorszy był brak dobrych portretów psychologicznych bohaterów. Mimo to spędziłam przyjemny czas na lekturze i, jeśli jesteście skłonni przymknąć oko na drobne błędy, polecam Wam Uwięzione.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,88/10
Ilość stron: 397
Okładka: miękka
Data wydania: 24 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik



To nie było tak jak po czyjejś śmierci, gdy żegna się zmarłego i wraca do życia. Nie wiedzieliśmy, gdzie była ani co się z nią stało. Nie mieliśmy żadnych odpowiedzi, nie mogliśmy więc żyć dalej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young




Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka