Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 8/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Birthday girl” Penelope Douglas

Czas mija szybciej od wystrzelonej kuli, a strach podsuwa mam wymówki. Pragniemy ich, bo powstrzymują nas od zrobienia tego, co powinniśmy zrobić. Nie wątp w siebie, nie podważaj własnych decyzji i nie pozwól, aby strach cię przed czymś powstrzymał.

Z twórczością Penelope Douglas miałam okazję zetknąć się przy okazji lektury Corrupt i no cóż... to była miłość od pierwszego wejrzenia - czy też rozdziału. Nie ważne, rozumiecie o co mi chodzi, prawda? Dlatego zatarłam ręce z radości na widok informacji, że Wydawnictwo NieZwykłe zamierza podjąć się wprowadzenia jej powieści na nasz rynek i dosłownie jak na szpilkach wyczekiwałam kuriera, aby dostarczył mi to cudeńko. Nie pamiętam, kiedy z taką niecierpliwością czekałam na jakąś premierę. Czy było warto?

Jordan
Przygarnął mnie, gdy nie miałam dokąd iść. Nie wykorzystuje mnie, nie rani ani o mnie nie zapomina. Nie traktuje tak, jakbym była niczym. Nie bierze mnie za pewnik. Nie sprawia, że czuję się zagrożona. Nie zapomina o mnie. Śmieje się razem ze mną. Patrzy na mnie. Słucha. Broni. Zauważa. Czuję na sobie jego oczy, gdy razem jemy śniadanie. Kiedy wraca z pracy, moje serce zaczyna bić szybciej na dźwięk parkującego na podjeździe samochodu. Muszę to zatrzymać. To się nie może wydarzyć. Siostra powiedziała mi kiedyś, że porządni faceci nie istnieją, a nawet jeśli na jakiegoś trafię, to i tak pewnie będzie zajęty. Sęk w tym, że to nie Pike Lawson jest zajęty. Tylko ja.
Pike
Przygarnąłem ją, bo myślałem, że jej pomagam. W zamian czasem coś ugotuje i trochę posprząta. Jasny układ. Szybko zrozumiałem, że to wcale nie będzie takie proste. Muszę się powściągać, by o niej nie myśleć i przestać wstrzymywać oddech za każdym razem, gdy trafiamy na siebie w domu. Nie mogę jej dotknąć i nie powinienem tego pragnąć. Jednak za każdym razem, kiedy nasze ścieżki się przecinają, ona coraz bardziej staje się częścią mnie. Nie możemy sobie na to pozwolić. Ma dziewiętnaście lat, a ja trzydzieści osiem. Jestem ojcem jej chłopaka. I tak się niefortunnie składa, że oboje właśnie wprowadzili się do mojego domu.
(Źródło: Wydawnictwo NieZwykłe)

Dziewiętnastoletnią Jordan życie szybko zmusiło do porzucenia dziecięcych marzeń i wzięcia losu w swoje ręce. Dziewczyna utrzymuje się sama i mieszka ze swoim chłopakiem, z tym że Cole, w przeciwieństwie do niej, lubi imprezować i wydaje się dość zagubiony i beztroski. Historia Pika i Jordan (bo nie ma co ukrywać, że to o nich jest ta opowieść) rozpoczyna się jednego, dość nieznaczącego wieczora. Dziewczyna kończy zmianę w pracy, ale Cole zapomina ją odebrać, więc postanawia wybrać się na wieczorny seans, skoro są jej urodziny. Tam spotyka nieznajomego, który dum, dum, dum jest tatą jej faceta (choć jeszcze o tym nie wie). Po jednym wybryków Cole'a para jest zmuszona wyprowadzić się z domu, więc jego ojciec proponuje im, żeby zatrzymali się w jego domu. W zamian mają pomagać Pike'owi w pracach domowych i odkładać na nowe mieszkanie. Jednakże żadne z nich nie spodziewało się skutków tej decyzji.

Całe wieki temu (takie przynajmniej mam wrażenie) czytałam Dręczyciela, który nie dorastał do pięt Corrupt, choć nadal był dobrą książką. Jak zatem w zestawieniu z tymi tytułami wypada Birthday gril? Hmm... okazuje się tak świetną historią, jak na liczyłam - dokładnie taką, której mogłabym się spodziewać po Penelope Douglas. Autorka ma wyjątkowy talent do przedstawiania trudnych romansów, takich gdzie na drodze wspólnej drodze do szczęścia bohaterów stoi wiele przeszkód i bardzo dobrze go wykorzystała przy historii Pika i Jordan. 

Birthday girl to rewelacyjny romans w stylu slow burn, w którym Douglas umiejętnie buduje napięcie pomiędzy bohaterami. Pokochałam sposób w jaki autorka zdecydowała się przedstawić ich relację - cegiełka po cegiełce dokładając do łączącego ich uczucia. To sprawiło, że z przyjemnością śledziłam ich bardzo realne losy. Dlatego też, nawet mimo dzielącej ich różnicy wieku, gorąco im kibicowałam. Razem z nimi odczuwałam targające nimi rozterki, dylematy, wzloty i upadki. Akacja jest tak poprowadzona, że dosłownie nie mogłam się rozstać z tą powieścią od pierwszej do ostatniej strony i pochłonęłam ją w jeden wieczór.

Uwielbiam Pike'a i Jordan, to para naprawdę świetnie wykreowanych bohaterów. Dziewczyna jest bardzo dojrzała, a jednocześnie w jej zachowaniu da się dostrzec przebłyski wskazujące na jej faktyczny wiek. Cieszę się, że autorka na siłę nie próbowała z niej zrobić kobiety w wieku Pike'a, zamkniętej w młodym ciele. To stanowczo nadaje tej historii realności, ponieważ relacja bohaterów mimo że nie jest typowym tabu, to z racji powiązań i różnicy wieku, nie jest również mile widziana. Pike... ach Pike. To dokładnie mój typ męskiego bohatera - odpowiedzialny, stanowczy, opiekuńczy. Co zabawne od pierwszych stron zestawienie z nim Cole'a sprawiło, że nie sposób było nie kibicować Pike'owi i Jordan. Napięcie pomiędzy tą dwójką iskrzy od pierwszego spotkania i autorka umiejętnie podsyca je przez całą powieść.

Wraz z zamknięciem ostatniej strony w mojej głowie pojawiła się jedna myśl - o mój boże, jakie to było dobre. Penelope Douglas stworzyła fantastyczny romans, który wciągnął mnie od pierwszego rozdziału i nie wypuścił aż do ostatniej strony. Birthday girl to świetna książka, do której jeszcze na pewno powrócę, bo jest tam wszystko, co lubię - rewelacyjni bohaterowie, dobrze poprowadzony wątek romantyczny i akurat wystarczająco dramatów, że nie sposób się przy niej nudzić. Ja pozostaję fanką pióra Douglas i gorąco polecam Wam Birthday girl, bo naprawdę warto to przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: styczeń 2019 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,07/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 470
Data wydania: 9 stycznia 2019 r.
Wydawnictwo: NieZwykłe
Tłumaczenie: Maciej Olbryś
Cena (z okładki): 43,90 zł


Nie chciałam niczego zmieniać ani nie pożądałam czegoś, czego nie miałam. 
Chciałam tylko czuć się tak następnego dnia. I następnego.
Czuć się kimś wyjątkowym, kimś, o kimś ktoś pamięta. Czuć się szczęśliwa.
On sprawia, że czuję się szczęśliwa.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu NieZwykłe

Recenzja - „Gdybym wiedziała” Rebecca Donovan

Wszyscy jesteśmy przeklęci - absolutnie każdy z nas.
Naszą zgubą nie okażą się wcale nieodparte chęci czy uzależnienia. To nie przez chciwość ani pragnienie wylądujemy na kolanach. Nasze przekleństwa wpaja nam się jako zalety; ideały, do których powinniśmy dążyć. Tyle że to są właśnie cechy uznawane za najbardziej zaszczytne, powodujące największe zniszczenie.

Rebeccę Donovan większość zapewne kojarzy z serii Oddechy, z którą ja nie miałam okazji się zapoznać. Zabierałam się i zabierałam, ale jakoś zawsze mi nie po drodze. Natomiast całe lata temu, gdzieś na początku działalności bloga czytałam (i recenzowałam) jej powieść Co, jeśli... Historia ta, nawet jeśli zatarły mi się jej szczegóły, zostawiła po sobie na tyle miłe uczucie, że bez wahania sięgnęłam po najnowszą książkę autorki. I kurczę powiem Wam, że nie spodziewałam się to będzie tak dobre...

W rodzinie Lany każda kobieta ma pewną, wydawałoby się, dobrą cechę – która jednak przynosi jej tylko nieszczęście. Wiara, Zaufanie, Życzliwość i Odwaga niszczą ich życie, chociaż powinny je budować. Klątwą Lany jest absolutna szczerość. Dziewczyna przeczuwała, że ta cecha może ją kiedyś zniszczyć, ale nie miała pojęcia, jak dramatyczne będą tego okoliczności. Gdy mimowolnie staje się świadkiem strasznych wydarzeń, decyduje się milczeć, sądząc, że prawda i tak jej nie uratuje. Niestety, biegu wydarzeń nie da się zatrzymać. Oskarżenia padają na nią, a to doprowadza ją tam, gdzie nigdy nie chciała wrócić… Musi stać się zamkniętym wulkanem milczenia, odrzucenia, tajemnic i braku miłości. Czy z tej sytuacji jest w ogóle jakiekolwiek wyjście? Czy Lana ma szansę uratować chociaż siebie? A może wszystko zniszczy eksplozja wulkanu?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Zacznę od tego, że absolutnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po tej książce - opis jest tak tajemniczy i niejednoznaczny, że równie dobrze mogła to być fantastyka, romans, thriller czy powieść obyczajowa, więc tym bardziej byłam zaintrygowana, co właściwie przygotowała Rebecca Donovan. Pierwszym zaskoczeniem były podziękowania, które pojawiły się gdzieś przed połową - okazało się, że w ramach jednego tomu Wydawnictwo Feeria tak naprawdę uraczyło czytelników dwiema książkami: Gdybym widziała oraz Znając ciebie. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo dopiero w tamtym momencie faktycznie zaczęłam się wciągać w akcję. Pierwsze sto stron było raczej niemrawe, jakoś nie przemawiała do mnie ta historia i najzwyczajniej w świecie nudziło mi się. Za to po przekroczeniu tej magicznej bariery okazało się, że już nie mogę się oderwać. 

Gigantycznym atutem tej historii jest jej wyjątkowy klimat. Sekrety mnożą się mnożą, a odpowiedzi jak ze świecą szukać. To sprawia, że wokół bohaterów narasta aura podejrzeń i niepewności, nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a gdzie ukrywa się wróg. Tajemnicze wiadomości, dziwne zdarzenia... nikt nie jest bezpieczny, a Lana nie wie komu ufać, a więc my również nie. To jest właśnie to, co tak bardzo wyróżniło tę powieść na tle innych książek młodzieżowych i dokładnie dzięki temu tak bardzo mi się podobała. Rebecca Donovan wprowadziła cały wachlarz postaci drugoplanowych, a że wszyscy budzili moje podejrzenia, doprawdy miałam w kim wybierać. Pisarka  nie dostarcza czytelnikowi praktycznie żadnych odpowiedzi, a dokładając jedną tajemnicę do drugiej, sukcesywnie buduje z nich cały mur - a ja nie mogę się doczekać aż on runie. Samą powieść czyta się wręcz błyskawicznie, po pierwsze dzięki bardzo płynnemu stylowi autorki, a po drugie chcąc poznać odpowiedzi, właściwie gonimy akcję. Dawno nie doświadczyłam tego magicznego uczucia, że chce przerzucić całą lekturę do ostatniej strony i sprawdzić, jak to się wszystko skończy. 

Mój jedyny problem to wiek bohaterów. W momencie rozpoczęcia tej historii Lana ma 15/16 lat, a zachowuje się jak dysfunkcyjna dwudziestoparolatka. Z ręką na sercu, żeby móc całkowicie cieszyć się tą historią, bo naprawdę, naprawdę chciałam, świadomie postanowiłam zignorować ten fakt. Trzy lata więcej i nawet by mi to nie przeszkadzało, a tak zupełnie mi to nie grało. Autorka albo powinna darować sobie niektóre zachowania bohaterów albo podwyższyć ich wiek, żebym nie miała przed oczami dzieci z flaszkami. 

Gdybym wiedziała okazało się znacznie bardziej interesującą książką, niż zakładałam. Mimo niemrawych początków, świetny klimat oraz otaczające fabułę tajemnice, sprawiają że w tej historii nic nie jest oczywiste, a ja nie mogłam się od niej oderwać. Rebecca Donovan pokazała mi nieco inne oblicze niż znałam, nie skupiając się praktycznie wcale na wątku romantycznym i niesamowicie mi się ono spodobało. Ze swojej strony mogę gorąco polecić Wam tę książkę, jeśli tylko jesteście w stanie przymknąć oko na nieodpowiedni wiek bohaterów. Ja z niecierpliwością wypatruję kontynuacji. 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: grudzień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,83/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 504
Data wydania: 28 listopada 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Monika Wisniewska
Cena (z okładki): 39,90 zł

Nie chcę do nikogo należeć. Nie jestem niczyją własnością. Tak wiele razy byłam świadkiem, jak jedna osoba zatraca się w drugiej. Nie identyfikuje się już jako osobny człowiek, ale jako my. Dopóki jedno z nich nie oznajmia, że my to za mało i odchodzi, bo w końcu zawsze tak się dzieje. Ja nie zatracę się w nikim. Dzięki temu, kiedy ten ktoś odejdzie, nie zabierze mnie razem z sobą.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Maybe someday” Collen Hoover


Dziwne, czasami wystarczy, że ktoś nas przytulał kilka minut, żebyśmy potem już nigdy nie czuli się tak samo. W chwili, gdy ten ktoś wypuszcza cię z objęć, czujesz się tak, jakby zabrał ze sobą jakąś część ciebie.

Ponad rok temu w recenzji Ugly love napisałam, że moja przygoda z twórczością Collen Hoover dobiegła końca i pewnie byłaby to prawda, gdyby nie to, że zanim to powiedziałam, na mojej półce wciąż zalegało Maybe Someday. Zakładam, że ta książka czekałaby na swoją kolej jeszcze dłużej, gdyby nie to, że podczas przeprowadzki znalazła się na samej górze pudła i to właśnie ją zgarnęłam do czytania w aucie. Jak się udało moje spotkanie z kolejną książką Hoover?

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Już o tym wspominałam, ale napiszę jeszcze raz - byłam pewna, że książki Collen Hoover po prostu nie są dla mnie. Przy Hopeless, Pułapce uczuć czy wspomnianego wcześniej Ugly love nie uznałam je za nic więcej niż po prostu urocze historie. Nie mogłam się zżyć z bohaterami, a ich dramaty zamiast dotykać mnie żywego, wcale nie wpływały na moje emocje, bo bądź co bądź byłam pewna, że wyjdą z nich i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca. I to trochę śmieszny zarzut, bo przecież książek bez happy endu szuka się jak igły w stogu siana. Stąd też nigdy nie nazwałam Hoover złą pisarką, ale odpuściłam sobie jej twórczość. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się... że ta książka naprawdę mi się podoba. 
Czasami potrzebujemy złych dni, żeby spojrzeć z właściwej perspektywy na te dobre.
Maybe someday opiera się na zagmatwanym romansie, a przy tym brak jej typowych dla tych historii gigantycznych dramatów, bo i losy Ridge'a i Sydney jest wystarczająco skomplikowane bez nich. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że chłopak zdradza ją z najlepszą przyjaciółką aka współlokatorką i została bez domu. Ridge jest utalentowanym muzykiem, który świetnie pisze muzykę, ale przeżywa blokadę twórczą i nie może ułożyć do niej tekstów. Teksty do piosenek w zamian za zakwaterowanie - taką umowę zawierają bohaterowie. I w tradycyjnej książce tu właśnie rozpoczynałby się płomienny romans, gdyby nie to, że to właśnie nie jest aż tak tradycyjny romans. Tu zakończę swój wywód o fabule, bo reszty musicie dowiedzieć się sami - przecież nie mogę zdradzić wszystkich niespodzianek.
Nie chcę się z nią żegnać, skoro tak naprawdę wcale nie chcę, żeby odchodziła.
Za to mogę powiedzieć, że bohaterowie podbili moje serce. Nie są idealni, oboje mają swoje słabości, ale to chyba właśnie to tak mnie w nich urzekło. Sydney to silna dziewczyna, która stara się pozbierać po paskudnym rozstaniu i ułożyć sobie życie na nowo. Za to Rigde ma poukładane życie - cel, przyjaciół, zespół - wszystko komplikuje się właśnie po poznaniu Sydney. I choć były momenty, kiedy naprawdę go nienawidziłam, to uczciwie przyznam, że podbił moje serce. Jasne, popełnił mnóstwo błędów, będących skutkiem gównianych decyzji, ale kurczę jest w nim coś takiego, co sprawiło, że trzymałam za niego kciuki do samego końca. Czytelnik ma okazję zerknąć na fabułę z perspektywy obu bohaterów, bo narracja jest prowadzona dwutorowo, a rozdziały z perspektywy Sydney i Ridge'a przeplatają się. To daje nam okazję do poznania uczuć ich obojga, dzięki czemu fabuła sporo zyskuje. 

Całość dopełniają piękne teksty piosenek, które pojawiają się co parę rozdziałów. Tak jak wiersze z Pułapki uczuć raczej nie przypadły mi do gustu, tak te idealnie się wpasowały się w fabułę Maybe someday i były po prostu piękne. Całość dopełnia naprawdę lekki styl Hoover, który chwaliłam już poprzednio, nawet mimo rozczarowania treścią. Kolejne rozdziały dosłownie przelatują między palcami, więc całość czyta się bardzo szybko. Dodatkowo pisarka bardzo plastycznie operuje historią, płynnie przechodząc między wątkami, co nie pozwala się nudzić. No i na dodatek do mojego zeszytu trafiło kilka nowych, wspaniałych cytatów. 
Często usiłujemy ukryć nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać. Ludzie skrywają emocje, zupełnie jakby ujawnienie ich było czymś złym.
Jestem zdziwiona, że ta książka tak bardzo mi się podobała. Po poprzednich, nieudanych podejściach do książek Hoover Maybe someday pewnie przeleżałaby na półce jeszcze trochę, a ja nie wiedziałabym jak świetną historię tracę. A ta, choć do pewnego stopnia przewidywalna i tak trzymała mnie w napięciu, na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać. Okazało się, że to była idealna książka, żeby zacząć wakacje - nie tak ciężka jak dobra fantastyka i nie typowe, denne, odmużdżające romansidło. Jeśli jesteście fanami Collen na pewno Was nie zawiedzie. A jeśli, podobnie jak ja, nie zachwycała Was poprzednia twórczość autorki, to zachęcam do dania jej kolejnej szansy. Kto wie, może nie tylko dla mnie okaże się przyjemnym zaskoczeniem? 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,28/10
Ilość stron: 440
Okładka: miękka z zakładkami
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł


And if I can’t be yours now
I’ll wait here on this ground
Till you come, till you take me away
Maybe someday...

Recenzja - „Gniew i świt” Renée Ahdieh

- Małożonko. - Skinął głową.
- Mój władco.
Doczekam jutrzejszego zmierzchu. Nie popełnię błędu.
Przyrzekam, dożyję tylu zachodów słońca, ilu będzie trzeba.
I zabiję cię.
Własnoręcznie.

Są takie książki, że wystarczy tytuł oraz krótkie spojrzenie na okładkę, żebym wiedziała że po prostu muszę je przeczytać. Do tego grona zaliczał się właśnie Gniew i świt. Jeszcze przed premierą i przed pierwszymi recenzjami wiedziałam, że ta powieść po prostu musi do mnie trafić. Nie bez znaczenia był też fakt, że absolutnie uwielbiam motywy Baśni tysiąca i jednej nocy, Szeherezady Aladyna itp.

Jedno życie, jeden świt.
W krainie rządzonej przez młodego, żądnego krwi władcę, każdy poranek przynosi cierpienie kolejnej rodzinie. Khalid, osiemnastoletni kalif Khorsanu, jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, by o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Kiedy ofiarą Khalida pada szesnastoletnia przyjaciółka Shahrzad, dziewczyna poprzysięga mu zemstę i zgłasza się na jego kolejną oblubienicę. Shahrzad zamierza nie tylko ujść z życiem, ale też raz na zawsze zakończyć okrutne panowanie kalifa.
Noc za nocą, Shahrzad mami Khalida, snując zachwycające historie i odwleka swój koniec, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że kolejny świt może okazać się jej ostatnim. Z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pałacu z marmuru i kamienia nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Shahrzad zamierza odkryć prawdę. Jest gotowa odebrać życie Khalida i tym samym odpłacić mu za tak wiele skradzionych istnień.
Czy miłość zwycięży w świecie pełnym niesamowitych historii i mrocznych sekretów?
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem dlaczego, ale aż trzy razy podchodziłam do tej powieści. Nie mogłam się przekroczyć magicznej bariery 10 stron, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko. Z jakiegoś powodu już przy tych początkowych kartkach ogarniało mnie dziwne przeczucie, że Gniew i świt okaże się ogromnym rozczarowaniem. Teoretycznie nie miałam temu żadnych konkretnych przesłanek, a mimo to przebrnięcie przez pierwsze 30 stron okazało się nie lada wyzwaniem. 

Czasami autor wrzuca czytelnika sam środek akcji i to rewelacyjnie się sprawdza. Natomiast Renée Ahdieh lekko ten zabieg nie wyszedł tak jak powinien. Wiele postaci i przeskakiwanie między wątkami sprawiły, że nie mogłam się odnaleźć w zamyśle autorki, zwłaszcza dokładając do tego całkiem egzotyczne miejsce akcji. Mnogość bohaterów na początku powoduje problem, ze zorientowaniem się kto jest kim. Przez to niejednokrotnie musiałam cofnąć się o parę stron, żeby upewnić się, że to pierwszy lub kolejny raz, kiedy słyszę o danej osobie.  Jakkolwiek dziwnie to brzmi, miałam problem z odróżnieniem ludzi od zwierząt? Głównie z powodu tego, że już przez pierwszy rozdział pojawia się mnóstwo imion, które ciężko dopasować.

Jednak to wszystko, co opisałam wyżej trwało tylko przez początek powieści. Autorce od pierwszych stron udaje się dobrze oddać klimat, którym rozgrywa się akcja, a jest on iście magiczny. Dokładnie takiej otoczki oczekiwałam sięgając po tę powieść i na tym się nie zawiodłam. Poza tym im dalej w las tym lepiej. Złapałam się na tym, że z niecierpliwością odwracam kolejne strony, chcąc się dowiedzieć, co się dalej wydarzy. Historia snuta przez Szahrzad urzekała mnie w podobnym stopniu co kalifa. Autorka nie zdradzając planów dziewczyny umiejętnie buduje napięcie oraz sprawia, że czytelnik nie może doczekać się co będzie dalej. Bo choć czytelnik dobrze wie, że Szahrzad jako główna bohaterka nie może zginąć na samym początku powieści to i tak, wraz z nią, z obawą oczekuje kolejnego świtu. Z każdym kolejnym rozdziałem sieć niebezpieczeństw zaciska się, sprawiając że wręcz nie sposób oderwać się od Gniewu i świtu. Autorka nie daje czytelnikowi prawie żadnych odpowiedzi, dokłada tylko sekretów, które zagęszczają fabułę. Z niecierpliwością czekałam na jakiekolwiek wskazówki, jednocześnie próbuje sama rozwikłać zagadki, podsuwane przez pisarkę. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że pokochałam głównych bohaterów, a postaci drugoplanowej są naprawdę fantastyczne, zwłaszcza Despina i Dżalal.

Summa summarum choć Gniew i świt mógł okazać się gigantyczną klapą - co przeszło mi przez myśl na początku historii - okazało się, że wystarczyło dać jej trochę czasu, żeby zupełnie zdobyła moje serce. Nie jest to książka bez wad, można by dyskutować na temat wieku bohaterów, czy potęgi wybaczenia lub miłości, ale mnie ta opowieść zdobyła. Jestem niesamowicie zaintrygowana, jak autorka zdecyduje się pokierować losami Szahrzad i Khalida, ponieważ zakończenie pozostawia w niepewności i zaostrza apetyt na kontynuację.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,2/10
Ilość stron: 460
Okładka: miękka
Data wydania: marzec 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


Kiedy wsunęła palce w jego włosy, by przytulić się nieco mocniej, zamarł na sekundę,
bo oboje wiedzieli, że zostali zgubieni. Straceni na zawsze.
W tym pocałunku.
Pocałunku, który wszystko zmieni.

Niektóre rzeczy istnieją w naszym życiu jedynie przez krótką chwilę. I musimy pozwolić im odejść, by oświetlały inne niebo.

Recenzja - „Dzikie serca” Suzanne Young



- Może ja umiem tylko walczyć.
- A może ja walczę po tej samej stronie co ty?

Suzanne Young pokochałam za Plagę samobójców, czyli jedną z najlepszych dystopii, z którymi się zetknęłam. Nie brakowało tam dramatycznych zwrotów akcji czy bolesnych dla czytelnika rozwiązań, a to wszystko zostało okraszone całkiem nowatorskim pomysłem. Dlatego nikogo chyba nie zdziwię, jeśli powiem, że gdy zobaczyłam nazwisko autorki przy najnowszej propozycji Wydawnictwa Feeria nie mogłam się oprzeć i po prostu wiedziałam, że muszę przeczytać Dzikie serca. Czy było tak dobrze jak ostatnio? 

Savannah dzieli swoje życie na szkołę i opiekę nad młodszym bratem. Życia nie ułatwia jej ojciec alkoholik i ciotka, która chce zabrać jej Evana, a do tego wszystkiego zaczyna się jej naprzykrzać nowy szkolny kolega. Dziewczyna jest zdecydowana radzić sobie sama, ale Cameron powoli burzy jej mury. Czy Savvy znajdzie w sobie siłę, żeby wpuścić go do swojego życia?

Savannah musi bardzo się starać, żeby jej życie nie rozpadło się na kawałki. Przebiła ołówkiem na wylot rękę swojego ekschłopaka Patricka i z diagnozą "problemy z kontrolą gniewu" trafiła do Brooks Academy, szkoły dla uczniów wyrzuconych z innych placówek. Nieważne, że zrobiła to, bo drań wyśmiewał się z jej młodszego, upośledzonego brata... a braciszek jest dla niej najważniejszą osobą na świecie. Dziewczyna desperacko usiłuje zająć się nim sama, bo ich matka dawno odeszła, a ojciec alkoholik nie radzi sobie nawet z własnym życiem. Dla dobra chłopca opiekę nad nim chce przejąć ich ciotka (która już spisała Savvy na straty), na co dziewczyna za nic nie chce pozwolić. 
Co gorsza, Patrick nie zamierza zapomnieć o tym, co mu zrobiła.
Dlatego nie szuka dodatkowych kłopotów i gdy Cameron, kolega z Brooks Academy, ale pochodzący z totalnie innego świata, próbuje zburzyć mury wokół niej, Savvy nie chce pozwolić sobie na zaufanie mu. Bo może się okazać, że wszystko, co z takim trudem próbuje trzymać w ryzach, rozpadnie się z hukiem. Ale jak to zrobić, kiedy jedyne, co się ma, to dzikie serce?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Suzanne Young umie grać na emocjach czytelnika - i to jeszcze jak. Ponownie zostałam przez nią wciągnięta w historię tak przepełnioną uczuciami, że każde kolejne wydarzenie z życia Savannah głęboko mnie dotykało. Razem z bohaterką przeżywałam małe wzloty i coraz większe upadki, bo sposób w jaki napisana jest ta historia, nie pozwala się od niej zdystansować. To historia dziewczyny która zbyt szybko musiała dorosnąć. Poświęciła się z miłości dla brata i oddała tak wiele, że nie starczyło już dla niej samej. A mimo to Savy ceni sobie krótkie chwile z przyjaciółmi i stara się wyszarpnąć choć okruch normalności, wiedząc, że następny dzień znów da jej popalić. Autorka tym razem wchodzi w dużo realniejszą scenerię niż w przypadku Plagi, bo nie uświadczymy to żadnych elementów paranormalnych - to po prostu książka o dziewczynie, która zrobiłaby wszystko dla swojego młodszego braciszka i chłopaku, który stara się zburzyć jej mury. Nie jest kolejna płytka książka o nastoletniej miłości. Nawet jeśli ten wątek się pojawia, nie jest to główna oś fabuły, a bardziej jej zwieńczenie. Suznnne Young skupia się głównie na pokazaniu, jak trudne, mimo miłości, jest życie z Evanem i jak wiele można poświęcić w imię tego uczucia oraz że czasami... to po prostu nie wystarcza. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niewielka objętość tej powieści - po tak rozbudowanym opisie i mając na uwadze poprzednie książki autorki, podświadomie spodziewałam się czegoś znacznie grubszego. I jestem odrobinę rozczarowana, że tak nie jest. Moim zdaniem można było wycisnąć z tej historii trochę więcej, choć teoretycznie nie jestem zawiedziona tym, jak się potoczyła. Akcja zaczyna się w Brooks Acakedmy. To oznacza że poza opisem czytelnik musi cierpliwie czekać na odsłonięcie kolejnych faktów, bo wpadamy w sam środek akcji - wręcz mogło by się wydawać, że na początku zabrakło jakiegoś rozdziału. Nie ma za wiele informacji jak wyglądało życie Savvy zanim dźgnęła Patricka, a w sumie chciałabym się tego dowiedzieć, żeby faktycznie mieć porównanie "przed" i "po". Dlatego, że ze strzępków wiadomości, które dostałam, wynika, że ta różnica naprawdę istniała. 

Ta króciutka książka, choć może się wydawać niepozorna, kryje w sobie mnóstwo emocji. Suzanne Young raz jeszcze stanęła na wysokości zadania, tworząc historię absolutnie wyjątkową, a Dzikie serca na długo zapadną mi w pamięć. Uwielbiam twórczość autorki i na pewno sięgnę po inne jej książki, bo za każdym razem jestem urzeczona. Ze swojej strony gorąco mogę Wam polecić Dzikie serca.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,59/10
Ilość stron: 263
Okładka: miękka
Data wydania: 26 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young 
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 32,90 zł



Przyjaciele czekają, aż zrobię kolację, a ja dzielę się z nimi swoją porcją. Wszyscy siedzimy przy stole jak jedna rodzina - dysfunkcyjna, ale jednak rodzina. Evan, patrząc na nas, uśmiecha się. A ja myślę sobie, że może wszystko się ułoży. Kiedy jest tyle miłości, wszystko musi się jakoś ułożyć.



Za egzemplarz do recenzji  dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Wymyśliłam Cię” Francesca Zappia



Jeśli nic nie jest prawdziwe, jakie to ma znaczenie? Żyjesz tutaj.
Czy to nie czyni tego wystarczająco prawdziwym?

Od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam zapowiedź Wymyśliłam cię, wiedziałam - a przynajmniej miałam nadzieję - że będzie to wyjątkowa opowieść. Nie tylko z powodu tematyki, z jaką do tej pory nie dane było mi się spotkać, ale po prostu ogarnęło przeczucie, że to będzie dobra książka. Nie doświadczyliście tego choć raz? 


Rzeczywistość, jak się okazuje, często nie jest tym, czym się wydaje.
Oto Alex, maturzystka i absolutnie niewiarygodna narratorka, która czasami nie potrafi odróżnić prawdziwego życia od złudzenia. Codziennie walczy, by rozpoznać, co jest prawdą, a co nie. Uzbrojona w swój aparat fotograficzny, z młodszą siostrą u boku, Alex prowadzi codzienną wojnę ze swoją chorobą – schizofrenią – starając się pozostać przy zdrowych zmysłach na tyle długo, by dostać się do college’u. I nieźle jej idzie: poznaje nowych ludzi, chodzi na imprezy i… zakochuje się. Tylko co z tego jest prawdą?
Alex przywykła do tego, że jest umysłowo chora. Nikt nie przygotował jej na normalność...

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kończy się moda na to, żeby książkowi bohaterowie byli piękni i idealni. Świadczy o tym choćby popularność takich gatunków jak Young czy New Adult, w których to postaci najczęściej są po traumatycznych przeżyciach (odciskających na nich bolesne piętna) czy też cierpią na ciężkie schorzenia. Co jeśli jednak pójdziemy o krok dalej i obarczymy naszą bohaterkę chorobą psychiczną i halucynacjami? Okazało się, że dzięki temu powstała całkiem niebanalna opowieść. 

Francesca Zappia pokusiła się na zafundowanie Alex schizofrenii, a przez to na zakwestionowanie otaczającej jej rzeczywistości. A skoro dziewczyna jest narratorką tej historii, to ta niepewność odnośnie tego, co jest prawdą, a co złudzeniem, dotyka również czytelnika. W przypadku niektórych rzeczy widzianych przez Alex, zarówno ona, a przez to i odbiorca, nie ma wątpliwości, że jest to tylko halucynacja, jednak inne zaskoczą Was równie, co ją. Fakt, że autorka naprawdę potrafiła mnie zszokować, stosując nierzadko bolesne rozwiązania, zdecydowanie świadczy na plus tej książki. Bardzo satysfakcjonujący jest fakt, że Francesca Zappia potrafiła połączyć w swojej historii wątki zawierające śmiech, smutek, miłość, radość, melancholię... wszystko stworzyło zgrabną i ogromnie urzekającą mieszankę. Choć zaczynając lekturę poniekąd spodziewałam się, że będzie to głównie romans zawierający przebłyski choroby Alexandry, to wcale tak nie jest. Wątek miłosny jest niewielki, bardzo subtelny i tylko uzupełnia tę opowieść 

Nie będę się rozwodzić nad realnością przedstawionej tu choroby. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to powinno wyglądać. Po drugie... po prostu nie do końca mnie to obchodzi. Fakt faktem, że Alex momentami wydawała się zbyt "normalna", jak na dziewczynę chorującą na schizofrenię, ale trzeba docenić starania autorki w zaprezentowaniu bohaterki z chorobą psychiczną. Do kompletu z Alexandrą miałam okazję zapoznać się z całą gamą innych wspaniałych postaci takich jak Miles, trojaczki czy nawet Tucker. Każdy z nich ma swój unikatowy charakter i coś takiego w sobie, dzięki czemu czytelnik szybko zapała do nich sympatią, choć nie zawsze będzie popierał ich decyzje.  

Nie da się też nie wspomnieć o prześlicznym wydaniu. Teoretycznie każdy fan literatury wie, że nie ocenia się książki po okładce, ale w praktyce którego książkoholika nie cieszy piękna oprawa graficzna. W przypadku tej powieści nie dość, że oprawa przyciąga wzrok, to w środku czekają na czytelnika drobne rysunki przy początku każdego z rozdziałów, sprawiając że wyjątkowo zawartość, dostała równie ładną dekorację. 

Za każdym razem, gdy mam ochotę dać sobie spokój z literaturą młodzieżową - ostatnio po lekturze Fatalnej listy - znajduje się książka, która skutecznie odciąga mnie od tego zamierzenia. Tym razem jest to Wymyśliłam Cię. Francesca Zappia udowadnia, że można napisać w tej niszy coś wyjątkowego, chwytającego za serce i zapadającego w pamięć. Lektura tej książki była czystą przyjemnością, toteż polecam Wam ją naprawdę gorąco.

Moja ocena: 8+/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,93/10
Ilość stron: 392
Okładka: miękka
Data wydania: 11 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Cena (z okładki): 37,90 zł


"Czy to był Błękitnooki?"
Złapałam magiczną kulę zgadulę numer osiem i, pocierając ręce,
zerknęłam w okrągłe okienko z odpowiedzią.
Zbyt wcześnie, aby powiedzieć.
Co za wykrętna sucz.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Ogień, który ich spala” Brittainy C. Cherry


Dusza chłopaka stała w płomieniach, spalała każdego, kto się do niego zbliżył.
Dziewczyna podeszła nietrwożna popiołów, którymi przeznaczone było im się stać.

Minęły prawie dwa lata od kiedy zakochałam się w Kochając Pana Danielsa i po raz pierwszy dałam się porwać Brittainy C. Cherry w emocjonalny wir. Choć z perspektywy czasu (i przeczytanych książek) dziś chyba byłabym bardziej krytyczna, to wspominam to jako jedną z najlepszych powieści tamtego roku. Długo zabierałam się za kolejną powieść autorki i mimo że czekają na mnie jeszcze dwie inne, to było coś takiego w tym tytule, że to właśnie on przyciągnął mnie do siebie jako pierwszy.

Był sobie kiedyś chłopiec, którego pokochałam. 
Logan Francis Silverstone był moim zupełnym przeciwieństwem. Kiedy tańczyłam jak urzeczona, on podpierał ścianę. Przeważnie milczał, podczas gdy mnie trudno było uciszyć. Uśmiech przychodził mu z wysiłkiem, natomiast ja unikałam smutku.
Pewnej nocy dostrzegłam ciemność, która czaiła się głęboko w nim. 
Każdemu z nas czegoś brakowało, jednak razem mieliśmy wszystko. Z obojgiem było coś nie tak, ale obok siebie zawsze czuliśmy, że wszystko jest jak należy. Byliśmy jak spadające gwiazdy przecinające nocne niebo w poszukiwaniu życzenia, modlące się o lepsze jutro.
Aż do dnia, w którym go straciłam. Jedną pochopną decyzją zaprzepaścił nasz związek.
Był sobie chłopiec, którego pokochałam. 
I przez kilka krótkich chwil - trwających tyle co oddech, co szept - pomyślałam, że może i on mnie kocha.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Jednego zdecydowanie nie można odmówić twórczości Brittainy C. Cherry - mianowicie emocji. Ta kobieta wie jak pisać, żeby poruszyć czułą strunę w moim wnętrzu i udało jej się to już kolejny raz. Wprawdzie nie zalałam się strumieniem łez, jak w przypadku Kochając pana Danielsa, jednak i Ogień, który ich spala wycisnął ze mnie kilka słonych kropel. Historia Alysse i Logana wręcz kipi od uczuć i nie sposób się zdystansować od ich losów, tragedii oraz prób, z którymi przyszło im się zmierzyć w ich młodym życiu. I jasne, można by dyskutować, że autorka może wyolbrzymia pewne sytuacje czy cechy, ale to jedna z tych powieści, które źle się analizuje... a wspaniale czyta. Ponownie dałam się przepuścić przez emocjonalną wyrzynarkę i autentycznie nie chcę się roztkliwiać nad szczegółami, bo jej powieści trzeba po prostu poczuć. Dać się oczarować wspaniałym cytatom i zatopić się w delikatnej mgiełce smutku, która emanuje z kartek, popuścić trochę wodze realizmu i wciągnąć się w świat, na który przyszło nam rzucić okiem. 

Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zagubieni. Poranieni. Złamani. Wszyscy staramy się zrozumieć, o co chodzi w życiu. Czasami czujemy się bardzo samotni, ale przypominamy sobie o kręgu najbliższych. Ludziach, którzy czasami nas nie znoszą, ale nigdy nie przestaną kochać. Ludziach, którzy pomogą bez względu na to , ile razy spieprzymy i ich odepchniemy. To nasz krąg. Ci ludzie i te zmagania to mój krąg. Zatem tak, upadamy, ale robimy to razem. Podnosimy się również razem. Uporawszy się ze zmaganiami, płaczem i bólem, idziemy naprzód krok za krokiem. Bierzemy kilka głębokich oddechów i odprowadzamy się nawzajem do domu.

Mam problem z bohaterami tej książki, bo o tyle o ile rodzeństwo głównych bohaterów było całkiem dobrze wykreowane, to mam wrażenie, że autorka trochę spłaszczyła Alysse i Logana. Na potrzeby tej historii byli idealni - on napędzany własnym cierpieniem, a ona zawsze gotowa go wesprzeć. I to mój bardzo subiektywny punkt widzenia. Bardziej obiektywnie? Lo potrafił być prawdziwym dupkiem dla dziewczyny, która podobno stanowiła centrum jego świata. Poniekąd go rozumiem, ponieważ wychował się w takim, a nie innym środowisku i życie z uzależnioną matką i obelżywym, brutalnym ojcem go ukształtowało, ale czasami jego zachowanie było poniżej pasa. Natomiast w przypadku dziewczyny... wydawać by się mogło, że jej życie zaczyna i kończy się na Loganie. Dziewczyna nie zważała na własne uczucia i stanowczo zbyt łatwo wybaczała mu wcale nie małe przewinienia. I powtórzę to raz jeszcze - na potrzeby tej, konkretniej historii nawet nie wiem, czy oczekiwałabym czegoś innego, ale też nie potrafię do końca wyłączyć swojego obiektywizmu.

Haj. Najwspanialsze z moich uniesień...
Lo. Najboleśniejszy z moich upadków...

Styl pisarki jest specyficzny - niekoniecznie określam go tak dlatego, że spotykam się czymś takim po raz pierwszy. Książki Brittainy C. Cherry są dla mnie istną kopalnią cytatów, bo pisze ona bardzo plastycznie, skupiając się nie tyle na opisach, ale emocjach i zmaganiach wewnętrznych bohaterów. Zdarza się jej za bardzo egzaltować ich wypowiedzi oraz wkładać w ich usta kwestie, które znacznie bardziej pasowałyby dużo dojrzalszym postaciom. Takie zagranie w 80% przypadków kończy się klęską i sprawia, że zdegustowana kręcę głową. Natomiast autorka należy do pozostałych 20, gdzie daję się oczarować jej wyobraźni i pochłaniam każde słowo. Na fabułę czytelnik ma okazję zerknąć zarówno oczami Alysse jak i Logana, bo rozdziały z ich perspektywy przeplatają się. To dobry zabieg przy takim naszpikowaniu uczuciami, bo pozwala dostrzec, jak właściwie wyglądało życie głównych bohaterów, nawet gdy nie byli razem.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Brittainy C. Cherry umie mną potrząsnąć i sprawić, że jej historie odciskają na mnie na tyle wyraźne piętno, że fragmenty kołaczą mi się w głowie do kilku dni po zakończonej lekturze. Nie jestem wprawdzie tak bezkrytyczna, jak dwa lata temu - w czasie gdy czytałam jej ostatnią powieść, ale nadal pozostaję pod urokiem twórczości autorki i emocji, której we mnie wywołuje. Ogień, który ich spala zdecydowanie przypadnie do gustu jej fanom i prawie na pewno zawiedzie przeciwników, także sami musicie sprawdzić, do której grupy należycie.

Moja ocena: 8-/10

Skończyłam czytać: luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 450
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 25 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł



Chcę ciebie. Chcę blizn. Chcę oparzeń. Chcę twojego bałaganu.
Twoje blizny, twoje oparzenia, twoje pokręcone życie, tylko to mam w sercu.
Jesteś wszystkim czego pragnę i potrzebuję. Twój ból jest moim bólem.
Twoja siła jest moją siłą. Twoje serce łączy się z moim. [...]
Chcę cię całego, tego, co dobre i tego, co złe. Chcę twojego bólu i złości.
Jeśli przejdziesz przez piekło, przez całą drogę będę trzymać cię za rękę.
Jeśli w naszym życiu wciąż będzie płonął ogień, spalimy się razem. [...]
Jesteś moim odwiecznym płomieniem.

Recenzja - „Co mnie zmieniło na zawsze” Amber Smith


Moje ciało to komnata tortur. To pierdolone miejsce zbrodni. Wydarzyły się tutaj potworne rzeczy.
Nie warto o tym mówić, nie warto tego komentować, nie na głos. Nigdy.

Co mnie zmieniło na zawsze to jeden z tych tytułów, na premierę których naprawdę wyczekiwałam, a jednocześnie bałam się, że zawiedzie moje oczekiwania. Dlaczego? Mimo, że nie jestem fanem NA, to i tak lubię ten gatunek, ale irytuje mnie, że jedynym lekarstwem na wszelkie zło, które dotknęło bohaterów jest miłość. Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po tej powieści, ale poprzednie doświadczenia nauczyły mnie podchodzić ostrożnie do książek o tej tematyce.

Eden miała czternaście lat, kiedy ON zniszczył jej dotychczasowe życie. Była tylko dzieckiem, którego niewinność odebrano w ciągu jednej chwili, gdy zgwałcił ją najlepszy przyjaciel jej brata, będący praktycznie członkiem rodziny. Dziewczyna wie, że powinna komuś o tym powiedzieć, ale w tej jednej, decydującej chwili ogrania ją strach, że nikt jej nie uwierzy. Postanawia udawać, że dzień, który zniszczył jej życie nigdy się nie wydarzył i buduje nową Eden - taką, która już nigdy nie będzie ofiarą. Jednak nienawiść do siebie i swojego oprawcy zmienia ją na zawsze, a życie zbudowane na kłamstwach wcale nie sprawia, że czuje się lepiej. Jak długo uda się jej utrzymać iluzję?

To nie liceum ją zmieniło. To gwałt.
Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata – niemal członek rodziny – sprawia, że świat Eden wywraca się do góry nogami. To, co kiedyś wydawało się proste, teraz jest skomplikowane. To, co kiedyś wydawało się prawdą, teraz jest kłamstwem. Ci, których kiedyś kochała, teraz budzą tylko jej nienawiść. Nic już nie ma sensu. Wie, że powinna powiedzieć komuś o tym, co się stało, ale nie może tego zrobić. Więc ukrywa to w sobie, głęboko. Ukrywa też to, kim kiedyś była – bo teraz jest już inna. Na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

To nie jest typowa powieść fabularna. Bo to, co przydarzyło się Eden jest fikcją, ale równie dobrze mogło zdarzyć się naprawdę. To nie jest kolejna opowieść o miłości, w której bohaterowie są po przejściach - to książka o tym, że nie da się poradzić sobie z tak traumatycznym wydarzeniem, jak gwałt. Amber Smith pokazuje, że są autorzy, którzy nie boją się poruszać tak trudnych tematów bez osładzania ich, że jest to kwestia, o której trzeba rozmawiać. Bo istnieją dziewczynki i kobiety, które są właśnie jak Eden, przeżywają to samo, co ona i boją się powiedzieć o tym, co się zdarzyło. 

Książka jest podzielona na cztery części, cztery lata, które trwało liceum. Jestem niesamowicie zadowolona, że autorka zdecydowała się na rozłożenie tej historii w czasie, bo dzięki temu czytelnik ma okazję zobaczyć, co się działo w umyśle Eden. Jedna chwila zmieniła jej życie, ale na tym się nie skończyło, bo czas nie zawsze leczy rany, ale sprawia, że stają się one jeszcze dotkliwsze. Dziewczyna tłamsiła w sobie całą tę nienawiść, która nieustannie w niej rosła i sprawiała, że powstała nowa Eden. Taka, która podświadomie wręcz chciała ranić ludzi wokół siebie, żeby poczuli choć ułamek bólu, który ją dręczył codziennie. Odpychała wszystkich, bo nikt nie znał prawdy. I to jest właśnie paradoks - ponieważ nikt nie widział, co się wydarzyło, nikt jej nie rozumiał, a jednocześnie mam wrażenie, że dziewczyna chciała, żeby ktoś się domyślił. Zapytał ją co się stało, przycisnął ją i dał kopniaka, żeby w końcu to z siebie wyrzucić. Tylko, że nikt, łącznie z jej najlepszą przyjaciółką, nawet nie zdaje sobie sprawy, że powinien. 

Bo teraz już nie pamiętam, gdzie kończą się kłamstwa, a zaczynam się ja. Linie są rozmyte. Wszystko nagle stało się takie poplątane, takie szare, takie niezdefiniowane. Jedyne, co wiem, to to, że sprawy nie poszły zgodnie z planem. Plan był taki, że mi się poprawi, poczuję się lepiej, że osiągnę to z użyciem wszelkich dostępnych mi środków. Ale nie czuję się lepiej. Czuję się pusta. Ciągle pusta i uszkodzona.

To, co wyróżnia tę książkę na tle innych to fakt, że autorka nie skupia się na szczegółach fabularnych, ale na emocjach, na zbudowaniu realistycznego portretu ofiary gwałtu. Pokazuje, jak bardzo trauma zmieniła Eden i jak reagowali na to jej najbliżsi. Nie ma tu upiększeń, małych pozytywnych fragmentów, które osłodziłyby fabułę - tylko bezkresna otchłań następstw gwałtu, z którymi ofiara stara się pogodzić, a nie potrafi. W jednej chwili wyparowała cała niewinność, całe szczęście - pozostał tylko gniew, nienawiść, smutek, obrzydzenie do samej siebie. Chcąc nie chcąc czytelnik staje się niemym świadkiem, jak Eden stacza się na dno szukając zapomnienia w papierosach, alkoholu, przypadkowym seksie, a nawet narkotykach. Chciałam na nią krzyczeć, żeby powiedziała komukolwiek, poszukała pomocy, a jednocześnie wiedziałam, dlaczego tego nie robi. Chciałam też krzyczeć na jej bliskich, że przecież powinni coś dostrzec, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje, zamiast oceniać jej zachowanie, tylko że wiedziałam, że oni, w przeciwieństwie do mnie, nie wiedzą, co się stało.

Uśmiecham się co prawda, ale coś jest z tym uśmiechem nie tak. Moje oczy mają w sobie coś takiego… jakąś tępą, martwą ciemność. Jakby czegoś we mnie brakowało. Nie umiem powiedzieć czego. Ale ta brakująca część to coś ważnego, coś kluczowego, coś, co zostało mi zabrane.

Przepraszam, jeśli ta recenzja jest chaotyczna i za to, że pewnie się powtarzam. Ale Co mnie zmieniło na zawsze to książka, która wywołała we mnie całą masę emocji i skłoniła do refleksji. Bo czy jeśli osoba w moim towarzystwie zmieniłaby się tak jak Eden, czy zauważyłabym to? Czy domyśliłabym się, że coś się stało? Czy gdyby to wydarzyło się mnie czy Tobie, jak byś zareagowała? Ponieważ w teorii wszyscy wiemy, że trzeba o tym mówić głośno, ale w praktyce? Czy, tak jak główna bohaterka, nie wybrałabym ukrycia swojego bólu, nawet jeśli by mnie niszczył, tylko żeby nie powiedzieć głośno tych dwóch słów, które wszystko zmienią - zostałam zgwałcona?

Moim zdaniem, jest to książka warta przeczytania absolutnie przez wszystkich. Co mnie zmieniło na zawsze to fikcja, która mogłaby być prawdą i być może sprawi, że gdy zauważysz w kimś zmianę, nie przejdziesz obok niej niej obojętnie, a zaczniesz się zastanawiać nad jej powodem. Amber Smith stworzyła niesamowicie realistyczny obraz ofiary gwałtu, jej uczuć, myśli, zachowań. Nie osładza tej historii, stawia na niefiltrowany realizm od początku do samego końca. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,83/10
Ilość stron: 391
Okładka: miękka
Data wydania: 9 listopada 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik
Cena (z okładki): 37,90 zł


Nie wiem wielu rzeczy. Nie wiem, dlaczego nie usłyszałam cichego trzasku zamykających się drzwi. Dlaczego w ogóle nie zamknęłam tych cholernych drzwi na klucz. Albo dlaczego nie zorientowałam się, że dzieje się coś złego – tak bezlitośnie złego – kiedy poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young




Recenzja - „Mimo moich win” Tarryn Fisher



Serce można oddać tylko raz. Żadna z następnych miłości nie dorówna tej pierwszej.

Jakiś czas temu Mimo moich win pojawiało się w każdym zakątku blogosfery, ponieważ promocja Otwartego - jak zwykle - była na wysokich obrotach. To, co mnie skusiło na książkę Tarryn Fisher to pozytywne recenzje i TEN zwiastun, bo stworzyło to zapowiedź nieszablonowej fabuły i nietuzinkowych bohaterów. Czy faktycznie tak było? 

Pewnego razu była sobie para, którą łączyła wielka miłość. Niestety ich wspólna droga rozeszła się i mogłaby się wydawać, że był to koniec tej historii, jednak nie zbadane są wyroki losu i trzy lata po dramatycznym rozstaniu, życie tych dwojga ponownie się splata. Z jednym ale - chłopak nie pamięta ich wspólnej przeszłości, ani tej dobrej, ani złej. Czy uda im stworzyć nową, wspólną przyszłość, czy też kłamstwa na których chcą ją zbudować, ostatecznie ich zniszczą? Tego musicie dowiedzieć się sami...

Nie, nie jestem bez winy, ale zanim mnie osądzisz, pozwól, że coś Ci powiem. Pomyśl o mężczyźnie, którego kochasz najbardziej. Pomyśl o każdej wspólnej chwili wypełnionej rozmowami i milczeniem, o lepszych i gorszych dniach, o budzeniu się u jego boku. A teraz wyobraź sobie, że go tracisz. Ktoś wyszarpał, wydarł ukochanego z Twojego życia i zostawił pustkę. Cholernie niesprawiedliwe, prawda? Mogłabym odpuścić, zapomnieć, wyjechać… Jednak czy zrobiłabyś to samo, gdyby w grę wchodziło odzyskanie każdego wspólnego dnia z ukochanym? Do tej pory cierpiałam. Teraz postanowiłam zawalczyć, nawet jeśli to oznacza, że inni też będą cierpieć. Bo miłość zawsze boli i nadszedł czas, by przygotować się na rany i blizny. A Ty, mimo moich win, nie potępisz mnie. Widzę, że już się wahasz, patrzysz w stronę ukochanego i myślisz, ile byłabyś w stanie poświęcić, by go odzyskać. 
O.

(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Romanse, powieści erotyczne, New Adult to jedne z najbardziej przewidywalnych gatunków, bo wszystkie mają pewne punkty do odhaczenia. Najczęściej to, czy faktycznie mogą przypaść mi do gustu, zależy od tego, jak bardzo autor odciśnie swoje piętno na fabule. Niestety zaskoczeń szuka się jak wiatru w polu, przez co znaczna większość z tych książek to jednorazowa przyjemność, a ja oczekuję od powieści czegoś więcej. Jedyne co może wynagrodzić ogólnie pojętą schematyczność czy też przewidywalność, to nieoczekiwane zakończenia, nietuzinkowi bohaterowie lub cała gama emocji. Jestem w absolutnym szoku, że to napiszę, jednak tym razem otrzymałam prawie wszystko. Tak naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po Mimo mich win - napisałam Wam, czego oczekiwałam, ale jak dobrze wiecie te dwie rzeczy nie zawsze się pokrywają.

Przede wszystkim jestem absolutnie oczarowana faktem, że to tak nietuzinkowy romans. Romans, w którym nie ma za dużo romansu, są za to nie do końca moralni bohaterowie, którzy nie cofną się przed niczym w imię swojej miłości. I, mimo że może to przypominać coś, co już wcześniej widziałam, to z reguły ludzie pozostają szlachetni i ich "wszystko" ogranicza się do czynów, które nie naruszą sumienia, zwykle dokonanych w imię dobra ukochanego. Tu tak nie jest i to było największym zaskoczeniem. Zawsze powtarzam, że nie jestem wybrednym czytelnikiem, bo łatwo mnie zadowolić, ale tylko na chwilę. Jednak jeśli po zakończonej lekturze nadal analizuję fabułę, zachowania bohaterów, możliwe scenariusze dla kontynuacji, to znaczy, że historia miała w sobie to nieuchwytne "coś", odróżniające dobre książki od tych, które zapadną mi w pamięć. Co jeszcze z takich ważniejszych zalet? Ode mnie autorka ma na pewno duży plus za zakończenie. Nie mogę do końca powiedzieć, że tego oczekiwałam, ale na pewno się tego nie spodziewałam, przez co wręcz nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejną część przygód tej trójki. Ooo, prawie bym zapominała, że główne skrzypce gra tutaj trójkąt miłosny. Jednak zanim zdążycie się skrzywić, zapewniam, że nie jest to ten znany z młodzieżówek, lekko odgrzewany i delikatnie banalny, ale prawdziwy dramat, dla życia uczuciowego bohaterów. Poza tym Tarryn Fisher urzekła mnie dwutorowym poprowadzeniem akcji, po prostu uwielbiam ten zabieg, bo nakręca moją ciekawość. Czytelnik wie, że trzy lata temu związek Caleba i Olivii się skończył, ale nie ma pojęcia dlaczego - zaufajcie mi, że po kilku ochłapach na ten temat, naprawdę będziecie chcieli to wiedzieć. 

Niezaprzeczalnym atrybutem książki Tarryn Fisher są bohaterowie. Żaden z nich nie jest bez skazy, mam wrażenie, że można albo ich docenić albo znienawidzić. Ale właśnie oni i podjęte przez nich decyzje odróżniają tę książkę od innych o podobnej tematyce. Narracja jest prowadzona głównie z punktu widzenia Olivii i to własnie ją czytelnik ma okazję poznać najbliżej. To jedna z najbardziej nieszablonowych bohaterek romansów, choć to samo mogłabym powiedzieć o Calebie i prawdopodobnie Leah. Ani jedna osoba  z tych trojga nie jest niewinna, podejmowali takie, a nie inne decyzje i musieli zmierzyć się z konsekwencjami, a utknęli w patowej sytuacji - nie ma możliwości, aby uciec od bólu, ktoś zawsze będzie cierpiał. W opisie będącym formą listu Olivii, jest napisane, że nie będę mogła jej potępić. Wiecie co? Nie jestem, przynajmniej nie do końca. Nie dlatego, że usprawiedliwiam jej czyny, ale... kurczę nawet nie wiem, jak to wyjaśnić. Nie mam wątpliwości, że jej wybory nie były moralne, a mimo to rozumiem, dlaczego podjęła takie, a nie inne decyzje. Nie pochwalam ich, bo wszystko powinno mieć swoje granice, jednak nie da się ukryć, że sam tok rozumowania Olivii jest fascynujący. Fakt, że Mimo moich win pozostawiło we mnie tak mieszane uczucia, jak również sam charakter głównych bohaterów - bo nie da się tu jednoznacznie wskazać, kto z nich jest najgorszy - sprawił, że ta książka ma u mnie tak wysoką ocenę. 

Zadajcie sobie takie pytanie - ile warto jest zrobić dla ukochanego i czy niemoralność da się usprawiedliwić, jeśli mówimy o miłości? Nie będę ukrywać, że Mimo moich win może nie przypaść Wam do gustu, ponieważ jest dość specyficzna. Dla mnie osobiście jest to jej największa zaleta, ponieważ uwielbiam nieszablonowe historie z nie do końca dobrymi bohaterami - takimi, którzy nie będą bali podejmować się trudnych decyzji, mimo że można zakwestionować ich przyzwoitość. Czytałam tę książkę z zapartym tchem, chcąc dowiedzieć się zarówno o przeszłości, jak i przyszłości Olivii, Caleba oraz Leah i w tym momencie niecierpliwie wyglądam kolejnego tomu. Jeśli tylko macie ochotę na nietypowy romans, z mojej strony mogę gorąco polecić właśnie Mimo moich win.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,88/10
Ilość stron: 304
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 1 czerwca 2016 r.
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł


Już nigdy więcej mnie nie zobaczysz. – Zamilkł, a jego następne słowa tak głęboko mnie uderzyły,
że nigdy się z nich nie pozbieram. – Ja będę znowu kochał, Olivia, ty będziesz zawsze ranić.
To co zrobiłaś jest… Jesteś bezwartościowa, ponieważ sama z siebie taką robisz.
Będziesz mnie pamiętać każdego dnia do końca życia, bo ja byłem tym jedynym,
a ty mnie odrzuciłaś. – Potem wyszedł.



Recenzja - „Wszystko to, co wyjątkowe” Matthew Quick



,,A potem któregoś dnia zaczniesz szukać siebie w lustrze i nie będziesz w stanie się zidentyfikować - 
będziesz widzieć jedynie wszystkich innych. Będziesz wiedział, że zrobiłeś to, czego inni po tobie oczekiwali. 
Zasymilujesz się. Znienawidzisz się za to, bo będzie za późno."

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Wybacz mi, Leonardzie - to nie była miłość od pierwszego zdania, ale nie mogę odmówić Matthew Quickowi, że ostatecznie poruszył mnie swoją opowieścią. Zakochałam się w historii Leonarda. Wiedziałam, że chcę więcej, ale żaden z opisów jego pozostałych książek nie mógł mnie do końca przekonać. Aż zobaczyłam Wszystko to, co wyjątkowe.

Oto Nanette. Wzorowa uczennica, gwiazda szkolnej ligi piłkarskiej i posłuszna córka. Zawsze robi to, czego się od niej oczekuje. Ale wszystko zmienia się w dniu, w którym dostaje podniszczony egzemplarz Kosiarza balonówki – tajemniczej, niewydawanej od lat kultowej powieści. Nanette czyta ją dziesiątki razy. Chce być taka jak główny bohater. Chce być buntowniczką.
Choć udaje wygadaną rebeliantkę, w środku to jednak ta sama Nanette, samotna introwertyczka, która usiłuje znaleźć swoje miejsce w nieprzyjaznym świecie. Zmuszona dokonać kilku trudnych wyborów nauczy się, że za bunt trzeba czasem zapłacić wysoką cenę.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Jest coś fantastycznego w naprawdę dobrych książkach. To, jak po zakończonej lekturze przeczytane słowa nadal dźwięczą w umyśle czytelnika, sprawiając, że dopiero poznana historia skłania go do refleksji i pozostawia w nim potrzebę podzielenia się każdym uczuciem, którego właśnie doświadczył. Tak było z Nanette i Kosiarzem balonówki. Tak jest teraz ze mną. Ta niepozorna, stosunkowo krótka książeczka, sprawiła, że kłębi się we mnie mnóstwo emocji. I w takim momencie jestem najszczęśliwszym człowiekiem, że mam miejsce, w którym mogę się tym wszystkim podzielić. Z Wami. Wszystko to, co wyjątkowe to jedna z tych powieści, które najlepiej czyta się nad kieliszkiem wina lub ulubionej herbaty, zwiniętym pod kocem, nocą lub przy deszczowej pogodzie, kiedy nic nie czeka na moją uwagę i można po prostu chłonąć każde słowo. Dlaczego? Dlatego, że odnoszę wrażenie, że Matthew Quick wyjątkowo upodobał sobie, aby jego historie uderzały w czułe struny. Pod pewnymi względami Nanette przypomina mi Leonarda, bo obydwoje są młodymi ludźmi, którzy nie do końca pasują do reszty społeczeństwa, dlatego że są znacznie bardziej wrażliwi na otaczający ich świat. Nie chcą być kolejnym "nieszczęśliwym" dorosłym, a to, że myślą inaczej, wcale nie przysparza im sympatii.

Jak być szczęśliwym? Czy warto się wyróżniać? Jak odnaleźć siebie? Czy jestem szczęśliwy? Czy dałem się zaszufladkować? Czy bunt się opłaca? Jakie będą jego konsekwencje?  Czy chcę być inny? Czy moje życie wygląda tak, jak tego chcę? Czy w końcu pęknę? Co się wtedy stanie? Takie pytania stawia autor przed czytelnikiem, a przynajmniej właśnie te ja mam ochotę zadać. Teoretycznie Matthew Quick stara się na nie odpowiedzieć. Praktycznie mam wrażenie, że Wszystko to, co wyjątkowe zmusza do przeanalizowania tych zagadnień, ale tak naprawdę nie daje żadnych odpowiedzi. Patrząc jak potoczyły się losy Nanette, Alexa czy nawet Bookera - można podać różne rozwiązania, a żadne z nich nie wydaje się do końca właściwe. 

Mimo że Matthew Quick porusza trudne tematy, wplata w opowieść kilka wierszy i stosuje metafory to Wszystko to, co wyjątkowe czyta się naprawdę błyskawicznie. Ta niedługa książka, podzielona na króciutkie rozdziały, ma naprawdę dobre tempo akcji. Parokrotnie wspominałam o refleksyjności tej powieści, jednak nie doświadczyłam tu długich, pseudofilozoficznych rozważań nad sensem życia. Tak naprawdę wszystkie przesłania są wplecione w dialogi i fabułę, przez co Quick sprytnie przemyca swoje wnioski, jednocześnie sprawiając, że czytelnik nawet nie czuje przewracających się kartek, zwłaszcza patrząc na lekki styl autora. 

Nanette jest momentami nieco irytująca, jednak było w niej coś takiego, co sprawiło, że wyjątkowo ją polubiłam. Być może dlatego, że miała trzeźwe podejście do życia, a jednocześnie  nie chciała podążać ścieżką, jaką wskazuje jej społeczeństwo. Szybko zdaje sobie sprawę, że jej działania będą miały konsekwencje, nie podejmuje pochopnych decyzji - jest wyjątkowo dojrzała, jak na swój wiek, a jednocześnie ma cechy typowej nastolatki. To dobre połączenie, bo tak właśnie wygląda mentalność młodych ludzi, stojących u progu dorosłości, podobnie zresztą jest było ze mną. W przeciwieństwie do Nanette, nie potrafiłam polubić Alexa, bo ma wyjątkowo specyficzną osobowość. Choć początkowo nie miałam do niego zastrzeżeń, to z każdą kolejną decyzją traciłam do niego sympatię. Podobnie było z Bookerem.  

Wszystko to, co wyjątkowe to książka o poszukiwaniu siebie, o tym, że aby podążać własną ścieżką, trzeba mieć siłę, żeby ponieść konsekwencje własnych decyzji. Matthew Quick po raz kolejny serwuje nietuzinkowych bohaterów praz opowieść, która skłania do refleksji. Co mogę więcej powiedzieć? Gorąco polecam ;).

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,44/10
Ilość stron: 256
Okładka: miękka
Data wydania: 14 września 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 34,99 zł  


Wiedziałem, że osiągnąłem kres dzieciństwa, kiedy zdałem sobie sprawę, że dorośli w moim życiu nie wiedzą więcej ode mnie - i wtedy w jednej chwili pojąłem, że wszystko, co poprzedzało właśnie ten moment, było rodzajem gry, prowadzonej przez tak zwanych dorosłych, którzy puszczali do siebie porozumiewawczo, gdy się na nich nie patrzyło... ludzi, którzy udawali, że są kimś, kim nie byli, [...].


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” Anna McPartlin


- Mój pierworodny, Jeremy, został poczęty na skutek przemocy i zmarł na skutek przemocy,
ale dopóki żył, pozostawał światłem mojego życia. [...] Przyszłam tu po to,
żeby opowiedzieć o nim i o wszystkim, czego nauczył mnie ten krótki czas, który razem spędziliśmy.

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny McPartlin i zupełnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Naczytałam się mnóstwo pozytywnych opinii o Ostatnich dniach Królika i, tak bardzo jak jest to złe, przez ten pryzmat patrzyłam również na jej najnowszą powieść, przez co miałam bardzo wysokie oczekiwania. Tak więc autorka miała trudne zadanie, bo podczas naszego pierwszego spotkania, zamiast otwartego umysłu, jej opowieść trafiła na twardą ścianę wymagań. Co z tego wynikło?

Maisie zaszła w ciążę w wieku osiemnastu lat i przez to utknęła w związku z człowiekiem, który uważał ją za osobisty worek treningowy. Przez wiele lat nie mogła znaleźć w sobie siły by od niego odejść, aż do momentu, gdy trafiła na salę operacyjną ze spowodowanymi przez niego obrażeniami. Kilka lat późnej życie kobiety jest nadal jest trudne, bo Maisie opiekuje się chorą na demencję matką, pracuje na dwa etaty i wychowuje dzieci, jednak w końcu jest szczęśliwa. Aż do tego feralnego dnia. Pierwszego styczna 1995 r. Jeremy wymknął się z domu i już do niego nie wrócił. Rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania. 

Zerkam niespokojnie na widownię. Czy znajdę dość sił, by opowiedzieć ludziom o moim synu? 
Jeremy był dobrym, wrażliwym chłopcem, kochałam go tak, jak potrafią tylko matki. Mam poczucie winy, bo daleko mi do ideału. Za długo tkwiłam w związku z jego ojcem-katem, który terroryzował mnie przez lata. Nie zawsze ogarniałam rzeczywistość, czasami przytłaczała mnie proza życia. Nie było mi łatwo pracować na dwa etaty, opiekować się chorą matką, która przestała być sobą, i znosić zmienne nastroje nastoletniej córki. Ból po stracie syna nigdy nie zelżeje, ale wciąż mam dla kogo żyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni…
Mój syn umarł 1 stycznia 1995 roku. Minęło dwadzieścia lat, a ja stoję przed grupą obcych ludzi, by im o nim opowiedzieć.
Głęboki wdech. Zaczynajmy
 (Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To przejmująca opowieść o poczuciu winy, nadziei, strachu i stracie, wywołująca całą gamę emocji, od uśmiechu po płacz. To książka niosąca ze sobą ważne przesłanie, poruszająca drażliwy temat tolerancji, przemocy w rodzinie i ukazująca, jak brutalne może być życie oraz do czego może doprowadzić strach. To książka, która zupełnie rozbiła mnie emocjonalnie. 

To, co mnie zaskoczyło od samego początku to sytuacja, w której dokładnie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów, których przecież dopiero poznajemy. Nie jest to typowy zabieg, mający podkręcić uczucia czytelnika już w pierwszych stronach, ale faktyczne przedstawienie, jak zakończy się ta opowieść. Wywołało to u mnie pewną obawę, że autorka nie poradzi sobie z poprowadzeniem akcji, tak aby mnie zaintrygować czy wywołać emocje, skoro od samego początku wiem, jak będzie wyglądało zakończenie. Strach ten był zupełnie próżny. Okazało się, że Anna McPartlin dokładnie wiedziała, co robi, ponieważ pytania typu "jak?" i "dlaczego?", które zadawałam sobie podczas lektury, wywołały we mnie znacznie większą burzę. Przez to, że znałam finał tej historii, bardziej skupiłam się na emocjach, które płynęły do mnie z książki, wraz z bohaterami przeżywałam strach, rozpacz, wręcz czułam ich desperacką potrzebę odnalezienia Jeremy'ego. Tylko, że w przeciwieństwie do nich, ja już wiedziałam, że nie wróci do domu.

Jestem pewna, że już Wam o tym wspomniałam, ale cenię sobie książki, które mają realistyczne podejście zarówno do postaci, jak i do fabuły. Właśnie te historie zdecydowanie bardziej do mnie przemawiają, ponieważ sprawiają, że mogę poczuć uczucia targające bohaterami i wczuć się w ich sytuację. Taka książka dużo bardziej mną wstrząsa, pozostawia po sobie szalejące emocje i skłania do refleksji, bo obieram ją znacznie bardziej osobiście. Tak też było z Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu. Anna McPartlin powoli dostarcza czytelnikowi kawałki układanki składające się na tę historię, nie koloryzując poszczególnych fragmentów i nie popadając w przesadę. Od momentu zniknięcia Jeremy'ego akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy Maisie, Bridie, Valerie i przyjaciół chłopaka, którzy walczą z czasem i starają się sprowadzić go do domu, a z drugiej czytelnik dostaje wgląd co właściwie wydarzyło się tamtego wieczora, czyli otrzymuje krótkie - bo zaledwie godzinne - fragmenty widziane oczami Jeremy'ego. Ten zabieg ogromnie przypadł mi do gustu, bo podsycało to moją ciekawość i jednocześnie stworzyło z tej emocjonalnej historii książkę, która trzyma w napięciu i nie pozwala odłożyć się na półkę. 

Wisienką na torcie jest narrator trzecioosobowy, ale patrzący na rozgrywające się wydarzenia oczami praktycznie wszystkich bohaterów. Obserwujemy więc Maisie, która choć stara się jakoś trzymać, obwinia się o zaginięcie syna i rozpaczliwie stara się go odnaleźć. Valerie, kochającą, młodszą siostrę, której ciężko porozumieć się z matką, młodą dziewczynę pragnącą, aby jej straszy brat wrócił bezpiecznie do domu. Bridie, starszą kobietę, której mózg zasnuł się mgłą. Chciałaby pomóc córce, pozostać przytomną na tyle długo, żeby pomóc w odnalezieniu ukochanego wnuka, ale uniemożliwia jej to choroba. Freda, policjanta, który po latach skrytych uczuć i pomagania Maisie, w końcu dostał szansę, aby ułożyć sobie życie z ukochaną. Niestety życie krzyżuje mu plany, bo podświadomie kobieta obwinia go za to, że tamtego wieczora nie było jej w domu. Mężczyzna robi wszytko, co w jego mocy, żeby odnaleźć nastolatka, ale czy kruche uczucie ma szansę przetrwać w tak trudnych okolicznościach? Przyjaciele Jeremy'ego. Młodzi ludzie, którzy choć tak się od siebie różnią, jakoś złapali wspólną nić porozumienia i wszyscy drżą w obawie, co mogło się stać. I na końcu Jeremy, czyli bohater, którego zdążyłam polubić na przestrzeni trzech stron, jednocześnie wiedząc, jaki będzie jego los. Złoty chłopiec, który krył w sobie wiele tajemnic i cierpienia, spędził dzieciństwo obserwując, jak ojciec katuje matkę i wziąć na siebie ciężar bycia jedynym mężczyzną w domu. Chłopiec, który zrobiłby wszystko dla swojego najlepszego przyjaciela. Autorka wykreowała fantastycznych bohaterów, ma się wręcz wrażenie, jakby Ci wszyscy ludzie nie żyli tylko na kartach jej powieści. 

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu Anny McPartlin to książka o młodym człowieku, któremu nie dane było dorosnąć i o jego bliskich, którzy musieli poradzić sobie z tą stratą. Książka serwuje ogromy ładunek emocjonalny, wspaniałych bohaterów i historię, która ostatecznie wzruszyła mnie do łez, choć wcale się na to nie zapowiadało. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Cena (z okładki): 36,99 zł

- Wszystko będzie dobrze, Bridie - zapewniła Lynn.
- Wszystko było dobrze, ale czasy się zmieniają, a to, co dobre, stopniowo  staje się złe.
Nie możemy nic na to poradzić. Myślisz, że masz nad tym jakąś kontrolę,
ale tak ci się tylko wydaje, kochanie. [...] Nic już nie będzie takie samo. - Po jej twarzy pociekły łzy.
- Wszystko się zmienia, Bridie. Na tym właśnie polega życie.
- Ale przez pewien czas było tak dobrze - odpowiedziała, po czym zamilkła.



Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam (za Dziedzictwo ognia)


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka