Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton


To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma.

Był czas, zresztą nie długo po premierze, kiedy o Osobliwych i cudownych przypadkach Avy Lavender było w naszym książkowym światku dość głośno i to raczej w pozytywnym sensie. To mnie skusiło do zakupu, ale bardzo nie po drodze było mi z sięgnięciem po powieść Leslye Walton. Z powodu mojego silnego postanowienia, żeby jednak trochę te moje półki oczyścić w końcu doczekała się na swoją kolej, a ja mogłam sprawdzić o co było to całe zamieszanie. 

Zbliża się magiczna noc przesilenia letniego...
Noc, w której niebo się otworzy, a powietrze wypełnią deszcz i pióra.
Ava urodziła się ze skrzydłami. Pragnie poznać prawdę, odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące jej pochodzenia. Niezwykłe wypadki, cudowne zdarzenia, dziwne zbiegi okoliczności i baśniowe rozterki zaprowadzą ją tam, gdzie nie spodziewała się dotrzeć. Kawałek po kawałku odsłania pełną boleści i trosk historię rodziny Roux. Ava Lavender może być pierwszą, która uniknie zguby i ucieknie obojętności. Czy uda jej się odnaleźć prawdziwą miłość?
Dramat Avy rozpoczyna się, kiedy wielce pobożny Nathaniel Sorrows bierze ją za anioła, a jego obsesja na punkcie dziewczyny rośnie...
(Źródło: Wydawnictwo Sine Qua Non)

Przede wszystkim nie tego się spodziewałam po książce Leslye Walton i to raczej nie w pozytywnym sensie. Robiłam do tej historii chyba z trzy podejścia i nie mogłam minąć pierwszych 50 stron, dopóki świadomie nie postanowiłam przez nie przebrnąć, a rzadko mi się to zdarza. Zwykle jak już zaczynam to muszę się zmuszać, żeby odłożyć powieść, a nie na odwrót. To okazało się pierwszym rozczarowaniem i uświadomiło mi, że ta lektura będzie odbiegać od książek, po które sięgam ostatnimi czasy. To co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze to malutka ilość dialogów, które praktycznie nie pojawiają się na początku tej historii. A ona sama wcale nie zaczyna się od Avy, ale autorka cofa czytelnika do początków życie jej babki oraz historii jej pradziadków i ich podróży do Ameryki - opisując ich dość tragicznie i z pewnością dziwaczne losy. 

Po Maybe someday Hoover zupełnie nie przypadł mi do gustu styl Leslye Walton. Nie mogłam przywyknąć do tego jak rzeczowe opisy przeplatały się z nierealistycznymi elementami fabuły. To połączenie zupełnie do mnie nie przemówiło, choć bardzo chciałam żeby tak się stało. Bo chyba właśnie tu miał się kryć urok książki Leslye Walton, ale jakoś do mnie nie dotarł. Czytaliście może Sklepy cynamonowe? Ja byłam zmuszona zapoznać się z fragmentami przed maturą i choć nie pamiętam dobrze treści, to pamiętam towarzyszące m uczucie zagubienia, bo zarówno akcja i fabuła były elementami snu. Podobnie odczucia wywołała Leslye Walton, bo choć zarówno czas jak i miejsce są bardziej stabilne to siostra, która zamieniła się w kanarka, czy matka obracająca się w kupkę popiołu wymykały się nawet mojej wyobraźni. 

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to tak naprawdę saga rodzinna zamknięta w jednej, niedługiej książce. Tytułowa bohaterka nie pojawia się wcześniej niż w 1/3 powieści, a nawet wtedy akcja opiera się w równiej mierze na niej, co na ludziach, którzy ją otaczają. Bo wbrew tytułowi  ciężko uznać, żeby to w okół Avy obracała się akcja. Jej postać dominuje dopiero w kulminacyjnym punkcie historii.

Nie wiem co więcej mogę napisać o tej książce, ponieważ ciężko mi w ogóle zebrać konkretne uczucia, które po sobie pozostawiła. Bo choć raczej nie przypadła mi do gustu, to mimo to nie uważam jej za złą powieść. Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to po prostu historia bardzo specyficzna i raczej nie przekonacie się, czy uderza w jakoś Waszą strunę, dopóki się z nią nie zapoznacie.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 300
Data premiery: 2 marca 2016 r.
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Tłumaczenie: Regina Kołek
Cena (z okładki): 34,90 zł

Znowu on. Los. To słowo często towarzyszyło mi, kiedy byłam dzieckiem. Szeptał do mnie z ciemnych kątów pokoju w czasie samotnych nocy. Był pieśnią ptaków na wiosnę i wołaniem wiatru w nagich gałęziach zimowego popołudnia. Los. Zarówno moja udręka, jak i pociecha. Mój towarzysz i moja klatka.

Recenzja - „Rozłąka” Dinah Jefferies


Słyszałam naprawdę dużo dobrego o twórczości Dinah Jefferies i wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jej powieści. Na plus autorki świadczył też fakt, że łączy akcję swoich książek z wątkami historycznymi, do których osobiście mam słabość. W przypadku Rozłąki przenosimy się na Malaje w 1955, gdzie podczas rozruchów niepodległościowych śledzimy tragedię jednej kobiety. 

Malaje Brytyjskie, 1955 rok.
W kraju trwa stan wyjątkowy z powodu powstania malajskiego. Lydia, żona brytyjskiego urzędnika, po powrocie z podróży dowiaduje się, że jej rodzina wyjechała na północ, więc wyrusza tam, by ich znaleźć. Ta informacja jest jednak fałszywa. W rzeczywistości mąż w tajemnicy wrócił z córkami do Anglii. Wkrótce Lydia odkrywa jego kolejne kłamstwa, zdrady i sekrety. Nie może ufać nikomu, nawet najlepszej przyjaciółce, ale nie chce zrezygnować z walki o dzieci. Odizolowana w egzotycznym, ogarniętym wojną kraju, nie daje za wygraną. Zrobi wszystko, by odzyskać córki. 
Piękna powieść pełna tajemnic, intryg, romansów i dramatycznych wydarzeń. O matce, która szuka dzieci, i dzieciach, które nie wierzą, że zostały porzucone.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

W 1955 roku na Malajach Brytyjskich żyje małżeństwo z dwójką uroczych córek, które są dla ich matki całym światem. Gdy kobieta otrzymuje prośbę o wizytę od chorej przyjaciółki, mimo panujących na półwyspie walk i niebezpieczeństw czyhających na podróżnych, postawia ruszyć w drogę, zostawiając dzieci pod opieką męża. Lydia nie zdaje sobie jednak sprawy, że zanim wróci do domu, Alec w sekrecie opuści Malaje i wyruszy do Anglii, zostawiając ją samą na Malajach. Kobieta jest zdeterminowana odnaleźć rodzinę, jednak na czeka ją wiele niepowodzeń i fałszywych tropów. Czy mimo to uda się jej jeszcze zobaczyć córki?

Dinah Jefferies od pierwszych rozdziałów rozkłada akcję na dwie perspektywy - z jednej strony czytelnik ma szansę śledzić wydarzenia na Malajach oczami Lydii, a z drugiej żegluje z Emmą do Anglii i obserwuje, jak trudno poradzić sobie dziewczynce w nowym życiu. Zdecydowanie dobrze udało się uchwycić pisarce rysę historyczną powieści. Malaje Brytyjskie przedstawione przez autorkę, gdy na półwyspie toczyły się ciągłe walki, nie tylko urzekają swoim opisem, ale także podnoszą tempo akcji. Z powodu czasów, w których toczy się akcja, czytelnik wraz z główną bohaterką odczuwa zagrożenie czające za każdym rogiem i obawy o przyszłość, jaka ich tu czeka. Rozłąka jest przepełniona emocjami, z jednej strony czułam obawę, czy Lydii uda się odnaleźć rodzinę, a z drugiej martwiły mnie losy Emmy. To sprawiło, że obie narracje intrygują czytelnika i trzymają jego zainteresowanie. Nie wspominając, że poza tym czeka go odkrycie wielu spisków i tajemnic, w które uwikłana jest główna bohaterka.

Autorka świetnie sobie poradziła kreując postać Lydii i tworząc z niej kobietę o złożonym charakterze. Generalnie Dinah Jefferies tak rozpisała swoich bohaterów, że trudno się do nich nie przywiązać. Choć skupia się na Lydii i Emmie to i pozostałe postaci nie zostały zaniedbane, mimo że znalazło się kilka takich, których przeszłość z chęcią poznałabym bliżej. To sprawia, że chociaż czytelnikowi wydaje się, że zna danego bohatera, okazuje się, że jego motywy były dużo bardziej złożone, niż mogło się wydawać. I mimo że - jako odbiorca tej powieści - nie mogę wybaczyć Alecowi, to i jego motywy staną się bardziej klarowne w drugiej części książki. 

Podsumowując Rozłąka to świetna powieść obyczajowa, przy której nie da się nudzić. Dinah Jefferies świetnie poradziła sobie nie tylko z przedstawieniem emocji bohaterów, ale także z zarysowaniem tła historycznego wydarzeń. Co więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Ilość stron: 448
Okładka: miękka
Data wydania: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 39,99 zł

[...] wyobraziła sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka... 
Jeden jej koniec przyszyty do serca mamy, a drugi do... cokolwiek się zdarzy,
 ta nitka nigdy nie zostanie zerwana

Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu HarperCollins Polska


Recenzja - „Blisko ciebie” Kasie West

Poprosiłam tatę żeby zrobił zdjęcie idąc na wieczorne pływania, jak Wam się podoba jego dzieło? :D

Książki! Tu wszędzie było pełno książek. Wystarczyłoby chwycić jedną z nich. 
Zaszyć się w jakimś kącie i czytać, dopóki ktoś mnie nie znajdzie.


Twórczość Kasie West miałam okazję poznać dopiero przy Chłopaku z innej bajki (wcześniejsze książki autorki jeszcze przede mną) i było to spotkanie niezwykle przyjemne. Stąd, gdy zobaczyłam, że Wydawnictwo Feeria szykuje się na wydanie kolejnej jej książki, byłam bardzo szczęśliwa i po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Autumn spotyka nieprzyjemna sytuacja: przez przypadek zostaje zamknięta w szkole bibliotece na cały weekend. Gdy wydaje jej się, że gorzej już być nie może, okazuje się, że ma towarzysza. Dax to gość, o którym niewiele wiadomo, poza tym że nie cieszy się dobrą opinią: ciągnie się za nim wspomnienie bójki i poprawczaka. Autumn cały czas ma nadzieję, że Jeff, jej prawie-chłopak, odgadnie, co się jej przydarzyło, i zaraz po nią wróci. Ale Jeff nie przychodzi. Nikt jej nie szuka.
Wygląda więc na to, że Autumn spędzi następne dni, jedząc przekąski z automatu i gadając z gościem, który ewidentnie nie ma na to ochoty. Na początku rozmowa się nie klei, ale gdy Autumn i Dax stopniowo otwierają się przed sobą, dziewczyna widzi, że coś między nimi iskrzy... i zaskakuje. Ale czy poza szkolną biblioteką ich uczucia mają szansę na przetrwania? Czy każde pójdzie swoją starą drogą, czy może… wyruszą wspólną ścieżką?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)


Czy w którymś momencie życia każdego książkoholika nie pojawiło się u niego takie marzenie, żeby dać się zamknąć w księgarni lub bibliotece i uzyskać nieograniczony dostęp do książek? Przyznam szczerze, że mignęło mi to przez myśl raz czy dwa. Mogłoby się więc wydawać, że Autumn znalazła się w idealnej sytuacji, nic tylko skakać z radości, prawda? No nie do końca... Jeśli dołożymy do tego fakt, że na zewnątrz szaleje śnieżyca, dziewczyna nie ma możliwości kontaktu z nikim, zapowiada się że posiedzi tam dłużej niż jeden dzień, a dodatkowo ma towarzysza, do którego żywi nie zbyt ciepłe uczucia to jej sytuacja nabiera całkiem nowego wyrazu. No i jest jeszcze ten mały szczegół, że bohaterkę dotykają stany lękowe w stresujących stacjach które potrafią naprawdę skomplikować życie dziewczyny, zwłaszcza że trzyma je w tajemnicy przed swoimi przyjaciółmi.. Krótko mówiąc Autumn czeka kilka naprawdę trudnych dni.

Po Chłopaku z innej bajki miałam wiele dobrego do powiedzenia na temat książki Kasie West i po lekturze Blisko ciebie to się nie zmieniło. Powieście autorki są po prostu przesycone pozytywną energią, że należą do tej szczególnej grupy historii, które pozostawiają we mnie to miłe uczucie wewnętrznego ciepła. Nawet jeśli teoretycznie fabularnie nie mamy do czynienia z niczym nowym, jednak to nie znaczy że powieść jest przewidywalna. Osobiście samego końca nie byłam pewna, Jak Kasie West zdecyduje się po kierować tą historią, mimo że w mojej głowie rozgrywały się najróżniejsze scenariusze.

Zakochałam się w Daxie. Chyba już kilka razy wspominałam, że uwielbiam outsiderowych bohaterów, zwłaszcza takich, którzy nie odkrywają swoich kart od razu.  Pod tym względem – przy kreacji tej postaci – Kasie West spisała się na medal. Również Autumn  nie irytuje swoim zachowaniem. Dziewczyna zmaga się ze swoimi problemami - jak każdy z nas - co przybliża ją do czytelnika i czyni osobę, którą moglibyśmy spotkać na swojej drodze. Warto wspomnieć, że mimo mnogości postaci, tak naprawdę czytelnikowi dalej jest poznać dobrze troje z nich: Atumn, Daxa oraz Jeffa. Względnie nakreśleni są również najlepsi przyjaciele głównych bohaterów, czyli Lisa i Dallin czy rodzina dziewczyny. Pozostali tworzą bardziej tło tej historii, gdyż stanowią niezbędnego elementu, niemniej jednak urozmaicają temu połowy i dodają jej dodatkowego charakteru. Można by się kłócić, czy to dobrze, że Kasie West wprowadziła tak wielu bohaterów, nie mając najwyraźniej zamiaru rozbudowywać ich porterów. Na plus na pewno świadczy fakt, że po zakończonej lekturze nie odczułam żadnego niedosytu, ale też z drugiej strony nie jestem fanem występowania zbędnych postaci, gdy fabuła tak naprawdę tego nie potrzebuje. Autorka ma wyjątkowo lekki i przyjazny dla czytelnika styl pisania, więc i sprawnie między nimi lawiruje. Jednak nie mogę odpędzić się od pytania, czy naprawdę oni wszyscy byli tam niezbędni.

Podsumowując choć Chłopak z innej bajki podobał mi się minimalnie bardziej, to Blisko ciebie stanowczo trzyma dobry poziom innych książek autorki. Powieści Kasie West są idealne na długie letnie dni, gdy będziecie mieli ochotę na dobrą, lekką opowieść. Ja zdecydowanie będę dobrze wspominać tę książkę i bez wahania sięgnę po inne historie pisarki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,35/10
Ilość stron: 390
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 5 lipca 2017 r.
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł



-Chciałbyś może zagrać o coś? - zapytałam, patrząc w jego ciemne oczy.
-Ustaliliśmy już, że nic nie masz - odparł.
-Moglibyśmy zagrać o tajemnice. O pytania.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie kupić między innymi na empik.com

Recenzja - „Fatalna lista” Siobhan Vivian


Co prawda wszystkie te dziewczyny znalazły się na liście, jednak każda miała swój świat.
Nic ich nie łączyło.

Spotkałam się z twórczością Siobhan Vivian przy okazji współtworzonej z Jenny Han serii Ból za ból  i - choć miała swoje wady - była to naprawdę miła lektura. Nastawiona pozytywnie przez tamto doświadczenie postanowiłam przekonać się na co stać autorkę, gdy pisze sama. Fatalna lista brzmiała naprawdę interesująco, ponieważ był to swego rodzaju nowy pomysł. Szkoda tylko, że  ten pomysł okazał się jedynym, co przyjdzie mi pochwalić w tej książce...

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt. W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły. 
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Osiem głównych bohaterek i dzień trwający około 80 stron - potrzeba by naprawdę wybitnego pisarza, żeby ten zabieg się udał... ponieważ Siobhan Vivian zupełnie to nie wyszło. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni sześciu dni, czyli od wywieszenia tytułowej listy do balu, od poniedziałku do soboty. Osobiście nie jestem fanką tak krótkiego, ograniczonego czasu fabuły, nawet w przypadku, gdzie narrator miał sporo do opowiedzenia z powodu ilości bohaterów. Zawsze wydaje mi się to przekłamane - nawet jeśli w postaciach zachodzą jakieś zmiany to im nie wierzę, a ponadto w zwykłym liceum nie wydarzyłoby się wystarczająco pasjonujących rzeczy, żeby zapełnić taką ilość stron. Chociaż szczerze mówiąc tu nie było inaczej. Ile można pisać o sukienkach na bal, liście i chłopcach? Te trzy wątki sprawiły, że Fatalna lista jest bardzo monotematyczna, bo choć mamy wgląd w myśli aż ośmiu bohaterek, to generalnie wszystkie one rozwodzą się o tym samym. Zabrakło tu jakiś zwrotów akcji, tajemnic, niespodzianek... czegoś przerywającego tę - mówiąc prosto - nudę.

Strasznie nie podoba mi się ilość bohaterów, których poznanie Siobhan Vivian chce wymusić na czytelniku. Każda z dziewczyn z listy ma jeszcze swoje przyjaciółki, rodzinę i ewentualnego chłopaka, więc możecie sobie wyobrazić, że mnogość postaci jest po prostu zatrważająca. Nawet jeśli dziewczyny miały swoje problemy - jak choćby Bridget czy Danielle - nie miałam czasu ich przetrawić, bo dostawały bardzo niewiele czasu. Ten sam problem wystąpił przy jakiejkolwiek próbie zżycia się z bohaterkami. Pewnie wiecie, że najlepsze książki to te, gdzie główna postać jest czytelnikowi bliska, bo wtedy wraz z nią przeżywamy wzloty i upadki, sukcesy i porażki, a każda strona jest ważna. Nieistotne czy kibicujemy dobremu czy złemu charakterowi - jeśli w fabule znajdzie się ktoś, kto skłania nas do zaangażowania się w daną historię, to te powieści zwykle mają dużo wyższe oceny w naszych osobistych rankingach i na dłużej zapadają w pamięć. W przypadku Fatalniej listy nie dość, że bohaterów było zbyt wielu, to naprawdę ciężko mi polubić te dziewczyny. Wydawały się płytkie i naiwne, przez co trudno mi było się z nimi zżyć, a tym bardziej przejąć się ich problemami w stylu jaką sukienkę założyć na bal. W dużej mierze brakuje mi też opisów, bo nie jestem pewna, czy choć jedna z nich była dobrze rozpisana, ponieważ w sumie nie wiem, jak wyglądały, a co za tym idzie dlaczego właściwie znalazły się na liście. A skoro to główna oś fabuły uważam to za spore niedopatrzenie ze strony autorki.

Być może jestem już za stara na książki tego typu. Tylko, że kurczaki są autorzy, którzy naprawdę potrafią mnie wciągnąć w swój świat, a ich powieści zostawiają po sobie przemiłe doświadczenia - choćby wielokrotnie wspominana przeze mnie Sarah Dessen. Obie pisarki obracają się w tym samym kierunku i mają podobny wiek docelowy odbiorców. Co więc sprawiło, że choć uwielbiam twórczość Dessen to mam taki problem z Siobhan Vivian? Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuację, bo nie za bardzo jest tu fabularne pole do niej, ale jednocześnie mam wrażenie, że ta historia jest po prostu niedokończona. Sporo wątków zostało nierozwiązanych i może taki był właśnie zamysł autorki, ale osobiście nie znoszę otwartych zakończeń. 

Koniec końców Fatalna lista to nienajlepsza młodzieżowa obyczajówka. Za dużo bohaterów i rozłożenie akcji tej stosunkowo długiej książki na pięć dni sprawiło, że powieść wydaje się po prostu przegadana. W tym klimacie można znaleźć dużo lepsze lektury, które dużo bardziej angażowały moje emocje i nie wydawały się tak nudnawe. Powieść Siobhan Vivian to nie najgorsza książka, ale też sporo zabrakło, żeby nazwać ją dobrą. A szkoda, bo pomysł zdecydowanie miał potencjał. 

Moja ocena: -5/10

Skończyłam czytać: marzec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,96/10
Ilość stron: 407
Okładka: miękka
Data wydania: 1 marca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używają najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Kim jest ta dziewczyna?” Mhari McFarlane


Ile to lat spędziła, żeby przypodobać się takim nieistotnym ludziom?
I nigdy właściwie nie zadała sobie pytania, dlaczego ma ich lubić.

Kto z nas nie lubi odrobiny skandalu? Ja na pewno nie zaliczam się do tej grupy, bo ze wstydem przyznam, że czasem lubię pośledzić "ploteczki", choć zdecydowanie nie wywołują one u mnie większych emocji. No, chyba że chodzi o książkę...

Gdy Edie zostaje przyłapana w kompromitującej sytuacji z panem młodym na jego własnym weselu, wybucha skandal. Powszechne oburzenie przenosi się do sieci, a przez profile społecznościowe Edie przetacza się fala hejtu. Nazwana złodziejką mężów i skazana na towarzyski ostracyzm, pragnie zapaść się pod ziemię. Ponieważ atmosfera w biurze jest gęsta od plotek i komentarzy, szef wysyła ją do Nottingham na coś w rodzaju przymusowego urlopu, gdzie jako ghostwriterka ma napisać autobiografię wschodzącej gwiazdy filmowej, Elliota Owena.
Idealny plan? Niekoniecznie...
Hejt wciąż boli, współpraca z Elliotem od początku układa się fatalnie, a życie pod jednym dachem z ojcem i wiecznie niezadowoloną młodszą siostrą staje się źródłem kolejnych frustracji.
Gdy wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciw niej, Edie musi udowodnić sobie i innym, że wie, kim jest, i potrafi żyć po swojemu.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Kojarzycie ten moment w książkach, kiedy dzieje się "wielka zła rzecz"? To najczęściej ten fragment, kiedy wszystko już zaczyna się dobrze układać dla bohaterów, ale do końca zostaje sto stron, więc po prostu musi się stać coś złego. W tym wypadku wydawać by się mogło, że najgorsze, co mogło się zdarzyć to pocałowanie pana młodego na jego weselu, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Przed Edie jeszcze najgorsze - musi się zmierzyć z ogólnym potępieniem i nienawiścią zarówno byłych kolegów, ale także nieznajomych. Stawienie czoła fali hejtu wcale nie będzie łatwym zadaniem, podobnie zresztą jak napisanie biografii przystojnego aktora, Elliota Owena.

Przede wszystkim byłam zaskoczona, jak pulchna to książka, ponieważ powieści obyczajowe rzadko mają ponad pięćset stron. Obawiałam się, że taka wielkość przełoży się na zbyt długie opisy oraz/lub przestoje w fabule, bo autorka musiałaby mieć naprawdę sporo pomysłów, żeby zapełnić te wszystkie karki. Jak było? Hmm, mam wrażenie, że w ogólnym rozrachunku okazało się być w miarę dobrze, jednak jest jeszcze to nieszczęsne ale... Przez pierwsze sto stron autentycznie nie mogłam wciągnąć się w fabułę. Mnogość opisów, niewiele akcji i mnóstwo rozterek wewnętrznych Edie - czyli dokładnie to, czego się obawiałam - sprawiały, że odkładałam tę książkę mniej więcej co trzy rozdziały. W pewnym momencie stwierdziłam, że chyba już nic nie sprawi, że zmienię zdanie o powieści Mhari McFarlane, ale uwaga, uwaga na scenę wkroczył Elliot Owen. Rzadko przypisuję zasługę uratowania powieści jednemu bohaterowi, ale on naprawdę ma spore zasługi, bo od tej chwili było już tylko lepiej - więcej się działo, postaci się rozwijały, skróciły się też wewnętrzne monologi - a Kim jest ta dziewczyna? naprawdę zaczęła mi się podobać. Nie będę rozpisywać się na temat szkodliwości mediów społecznościowych, ale naprawdę podobał mi się sposób, w jaki Mhari McFarlane przedstawiła ten temat, zarówno na przykładzie Edie, jak i Elliota Pisarka postawiła na krótkie rozdziały oraz dość prosty język, więc nawet przez ten nieszczęsny początek, powieść czyta się sprawnie, bez większych rozterek nad tekstem. Zastanawia mnie jednak czy autorka (bądź tłumacz) okazjonalnie nie sięgnęli po zbyt kolokwialne określenia (były to raczej pojedyncze przypadki, nie mniej jednak, coś takiego przeszło mi przez myśl w trakcie lektury), zwłaszcza patrząc na wiek głównych postaci.

Edie ma trzydzieści pięć lat, jest wolna i pracuje w agencji marketingowej w Londynie, ale z powodu wyżej wspomnianego skandalu na trzy miesiące wyjeżdża do rodzinnego Nottingham. Jest to bohaterka, którą naprawdę ciężko było mi polubić - z jednej strony rozumiałam, że wszystko, co mówili o niej ludzie faktycznie może boleć, ale z drugiej nie znoszę użalających się nad sobą kobiet. Poza tym skoro autorka już chciała ukazać ją, jako dojrzalszą niż kierowana hormonami dwudziestolatka, to mogła naprawdę odrobinę zmniejszyć jej naiwność. Obwinianie wszystkich poza sobą i pretensje, że panu młodemu się upiekło, wcale nie pomagały w jej sytuacji, zresztą tak samo, jak nazywanie siebie ofiarą. Żeby nie było, że jest tak tragicznie to czytelnik faktycznie ma okazję zaobserwować pewne zmiany w zachowaniu Edie, ale to nie do końca zatarło średnie pierwsze wrażenie i wciąż nie do końca ją lubię. Natomiast Elliot Owen szturmem podbił moje serce - dzięki niemu nawet Edie dała się lubić. Uwielbiałam fakt, że się troszczył, jego humor, przekomarzania z bratem, sam fakt, w jaki sposób o sobie mówił i generalnie wszystko. Nic dodać, nic ująć. Dodatkowo autorka wprowadza do fabuły sporo postaci drugoplanowych, ale tu naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Może, może niektóre z nich były zbędne, ale wszyscy bohaterowie są dobrze zarysowani i konsekwentni w sowim działaniu.

Normalnie staram się nie poruszać tego tematu, ale wiecie co? Nie znoszę otwartych zakończeń. NIE. ZNOSZĘ. FU. Jeżeli w planach nie ma kontynuacji to zostawianie końcówki dla interpretacji czytelnika jest po prostu... koszmarkiem. Ja tam osobiście wolę jasno i wyraźnie zakończone historie, zadowoli mnie nawet jedną stronę epilogu, którego akcja rozgrywa się dziesięć lat później. 

Ogólnie rzecz biorąc Kim jest ta dziewczyna? byłoby naprawdę dobrą powieścią, gdyby nie to zakończenie. Jestem w stanie wybaczyć niemrawe początki, zwłaszcza, że później nie mogłam się oderwać od tej powieści, ale absolutnie nie znoszę niedopracowanych końcówek. Jasne, mogę sobie ją dopowiedzieć sama, jednak to nie to samo, co po prostu ją przeczytać, jakakolwiek by nie była. <Głęboki wdech> Abstrahując od ostatniego rozdziału, ta książka naprawdę mi się podobała, jednak ostatecznie polecam Wam ją, tylko jeśli - w przeciwieństwie do mnie - potraficie pogodzić się z brakiem domkniętego zakończenia.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 511  
Okładka: miękka
Data wydania: 5 października 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 36,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins 

Recenzja - „Wszystko to, co wyjątkowe” Matthew Quick



,,A potem któregoś dnia zaczniesz szukać siebie w lustrze i nie będziesz w stanie się zidentyfikować - 
będziesz widzieć jedynie wszystkich innych. Będziesz wiedział, że zrobiłeś to, czego inni po tobie oczekiwali. 
Zasymilujesz się. Znienawidzisz się za to, bo będzie za późno."

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Wybacz mi, Leonardzie - to nie była miłość od pierwszego zdania, ale nie mogę odmówić Matthew Quickowi, że ostatecznie poruszył mnie swoją opowieścią. Zakochałam się w historii Leonarda. Wiedziałam, że chcę więcej, ale żaden z opisów jego pozostałych książek nie mógł mnie do końca przekonać. Aż zobaczyłam Wszystko to, co wyjątkowe.

Oto Nanette. Wzorowa uczennica, gwiazda szkolnej ligi piłkarskiej i posłuszna córka. Zawsze robi to, czego się od niej oczekuje. Ale wszystko zmienia się w dniu, w którym dostaje podniszczony egzemplarz Kosiarza balonówki – tajemniczej, niewydawanej od lat kultowej powieści. Nanette czyta ją dziesiątki razy. Chce być taka jak główny bohater. Chce być buntowniczką.
Choć udaje wygadaną rebeliantkę, w środku to jednak ta sama Nanette, samotna introwertyczka, która usiłuje znaleźć swoje miejsce w nieprzyjaznym świecie. Zmuszona dokonać kilku trudnych wyborów nauczy się, że za bunt trzeba czasem zapłacić wysoką cenę.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Jest coś fantastycznego w naprawdę dobrych książkach. To, jak po zakończonej lekturze przeczytane słowa nadal dźwięczą w umyśle czytelnika, sprawiając, że dopiero poznana historia skłania go do refleksji i pozostawia w nim potrzebę podzielenia się każdym uczuciem, którego właśnie doświadczył. Tak było z Nanette i Kosiarzem balonówki. Tak jest teraz ze mną. Ta niepozorna, stosunkowo krótka książeczka, sprawiła, że kłębi się we mnie mnóstwo emocji. I w takim momencie jestem najszczęśliwszym człowiekiem, że mam miejsce, w którym mogę się tym wszystkim podzielić. Z Wami. Wszystko to, co wyjątkowe to jedna z tych powieści, które najlepiej czyta się nad kieliszkiem wina lub ulubionej herbaty, zwiniętym pod kocem, nocą lub przy deszczowej pogodzie, kiedy nic nie czeka na moją uwagę i można po prostu chłonąć każde słowo. Dlaczego? Dlatego, że odnoszę wrażenie, że Matthew Quick wyjątkowo upodobał sobie, aby jego historie uderzały w czułe struny. Pod pewnymi względami Nanette przypomina mi Leonarda, bo obydwoje są młodymi ludźmi, którzy nie do końca pasują do reszty społeczeństwa, dlatego że są znacznie bardziej wrażliwi na otaczający ich świat. Nie chcą być kolejnym "nieszczęśliwym" dorosłym, a to, że myślą inaczej, wcale nie przysparza im sympatii.

Jak być szczęśliwym? Czy warto się wyróżniać? Jak odnaleźć siebie? Czy jestem szczęśliwy? Czy dałem się zaszufladkować? Czy bunt się opłaca? Jakie będą jego konsekwencje?  Czy chcę być inny? Czy moje życie wygląda tak, jak tego chcę? Czy w końcu pęknę? Co się wtedy stanie? Takie pytania stawia autor przed czytelnikiem, a przynajmniej właśnie te ja mam ochotę zadać. Teoretycznie Matthew Quick stara się na nie odpowiedzieć. Praktycznie mam wrażenie, że Wszystko to, co wyjątkowe zmusza do przeanalizowania tych zagadnień, ale tak naprawdę nie daje żadnych odpowiedzi. Patrząc jak potoczyły się losy Nanette, Alexa czy nawet Bookera - można podać różne rozwiązania, a żadne z nich nie wydaje się do końca właściwe. 

Mimo że Matthew Quick porusza trudne tematy, wplata w opowieść kilka wierszy i stosuje metafory to Wszystko to, co wyjątkowe czyta się naprawdę błyskawicznie. Ta niedługa książka, podzielona na króciutkie rozdziały, ma naprawdę dobre tempo akcji. Parokrotnie wspominałam o refleksyjności tej powieści, jednak nie doświadczyłam tu długich, pseudofilozoficznych rozważań nad sensem życia. Tak naprawdę wszystkie przesłania są wplecione w dialogi i fabułę, przez co Quick sprytnie przemyca swoje wnioski, jednocześnie sprawiając, że czytelnik nawet nie czuje przewracających się kartek, zwłaszcza patrząc na lekki styl autora. 

Nanette jest momentami nieco irytująca, jednak było w niej coś takiego, co sprawiło, że wyjątkowo ją polubiłam. Być może dlatego, że miała trzeźwe podejście do życia, a jednocześnie  nie chciała podążać ścieżką, jaką wskazuje jej społeczeństwo. Szybko zdaje sobie sprawę, że jej działania będą miały konsekwencje, nie podejmuje pochopnych decyzji - jest wyjątkowo dojrzała, jak na swój wiek, a jednocześnie ma cechy typowej nastolatki. To dobre połączenie, bo tak właśnie wygląda mentalność młodych ludzi, stojących u progu dorosłości, podobnie zresztą jest było ze mną. W przeciwieństwie do Nanette, nie potrafiłam polubić Alexa, bo ma wyjątkowo specyficzną osobowość. Choć początkowo nie miałam do niego zastrzeżeń, to z każdą kolejną decyzją traciłam do niego sympatię. Podobnie było z Bookerem.  

Wszystko to, co wyjątkowe to książka o poszukiwaniu siebie, o tym, że aby podążać własną ścieżką, trzeba mieć siłę, żeby ponieść konsekwencje własnych decyzji. Matthew Quick po raz kolejny serwuje nietuzinkowych bohaterów praz opowieść, która skłania do refleksji. Co mogę więcej powiedzieć? Gorąco polecam ;).

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,44/10
Ilość stron: 256
Okładka: miękka
Data wydania: 14 września 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 34,99 zł  


Wiedziałem, że osiągnąłem kres dzieciństwa, kiedy zdałem sobie sprawę, że dorośli w moim życiu nie wiedzą więcej ode mnie - i wtedy w jednej chwili pojąłem, że wszystko, co poprzedzało właśnie ten moment, było rodzajem gry, prowadzonej przez tak zwanych dorosłych, którzy puszczali do siebie porozumiewawczo, gdy się na nich nie patrzyło... ludzi, którzy udawali, że są kimś, kim nie byli, [...].


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Załącznik” Rainbow Rowell


Lincoln nie potrafił wytłumaczyć, nawet samemu sobie, dlaczego stała się dla niego taka ważna.
Obie z Jennifer były dowcipne i serdeczne, ujmujące. Ale zawsze bardziej ujmowała go Beth.

Raibow Rowell dała się poznać polskim czytelnikom jako autorka powieści dla młodzieży. Nie mam za sobą jeszcze żadnej z jej powieści, ale o praktycznie wszystkich słyszałam całkiem rozbieżne opinie. Tym bardziej chciałam przekonać się jak będzie ze mną, choć jednocześnie miałam niejasne wrażenie, iż jestem odrobinę za stara na jej młodzieżowe historie. Dlatego gdy okazało się, że w Polsce ukaże się Załącznik - czyli książka kierowana do już starszego odbiory - nie mogłam się doczekać, aż ją poznam. 

Lincoln jest mężczyzną przed trzydziestką, który nadal mieszka w rodzinnym domu i pracuje na stanowisku administratora bezpieczeństwa informatycznego w redakcji gazety Courier. Oznacza to, że system wyłapuje jedno ze słów-kluczy w pracowniczych e-mailach i wysyła Lincolnowi taką wiadomość do weryfikacji - co w praktyce oznacza, że mężczyzna przez większość swojej zmiany czyta internetową korespondencję swoich współpracowników. Tak właśnie "poznaje" Beth i Jennifer. Na początku wysyła im upomnienie za prywatne rozmowy, później jednak zaczyna czuć do nich sympatię. Zwłaszcza do Beth - choć jeszcze jej nie zna, a kobieta ma chłopaka. Czy Lincoln odważy się zrobić coś ze swoimi uczuciami?

Lincoln O’Neill nie może uwierzyć, że jego praca polega na czytaniu cudzych e-maili. Zgłaszając się na stanowisko „administratora bezpieczeństwa danych”, wyobrażał sobie, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów – a nie pisał raport za każdym razem, gdy dziennikarz działu sportowego prześle koledze sprośny dowcip.
Natrafiwszy na e-maile Beth i Jennifer, wie, że powinien wysłać im upomnienie. Ale ich pokręcona korespondencja na temat spraw osobistych bawi go i wciąga.
Kiedy sobie uświadamia, że zakochał się w Beth, jest już za późno, żeby tak po prostu nawiązać z nią znajomość. Co miałby jej powiedzieć...?
„To ja jestem tym facetem, który czyta twoje e-maile… i kocham cię?”
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To zabawna sytuacja i naprawdę świetny pomysł na fabułę. Ani my - jako czytelnicy - ani Lincoln nie wiemy nic o Beth oraz Jennifer. Jedyne, co możemy zrobić to wraz z głównym bohaterem śledzić ich e-maile i samodzielnie zbudować sobie w głowie jakąś wizję. Rainbow Rowell opowiada o dorosłych ludziach, w których pozostała jakaś nuta dziecka. Z tą młodzieńczą nieporadnością Lincoln zakochuje się w kobiecie, której nie zna i wraz z nią bohaterowie starają się rozwiać swoje problemy. To, co przede wszystkim urzekło mnie w tej historii to właśnie postaci, które tu występują i ich wcale niebanalne problemy, z którymi przyszło im się zmierzyć

Akcja rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, zaraz przed przełomem milenijnym. Komputerom i internetowi sporo brakuje do tych z dzisiejszych czasów. Mimo to poza wspomnieniem o końcu tysiąclecia rzadko widziałam różnicę pomiędzy tamtymi, a dzisiejszymi czasami. Zgaduję, że głównym powodem jest niewielka ilość opisów, ponieważ aktorka podzieliła swoją powieść na dwie przeplatające się części. W jednym rozdziale śledzimy e-maile Beth i Jennifer, żeby w kolejnym wrócić do Lincolna, którego poczynania czytelnik obserwuje z perspektywy trzecioosobowego narratora. Poza tym poszczególne fragmenty są naprawdę króciutkie - maksymalnie pięć stron - co w połączeniu z wyjątkowo lekkim stylem Rainbow Rowell sprawia, że ta opowieść mija wręcz błyskawicznie.

Naprawdę polubiłam obie kobiety i ich relację. To dokładnie taka przyjaźń, jaką mogłabym zobaczyć na ulicy - czasami pełna sarkazmu, czasami wsparcia, narzekań oraz trudnej miłości, jeśli właśnie tego wymaga. Naprawdę potrafię docenić realizm w uczuciach bohaterów, bo egzaltowanie ich to całkiem nowa moda - i to taka, która praktycznie nigdy mi się nie podoba. Lincoln to główny bohater nie do końca w moim stylu, ale mimo to i tak go polubiłam, Mężczyzna jest przed trzydziestka i mieszka z matką, a większość czasu spędza w pracy. Automatycznie skojarzył mi się z typowym informatykiem, ale na jego korzyć działa charakter. Lincoln jest po prostu sympatyczny. Z jakiegoś powodu polubiłam zwłaszcza momenty z jego matką - kobieta ma dość trudny charakter oraz osobliwe przekonania, a mimo to, lub być może dlatego, została jedną z moich ulubionych bohaterek w Załączniku.

Skoro jest tak dobrze, to czy znalazło się coś złego? Zależy od punku widzenia odbiorcy. Ponieważ około połowa powieści ma formę epistolarną - współczesną, ale jednak - ja osobiście zmagałam się z tym samym problemem, co w przypadku Love, Rosie. Zabrakło mi troszeczkę więcej akcji. Niby nadrabiają to części Lincolna, ale i tam nie spotkałam się z wielkimi zwrotami w fabule. Podobnie jest z zakończeniem. Chociaż generalnie podobało mi się, że tak naprawdę do ostatnich stron Rainbow Rowell trzyma czytelnika w niepewności, jak skończy się ta historia (teoretycznie), ale zabrakło mi tam emocji. Nie będę się czepiać samej treści ostatnich rozdziałów, ale to powinien być ten moment, który wyróżni się na tle innych, tymczasem odniosłam wrażenie, że ani bohaterowie, ani czytelnik nie odczuli wagi tych ostatnich kilku scen.

Podsumowując Załącznik to wyjątkowo ciepła opowieść o życiu i miłości trochę nieporadnych dorosłych. Rainbow Rowell zaserwowała mi książkę, która idealnie wpasowała się w to, na co miałam aktualnie ochotę, a jej lektura była czystą przyjemnością. Nie znajdziecie tu wprawdzie wielkich wzlotów i upadków, ale mimo to Załącznik to bardzo dobra powieść obyczajowa, którą mogę Wam polecić, jeśli macie ochotę na dobrą książkę.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,21/10
Ilość stron: 415
Okładka: miękka
Data wydania: 14 września 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Cena (z okładki): 36,99 zł



[...] Był taki uroczy, że niemal zgodziłam się, żeby dziecko dostało Dakota na drugie.
Potem jednak uznałam, że muszę myśleć jak matka i je chronić.
Beth do Jennifer:
Wiedziałam, że w końcu odezwie się w tobie instynkt macierzyński.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#58 Recenzja - Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej


Z tego, co widziałam, twarde drewno podłogi było w znakomitym stanie.
Ale z drugiej strony widywałam przecież również wiatrak i otwarte niebo
i nigdy nie wzbudzało to we mnie pragnienia podboju.
Wydaje nam się, że świat jest jest jasny i oczywisty. 
W istocie wszystko zależy od tego, kto na niego patrzy. 

Zakochałam się w twórczości Sarah Dessen przy okazji Kołysanki i od tamtej pory ani jedna z jej książek mnie nie zawiodła. Z tego, co widziałam sporo osób zarzuca autorce, że jej książki są o wszystkim i o niczym - ot takie czytało na wolny wieczór. I choć trudno się z tym nie zgodzić, to dla mnie jest to ich największa zaleta. W tych powieściach na próżno szukać egzaltacji uczuć czy dramatycznych zwrotów akcji, ale czy to na pewno wada?

Emaline właśnie skończyła liceum i jesienią wyjeżdża na studia. Na początku wakacji niespodziewanie zerwała z Lukiem. Chodzili ze sobą trzy lata i do niedawna myślała, że ten związek jest idealny. Tymczasem w nadmorskim miasteczku pojawia się Theo, nowojorczyk, ambitny student szkoły filmowej. Wakacyjny romans? Czemu nie.
Do Colby przyjeżdża też na lato ojciec Emaline, który rzadko utrzymywał z nią kontakt. Emaline pociąga urok wielkiego świata, jaki roztaczają przed nią Theo i ojciec. Ambitna i pracowita, zawsze pragnęła gwiazdki z nieba i jeszcze więcej. Jednak nie można mieć wszystkiego, a marzenia nie zawsze się spełniają.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska) 

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej to już moje czwarte spotkanie z twórczością Sarah Dessen i ponownie mogę je zaliczyć do udanych. Po takiej ilości książek autorki z jednej strony mogłam się troszeczkę domyślić, o czym będzie ta historia, a z drugiej pisarce nadal udaje się mnie zaskoczyć. Nie zmienia się też to, za co ją uwielbiam i dlatego nadal podtrzymuję to, co napisałam przy okazji recenzji Teraz albo nigdy: Książki tej autorki są tak zwyczajne, że wręcz fascynujące. Dessen tworzy historię, w której nie ma przesadnej egzaltacji lub bagatelizowania przeżyć bohaterów - czytelnik otrzymuje doskonale wyważoną opowieść, z którą bez problemu może się utożsamiać. Bohaterowie mają oczywiście swoje problemy, ale nie padają ofiarą wielkich tragedii czy ogromnego szczęścia i lukrowanego happy endu, co w dobie popularności New Adult zdecydowanie trzeba docenić. Nie zrozumcie mnie źle - też nie zawsze uważam to za wadę, jednak czasami mam ochotę na powieść, która po prostu pozwoli mi oderwać się od własnych problemów i zamiast uczucia smutku pozostawi po sobie uśmiech i pozytywne podejście do nadchodzącego dnia. 

Przy poprzednich powieściach autorki nieustannie wychwalałam sposób, w jaki kreuje swoich bohaterów i ta książka nie jest wyjątkiem w tym temacie. Niektórych pokochałam całym sercem - na przykład przyrodniego brata czy najlepszego przyjaciela Emaline. Benji był przeuroczym chłopcem i za każdym razem, jak się pojawiał na mojej twarzy wykwitał uśmiech, natomiast Morris okazał się znacznie bardziej skompilowaną i fascynującą postacią, niż wskazywałby na to jego początkowy portret. Inni bohaterowie tacy jak ojciec dziewczyny czy - zaskakująco - Theo budzili we mnie zgoła inne emocje. Chyba podobnie jak Emaline miałam w stosunku do nich dużo większe oczekiwania i ostatecznie byłam zawiedziona ich zachowaniem i wyborami, które podjęli. Niemniej jednak to wcale nie znaczy, że nie podobało mi się, jak są wykreowani, bo to, za co stracili moją sympatię, jednocześnie sprawiło, że tylko doceniłam autorkę, gdyż od samego początku prowadziła ich działania bardzo konsekwentne.

W moim osobistym rankingu powieści Sarah Dessen Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej wprawdzie nie wskoczyła na pierwsze miejsce - to nadal zajmuje Teraz albo nigdy - ale otrzymałam, dokładnie to, na co liczyłam. Jest to świetna książka na wakacje, czyta się ją wręcz błyskawicznie, zarówno dzięki samej tematyce, jak i lekkiemu stylowi pisania autorki.

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej utwierdziła mnie w przekonaniu, że po postu uwielbiam twórczość Sarah Dessen, bo pozostawiła po sobie to, co pokochałam w jej książkach - pewien optymizm, ciepłe uczucie, pozytywne podejście do życia. Choć nie znajdziecie tu wielkich i spektakularnych zwrotów akcji, gwarantuję, że jeśli tylko dacie się ponieść, ta powieść Was nie rozczaruje. Co jeszcze mogę dodać? Po raz kolejny gorąco zachęcam, abyście sięgnęli po, szczerze mówiąc, jakąkolwiek historię tej autorki.

Moja ocena: 7/10


Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 5,71/10
Ilość stron: 447
Okładka: miękka
Data wydania: 6 lipca 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Cena (z okładki): 36,99 zł


Rzecz jednak w tym, że nie zawsze można mieć wyłącznie to, co doskonałe.
Aby nasze życie było prawdziwe, potrzebujemy wszystkiego:
dobra i zła, plaży i betonu, znanego i nieznanego, wielkich mówców i małych miasteczek.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska


Inne powieści autorki:



#51 Recenzja - Teraz albo nigdy




Wieczność oznacza tak wiele różnych rzeczy. Nieustannie się zmienia, i o to chodzi.
Czasem trwa dwadzieścia minut, czasem sto lat, a innym razem po prostu tę jedną chwilę,
która mogłaby się ciągnąć w nieskończoność. W wieczności ważne jest tylko to, że trwa.

Już dwa razy miałam do czynienia z twórczością Sarah Dessen i obie jej powieści bardzo mi się podobały. Autorka porusza ważne tematy, ale w jej książkach przede wszystkim urzeka mnie realizm postaci, które kreuje i ich historii. Nic wiec dziwnego, że nie mogłam oprzeć się pokusie sięgnięcia również i po Teraz albo nigdy.

Macy musi być idealna. Idealna córka, idealna uczennica, idealna dziewczyna. W ten sposób nie będzie kłopotem dla matki, która po śmierci męża i tak ledwo się trzyma. Dzięki temu będzie pasowała do Jasona, jej chłopaka, zakochanego w sobie nerda.
Jej życie musi być zaplanowane – tylko odpowiedzialne decyzje i rozsądne wybory. Wakacje? Praca i nauka do egzaminów. I – rzecz jasna – tęsknota za Jasonem, który wyjechał na obóz naukowy.
Macy w swoich planach nie uwzględniła tylko jednego – że życie potrafi zaskakiwać.
Na czas wakacji znajduje pracę w firmie cateringowej. Choć panuje tam chaos – coś, czego dotychczas unikała jak ognia – nowe towarzystwo bardzo dobrze na nią wpływa. Cała załoga, a zwłaszcza przystojny Wes, sprawia, że poukładany świat Macy rozpada się na kawałki, co ku jej zaskoczeniu coraz bardziej jej się podoba.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Powieści Sarah Dessen wciągają mnie od pierwszych stron i nie pozwalają odłożyć się na półkę. Nie dlatego, że fabuła pędzi na łeb na szyję, a zewsząd czytelnik otrzymuje spektakularne zwroty akcji. Książki tej autorki są tak zwyczajne, że wręcz fascynujące. Dessen tworzy historię, w której nie ma przesadnej egzaltacji lub bagatelizowania przeżyć bohaterów - czytelnik otrzymuje doskonale wyważoną opowieść, z którą bez problemu może się utożsamiać. Nie oznacza to wcale, że tematy poruszane przez pisarkę należą do łatwych, w zależności od książki, po którą sięgałam jej temat przewodni stawiał mnie przed pewnym problemem - w powieści Ktoś taki jak ty był to między innymi nastoletni bunt i ciąża młodej dziewczyny. W Teraz albo nigdy autorka porusza problem radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby i stara się pokazać, że nawet po takiej tragedii trzeba jakoś ruszyć dalej ze swoim życiem. Chociaż nie jest to łatwe, Macy stara się pogodzić się ze stratą ojca najlepiej, jak umie, udając że wszystko jest w porządku - dopiero później uświadomi sobie, że żałobę trzeba przeżyć, nie da się jej uniknąć, bo wtedy ból cały czas będzie jątrzącą się się raną. 

Uwielbiam wszystkie postaci wykreowane przez autorkę, zresztą jak zwykle. Niezmiennie zachwyca mnie talent pisarki do tworzenia bohaterów, którzy chwytają mnie za serce i wyłamują się z typowych schematów. Nie będzie ani słowa przesady, że absolutnie pokochałam Wesa i gorąco kibicowałam jego relacji z Macy, choć nauczona doświadczeniem z innych powieści Dessen, do samego końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zachowanie matki dziewczyny napawało mnie smutkiem, bo nie zdawała sobie sprawy, że udawanie, że wszystko jest w porządku nie oznacza, że tak właśnie się stanie. Wielką zaletą jest to, że każdy bohater ma swoje unikalne cechy i momentalnie zapadają w pamięć, co przy takiej ilości postaci jest prawdziwą sztuką.

Powieści autorstwa Sarah Dessen to książki, które niezmiennie uwielbiam i Teraz albo nigdy nie jest wyjątkiem. To piękna opowieść o radzeniu sobie ze stratą i odnalezieniu siebie w nowych realiach codzienności. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji do zapoznania się z twórczością autorki to gorąco polecam Wam wszystkie trzy jej powieści, choć szepnę, że osobiście to właśnie ta wskoczyła u mnie na pierwsze miejsce.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,1/10
Ilość stron: 384
Okładka: miękka
Data wydania: 18 maja 2016 r.
Wydawnictwo:  HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Cena (z okładki): 34,99 zł 


- Wszystko w porządku?
Za każdym razem, kiedy zadawała mi to pytanie, miałam ochotę odpowiedzieć szczerze.
Tyle rzeczy chciałam jej powiedzieć, na przykład o tym, że tęsknię za tatą, jak często
nadal o nim myślę. Ale przecież wszyscy uważali, że tak dobrze się trzymam: gdybym chciała wyznać, jak to naprawdę wygląda, oznaczałoby to, że poniosłam swego rodzaju porażkę.
Więc tak samo jak w wielu innych przypadkach, nie wykorzystałam szansy.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska


#46 Recenzja - Druga runda



Ktoś powinien wymyślić pigułkę, po której przestajesz kochać ludzi,
których nie możesz mieć, a zaczynasz interesować się tymi dostępnymi.

Kiedy zobaczyłam zapowiedź Drugiej rundy pomyślałam, że będzie to idealna odskocznia - książka, która nie będzie mnie absorbować, ale zapewni rozrywkę. Po samym opisie zdecydowanie nie spodziewałam się książki poruszającej tak trudny temat, więc kiedy okazało się, że Gert cierpi po stracie ukochanego, byłam lekko zdziwiona i z zapałem zabrałam się za czytanie.

Czy ta kiecka nie jest za krótka? A może właśnie za długa? Mam dać się zaprosić na drinka po kolacji? A może ja powinnam zaprosić go do siebie? Całować się na pierwszej randce? Jak szybko uciec, jeśli okaże się, że jest nudziarzem albo świrem? Albo, co gorsza, jeszcze mieszka z matką?
To chyba jakaś kpina. Naprawdę, czy ja, wykształcona kobieta koło trzydziestki, muszę znowu bawić się w te bzdury?
Gert przed trzydziestką niespodziewanie dołączyła do grona singielek. Po kilku latach szczęśliwego związku powrót na rynek matrymonialny wydaje się jej koszmarem, a randkowanie – żenującą grą. Czy wśród milionów nowojorskich mężczyzn znajdzie się jej drugi „ten jedyny”? Druga runda – start!
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Naprawdę lubię powieści obyczajowe i z jakiegoś powodu czuję potrzebę podkreślenia tego faktu, zanim w ogóle zacznę tą recenzję. Dlaczego? Druga runda to taka opowieść o... niczym. Caren Lissner podjęła się trudnej tematyki chcąc pokazać, jak poradzić sobie nie tyle, co ze utratą bliskiej osoby, ale z ponownym rozpoczęciem życia. Gert straciła swojego męża w wypadku samochodowym prawie półtora roku wcześniej i czysto teoretycznie pogodziła się z jego śmiercią, jednak wciąż nie czuje się gotowa na randkowanie. Z tego, co słyszy od przyjaciółek bycie singlem w Nowym Jorku to ogromna udręka, a w całym mieście nie został ani jednej porządny facet.

Książka Caren Lissner sprawiła że ziewałam, do prawie jednej trzeciej objętości. Absolutnie nic nie zwiastowało przyspieszenia akcji - lub jakiejkolwiek akcji szczerze powiedziawszy. Choć rozumiem zamysł autorki w pokazaniu żałoby i przyjaźni to przez 80 stron pojawia się niewiele dialogów a te które są wcale nie dodają książce smaczku, pazura, humoru -jak zwał tak zwal - nie pojawiło się nic, co skłaniało mnie do dalszego czytania. To tak jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy woli ze swojej książki zrobić dramat czy komedię. Z jednej strony wyśmiewa zasady randkowania, ale z drugiej historia cały czas wraca do Gert, a przez to do śmierci Marka. Później było troszeczkę lepiej- być może przywykłam do myśli, że jako taka akcja nie istnieje w tej powieści i po prostu byłam zaintrygowana, jak potoczą się losy Gert. 

Muszę się czepić postaci - o tyle o ile główna bohaterka tylko miejscowo wzbudzała we mnie irytację to jej przyjaciółki były nieznośne. Przysięgam, że jak na kobiety przed trzydziestką miały mentalność zgorzkniałych, napalonych nastolatek, a jedyne, co pojawia się w ich rozmowach to faceci. Mniej więcej w 2/3 książki jedna z nich wyjaśnia Gert, dlatego tak jest, jednak w moim odczuciu to nie zatarło przykrego wrażenia z początków powieści, a Erika i Hallie wydają się po prostu płytkie i zapatrzone w siebie. Choć styl autorki jest wyjątkowo prosty i w większości dość przystępny, to momentami miałam wrażenie, że jest niesamowicie sztuczny. Trochę, jak u aktora, który tak bardzo stara się wypaść przekonywająco, że w efekcie jego ruchy są sztywne, a wygłaszane kwestie zalatują fałszem. W książce Caren Lissner widać to zwłaszcza w niektórych dialogach.

Druga runda choć dobrze się zapowiadała, nie specjalnie przypadła mi do gustu. Zabrakło mi w niej troszeczkę więcej emocji lub humoru - być może jednego i drugiego. Przez to w ciągu całej powieści, choć czytałam o losach głównej bohaterki, jakoś nie mogłam wykrzesać z siebie zainteresowania, co dalej wydarzy się w jej życiu. Moim zdaniem Druga runda ma szansę przypaść do gustu tym fanom literatury obyczajowej, którzy sięgną po nią w długie, leniwe popołudnia.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,14/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 16 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Jęczmyk
Cena (z okładki): 36,99 zł


-Mam dwadzieścia dziewięć lat- powiedziała Erika.
- To wręcz niezdrowo być tak długo bez mężczyzny. 
Moje ciało potrzebuje dotyku przedstawiciela płci przeciwnej.
-To zrób sobie leczenie kanałowe.




Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#43 Recenzja - Ktoś taki jak ty




Są na tym świecie pewne rzeczy, na których się polega. 
A kiedy znikają ze swojego stałego miejsca, traci się wiarę, grunt pod nogami.

Sarah Dessen ujęła mnie Kołysanką, dlatego byłam zachwycona, kiedy zobaczyłam, że Wydawnictwo HarperCollins wydaje kolejną książkę autorki. Nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć, czy ta książka będzie tak dobra, jak ta, którą czytałam ostatnio.

Los zafundował Scarlett szybką lekcję dorastania. Jej chłopak zginął w wypadku, a ona dowiedziała się, że jest z nim w ciąży. Niepokorna i szalona szesnastolatka nie ma pojęcia o odpowiedzialności, a co dopiero o byciu matką. To będzie czas ogromnych wyzwań. Jej najlepsza przyjaciółka Halley zawsze była jej przeciwieństwem. Cicha, poukładana i niezbyt towarzyska, ograniczana przez nadopiekuńczą matkę. Zwykle to ona potrzebowała optymizmu i nieustępliwości Scarlett, jednak teraz role się odwróciły. Halley będzie musiała wesprzeć przyjaciółkę, choć sama ma problem – zakochała się w niewłaściwym facecie. Czeka je trudny krok w dorosłość i prawdziwy sprawdzian z przyjaźni.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To, czym głównie ujęła mnie autorka w Kołysance, to realizm jej historii i ogromnie się cieszę, że z tego, co widzę, jest to jedna z cech jej twórczości. Nie zrozumcie mnie źle - czasami naprawdę lubię zatopić się w książce, gdzie główny bohater to największe ciacho, które momentalnie znajduje dziewczynę, która natychmiast jest w nim zakochana (czyt. schemat na schemacie). Jednak tutaj naprawdę doceniam starania autorki, aby fabuła wypadała dość realistycznie - i udało się jej to. Ktoś taki jak ty to książka dla młodzieży, jednak odniosłam wrażenia, że kierowana jest do nastolatków z powodu wieku głównej bohaterki, natomiast ja podciągałabym ją spokojnie pod powieść obyczajową.

Sarah Dessen skupiła się na pokazaniu, jak może skomplikować się życie nastolatki oraz jak trudno czasem znaleźć kogoś, kto cię wysłucha i będzie wspierać w podjętych decyzjach, nawet jeśli się z nimi nie zgadza. Bardzo podobał mi się realizm tej książki, ponieważ spokojnie mogłam sobie wyobrazić siebie (parę lat młodszą) na miejscu Halley, nie ma tu przesadnej egzaltacji i dramatyzmu. Sarah Dessen udowadnia, że prawdziwe życie też jest na tyle interesujące, że można z niego zrobić książkę. 

Byłam odrobinę przerażona na samym początku - otóż brakowało mi lekkości - tak charakterystycznej w Kołysance - przy wprowadzaniu nowych postaci. Czy często nazywacie znajomych imieniem i nazwiskiem we własnych myślach? Zarówno w tej, jak i poprzedniej powieści jest ich całe mnóstwo, także powinniście zrozumieć moje przerażenie, ale na szczęście to uczucie szybko minęło.  Tym bardziej do wybaczenia, że Ktoś taki jak ty to dopiero druga książka w dorobku pani Dessen, wydana w oryginale cztery lata przed This Lullaby. 

Polubiłam Halley i Scarlet - reprezentują one jedną z tych niewielu przyjaźni (w książkach dla młodzieży), które wydają się naprawdę realne i mogę je sobie wyobrazić w prawdziwym życiu. Dodatkowo raz jeszcze przekonałam się o talencie Dessen do wykreowania całej gamy różnorodnych bohaterów, którzy nie zlewają się w bezkształtną masę, a każdy z nich ma swoje unikatowe cechy i zachowania. Uwielbiam styl pisania autorki, jest prosty i niewymagający, ale jednocześnie idealnie pasuje do bohaterów oraz sprawia, że dosłownie nie zaważałam, kiedy kończę rozdział.

Ktoś taki jak ty to naprawdę bardzo dobra powieść obyczajowa, która przypadnie do gustu każdemu amatorowi gatunku. Moim zdaniem Kołysanka była minimalnie lepsza, ale cieszę się, że nie zawiodłam się na kolejnej ksiażce autorki oraz z przyjemnością sięgnę po inne jej powieści. Jeżeli szukacie dobrej, nieabsorbującej powieści Ktoś taki jak ty na pewno stanie na wysokości zadania. Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: marzec 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 6,75/10
Ilość stron: 256
Okładka: miękka
Data wydania: 16 marca 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Cena (z okładki): 34,99 zł



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska
http://www.harpercollins.pl/ksiazka,2860,ktos-taki-jak-ty.html







#37 Recenzja - Kołysanka



Nie miałam już złudzeń co do miłości.
Była, mijała, i albo pozostawiała po sobie zniszczenia, albo nie.
Niezależnie od treści piosenek, ludziom nie jest dane trwać przy sobie na zawsze.

Ostatnio mam szczęście do dobrych książek, bo chociaż Kołysanka przykuła moją uwagę od samego początku, poniekąd spodziewałam się, że będzie to kolejny, dosyć przewidywalny romans ze schematycznymi dla gatunku postaciami. Jednak już od pierwszych stron musiałam przekreślić swoje wyobrażenia i zatopiłam się w opowieści Sarah Dessen. 

Nic nie wychodzi Remy tak dobrze, jak zrywanie. Rzesza jej byłych chłopaków na pewno by się z tym zgodziła. Trudno ją za to winić, najwyraźniej odziedziczyła tę skłonność w genach. Jej matka, pisarka, właśnie wychodzi za mąż po raz piąty. A ojciec, muzyk, zniknął z jej życia, zanim się urodziła. Jedyną pamiątką po nim jest ckliwy hit Kołysanka, którą dla niej napisał.
Dexter, nowy chłopak Remy, jest jej kompletnym przeciwieństwem. Oderwany od ziemi, niezorganizowany, niepoprawny optymista. Zanim zacznie jej na nim zależeć, Remy musi zrobić to, co umie najlepiej – odejść.
(Źródło: HarperCollins Polska)

Pierwsze słowa, które narzucają mi się po skończeniu tej książki, to że jest to wyjątkowo ciepła opowieść, ale jednocześnie brakuje w niej przesłodzonego optymizmu. Czy to będzie dziwne, jeżeli teraz powiem, że jednocześnie jest bardzo pozytywna? To dlatego, że ciężko nazwać mi uczucie, które po sobie pozostawiła. To wrażenie, odczucie, które sprawia, że jutro wydaje się jaśniejsze, jakby następnego miało miało zdarzyć się coś miłego, drobnostka, która sprawi, że będę miała dobry dzień. Fabuła jest dosyć prosta, dziewczyna spotyka chłopaka, jednak nie chce się angażować, ponieważ wie, że niedługo wyjeżdża na studia. To miła odmiana, że choć raz to Dexter uganiał się za Remy, nie na odwrót, że to ona nie chciała się angażować. Poznajemy bohaterów po ukończeniu szkoły i akcja toczy się przez całe wakacje i, mimo że nie ma tu spektakularnych zwrotów akcji, nie mogłam się oderwać od książki, po prostu musiałam wiedzieć, co będzie dalej. Choć wątek romantyczny między głównymi bohaterami zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan, to nie jedyne, co oferuje ta powieść, dzięki czemu w jakiś sposób wymyka się z nurtu YA i wpada bardziej w powieść obyczajową.

Zawsze uważałam, że dobra fabuła jest bazą pod świetną powieść, ale to, co sprawia, że książka jest naprawdę fantastyczna to postaci, które w niej występują. Sarah Dessen stanęła na wysokości zadania. Trzeba mieć prawdziwy talent, aby w niedługiej opowieści stworzyć wielu bohaterów, którzy nie zlewają się w bezkształtną masę. Ponieważ, chociaż nie ma miejsca na dokładne przedstawienie ich motywów czy zagłębienie się w nich, nie mam żadnego problemu z przypomnieniem sobie imion poszczególnych osób, wszystkie mają swój unikatowy charakter, który sprawia, że szybko zapadają w pamięć. Począwszy od Remy, która zdobyła moja sympatię od pierwszych stron, choć jej podejście do życia jest co najmniej specyficzne. Dziewczyna nie wierzy w miłość, zraziły ją nieudane małżeństwa matki. Tytułowa kołysanka to piosenka, którą pozostawił po sobie ojciec dziewczyny, przekazując jej, że byłaby zawiedziona, gdyby go poznała i to Remy wnosi do każdego związku, który rozpoczyna. Jej dzieciństwo, choć nie było złe, to daleko brakuje mu do typowego ideału - matka pisarka często nie miała czasu dla swoich dzieci i szybko oboje musieli się uniezależnić. Dexter na samym początku wywarł na mnie wrażenie dość dziwnego osobnika, jednak z czasem pokochałam jego podejście do życia, jak i do Remy. Uśmiecham się na samo przypomnienie ich wspólnych momentów, kiedy pedantyczność dziewczyny walczyła z jego roztrzepaniem. Do tego dochodzą przyjaciele obojga, każde ze swoim unikatowym charakterem, razem tworzą mieszankę przy której nie sposób się nudzić. 

Kołysanka była dla mnie idealną odskocznią po tygodniu pełnym egzaminów i stresu. Powieść nie jest zbyt wymagająca, ale pozostawia po sobie to miłe uczucie ciepła, także jest idealną propozycją, jeśli szukacie czegoś lżejszego do czytania. Mogę z czystym sumieniem polecić Wam powieść Sarah Dessen. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: styczeń 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 6,85/10
Ilość stron: 304
Okładka: miękka
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Cena (z okładki): 34,99 zł



- To prawda, że swoje wycierpiałam - odezwała się w końcu. - Prawdą jednak jest także to,
że kochałam i byłam kochana, a to ważne. Moim zdaniem ważniejsze. Gdy patrzę za siebie,
na życie, zawsze dostrzegam, że najważniejsza dla mnie była miłość. [...]
Popełniłam wiele błędów, ale niczego nie żałuję. Przynajmniej nie stałam z boku,
 zastanawiając się, jakby to było naprawdę żyć.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska




Książka przeczytana w ramach wyzwań:




Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka