Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 9/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Addicted. Podwójna namiętność” Krista & Becca Ritchie

On jest tutaj. Ja jestem tutaj.
Niczego więcej nam nie trzeba.
I to jest nasze największe kłamstwo.

Patrząc na okładkę, tytuł i opis nie spodziewałam się za wiele po początku serii Addicted. Trochę problemów, trochę sztampowego romansu i wspólnej ucieczki w stronę zachodzącego słońca. O jakże się myliłam.

Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych. Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami. Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.
To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.
(Źródło: Wydawnictwo W.A.B)

Straszną krzywdę robi tej książce okładka i tytuł - oba sugerują dokładnie to, co opisałam wyżej. Kolejny romans/erotyk, który choć może być przyjemny, nie zatrząśnie moim światem. Ja wiem, że tłumaczenie nazwy zwykle pozostawia wiele do życzenia, ale jakim cudem z Addicted to you powstała Podwójna namiętność? Dodatkowo pośród tak wielu gołych klat na okładach, ciężko się rozeznać, co może być warte uwagi, a co będzie kolejną stratą czasu, przy czym wizualnie książka po postu ginie w tłumie, a długo już nie widziałam okładki, która tak bardzo nie pasowała by do treści. Owszem, w książce znajdują się sceny intymne i jest ona przeznaczona dla osób +18, jednak nijak nie wpasowuje się jako powieść erotyczna - co sugeruje grafika. Nie wspominając, że wydawca kwalifikuje ją jako powieść dla nastolatków, co jest po prostu śmieszne, bo seks i alkohol stanowią główną oś fabuły - więc to raczej oczywiste, że grupa docelowa została określona po prostu tragicznie. Addicted podchodzi pod typowe New Adult, opisując zmagania dwojga młodych ludzi ze swoimi uzależnieniami, przy tym stawiając na bardzo niestandardowy dla tego gatunku seksoholizm. Dlaczego nietypowy? Bo o tyle, o ile na narkomanię czy alkoholizm natykałam się dość często, to jestem prawie przekonana, że to pierwsza książka podejmująca akurat ten temat.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorki opisały nałogowców. Jestem pewna, że już o tym wspominałam, ale nie mogę znieść, kiedy lekarstwem na wszelakie bolączki bohaterów jest miłość, co poniekąd jest powodem, przez który ten gatunek w końcu mi się przejadł. Napad? Znęcanie się? Gwałt? Żaden problem, pocałujemy się parę razy i wszytko będzie z nami ok! Bo przecież terapia i jakiekolwiek racjonalne podejście do problemów jest dla prawdziwych ludzi, a nie książkowych postaci. Ughh, no właśnie nie. To była moja największa obawa, kiedy sięgałam po Addicted - że okaże się kolejną powieścią NA, w której brakuje realizmu, a wszystko będzie szło dokładnie po mojej myśli. Tymczasem autorki poświęcają słuszną cześć fabuły pokazaniu, jak bardzo wyniszczające bywają nałogi i jak ciężko sobie z nimi radzić, czy choćby opanować je. Przy tym nie zapominają o emocjach, czy rozwijaniu portretów nie tylko głównych bohaterów, ale także ich rodziny oraz przyjaciół.

Nie da się zaprzeczyć, że relacja Lily i Lorena, jest mocno dysfunkcyjna, i chociaż w tej historii właśnie o to chodziło, i tak to absolutnie ich pokochałam. Przyjaźń, która ich łączy jest bazą całej fabuły i sprawiła, że mocno trzymałam za nich kciuki, mimo że bardzo szybko można zauważyć, że tych dwoje sobie nie służy. Oboje są tak złamani, że nie wystarczy cała rolka taśmy, żeby posklejać choć jedno z nich, a co dopiero związek, który ich łączy. Ale dzięki temu właśnie Addicted jest tak wciągające i przepełnione emocjami, że choćby na chwilę nie mogłam oderwać się od lektury. Fakt, że tak szybko polubiłam głównych bohaterów, sprawił, że każdą ich decyzję przeżywałam całą sobą, mając niekiedy ochotę zanurzyć się w ich świat i walnąć po łbach (lub rzucić czytnikiem z nadmiaru frustracji). I uwielbiam fakt, że ta książka tak mocno na mnie oddziaływała, nie pozwalając minąć problemów Lili i Lo obojętnie, ale przeżywając każdą ich decyzję. To właśnie jest jeden z moich wyznaczników świetnej powieści, a do tej grupy bez wątpienia trafia Addicted.

Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie, dosłownie zaraz po ostatnim zdaniu, to było mocno zaskakujące "o boże, jakie to było dobre". I musicie mi uwierzyć na słowo, że byłam bardzo zdziwiona, jak bardzo Addicted faktycznie mi się podobało, bo absolutnie nie tego spodziewałam się po tej książce. Krista i Becca Ritchie stworzyły historię dwojga nałogowców, mocno przepełnioną emocjami i ukazującą, jak bardzo niszczące może być uzależnienie oraz że nie bez powodu nazwane jest chorobą. Także nie dajcie się zwieść okładce i opisowi - to nie jest kolejny romans/erotyk i jeśli tego szukacie, to Addicted się nie nadaje. Natomiast jest to absolutnie świetne NA, które pochłonęło mnie bez reszty i pozostawiło dyszącą z niecierpliwości za kolejnym tomem. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7/10
Ilość stron: 368
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 19 września
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Marzena Reyher


Nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. O tym, jak on się czuje. kiedy co noc sprowadzam innego faceta. I o tym, jak ja się czuję, kiedy widzę go pijącego na umór. Powstrzymujemy się od wzajemnych ocen, ale cisza wywołuje między nami nieuniknione napięcie. Tak silne, że czasami mam ochotę krzyczeć. Chowam te emocje w sobie. Nic nie mówię. Każda uwaga dotycząca naszych uzależnień narusza działający tu system.

Recenzja - „Bang” E.K. Blair


Bajka to tylko ładne słowo określające kłamstwo, którym zwodzi się małe dzieci. Fałszywy obraz rzeczywistości, który pozwala wierzyć, że życie jest piękne.

Wybaczcie chwilową przerwę, ale wciągnął mnie remont i dosłownie dopiero teraz znalazłam wolną chwilę, żeby coś naskrobać. Tak to jest, że brak zapasowych recenzji na takie okazje zawsze wychodzi mi bokiem ;). Ale wracając do rzeczy - Bang określiłam jako najlepszą książkę w podsumowaniu poprzedniego miesiąca i obiecałam wytłumaczyć dlaczego. Także po tym krótkim wstępie możecie się domyślić, że niesamowicie mi się podobała, choć nie była to łatwa lektura.

Mówią, że ten, kto mści się na drugiej osobie, traci część swojej niewinności. 
Ale ja nie jestem niewinna. 
Już od dawna. 
Zostałam okradziona z niewinności. Odebrano mi los, który był mi pisany. Duszę, z którą przyszłam na świat. Rubinowe serce osadzone w życiu pełnym nadziei i marzeń.
To wszystko odeszło.
Przepadło.
Nigdy nawet nie miałam wyboru. 
Opłakuję tamto życie. Rozpaczam nad każdym „co by było, gdyby...”. 
Ale z tym już koniec. 
Jestem gotowa odebrać to, co zawsze mi się należało.
Jednak każdy plan ma jakiś słaby punkt. Czasem jest nim serce.
(Źródło: Wydawnictwo NieZwykłe)

Opis Bang jest tak niejednoznaczny, że absolutnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po fabule. Cóż, wątek zemsty był dość oczywisty, ale poza tym unikałam opisów jak ognia, bo chciałam poczuć ten dreszczyk zaskoczenia. Dlatego też sama postaram się unikać nakreślania fabuły, bo tu tkwi cała magia tej książki. Widzicie niewiele jest książek, które faktycznie potrafią mnie zaskoczyć. Poniekąd jest tak dlatego, że z reguły blurb na okładce daje całkiem dobry zarys fabuły. Z drugiej strony tyle już historii przewinęło mi się przez ręce, że potrafię docenić inwencję autora. E.K. Blair stanowczo zasługuje na punkty za oryginalność, bo w Bang praktycznie nic nie toczyło się tak jak myślałam. Także, pomimo że nie wiem czego się spodziewałam po tak niejasnym opisie, nie to dostałam - jakkolwiek dziwnie to brzmi. I to największa zaleta tej powieści, bo dawno tak mocno nie opadła mi szczęka ze zdziwienia.

Co zaskakujące ciężko się to czyta. Nie z powodu stylu autorki, czy języka jakim się posługuje, ale treści. Zwykle jest tak, że zaczynając ciekawa książkę, a Bang bez wątpienia zasługuje na to miano, nie mogę jej odłożyć. Natomiast tu co parę stron potrzebowałam przerwy - podobne uczucie towarzyszyło mi zresztą przy lekturze Miliona małych kawałków. To ten moment, kiedy fabuła robi się zbyt ciężka do przetrawienia na raz i żeby przyswoić nowe dane przydaje mi się taki szybki reset. A mimo to nawet na chwilę nie przeszło mi przez myśl, że mogłabym odłożyć tę książkę nie poznawszy zakończenia. Także robiłam trochę notatek, układałam sobie w głowie nowe informacje odnośnie akcji, zastanawiałam się nad motywami postępowania głównej bohaterki, bo ani one ani cel jej działania jest nieznany dla czytelnika. Tworzy to aurę tajemnicy i poniekąd grozy? Bo jednego byłam pewna od początku - kobieta nie planowała nic miłego. Te uczucia towarzyszące mi od pierwszych stron sprawiły, że siedziałam jak na szpilkach pragnąc poznać jej motywację, a jednocześnie nie chciałam się spieszyć z lekturą.

Co mogę powiedzieć na temat bohaterów? To wręcz śmieszne jak bardzo Ninia wydawała mi się antypatyczną postacią. Nie wiedziałam, co pcha ją do działania i mimo że mnie to ciekawiło, nie potrafiłam obdarzyć jej sympatia przez pierwszą połowę książki. Zżerała mnie ciekawość, czy to się zmieni w dalszej części, czy też będą na nią bluzgać od początku do końca. W końcu doczekałam się trochę więcej faktów na jej temat i powoli ją poznając, mając wgląd na to jak wyglądało jej dzieciństwo, budziło się we mnie współczucie, które jednocześnie nie zmniejszyło niechęci, która odczuwałam dla jej obecnych działań. Gdzieś tam budziła się we mnie nadzieja, że może zaraz będzie lepiej, ale klimat Bang jest taki, że tak szybko jak się zaczynała, tak szybko tez dochodziłam do wniosku, że to się raczej nie wydarzy. Relacje Niny z innymi mężczyznami w jej życiu są dziwne i pokręcone tak bardzo, że sama nie wiedziałam co o nich myśleć. Bennet wprawdzie trochę ginie na tle kreacji Declana i Pike'a, ale skoro już na pierwszych stronach miałam okazję zobaczyć jak bardzo żona go nie cierpi, byłam niesamowicie ciekawa, czym sobie na zasługuje.

Jedyne do czego mogę się przyczepić to wyjaśnienie, będące motorem napędowym działań Niny. Nie wchodząc w szczegóły powiem tylko, że nie podpasywało mi ono zupełnie, chociaż cała reszta była świetna. 

To nie jeden z tych „trudnych” romansów. Bang to książka ciężka i mocno wpływająca na emocje - przez co wyjątkowa. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mocno przeżywałam coś, co czytam. E.K. Blair napisała historię tak bardzo pokręconą, a przy tym tak dobrą, że zaraz po skończeniu lektury sama nie wiedziałam, co o tym myślę. Stanowczo odradzam osobom o słabych nerwach, bo w książce znajduje się całe mnóstwo dosadnych opisów, na które nawet ja nie pozostałam obojętna (a wstrząsnąć mną bardzo trudno). Jeśli jednak macie ochotę na świetnie napisaną, nietuzinkową lekturę, ja z przyjemnością polecam Wam Bang, a sama z niecierpliwością wypatruję kontynuacji.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,9/10
Ilość stron: 400
Data wydania: 20 czerwca 2018 r.
Wydawnictwo: NieZwykłe
Tłumaczenie: Marta Słońska
Cena (z okładki): 38,90 zł



To jak potrzeba, której nie da się zaspokoić, bo nigdy nie masz dość. Jednego dnia idziesz przez życie myśląc, że wszystko jest w porządku - no, a przynajmniej na tyle w porządku, na ile to możliwe - aż tu nagle coś w tobie zaskakuje, po raz pierwszy kosztujesz miłości i zdajesz sobie sprawę, że przez całe życie umierałeś z głodu, ale sam o tym nie wiedziałeś, i że ta jedna osoba jest wszystkim, czego ci trzeba, żeby naprawdę czuć, że żyjesz.

Recenzja - „Siła, która ich przyciąga” Brittainy C. Cherry

Miłość. Uczucie, które sprawiało, że ludzie zarówno wznosili się do chmur,
 jak i upadali na samo dno. Uczucie, które trawiło ludzkie serca, a także spalało ich dusze.
Początek i koniec każdej podróży.

Uwielbiam Brittainy C. Cherry. Swoją przygodę z jej twórczością rozpoczęłam od Kochając Pana Danielsa, a Ogień, który ich spala podbił moje serce, nawet jeśli miałam problemy z relacją głównych bohaterów. Siła, która ich przyciąga po raz kolejny udowadnia mi, że są pisarze po twórczość których mogę sięgać w ciemno i się nie zawiodę. Brittainy C. Cherry można kochać, albo nienawidzić - ja z pewnością zaliczam się do tej pierwszej grupy. 

Z Grahamem Russellem nie byliśmy dla siebie stworzeni. Mną targały emocje, on pogrążony był w apatii. Ja śniłam na jawie, jego trawiły koszmary. Płakałam, podczas gdy jego oczy pozostawały suche. Pomimo jego skutego lodem serca i mojego porywczego temperamentu, czasami łączyły nas chwile. Chwile, gdy patrzyliśmy sobie w oczy, dostrzegając skrywane w nich tajemnice. Chwile, gdy jego usta doświadczały moich obaw, a ja oddychałam jego bólem. Chwile, kiedy wyobrażaliśmy sobie jakby to było, gdybyśmy byli zakochani. Dzięki tym chwilom unosiliśmy się ku chmurom, tam jednak dopadała nas rzeczywistość i jakaś siła zmuszała do zejścia na ziemię. Graham Russell nie był mężczyzną, który potrafi kochać. Ja również nie byłam w tym dobra. Mimo to, gdyby dane mi było znów się zakochać, zatraciłabym się w nim już na zawsze.
Nawet jeśli przeznaczone byłoby nam roztrzaskać się o skały.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem czemu, ale moje krytyczne oko zawsze dostaje zaćmienia, gdy przychodzi do oceny twórczości  Cherry. Także nawet jeśli pieję z zachwytu, to gdzieś tam kołacze mi się myśl, że jej książki nie są idealne - wręcz przeciwnie. Tak jak pisałam we wstępie, można ją kochać albo nienawidzić, jednak istnieje mała szansa, że dacie radę przejść obok tych historii całkiem obojętnie.

W przeciwieństwie do Kochając Pana Danielsa czy Ognia, który ich spala tym razem autorka wybrała dojrzalszą kreacją bohaterów, przynajmniej jeśli spojrzymy na to z perspektywy ich wieku. Połączenie gburowatego pisarza i nakręconej hipiski to coś, co mogło pójść bardzo źle, a jednak  to właśnie różnice pomiędzy Grahamem i Lucy sprawiły, że tak bardzo pokochałam ich relację. Uwielbiam fakt, że autorka poświęciła czas, żeby ich wzajemne stosunki rozwijały się (stosunkowo) powoli, ponieważ trochę czasu upłynęło zanim wystąpiła pomiędzy nimi jakaś cieplejsza wymiana zdań. Dzięki temu ich relacja wydaje się znacznie bardziej autentyczna i choć jestem pewna, że wybaczyłabym autorce miłość od pierwszego wejrzenia (co rzadko toleruję), to cieszę się, że oszczędziła mi tego. 

Bywały momenty, gdy optymizm Lucy niesamowicie mnie irytował, kiedy zamiast tupnąć nogą i się wkurzyć, kobiety nie opuszczało pozytywne myślenie. A z drugiej strony jej charakter tak dobrze równoważył Grahama, że gdyby nie on, to ten związek nie miałby racji bytu. Choć jak przystało na Cherry nie był on usłany różami - bo przecież trzeba dorzucić odpowiednią dawkę dramatów - to Siła, która ich przyciąga podbiła moje serce. Tym razem wprawdzie obyłam się bez chusteczek, ale nie sprawia to, że wspominam tę historię z mniejszym zachwytem, niż pozostałe książki autorki. Kurczę, Cherry ma po prostu coś w swoich powieściach, co siada mi na emocje i sprawia, że te romanse do mnie trafiają. Nie brakuje tu dramatycznych wydarzeń, które utrzymają zainteresowanie czytelnika, a jednocześnie to historia, w której główne skrzypce grają emocje i relacje, nie tylko pomiędzy głównymi bohaterami, ale także ich stosunku z postaciami drugoplanowymi. 
To normalne, że byliśmy od siebie różni. Lucy miała serce na dłoni, moje natomiast skrępowane łańcuchami spoczywało na dnie duszy. Bez namysłu przytuliłem ją mocniej, gdy zaczęła drżeć. Kobieta, która zawsze wszystko czuła, przywarła do mężczyzny, który w ogóle nic nie czuł. Przez ułamek sekundy odczuwałem jej ból, podczas gdy ona czuła mój chłód, ale żadnemu z nas to nie przeszkadzało.
Co mogę więcej powiedzieć? Siła, która ich przyciąga to kolejna książka Brittainy C. Cherry, która pobiła moje serce. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że ostatnio mam gigantyczną słabość do romansów (nawet tych kiepskich), ale ta powieść ma do zaoferowania więcej niż to. To historia Grahama o tym, jak ciężko dopuścić do siebie ludzi oraz Lucy, że otwarte serce skruszy najwyższe mury. Autorka pozostaje w gronie moich ulubieńców, więc pewnie domyślacie się, że gorąco polecam Wam Siłę, która ich przyciąga - jednak w przeciwieństwie do Ognia, których ich spala - tym razem nie tylko jej fanom, ale i przeciwnikom. Kto wie, może ta pozycja odmieni Wasz stosunek do Cherry? 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: styczeń 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 8,27/10
Ilość stron: 380
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 8 listopada 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


– Samotność jest złym doradcą – odparł Graham, siedząc na skraju łóżka. – Jest toksyczna, przeważnie zabójcza. Zmusza ludzi do wiary, że lepiej by im było z samym diabłem niż samotnie, ponieważ bycie samemu oznacza porażkę. W jakiś sposób samotność znaczy bycie niewystarczająco dobrym, często więc trucizna samotności wnika w życie i sprawia, że osoba bierze jakąkolwiek uwagę za miłość. Fałszywa miłość zbudowana na podwalinach samotności nie przetrwa, powinienem był o tym wiedzieć. Przez całe życie byłem samotny.


Recenzja - „Alight. Rozpaleni” Scott Sigler

Tu mieszka śmieć. Śmierć mieszkała też na ,,Xolotlu".
Być może śmierć mieszka wszędzie. 

W zeszłym roku miałam przyjemność poznać twórczość Scotta Siglera, dzięki pierwszej części Trylogii Generacje, czyli Alive. I choć zachwyt widoczny w recenzji tamtej powieści zdążył odrobinę zblaknąć z czasem, wciąż nie mogłam się doczekać, aż w moje ręce trafi kontynuacja. Miałam nadzieję, że autorowi uda się podtrzymać aurę tajemnic i zaskoczy mnie jeszcze niejednym zwrotem akcji.

Recenzja może (i prawdopodobnie) zawiera spojery dotyczące pierwszego tomu.

M. Savage, zwana Em, przewodzi grupie dzieciaków, które obudziły się w dziwacznych trumnach, w tajemniczym pomieszczeniu, nie wiedząc, kim są ani jak się tam znaleźli. Krok po kroku, niebezpieczeństwo po niebezpieczeństwie, odkryli swoją tożsamość i prawdę o tym, co ich czeka. Stworzono ich jako ciała dla Starszych, przeciwko którym się zbuntowali. Znajdują się na statku kosmicznym, który pędzi na planetę Omeyocan, gdzie ma czekać na nich lepsza przyszłość. Ale planeta, na której mają żyć, okazuje się nie być tym wyczekanym i wytęsknionym rajem. Ślady wymarłej cywilizacji są przerażające i złowieszcze, a w dżungli kryje się nowy wróg. I nie ma dokąd uciec. 
Em i jej towarzysze stoją przed wyborem: walka albo śmierć. A gdy w ich szeregach coraz większe poparcie zyskuje niebezpieczny fanatyk wielbiący krwiożerczego boga, naprawdę zaczyna im grozić zagłada... 
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kilkakrotnie już wspomniałam, że jestem zagorzałą fanką fantastyki, jednak z reguły nie obejmuje to literatury science-fiction. Nie przemawiają do mnie podróże kosmiczne, wymyślne technologie oraz różnorakie wersje kosmitów. I pewnie gdybym od początku wiedziała, że to w tę stronę skłoni się Scott Sigler, to wolałabym raczej obejść Trylogię Generacje szerokim łukiem - co okazałoby się ogromnym, wręcz gigantycznym błędem. 

Przychodzi taki moment dla prawie każdego, zagorzałego czytelnika, że wydaje się nam, że już nic nie może nas zaskoczyć. Nadal doceniamy innowacyjne rozwiązania i dobrze skonstruowane światy, ale gdzieś brakuje tego efektu wow i opadania szczęki. Wynika to ilości poznanych książek i przemaglowania wręcz setek scenariuszy, co sprawia, że - przynajmniej w moim przypadku - po zaczęciu każdej nowej lektury, automatycznie pojawia mi się w głowie prawdopodobny tok fabuły. I niestety częściej mam rację, niż się mylę. Pod tym względem Scott Sigler jest rewelacyjnym pisarzem, ponieważ ten autor nie trzyma się utartych schematów i wciąż zrzuca na czytelnika kolejne bomby fabularne. Przy Alight naprawdę nie da się nudzić, bo nie dość, że akcja toczy się niesamowicie wartko, to w dodatku kolejne odsłaniane tajemnice tylko rozbudzały mój apetyt na kontynuowanie tej książki. 

Zarówno tu, jak i w pierwszej części, na plus działa atmosfera panująca w powieści. Z jednej strony mamy wrażenie, że Em dręczy paranoja, a z drugiej jej rozterki są całkiem logiczne. Wraz z główną bohaterką czytelnik zaczyna kwestionować motywy wszystkich wokół, nie mogąc do końca zaufać żadnej z postaci, w tym samej Em. Czytelnik w każdej chwili spodziewa się zagrożenia i wyczekuje tego momentu, gdy autor postanowi odkryć przed nim wszystkie sekrety danego bohatera. Sigler rozpatrując jak wiele łączy Urodzinowe dzieci ze Starszymi stawia jednocześnie pytanie - jak duży wpływ maja na nas wspomnienia? Czy to one i wychowanie determinują ludzi, którymi się stajemy? Czy fakt, że u dwojga ludzi są identyczne, sprawia że stają się one tym samym człowiekiem? Czy jeśli urodzinowe dzieci zostały stworzone w jednym celu, to oznacza, że Starsi mają prawo ich nadpisać? Sam fakt, że po lekturze zostały mi takie rozterki kwalifikuje Alight jako świetną powieść. 

Podczas czytania przyszedł do mnie w końcu taki moment, gdy obserwowałam kolejne nieszczęścia spadające na Em, że miałam ochotę powiedzieć Scott sthap, już wystarczy. Głowna bohaterka, jako przywódczyni musiała sobie radzić z całą masą komplikacji i problemów od momentu wylądowania na Omeyocanie. Jeszcze nie zdąży rozprawić się z jednym, gdy na jej głowę spada kolejny. W dodatku Sigler uczynił ją bardzo ludzką, bo nie dość, że nie wie komu może zaufać, to w dodatku popełnia błędy, jak każdy z nas. Przychodzi taka chwila, że bohater podejmuje jakąś  decyzje a ty masz ochotę wskoczyć do książki, zdzielić go po twarzy i powiedzieć nie, bo wiesz że wyjdzie mu to bokiem. Tak właśnie było ze mną i Em.

Scott Sigler świetnie poradził sobie z zarządzaniem tak dużą ilością bohaterów, a czytelnik w tym tomie zaczyna faktycznie łapać, kto jest kim. Dokładając do tego to, co tak bardzo podobało mi się w Alive - czyli atmosferę grozy, niepewności i paranoi - sprawił, że Alight to nie tylko rewelacyjna kontynuacja, ale po prostu świetna książka. Tu nie będziecie mieli okazji, żeby się nudzić, bo pisarz przygotował dla czytelnika całe mnóstwo zwrotów akcji. Nawet jeśli, tak jak ja, nie jesteście fanami science-fiction, warto dać Trylogii Generacje szansę - być może podbije Wasze serce tak, jak zawładnęła moim. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,2/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 488
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik




Budzi mnie nagły, przeszywający ból.
Otwieram oczy w ciemności. C a ł o w i t e j ciemności. Moje myśli dziwnie blokują się w głowie.
Ból szyi tam, gdzie zaczyna się ramię, już mija. Pamiętam podobne użądlenie, tylko dużo gorsze. Tamtego dnia... miałam zdaje się urodziny? Chyba tak. D w u n a s t e urodziny.
Przeszywa mnie zimny dreszcz - to się już raz zdarzyło.


Alive. Żywi  |  Alight. Rozpaleni

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książki możecie nabyć między innymi na empik.com

#61 Recenzja - Taniec w ogniu



Miłość to zgoda na to, by być złoczyńcą, aby ten, którego kochasz, mógł pozostać bohaterem.

Próba ognia Josepihne Angelini przywróciła mi wiarę w młodzieżową fantastykę. To świetnie dopracowana książka, która budzi mnóstwo emocji i nie pozwala się nudzić, a świetni bohaterowie sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie pozostać wobec nich obojętnym. Nikogo chyba nie zdziwi, że w takim razie absolutnie nie mogłam się doczekać sięgnięcia po kontynuację.

Poza opisem recenzja NIE ZAWIERA spojlerów z poprzedniej części.

,,Jestem czarownicą, a czarownice wzniecają ogień."
Lily wraca do swojego świata i jest gotowa aby ułożyć sprawy z Rowanem. Co prawda omal nie zginęła w płomieniach i musi ukrywać swoją moc, lecz w porównaniu z walkami toczonymi w alternatywnym Salem, jej życie naprawdę układa się dobrze.
,,Myślisz, że jestem potworem, lecz moje wybory, choć wydają się okrutne, są uzasadnione."
Niestety Lillian, bezwzględna władczyni trzynastu miast nie pozwoli Lili odejść tak łatwo. Stara się przekonać Lily do powrotu i znaleźć dla niej drogę do alternatywnego Salem.
(Źródło: Wydawnictwo Jaguar)

Josepine Angelini umieściła w swoich książkach to, co kocham w fantastyce - magię, rewelacyjnie wykreowany świat oraz nietuzinkowych bohaterów. Już Próbą ognia podbiła moje serce, a kontynuacja sprawiła, że trylogia Worldwalker na stałe zapewniła sobie miejsce w gronie moich ulubionych powieści. Taniec w ogniu jest lepszy niż mogłam sobie wyobrazić, ponieważ autorka nie boi się podejmować trudnych decyzji i stworzyła bohaterów, którzy na długo zapiszą mi się w pamięci, a ich decyzje - zarówno dobre, jak i złe - dotykają mnie tak bardzo, jakbym stała tuż koło nich. A to nie lada sztuka. Przy ilości książek, które czytam wcale nie tak łatwo przekonać mnie, że występujące w nich postaci zasługuję na uwagę po zakończonej lekturze. Nawet jeśli ich polubię, najczęściej zapominam o nich zaraz po zapoznaniu się z daną pozycją, tymczasem dzięki Lilian i Rowanowi nawet teraz - już dobrych parę godzin po przeczytaniu Tańca w ogniu - wciąż analizuję ich decyzje i zastanawiam się, co mogliby zrobić inaczej.

To właśnie oni, zwłaszcza Lilian są częściowo odpowiedzialni za wyjątkowość tej powieści. Lady Salem i Lily. Pozornie dwie całkiem różne osoby, ale z drugiej strony obie są wersjami tej samej kobiety. Obie skłonne do poświęceń, nawet za wysoką cenę. Czy Lilian naprawdę jest czarnym charakterem w tej opowieści? Tym razem otrzymałam dużo większy wgląd w jej działania i motywacje, już wiem, co nią kierowało i mimo jej okropnych czynów... rozumiem ją. Potrafiła zmiażdżyć swoje serce i zdusić sumienie, wręcz zaprzedać duszę w imię tej jednej krucjaty, która według niej jest słuszną drogą. To jak bardzo jest niejednoznaczna, czyni z niej absolutny ewenement pośród bohaterów dzisiejszej fantastyki, zwłaszcza tej młodzieżowej, gdzie zbyt często wszystko jest czarne albo białe. Zresztą podobnie jest Rowanem, który podjął decyzje łamiące mi serce, ale i tak rozumiem dlaczego to zrobił. Jest tak bardzo ludzki w swoim strachu przed Splotami, w przerażeniu do czego będzie zdolna Lily, jeśli będzie musiała być tak bezwzględna, jak obecna Lady Salem. Krótko mówiąc Josepine Angelini wykreowała fantastycznych, bardzo ludzkich bohaterów, którzy niezwykle szybko zapadli mi w pamięć i, choć nie zawsze popieram ich decyzje, to właśnie one czynią ich tak wyjątkowymi.

Pokochałam motyw alternatywnych światów, bo szczerze mówiąc to pierwszy raz, kiedy spotykam się z takim jego wykorzystaniem. To sprawia, że zadaję sobie pytanie jak bardzo wpływają na naszą osobowość podjęte decyzje i środowisko, w jakim dorastaliśmy. Ale jeszcze bardziej zachwyca mnie nowatorskie podejście autorki do mocy magicznych, zwłaszcza to, że czarownice są w teorii tak potężne, a jednak praktycznie bezradne bez swoich mechaników. Samo wykorzystanie wolitów, stosu czy ognia, to coś absolutnie wyjątkowego z czym się wcześniej nie spotkałam, jednak uwielbiam ten pomysł i autorkę, za sam fakt, że uwierzyłam, iż można mnie jeszcze zaskoczyć.

Taniec w ogniu to po prostu mistrzowska kontynuacja genialnej powieści - nic dodać, nic ująć. Ma w sobie wszystko to, co kocham i potrafi mnie zaskoczyć, czego chcieć więcej? Josephine Agngelini stworzyła wyjątkową historię, do której jeszcze nie raz wrócę, bo trafiła do grona moich ulubionych serii. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Próbą ognia, zróbcie to teraz, bo tak dobra powieść nie może przejść niezauważona. Gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,2/10 
Ilość stron : 488
Data wydania : 31 lipca 2016 r.
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Jaguar
Tłumaczenie : Dominika Repeczko
Cena (z okładki) : 37,90 zł


Lily spojrzała na melony, które ciągle jeszcze trzymała w ramionach, i poczuła się niedorzecznie.
- Przed chwilą wniosłam do środka naręcze kwiatów, z którym wyglądałam szalenie seksownie.
Ale ty oczywiście musiałeś pojawić się w chwili, gdy niosę melony.


Próba ognia  |  Taniec w ogniu





SPOJLER ALERT!
Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie zdążyła jeszcze przeczytać tej książki, ale po prostu muszę to siebie wyrzucić. Nie mogę znieść zdrady Rowana. Choć w pewnym sensie go rozumiem. Ale, ale... jak on mógł w jednej chwili twierdzić, że kocha Lily, a w następnej odebrać jej wolity? To dosłownie złamało mi serce, bo wcześniej absolutnie go uwielbiałam. Poza tym jak można zakończyć książkę w takim momencie? Ja chcę wiedzieć, o co biega z tym Rojem i co się stało z Lily i jej mechanikami! No i Rowanem... Chlip. Ja chcę kontuację. Teraz. Zaraz.

#30 Recenzja - Mara Dyer. Tajemnica



- Gniewna, wycofana, introwertyczna emoindywidualistka,
która przygląda się wszystkiemu z boku, rysując liście zwiewane z nagich gałęzi i...
- Och, jakie to miłe. Mów dalej!

W czasie wakacji na każdym kroku rzucała mi się w oczy recenzja jednej z książek Michelle Hodkin i każdej z nich towarzyszył zachwyt nad trylogią Mara Dyer, sama musiałam się przekonać dlaczego. Spodziewałam się kolejnego, typowego paranormal romans, książki dobrej, a nie fantastycznej, głównie dlatego, że sceptycznie podchodzę do powieści, którymi wszyscy się zachwycają.

Recenzja może zawierać drobne odniesienia do kolejnych tomów (ale nie spojlery), ponieważ tak jak mówiłam wcześniej, nie będę pisać ich recenzji, a warto szepnąć słowo czy dwa.

Każdy kryje w sobie tajemnicę, wystarczy ją obudzić.
Przyjaciele Mary giną tragicznie w tajemniczym wypadku, który ona sama przeżyła. Dziewczyna pragnąc uwolnić się od bolesnych wspomnień, przeprowadza się z rodziną do nowego miasta. W okół niej zaczynają dziać się tajemnicze zdarzenia, a Mara widzi rzeczy, których nie może tam być. Dziewczyna ma coraz większy problem, aby odróżnić prawdę od urojeń, a pojawienie się w jej życiu przystojnego Noah tylko bardziej wszystko komplikuje. Czy Mara zdąży się dowiedzieć, co dzieje się w jej życiu, zanim komuś stanie się krzywda?

Na samym początku miałam wrażenie, że otrzymam kolejny, zwykły paranormal romans, dlatego jestem bardzo mile zaskoczona przez tę książkę. Nie chodzi mi wcale o to, że nie pojawia się wątek romantyczny, takowy jest i zajmuje dość istotny element fabuły, ale nie o tym jest opowieść. Na całe dwa dni wciągnęła mnie historia Mary i przez jakiś czas nie mogłam się oderwać od jej opowieści. Jest coś takiego w tej książce, poza wątkiem fantastycznym, co wyróżnia ją wśród NA. Najczęściej tajemnice w fabule zagęszczają się mniej więcej do połowy książki, po czym większość z nich powoli się wyjaśnia, natomiast książce Michelle Hodkin tych sekretów na samym początku jest całe mnóstwo, po czym na każdy jeden, na który czytelnik otrzymuje odpowiedź przypada pięć nowych. Stwarza to niesamowity klimat tych książek, ponieważ łączy on całą serię i jest jej znakiem rozpoznawczym. 

Bohaterowie są przyjemni, jeśli tak mogę to nazwać. Raczej żaden nie podkradł mojego serca, ale są bardzo dobrze wykreowani, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowi. Przede wszystkim przypadł mi do gustu cierpki humor i brak przesłodzonych scen między główną parą (niektóre dialogi to złoto w czystej postaci), jednak wszyscy mają swoje indywidualne cechy, które sprawiają, że wyróżniają się między sobą i ciężko ich pomylić. Mara być może nie zostanie moją ulubioną postacią, jednak nie irytowała mnie i z przyjemnością obserwowałam jej przemianę na przestrzeni trzech tomów. Doceniam, że autorka stara się by jej postaci ewoluowały razem z fabułą, a nie tylko płynęły z prądem. Ukłony należą się natomiast za styl pisania, który stworzył (o czym już wspominałam) niesamowity klimat tych książek. To właśnie on sprawia, że nie mogłam się rozstać ze światem wykreowanym przez Michelle Hodkin, tylko od razu pochłonęłam całą serię. To zdecydowanie nie są książki, gdzie mogę sobie pozwolić na przyjemność dozowaną, ponieważ ta opowieść wciąga szybko i mocno do miejsca, gdzie rzeczywistość przestaje mieć aż takie znacznie i liczy się tylko odkrycie tajemnic z przeszłości Mary.

Książka jest poniekąd niewolnikiem gatunku, w jakim jest napisana - ciężko opędzić się od schematów, które są jego wyznacznikiem. Moim zdaniem autorce się to udało, w ważnych kwestiach zdecydowanie miała swój pomysł, finał również był genialny, w życiu nie pomyślałam, że tak się potoczą wydarzenia, kiedy zaczynałam pierwszy tom. Jednocześnie nie oparła się pokusie ulegnięcia tym maleńkim, na przykład najbogatszy chłopak w szkole, czy przyjaciel gej, Mimo to, mogę je wybaczyć, ponieważ potrafiła mnie zaskoczyć przy głównej linii fabularnej, a to nie często się zdarza w tym gatunku. 

Jeżeli szukacie dobrego, nietypowego paranormal romas (i nie macie nic przeciwko literaturze młodzieżowej) gorąco Was zachęcam do sięgnięcia po całą trylogię Michelle Hodkin. Wprowadzi w Was w pełen tajemnic świat, który pochłonął mnie bez reszty i nie wypuścił przez długi czas. Jest to zdecydowanie jedna z tych książek, z którymi po prostu trzeba się zapoznać.

Moja ocena: 8/10
Moja ocena serii: 9/10


Skończyłam czytać: październik/listopad 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,7/10
Ilość stron : 412
Data wydania : 10 września 2014 r.
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : YA!
Tłumaczenie : Małgorzata Fabianowska
Cena (z okładki) : 39, 99 zł
Naprawdę nie nazywam się Mara Dyer, ale mój prawnik powiedział, że powinnam się na coś zdecydować. Na jakiś pseudonim. Nom de plume, tak to się nazywa. Wiem, bo uczyłam się o tym. Dziwnie jest mieć fałszywe imię i nazwisko, ale wierz mi – to i tak jest najbardziej normalna rzecz w moim obecnym życiu. Pewnie niepotrzebnie ci o tym piszę. Ale gdyby nie mój długi jęzor, nikt nie miałby pojęcia, że siedemnastolatka, która uwielbia Death Cab for Cutie, mogłaby popełnić morderstwo. Nikt by nie wiedział o istnieniu pewnej porządnej uczennicy, która przyczyniła się do śmierci kilku osób. Dlatego ważne jest, że ty to wiesz. Dzięki temu nie staniesz się następną ofiarą. „Mara Dyer” Nowy Jork
Strona 1


Książka bierze udział w wyzwaniu

#27 Recenzja - Zapach ciemności




Tak wyglądał ich taniec: ona z nim walczyła, on ją ranił, ona płakała... on czuł się jak gówno.



Skończyłam czytać : listopad 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 8,74/10
Ocena z empik.com : 4.9/5
Ilość stron : 535
Data wydania : 4 listopada 2015 r.
Okładka : miękka 
Wydawnictwo : Czwarta strona
Tłumaczenie : Agnieszka Brodzik
Cena (z okładki) : 39,90 zł


Na początku działalności bloga przeczytałam książkę, której nie miałam zamiaru nawet recenzować. Myślałam, że będzie to kolejny, banalny erotyk (nie jest to mój ulubiony gatunek) i w życiu nie spodziewałam się, że mi się się spodoba, a co więcej, że będę z niecierpliwością oczekiwać kontynuacji. Po lekturze Zapachu ciemności mogę powiedzieć, że warto było czekać, bo historia Olivii i Caleba raz jeszcze porwała moje serce.

Recenzja NIE ZAWIERA SPOJLERÓW z poprzedniego tomu.

Jeżeli „Dotyk ciemności” Cię zaskoczył, to po lekturze „Zapachu ciemności” będziesz porażona. Jeszcze nigdy miłość i przemoc nie były tak blisko…
Oswobodzony z seksualnej niewoli przez pakistańskiego oficera, Caleb jest obciążony długiem, który można odkupić wyłącznie krwią.
Droga będzie długa i pełna niepewności, lecz los Caleba i Livvie wkrótce się przesądzi. Czy Caleb wyrzeknie się ukochanej na rzecz zemsty? Jaka jest cena rozgrzeszenia?
 (źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona)

Ponownie ciężko mi pisać tą recenzję. Zapach ciemności wstrząsnął mną, pozostawił po sobie kotłujące się, sprzeczne emocje, choć w większości bardzo pozytywne. Dlaczego sprzeczne? Ponieważ historia opisywana przez C.J. Roberts jest trudna i skomplikowana, momentami wręcz przerażająca, a mimo to i tak ogromnie mi się podoba. Z jednej strony mam ochotę krzyczeć na Olivię, że jest taka naiwna, z drugiej jednak gorąco kibicuję jej relacji z Calebem. Patrzę na tę książkę przez pryzmat tego, iż jest to fikcja literacka, gdzie autor ma dowolność w kreowaniu myśli oraz uczuć bohaterów i dokładnie tak postanowiłam ją odbierać. 

Dotyk ciemności dawał malutki przedsmak, tego co wydarzy się w tej części, ale nie spodziewałam się sposobu, w jaki autorka powadzi akcję. Mianowicie książka zaczyna się około trzech miesięcy po wydarzeniach kończących tom pierwszy, a czytelnik nie ma pojęcia, co doprowadziło do tego, że Olivia przebywa w szpitalu, w towarzystwie agentów FBI. Dziewczyna opowiadając swoją historię zagłębia się w wydarzenia, które doprowadziły do tego momentu. Ten zabieg niesamowicie mi się spodobał, ponieważ sprawił, że pochłonęłam książkę dosłownie w jeden wieczór, absolutnie nie mogłam się oderwać, bo chciałam poznać wszystkie sekrety, które skrywa Livvie. Historia jej i Caleba zdecydowanie przełamuje tabu, zastanawia jak wiele można wybaczyć i pokazuje, że nikt nie rodzi się zły.

Nie jestem głupia Reed. Wiem, że zgotował mi koszmar, przecież go przeżyłam. Ale mówię ci, potwory się nie rodzą, potwory ktoś stwarza. I ktoś stworzył Caleba. Ktoś go pobił, przez kogoś okrutnie cierpiał, a jedyna osoba, która mu pomogła zrobiła z niego mordercę.

Cieszy mnie, że autorka  postawiła na coś więcej niż tylko seks w swojej książce, choć to erotyk. Potrafiła sprawnie wpleść wątki fabularne, które są naprawdę dobrze dopracowane i sprawiają, że jest to tak wyjątkowa pozycja. O ile w pierwszej części akcja skupiała się głównie na Calebie i Olivii, w tym tomie dostajemy wiele nowych postaci, które stają się ważną częścią fabuły oraz skrywają swoje własne tajemnice, a każdy z nich ma unikatowy charakter, dzięki czemu miałam wrażenie, że czytam o realnych osobach. Mam tu na myśli zwłaszcza agenta Reed'a, którego polubiłam od samego początku, chyba głównie za pewien szorstki sposób bycia.

C.J. Roberts ma wyjątkowo przyjemny w odbiorze styl pisania. Mimo trudnej tematyki i dość sporej ilości stron książkę czyta się przyjemnie i szybko. Zwłaszcza przypadła mi do gustu trzecioosobowa narracja, która skupia się na opowiedzeniu historii z perspektywy Olivii, Caleba (co znam z pierwszej części), ale swoje pięć minut dostaje również agent Reed, dzięki któremu możemy być na bieżąco, że śledztwem. 

Zapach ciemności to genialna powieść, która wywołuję całą gamę sprzecznych emocji, a przez to na długo zapada w pamięć. Książka pozostawiła mnie emocjonalnym wrakiem i do teraz ciężko mi zebrać myśli, ale co do jednej rzeczy nie mam wątpliwości - warto się z nią zapoznać. Gorąco polecam, choć osoby o słabych nerwach powinny się dwa razy zastanowić, czy na pewno chcą się zagłębić w ten mroczny, trudny świat.

Moja ocena : 9/10



Nie zniosę tego dłużej, Caleb. Próbowałam, ale nie mogę - mówiła przez łzy.
Za każdym razem, kiedy myślę, że się zastanowiłeś. Za każdym razem, 
kiedy pozwalam sobie mieć nadzieję... ty mnie miażdżysz. Rwiesz mnie na strzępy!
Czasami myślę sobie, że cię nienawidzę. Czasami mam co do tego pewność.
A mimo to! Mimo to, Caleb, kocham cię.


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.
Klik


Książka przeczytana w ramach wyzwania : 








#5 Recenzja - Moje życie od teraz


,,Najgorsze było to, że czułam się całkiem dobrze.
To znaczy, tak jak zawsze. Ale przecież to nie była prawda.
Mój organizm oszukiwał mnie na każdym kroku, przekonywał
mnie i wszystkich w naokoło, że jestem zdrowa, że nic mi nie jest.
I dlatego nienawidziłam go jeszcze bardziej."

Co jeśli jeden błąd zmieni całe twoje życie? Przekreśli plany i nadzieje, przerzuci do góry nogami wszystkie twoje priorytety i marzenia... Jak się przystosować? Co powiedzieć najbliższym? Przede wszystkim jak przestać winić samą siebie?

Lubię pozycje, które opowiadają o prawdziwym życiu. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy, kiedy wypatrzyłam tę książkę na Lubimy Czytać był wielki napis na czerwonym tle ,,Historia nastolatki zakażonej wirusem HIV". Pomyślałam, że pewnie będzie to kolejna, łzawa historia, która i tak skończy się happy endem jak większość dzisiejszych powieści - zwłaszcza tych dla młodzieży. Czyli ogólnie nic specjalnego... Jestem zachwycona, że się myliłam.  

Lucy jest normalną nastolatką. Ma cudownego chłopaka, oddanych przyjaciół, kochający dom i teatr, jako swoją życiową pasję. Wszystko idzie dobrze, aż do momentu kiedy zaczyna się walić... Ty zostawia ją dla najgorszego wroga dziewczyny, a matka, którą widziała tylko parę razy pojawia się na progu rodzinnego domu. Jak tu nagle poradzić sobie z natłokiem uczuć, kiedy ma się wrażenie, że nawet rozmowa z najlepszym kumplem nie pomoże? Lucy wybiera jedną noc swobody - trochę tańca, parę drinków... Tylko, żeby na chwilę o wszystkim zapomnieć. Nie spodziewa się, że cena, którą będzie musiała za to zapłacić, będzie tak wysoka...

Jessica Verdi porusza temat, który - jak mogłoby się wydawać - został przemaglowany już wiele razy, o którym wszyscy powinniśmy mieć już jakieś pojęcie. Problem HIV, AIDS porusza się w każdej szkole na biologii, wychowaniu do życia w rodzinie, edukacji seksualnej... Jak zwał tak zwał. Wszyscy w krajach rozwiniętych mają styczność z tą tematyką już od młodości. A jednak każdego dnia przybywa osób, które są nosicielami wirusa. Moim zdaniem autorka bardzo dobrze wybrała sposób dotarcia do ludzi, zwłaszcza młodych. Książka jest napisana przejrzystym, prostym językiem, a wykreowane postaci są bardzo realistyczne. Nie ma tu idealizacji świata przedstawionego, co dla mnie jest ogromnym plusem w tego typu powieściach, ale z  zapisanych kart dosłownie wylewają się uczucia. Muszę się przyznać, że nie zwracałam specjalnej uwagi na styl czy bohaterów pobocznych (zatraciłam się w historii Lucy) więc nie jestem w stanie nic o tym napisać. Jednak nie żałuję, bo dzięki temu mogłam się skupić na przesłaniu książki - jeden błąd może zmienić całe twoje życie. Jedyne co mnie irytowało to wiek głównej bohaterki, bo jej zachowania sugerują raczej osobę starszą, także być może mniej by mnie to raziło gdyby była powiedzmy ze 2 lata starsza.

Polecam tą pozycję absolutnie wszystkim. Nie dlatego, że jest bez wad, ale ponieważ zmusza do refleksji. Przynajmniej tak było w moim przypadku.

Moja ocena : 9/10

Skończyłam czytać : 5 lipca 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,03/10
Ocena z empik.com : 4,9/5
Okładka :  miękka
Ilość stron : 267
Data wydania : 15 stycznia 2014
Wydawnictwo : Ole
Cena (z okładki) : 39,99 zł 
,,Zaraza HIV/AIDS szerzyła się w najlepsze, a mimo to
niewiele się o tym mówiło. Przynajmniej nie w ten sam
sposób jak dziesięć, dwadzieścia lat temu.
Spoczęliśmy na laurach."




PS. Aktualnie można ją nabyć na empik.com za mniej niż 16 zł

#3 Recenzja - Drugi grób po lewej


,,Nie kupuj  sobie kłopotów.
Są za darmo i wiedzą, gdzie mieszkasz.
T-shirt"

Kłopoty z pewnością nie odpuszczają naszej ulubionej kostusze. Po ,,Drugi grób po lewej" autorstwa Daryndy Jones sięgnęłam zaraz po przeczytaniu pierwszej części przygód Charley czyli książki ,,Pierwszy grób po prawej", której recenzję znajdziecie tutaj. 

Nie wiem, czy też tak macie, ale u mnie jest tak, że jeżeli podobała mi się pierwsza część dowolnej serii, to sięgając po następną zdaję sobie sprawę, iż druga może być jeszcze lepsza - wtedy najczęściej saga zdobywa moje serce, choćby dalej było tylko gorzej - albo nudna jak flaki z olejem, bo autorowi zabrakło jednak pomysłu - wtedy zdarza mi się po prostu zakończyć przygodę z serią. Oczywiście miałam nadzieję, że książka Daryndy Jones będzie zaliczać się do pierwszej z tych grup. I dzięki bogu tak właśnie jest ;) 

Pisanie recenzji kolejnych tomów, ma to do siebie, że niechcący można zdradzić sekrety fabuły poprzednich części, także niewtajemniczonych odsyłam do Pierwszego grobu po prawej, gdyż nie mogę obiecać, że przypadkowo nie przeczytacie czegoś, czego nie chcecie wiedzieć ;)

Charley to Charley i no cóż... Ma talent do pakowania się w kłopoty, niekiedy (często) grożące jej życiu - choć nie tak łatwo ją zabić. Tym razem na prośbę Cookie, angażuje się w poszukiwania jej przyjaciółki Mimi. Sprawa jest niepokojąca, gdyż kobieta znika w tajemniczych okolicznościach, a osoby, które kiedyś ją znały padają jak muchy. Do tego nasza kostucha ma też swoje prywatne śledztwo - musi znaleść Reyesa, aka Wielkiego Złego aka Syna Szatana, zanim zostanie pozbawiony (albo sam się pozbędzie) swojego fizycznego ciała. Mimo tego, nadal pojawia się przy niej, kiedy tylko go potrzebuje. Charley rusza do akcji (brawurowo, w kapciach w kształcie króliczków), ale musi się spieszyć, czasu jest coraz mniej.

Jestem absolutnie oczarowana drugą częścią ,,Pierwszego grobu po prawej", dawno nie czytałam tak dobrej kontynuacji. Co jeszcze mogę napisać, gdy jestem taka zadowolona? :D Ucieszyła mnie większa ilość Reyesa, autorka zdecydowanie idzie w dobrą stronę, nie przeciąga scen kryminału kosztem braku rozwoju właściwej fabuły. Poniekąd sama sprawa Farrowa jest zagadką detektywistyczną, jednak tak sprawnie skonstruowaną, że gdybym nie musiała się zastanowić co napisać, nawet tak bym tego nie nazwała, tylko potraktowała jak każdą inną tajemnicę. Piszę to z myślą o osobach, którym w pierwszej części nie przypadł do gustu ten wątek lub ogólnie nie przepadają za kryminałami. Pisałam poprzednio też o bohaterach drugoplanowych, tym razem niby nic takiego się nie dzieje, ale byłam usatysfakcjonowana rąbkiem, który odchyliła autorka. Nadal króluje sarkazm i cięte komentarze, humor i śmiech. Jednak gdzieś obok autorka wystawia ciężką amunicję - między innymi sprawa z ojcem Charley, kłótnie pomiędzy kostuchą a Synem Szatana, no i zakończenie... Znowu. Czy tylko mnie tak zabolało to co zrobiła?

Mam tylko jedno zastrzeżenie i to do tłumaczki, nie autorki (mam nadzieję) - co się stało z Holenderką? Apeluje o trochę konsekwencji, skoro taką decyzję podjęto do pierwszej części, a tłumaczy się serie, to wypadałoby się tego trzymać...

Podsumowując jeżeli podobała ci się pierwsza część przygód Śmierci, lub nie jesteś pewna, czy ci się podobała i wahasz się czy zakupić drugą, mam dla Ciebie jedną radę : Idź do księgarni, biblioteki, strony internetowej i kup ,,Drugi grób po lewej". Teraz. Zanim przemówi głos rozsądku i stwierdzisz, że nie masz pieniędzy na następną książkę. Ja z niecierpliwością czekam na premierę trzeciej części (uff, dobrze, że to niedługo) i gorąco, gorąco zachęcam do przeczytania całej serii Daryndy Jones.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać : 1 lipca 2015 r.
Ocena z lubimyczytac.pl : 7,82/10
Ocena z empik.com : 4,7/5
Okładka : miękka
Ilość stron : 385
Data wydania : 19 lipca 2013 r.
Wydawnictwo : Papierowy Księżyc
Cena (z okładki) : 37,90 zł


,,Reyes uniósł odzianą w rękawicę dłoń do mojej twarzy.
 Żar, który z niego emanował, pieścił mnie jak gorący jedwab.
-Zabić cię? - zapytał aksamitnym głosem [..] - To by było jak zdławić słońce."



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka