Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo HarperCollins Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo HarperCollins Polska. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Rozłąka” Dinah Jefferies


Słyszałam naprawdę dużo dobrego o twórczości Dinah Jefferies i wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jej powieści. Na plus autorki świadczył też fakt, że łączy akcję swoich książek z wątkami historycznymi, do których osobiście mam słabość. W przypadku Rozłąki przenosimy się na Malaje w 1955, gdzie podczas rozruchów niepodległościowych śledzimy tragedię jednej kobiety. 

Malaje Brytyjskie, 1955 rok.
W kraju trwa stan wyjątkowy z powodu powstania malajskiego. Lydia, żona brytyjskiego urzędnika, po powrocie z podróży dowiaduje się, że jej rodzina wyjechała na północ, więc wyrusza tam, by ich znaleźć. Ta informacja jest jednak fałszywa. W rzeczywistości mąż w tajemnicy wrócił z córkami do Anglii. Wkrótce Lydia odkrywa jego kolejne kłamstwa, zdrady i sekrety. Nie może ufać nikomu, nawet najlepszej przyjaciółce, ale nie chce zrezygnować z walki o dzieci. Odizolowana w egzotycznym, ogarniętym wojną kraju, nie daje za wygraną. Zrobi wszystko, by odzyskać córki. 
Piękna powieść pełna tajemnic, intryg, romansów i dramatycznych wydarzeń. O matce, która szuka dzieci, i dzieciach, które nie wierzą, że zostały porzucone.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

W 1955 roku na Malajach Brytyjskich żyje małżeństwo z dwójką uroczych córek, które są dla ich matki całym światem. Gdy kobieta otrzymuje prośbę o wizytę od chorej przyjaciółki, mimo panujących na półwyspie walk i niebezpieczeństw czyhających na podróżnych, postawia ruszyć w drogę, zostawiając dzieci pod opieką męża. Lydia nie zdaje sobie jednak sprawy, że zanim wróci do domu, Alec w sekrecie opuści Malaje i wyruszy do Anglii, zostawiając ją samą na Malajach. Kobieta jest zdeterminowana odnaleźć rodzinę, jednak na czeka ją wiele niepowodzeń i fałszywych tropów. Czy mimo to uda się jej jeszcze zobaczyć córki?

Dinah Jefferies od pierwszych rozdziałów rozkłada akcję na dwie perspektywy - z jednej strony czytelnik ma szansę śledzić wydarzenia na Malajach oczami Lydii, a z drugiej żegluje z Emmą do Anglii i obserwuje, jak trudno poradzić sobie dziewczynce w nowym życiu. Zdecydowanie dobrze udało się uchwycić pisarce rysę historyczną powieści. Malaje Brytyjskie przedstawione przez autorkę, gdy na półwyspie toczyły się ciągłe walki, nie tylko urzekają swoim opisem, ale także podnoszą tempo akcji. Z powodu czasów, w których toczy się akcja, czytelnik wraz z główną bohaterką odczuwa zagrożenie czające za każdym rogiem i obawy o przyszłość, jaka ich tu czeka. Rozłąka jest przepełniona emocjami, z jednej strony czułam obawę, czy Lydii uda się odnaleźć rodzinę, a z drugiej martwiły mnie losy Emmy. To sprawiło, że obie narracje intrygują czytelnika i trzymają jego zainteresowanie. Nie wspominając, że poza tym czeka go odkrycie wielu spisków i tajemnic, w które uwikłana jest główna bohaterka.

Autorka świetnie sobie poradziła kreując postać Lydii i tworząc z niej kobietę o złożonym charakterze. Generalnie Dinah Jefferies tak rozpisała swoich bohaterów, że trudno się do nich nie przywiązać. Choć skupia się na Lydii i Emmie to i pozostałe postaci nie zostały zaniedbane, mimo że znalazło się kilka takich, których przeszłość z chęcią poznałabym bliżej. To sprawia, że chociaż czytelnikowi wydaje się, że zna danego bohatera, okazuje się, że jego motywy były dużo bardziej złożone, niż mogło się wydawać. I mimo że - jako odbiorca tej powieści - nie mogę wybaczyć Alecowi, to i jego motywy staną się bardziej klarowne w drugiej części książki. 

Podsumowując Rozłąka to świetna powieść obyczajowa, przy której nie da się nudzić. Dinah Jefferies świetnie poradziła sobie nie tylko z przedstawieniem emocji bohaterów, ale także z zarysowaniem tła historycznego wydarzeń. Co więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Ilość stron: 448
Okładka: miękka
Data wydania: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 39,99 zł

[...] wyobraziła sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka... 
Jeden jej koniec przyszyty do serca mamy, a drugi do... cokolwiek się zdarzy,
 ta nitka nigdy nie zostanie zerwana

Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu HarperCollins Polska


Recenzja - „Nic do stracenia. Początek” Kristy Moseley

Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć.

Moje ostatnie spotkanie z książką Kristy Moseley skończyło się dość negatywnie, ale kuszący opis oraz stosunkowo wysokie oceny na Goodreads sprawiły, że postanowiłam dać twórczości autorki jeszcze jedną szansę. Pytanie za sto punktów - czy był to błąd? 

W dniu szesnastych urodzin Anna Spencer bawi się w klubie ze swoim chłopakiem. Wyjątkowy wieczór szybko się kończy, a poznany przypadkiem Carter Thomas, handlarz broni i narkotyków, zamienia kolejne lata jej życia w piekło. Dzięki jej zeznaniom Carter zostaje skazany, ale z więzienia wciąż wysyła listy z pogróżkami. Ojciec Anny, wpływowy senator i kandydat na prezydenta, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Ochroną Anny zajmie się przystojny komandos, Ashton Taylor. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ma udawać jej chłopaka. Cierpliwie stara się sprawić, by pokonała dręczące ją koszmary i pogrzebała przeszłość. Anna zaczyna czuć się bezpiecznie, a udawanie zakochanych powoli przestaje być grą. Jednak kolejne dni przynoszą złe wiadomości. Wkrótce ma odbyć się rozprawa apelacyjna i Carter może wyjść na wolność. Jeśli tak się stanie, Ashton i Anna znajdą się w niebezpieczeństwie...
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czytałam Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno i nie nastroiło mnie to najlepiej do twórczości Kristy Moseley, więc nie będę kłamać, że Nic do stracenia było moim Must read. Co więcej patrząc na to, że poprzednia książka autorki wpasowała się w jedną z najgorszych zeszłorocznych powieści, pewnie tym bardziej powinnam unikać kolejnych jej dzieł. Jednak z zasady nie lubię skreślać pisarzy po zapoznaniu się z tylko jedną historią, więc pomyślałam 'A co mi tam!' i postanowiłam raz jeszcze sprawdzić, czy pióro pisarki przypadnie mi do gustu. No może przesadzam... Nie chciałam powtórki natłoku negatywnych uczuć z Chłopaka, więc poza faktem, że spodobał mi się opis, postanowiłam zrobić jeszcze rozeznanie na Goodreads (co wcale nie zdarza się za często). Usatysfakcjonowana tym, co tam znalazłam, doszłam do wniosku, że może, może... tym razem będzie lepiej, choć do ostatniej chwili mimowolnie podchodziłam do Nic do stracenia bardzo całkiem sceptycznie.

Jest lepiej, nawet powiedziałabym, że znacznie lepiej. Tym razem nie miałam ochoty walić głową o ścianę podczas czytania, choć nie da się ukryć, że bywało irytująco. Podobała mi się linia fabularna kojarząca się odrobinę z filmową Córką prezydenta, którą uwielbiam. Jak się oprzeć przystojnemu ochroniarzowi i szczypcie zakazanej miłości. Cieszy mnie, że autorka postanowiła odrobinę przystopować uczucia Anny, choć i to można było zrobić lepiej. Naprawdę nie wiem, jak określić pozytywne uczucia w stosunku do Nic do stracenia, bo jak zobaczycie w następnym akapicie, nie mam problemu z wypunktowaniem, co było nie tak. Generalnie nie była to najgorsza książka, bo mimo wszystko wciągnęła mnie historia Anny i Ashtona, choć mnogość wad uświadomiła mi, że po prostu nie powinnam się więcej spotkać z twórczością Kristy Moseley.

Ja rozumiem, że Nic do stracenia to fikcja literacka, tylko że ktoś powinien uświadomić autorce, że ona też ma swoje granice, o ile nie chce się zaliczać w poczet twórców fantastki. Kristy Moseley zdecydowanie (ponownie) zabrakło porządnego research'u, co w przypadku tej powieści jest jeszcze bardziej widoczne niż w Chłopaku. Zaczynając od początku - świeżo upieczony absolwent dostaje przydział ochrony córki kandydata na prezydenta USA, żadnego szkolenia próbnego, doświadczenia, nic... i hop w teren. Czy tylko mnie to śmierdzi? Teraz przyjrzyjmy się Annie - można by pomyśleć, że skoro autorka znowu chce się pakować w psychiczną traumę, zwłaszcza objawiającą się PTSD i awersją do dotykania, mogłaby w końcu poświęcić chwilę czasu i dowiedzieć się, że Ashton tak po prostu nie mógł sobie obłapiać Anny godzinę po poznaniu. To mnie strasznie irytuje, bo wysoko cenię sobie realistyczne podejście do aspektów psychologicznych i potrafię docenić starania pisarzy w tym temacie. Tymczasem Kristy Moseley bezkarnie popuszcza wodze fantazji i pisze co jej się podoba, nie patrząc na to, że tracąc na realności, tworzy ze swoich książek kiczowate romansidła nie mające za wiele wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Nie da się też zapomnieć, że autorka raz jeszcze chce za dużo, za szybko - budowanie napięcia pomiędzy bohaterami zdecydowanie jej nie wyszło, zwłaszcza w przypadku Ashtona. Anna gdzieś tam nie przyznaje się do swoich uczuć, ale chłopak twierdzi, że ją kocha po trzech dniach. WTF? Ponadto czy nie ma jakiejś zasady, że ochroniarze nie powinni angażować się emocjonalnie z klientami? Spodziewałam się ukrywania uczuć po kątach, tajemnicy... a tymczasem nawet przełożeni chłopaka nie patrzą krzywo na publiczne obmacywanie. Nie spodziewałabym się też na Waszym miejscu jakiś spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, bo poza małymi wstawkami, ta powieść to typowy romans, utrzymany w konwencji New Adult.

Ogólnie jest lepiej niż w przypadku Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno. Kristy Mosley stworzyła historię, która miała prawdziwy potencjał i przyjemną linię fabularną. Niestety problemy, które już poprzednio miałam z twórczością autorki pozostają aktualnie - brakuje dobrze zrobionego research'u i wprowadzenia choćby odrobiny realności do fabuły. Pisarka chce zbyt dużo, zbyt szybko, przez co Nic do stracenia, choć przyjemniejsze w odbiorze niż poprzednia powieść Mosley - nadal irytuje przerysowaniami i utwierdza mnie w przekonaniu, że nie polubimy się ze stylem tej autorki. Jeśli należycie do fanów Chłopaka, to z dużym prawdopodobieństwem ta książka Was zachwyci. Jeśli nie... ja polecałabym trzymać się z daleka, choć zachęcam do przekonania się o tym na własnej skórze.

Moja ocena: 5+/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,12/10
Ilość stron: 463
Okładka: miękka
Data wydania: 12 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 39,99 zł


Skradła mi serce w trzy dni, choć tak naprawdę miała je już po trzech sekundach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Córeczka” Anna Snoekstra


Siła słów, które za chwilę padną z moich ust, jest ogromna. [...]
Spoglądam na posterunkową Seirs, potem na posterunkowego Thompsona, delektując się chwilą.
Obserwuję ich uważnie w oczekiwaniu na moment, w którym zmieni się wyraz ich twarzy.
- Nazywam się Rebeka Winter. Jedenaście lat temu zostałam uprowadzona.

Generalnie rzadko sięgam po kryminały czy thrillery. Jeśli już się skuszę na te gatunki, to najbardziej podobają mi się zawsze te psychologiczne, które igrają z moimi myślami i wywołują niepokój. Właśnie zapowiedź takich emocji przyciągnęła mnie do Córeczki, czyli debiutu australijskiej pisarki. 

Bezdomna młoda kobieta zostaje przyłapana w sklepie na kradzieży. Pod groźbą kary decyduje się na desperacki ruch i podaje się za Rebekę Winter - dziewczynę, która zniknęła bez śladu jedenaście lat wcześniej. Początkowo miała to być jedynie krótkotrwała farsa, która pozwoliłaby jej umknąć przed policją, jednak wizja ciepłego łóżka i własnego domu doprowadziła do tego, że kobieta postanawia przejąć życie Becky. Czy kiedy zrozumie, że wpakowała się w śmiertelne niebezpieczeństwo, nie będzie za późno?

Kilka lat żyła na ulicy. Przyłapana na kradzieży, wykorzystuje podobieństwo do zaginionej Rebeki Winter i kradnie jej tożsamość. Świetnie odnajduje się w roli kochającej córki i siostry. Śpi w łóżku Rebeki, nosi jej ubrania, żyje cudzym życiem. Jednak przy okazji odkrywa coraz więcej ponurych sekretów na pozór idealnej rodziny. Zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zniknięcie Rebeki ma drugie dno, którego lepiej było nie poznawać.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czy jeśli macie świadomość, że powieść jest debiutem literackim danego autora, to podchodzicie do niej inaczej? Mam wrażenie, że osobiście patrzę na takie książki delikatne łagodniej - mimo woli jestem mniej krytyczna. Gdy historia jest dobra łatwo wybaczam niedociągnięcia czy braki, zakładając, że pisarz prawdopodobnie zniweluje te błędy w przypadku kolejnego dzieła, lub jeszcze następnego. Ponieważ istnieje ta uniwersalna zasada, że trening czyni mistrza i tak dalej... Choć oczywiście i od tej zasady występują wyjątki wśród autorów. 

Od pierwszych stron Anna Snoekstra umiejętnie buduje napięcie, zaczynając od strachu bohaterki przed byciem odkrytą, aż do kulminacyjnego punktu, a to potrafię docenić, tym bardziej, że książka jest stosunkowo krótka. Czytelnik natychmiast zostaje wciągnięty w sam środek akcji, co sprawia że momentalnie angażuję się w losy dziewczyny podającej się za Rebeckę - to dobrze, bo ciężko się wciągnąć w lekturę, gdy jeszcze nie zna się postaci. To powieść typowo psychologiczna, nie znajdziecie tu hektolitrów krwi, czy opisów krwawych morderstw, ale autorka poigra z Waszymi umysłami. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Paranoja głównej bohaterki udzielała się również mnie, a tajemnice skrywane przez ludzi z otoczenia Beks, to takie, których lepiej było nie znać. 

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ani razu nie użyłam imienia głównej bohaterki. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że czytelnik nie ma okazji go poznać. Tworzy to pewien dystans między nami, a dziewczyną, która podaje się za Rebekę, a jednocześnie dzięki temu jakoś dużo łatwiej było mi uwierzyć, że mogła ona przejąć życie zaginionej. To nietypowy zabieg, bo chyba po raz pierwszy wiem tak niewiele o postaci, która notabene jest narratorką połowy powieści. Autorka umieściła tylko śladowe wzmianki o jej przeszłości tworząc coś na kształt bohaterki widmo - wiemy kim jest oraz dlaczego znalazła się w tym miejscu, poznajemy jej bieżące myśli i obawy, a jednocześnie do teraz mam ważenie, jakby była kobietą bez twarzy. Rozdziały z jej perspektywy przeplatają się z tymi, w których narrator skupia się na życiu Rebeki, tuż przed jej zaginięciem. To oznacza, że czytelnik nie dość, że dostaje dwa całkiem różne czasowo wątki - dzieli je jedenaście lat - to jeszcze dwie inne relacje tych wydarzeń. Jedną przez narratora pierwszoosobowego występującego w czasie teraźniejszym, co podkręciło efekt jaki wywierały na mnie wydarzenia mające miejsce w fabule. Natomiast użycie bezstronnego obserwatora do opowiedzenia historii Rebeki sprawiło, że odniosłam wrażenie jakby faktycznie była to już się stało, a zdarzenia, które się jej przytrafiły były poniekąd nieuchronne i są zamkniętym rozdziałem należącym do przeszłości. Anna Snoekstra świetnie sobie poradziła z tym zabiegiem, a cała jej koncepcja świetnie pasuje do treści Córeczki. Zwłaszcza, że choć główną tajemnicą fabuły jest zniknięcie Beks, to tak jakby dostałam dwie równoległe tajemnice. I choć dotyczą one tego samego, to obie jednocześnie budują napięcie i wciągają czytelnika, sprawiając że nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, co właściwie się stało. Kulminacja fabuły jest idealna, bo łączy je w całość, a jednocześnie sprawiła, że szczęka opadła mi ze zdumienia, bo takiego rozwiązania nie mogłam przewidzieć.

Słowem podsumowania - Córeczka to naprawdę dobry thriller psychologiczny, a ja z przyjemnością sięgnę po kolejne książki autorki. Nietypowe rozwiązania, zaskakujący koniec oraz igranie z umysłem czytelnika sprawiły, że lektura tej książki była czystą przyjemnością, a ja nie dostrzegłam w fabule drobnych błędów, bo te były po prostu nieistotne. Z mojej strony mogę gorąco polecić tę powieść tym, którzy tak jak ja, od czasu do czasu uwielbiają tajemnicze historie, skupiające się na motywie psychologicznym, z mnóstwem mylących tropów i zaskakującym zakończeniem.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,32/10
Ilość stron: 271
Okładka: miękka
Data wydania: 15 marca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Dorota Stadnik
Cena (z okładki): 34,90 zł



Teraz, kiedy zyskałam nowe życie, rozpaczliwie chciałam je zatrzymać. Tak długo czułam się zagubiona i samotna, że zaczęłam ten stan uznawać za normalność, za mój zwykły dzień powszedni. W moim pojęciu wolność i bezpieczeństwo wykluczały się nawzajem, ale teraz było inaczej



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Kim jest ta dziewczyna?” Mhari McFarlane


Ile to lat spędziła, żeby przypodobać się takim nieistotnym ludziom?
I nigdy właściwie nie zadała sobie pytania, dlaczego ma ich lubić.

Kto z nas nie lubi odrobiny skandalu? Ja na pewno nie zaliczam się do tej grupy, bo ze wstydem przyznam, że czasem lubię pośledzić "ploteczki", choć zdecydowanie nie wywołują one u mnie większych emocji. No, chyba że chodzi o książkę...

Gdy Edie zostaje przyłapana w kompromitującej sytuacji z panem młodym na jego własnym weselu, wybucha skandal. Powszechne oburzenie przenosi się do sieci, a przez profile społecznościowe Edie przetacza się fala hejtu. Nazwana złodziejką mężów i skazana na towarzyski ostracyzm, pragnie zapaść się pod ziemię. Ponieważ atmosfera w biurze jest gęsta od plotek i komentarzy, szef wysyła ją do Nottingham na coś w rodzaju przymusowego urlopu, gdzie jako ghostwriterka ma napisać autobiografię wschodzącej gwiazdy filmowej, Elliota Owena.
Idealny plan? Niekoniecznie...
Hejt wciąż boli, współpraca z Elliotem od początku układa się fatalnie, a życie pod jednym dachem z ojcem i wiecznie niezadowoloną młodszą siostrą staje się źródłem kolejnych frustracji.
Gdy wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciw niej, Edie musi udowodnić sobie i innym, że wie, kim jest, i potrafi żyć po swojemu.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Kojarzycie ten moment w książkach, kiedy dzieje się "wielka zła rzecz"? To najczęściej ten fragment, kiedy wszystko już zaczyna się dobrze układać dla bohaterów, ale do końca zostaje sto stron, więc po prostu musi się stać coś złego. W tym wypadku wydawać by się mogło, że najgorsze, co mogło się zdarzyć to pocałowanie pana młodego na jego weselu, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Przed Edie jeszcze najgorsze - musi się zmierzyć z ogólnym potępieniem i nienawiścią zarówno byłych kolegów, ale także nieznajomych. Stawienie czoła fali hejtu wcale nie będzie łatwym zadaniem, podobnie zresztą jak napisanie biografii przystojnego aktora, Elliota Owena.

Przede wszystkim byłam zaskoczona, jak pulchna to książka, ponieważ powieści obyczajowe rzadko mają ponad pięćset stron. Obawiałam się, że taka wielkość przełoży się na zbyt długie opisy oraz/lub przestoje w fabule, bo autorka musiałaby mieć naprawdę sporo pomysłów, żeby zapełnić te wszystkie karki. Jak było? Hmm, mam wrażenie, że w ogólnym rozrachunku okazało się być w miarę dobrze, jednak jest jeszcze to nieszczęsne ale... Przez pierwsze sto stron autentycznie nie mogłam wciągnąć się w fabułę. Mnogość opisów, niewiele akcji i mnóstwo rozterek wewnętrznych Edie - czyli dokładnie to, czego się obawiałam - sprawiały, że odkładałam tę książkę mniej więcej co trzy rozdziały. W pewnym momencie stwierdziłam, że chyba już nic nie sprawi, że zmienię zdanie o powieści Mhari McFarlane, ale uwaga, uwaga na scenę wkroczył Elliot Owen. Rzadko przypisuję zasługę uratowania powieści jednemu bohaterowi, ale on naprawdę ma spore zasługi, bo od tej chwili było już tylko lepiej - więcej się działo, postaci się rozwijały, skróciły się też wewnętrzne monologi - a Kim jest ta dziewczyna? naprawdę zaczęła mi się podobać. Nie będę rozpisywać się na temat szkodliwości mediów społecznościowych, ale naprawdę podobał mi się sposób, w jaki Mhari McFarlane przedstawiła ten temat, zarówno na przykładzie Edie, jak i Elliota Pisarka postawiła na krótkie rozdziały oraz dość prosty język, więc nawet przez ten nieszczęsny początek, powieść czyta się sprawnie, bez większych rozterek nad tekstem. Zastanawia mnie jednak czy autorka (bądź tłumacz) okazjonalnie nie sięgnęli po zbyt kolokwialne określenia (były to raczej pojedyncze przypadki, nie mniej jednak, coś takiego przeszło mi przez myśl w trakcie lektury), zwłaszcza patrząc na wiek głównych postaci.

Edie ma trzydzieści pięć lat, jest wolna i pracuje w agencji marketingowej w Londynie, ale z powodu wyżej wspomnianego skandalu na trzy miesiące wyjeżdża do rodzinnego Nottingham. Jest to bohaterka, którą naprawdę ciężko było mi polubić - z jednej strony rozumiałam, że wszystko, co mówili o niej ludzie faktycznie może boleć, ale z drugiej nie znoszę użalających się nad sobą kobiet. Poza tym skoro autorka już chciała ukazać ją, jako dojrzalszą niż kierowana hormonami dwudziestolatka, to mogła naprawdę odrobinę zmniejszyć jej naiwność. Obwinianie wszystkich poza sobą i pretensje, że panu młodemu się upiekło, wcale nie pomagały w jej sytuacji, zresztą tak samo, jak nazywanie siebie ofiarą. Żeby nie było, że jest tak tragicznie to czytelnik faktycznie ma okazję zaobserwować pewne zmiany w zachowaniu Edie, ale to nie do końca zatarło średnie pierwsze wrażenie i wciąż nie do końca ją lubię. Natomiast Elliot Owen szturmem podbił moje serce - dzięki niemu nawet Edie dała się lubić. Uwielbiałam fakt, że się troszczył, jego humor, przekomarzania z bratem, sam fakt, w jaki sposób o sobie mówił i generalnie wszystko. Nic dodać, nic ująć. Dodatkowo autorka wprowadza do fabuły sporo postaci drugoplanowych, ale tu naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Może, może niektóre z nich były zbędne, ale wszyscy bohaterowie są dobrze zarysowani i konsekwentni w sowim działaniu.

Normalnie staram się nie poruszać tego tematu, ale wiecie co? Nie znoszę otwartych zakończeń. NIE. ZNOSZĘ. FU. Jeżeli w planach nie ma kontynuacji to zostawianie końcówki dla interpretacji czytelnika jest po prostu... koszmarkiem. Ja tam osobiście wolę jasno i wyraźnie zakończone historie, zadowoli mnie nawet jedną stronę epilogu, którego akcja rozgrywa się dziesięć lat później. 

Ogólnie rzecz biorąc Kim jest ta dziewczyna? byłoby naprawdę dobrą powieścią, gdyby nie to zakończenie. Jestem w stanie wybaczyć niemrawe początki, zwłaszcza, że później nie mogłam się oderwać od tej powieści, ale absolutnie nie znoszę niedopracowanych końcówek. Jasne, mogę sobie ją dopowiedzieć sama, jednak to nie to samo, co po prostu ją przeczytać, jakakolwiek by nie była. <Głęboki wdech> Abstrahując od ostatniego rozdziału, ta książka naprawdę mi się podobała, jednak ostatecznie polecam Wam ją, tylko jeśli - w przeciwieństwie do mnie - potraficie pogodzić się z brakiem domkniętego zakończenia.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 511  
Okładka: miękka
Data wydania: 5 października 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 36,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins 

Recenzja - „Wszystko to, co wyjątkowe” Matthew Quick



,,A potem któregoś dnia zaczniesz szukać siebie w lustrze i nie będziesz w stanie się zidentyfikować - 
będziesz widzieć jedynie wszystkich innych. Będziesz wiedział, że zrobiłeś to, czego inni po tobie oczekiwali. 
Zasymilujesz się. Znienawidzisz się za to, bo będzie za późno."

Nie tak dawno miałam okazję przeczytać Wybacz mi, Leonardzie - to nie była miłość od pierwszego zdania, ale nie mogę odmówić Matthew Quickowi, że ostatecznie poruszył mnie swoją opowieścią. Zakochałam się w historii Leonarda. Wiedziałam, że chcę więcej, ale żaden z opisów jego pozostałych książek nie mógł mnie do końca przekonać. Aż zobaczyłam Wszystko to, co wyjątkowe.

Oto Nanette. Wzorowa uczennica, gwiazda szkolnej ligi piłkarskiej i posłuszna córka. Zawsze robi to, czego się od niej oczekuje. Ale wszystko zmienia się w dniu, w którym dostaje podniszczony egzemplarz Kosiarza balonówki – tajemniczej, niewydawanej od lat kultowej powieści. Nanette czyta ją dziesiątki razy. Chce być taka jak główny bohater. Chce być buntowniczką.
Choć udaje wygadaną rebeliantkę, w środku to jednak ta sama Nanette, samotna introwertyczka, która usiłuje znaleźć swoje miejsce w nieprzyjaznym świecie. Zmuszona dokonać kilku trudnych wyborów nauczy się, że za bunt trzeba czasem zapłacić wysoką cenę.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Jest coś fantastycznego w naprawdę dobrych książkach. To, jak po zakończonej lekturze przeczytane słowa nadal dźwięczą w umyśle czytelnika, sprawiając, że dopiero poznana historia skłania go do refleksji i pozostawia w nim potrzebę podzielenia się każdym uczuciem, którego właśnie doświadczył. Tak było z Nanette i Kosiarzem balonówki. Tak jest teraz ze mną. Ta niepozorna, stosunkowo krótka książeczka, sprawiła, że kłębi się we mnie mnóstwo emocji. I w takim momencie jestem najszczęśliwszym człowiekiem, że mam miejsce, w którym mogę się tym wszystkim podzielić. Z Wami. Wszystko to, co wyjątkowe to jedna z tych powieści, które najlepiej czyta się nad kieliszkiem wina lub ulubionej herbaty, zwiniętym pod kocem, nocą lub przy deszczowej pogodzie, kiedy nic nie czeka na moją uwagę i można po prostu chłonąć każde słowo. Dlaczego? Dlatego, że odnoszę wrażenie, że Matthew Quick wyjątkowo upodobał sobie, aby jego historie uderzały w czułe struny. Pod pewnymi względami Nanette przypomina mi Leonarda, bo obydwoje są młodymi ludźmi, którzy nie do końca pasują do reszty społeczeństwa, dlatego że są znacznie bardziej wrażliwi na otaczający ich świat. Nie chcą być kolejnym "nieszczęśliwym" dorosłym, a to, że myślą inaczej, wcale nie przysparza im sympatii.

Jak być szczęśliwym? Czy warto się wyróżniać? Jak odnaleźć siebie? Czy jestem szczęśliwy? Czy dałem się zaszufladkować? Czy bunt się opłaca? Jakie będą jego konsekwencje?  Czy chcę być inny? Czy moje życie wygląda tak, jak tego chcę? Czy w końcu pęknę? Co się wtedy stanie? Takie pytania stawia autor przed czytelnikiem, a przynajmniej właśnie te ja mam ochotę zadać. Teoretycznie Matthew Quick stara się na nie odpowiedzieć. Praktycznie mam wrażenie, że Wszystko to, co wyjątkowe zmusza do przeanalizowania tych zagadnień, ale tak naprawdę nie daje żadnych odpowiedzi. Patrząc jak potoczyły się losy Nanette, Alexa czy nawet Bookera - można podać różne rozwiązania, a żadne z nich nie wydaje się do końca właściwe. 

Mimo że Matthew Quick porusza trudne tematy, wplata w opowieść kilka wierszy i stosuje metafory to Wszystko to, co wyjątkowe czyta się naprawdę błyskawicznie. Ta niedługa książka, podzielona na króciutkie rozdziały, ma naprawdę dobre tempo akcji. Parokrotnie wspominałam o refleksyjności tej powieści, jednak nie doświadczyłam tu długich, pseudofilozoficznych rozważań nad sensem życia. Tak naprawdę wszystkie przesłania są wplecione w dialogi i fabułę, przez co Quick sprytnie przemyca swoje wnioski, jednocześnie sprawiając, że czytelnik nawet nie czuje przewracających się kartek, zwłaszcza patrząc na lekki styl autora. 

Nanette jest momentami nieco irytująca, jednak było w niej coś takiego, co sprawiło, że wyjątkowo ją polubiłam. Być może dlatego, że miała trzeźwe podejście do życia, a jednocześnie  nie chciała podążać ścieżką, jaką wskazuje jej społeczeństwo. Szybko zdaje sobie sprawę, że jej działania będą miały konsekwencje, nie podejmuje pochopnych decyzji - jest wyjątkowo dojrzała, jak na swój wiek, a jednocześnie ma cechy typowej nastolatki. To dobre połączenie, bo tak właśnie wygląda mentalność młodych ludzi, stojących u progu dorosłości, podobnie zresztą jest było ze mną. W przeciwieństwie do Nanette, nie potrafiłam polubić Alexa, bo ma wyjątkowo specyficzną osobowość. Choć początkowo nie miałam do niego zastrzeżeń, to z każdą kolejną decyzją traciłam do niego sympatię. Podobnie było z Bookerem.  

Wszystko to, co wyjątkowe to książka o poszukiwaniu siebie, o tym, że aby podążać własną ścieżką, trzeba mieć siłę, żeby ponieść konsekwencje własnych decyzji. Matthew Quick po raz kolejny serwuje nietuzinkowych bohaterów praz opowieść, która skłania do refleksji. Co mogę więcej powiedzieć? Gorąco polecam ;).

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,44/10
Ilość stron: 256
Okładka: miękka
Data wydania: 14 września 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 34,99 zł  


Wiedziałem, że osiągnąłem kres dzieciństwa, kiedy zdałem sobie sprawę, że dorośli w moim życiu nie wiedzą więcej ode mnie - i wtedy w jednej chwili pojąłem, że wszystko, co poprzedzało właśnie ten moment, było rodzajem gry, prowadzonej przez tak zwanych dorosłych, którzy puszczali do siebie porozumiewawczo, gdy się na nich nie patrzyło... ludzi, którzy udawali, że są kimś, kim nie byli, [...].


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Załącznik” Rainbow Rowell


Lincoln nie potrafił wytłumaczyć, nawet samemu sobie, dlaczego stała się dla niego taka ważna.
Obie z Jennifer były dowcipne i serdeczne, ujmujące. Ale zawsze bardziej ujmowała go Beth.

Raibow Rowell dała się poznać polskim czytelnikom jako autorka powieści dla młodzieży. Nie mam za sobą jeszcze żadnej z jej powieści, ale o praktycznie wszystkich słyszałam całkiem rozbieżne opinie. Tym bardziej chciałam przekonać się jak będzie ze mną, choć jednocześnie miałam niejasne wrażenie, iż jestem odrobinę za stara na jej młodzieżowe historie. Dlatego gdy okazało się, że w Polsce ukaże się Załącznik - czyli książka kierowana do już starszego odbiory - nie mogłam się doczekać, aż ją poznam. 

Lincoln jest mężczyzną przed trzydziestką, który nadal mieszka w rodzinnym domu i pracuje na stanowisku administratora bezpieczeństwa informatycznego w redakcji gazety Courier. Oznacza to, że system wyłapuje jedno ze słów-kluczy w pracowniczych e-mailach i wysyła Lincolnowi taką wiadomość do weryfikacji - co w praktyce oznacza, że mężczyzna przez większość swojej zmiany czyta internetową korespondencję swoich współpracowników. Tak właśnie "poznaje" Beth i Jennifer. Na początku wysyła im upomnienie za prywatne rozmowy, później jednak zaczyna czuć do nich sympatię. Zwłaszcza do Beth - choć jeszcze jej nie zna, a kobieta ma chłopaka. Czy Lincoln odważy się zrobić coś ze swoimi uczuciami?

Lincoln O’Neill nie może uwierzyć, że jego praca polega na czytaniu cudzych e-maili. Zgłaszając się na stanowisko „administratora bezpieczeństwa danych”, wyobrażał sobie, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów – a nie pisał raport za każdym razem, gdy dziennikarz działu sportowego prześle koledze sprośny dowcip.
Natrafiwszy na e-maile Beth i Jennifer, wie, że powinien wysłać im upomnienie. Ale ich pokręcona korespondencja na temat spraw osobistych bawi go i wciąga.
Kiedy sobie uświadamia, że zakochał się w Beth, jest już za późno, żeby tak po prostu nawiązać z nią znajomość. Co miałby jej powiedzieć...?
„To ja jestem tym facetem, który czyta twoje e-maile… i kocham cię?”
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To zabawna sytuacja i naprawdę świetny pomysł na fabułę. Ani my - jako czytelnicy - ani Lincoln nie wiemy nic o Beth oraz Jennifer. Jedyne, co możemy zrobić to wraz z głównym bohaterem śledzić ich e-maile i samodzielnie zbudować sobie w głowie jakąś wizję. Rainbow Rowell opowiada o dorosłych ludziach, w których pozostała jakaś nuta dziecka. Z tą młodzieńczą nieporadnością Lincoln zakochuje się w kobiecie, której nie zna i wraz z nią bohaterowie starają się rozwiać swoje problemy. To, co przede wszystkim urzekło mnie w tej historii to właśnie postaci, które tu występują i ich wcale niebanalne problemy, z którymi przyszło im się zmierzyć

Akcja rozgrywa się w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, zaraz przed przełomem milenijnym. Komputerom i internetowi sporo brakuje do tych z dzisiejszych czasów. Mimo to poza wspomnieniem o końcu tysiąclecia rzadko widziałam różnicę pomiędzy tamtymi, a dzisiejszymi czasami. Zgaduję, że głównym powodem jest niewielka ilość opisów, ponieważ aktorka podzieliła swoją powieść na dwie przeplatające się części. W jednym rozdziale śledzimy e-maile Beth i Jennifer, żeby w kolejnym wrócić do Lincolna, którego poczynania czytelnik obserwuje z perspektywy trzecioosobowego narratora. Poza tym poszczególne fragmenty są naprawdę króciutkie - maksymalnie pięć stron - co w połączeniu z wyjątkowo lekkim stylem Rainbow Rowell sprawia, że ta opowieść mija wręcz błyskawicznie.

Naprawdę polubiłam obie kobiety i ich relację. To dokładnie taka przyjaźń, jaką mogłabym zobaczyć na ulicy - czasami pełna sarkazmu, czasami wsparcia, narzekań oraz trudnej miłości, jeśli właśnie tego wymaga. Naprawdę potrafię docenić realizm w uczuciach bohaterów, bo egzaltowanie ich to całkiem nowa moda - i to taka, która praktycznie nigdy mi się nie podoba. Lincoln to główny bohater nie do końca w moim stylu, ale mimo to i tak go polubiłam, Mężczyzna jest przed trzydziestka i mieszka z matką, a większość czasu spędza w pracy. Automatycznie skojarzył mi się z typowym informatykiem, ale na jego korzyć działa charakter. Lincoln jest po prostu sympatyczny. Z jakiegoś powodu polubiłam zwłaszcza momenty z jego matką - kobieta ma dość trudny charakter oraz osobliwe przekonania, a mimo to, lub być może dlatego, została jedną z moich ulubionych bohaterek w Załączniku.

Skoro jest tak dobrze, to czy znalazło się coś złego? Zależy od punku widzenia odbiorcy. Ponieważ około połowa powieści ma formę epistolarną - współczesną, ale jednak - ja osobiście zmagałam się z tym samym problemem, co w przypadku Love, Rosie. Zabrakło mi troszeczkę więcej akcji. Niby nadrabiają to części Lincolna, ale i tam nie spotkałam się z wielkimi zwrotami w fabule. Podobnie jest z zakończeniem. Chociaż generalnie podobało mi się, że tak naprawdę do ostatnich stron Rainbow Rowell trzyma czytelnika w niepewności, jak skończy się ta historia (teoretycznie), ale zabrakło mi tam emocji. Nie będę się czepiać samej treści ostatnich rozdziałów, ale to powinien być ten moment, który wyróżni się na tle innych, tymczasem odniosłam wrażenie, że ani bohaterowie, ani czytelnik nie odczuli wagi tych ostatnich kilku scen.

Podsumowując Załącznik to wyjątkowo ciepła opowieść o życiu i miłości trochę nieporadnych dorosłych. Rainbow Rowell zaserwowała mi książkę, która idealnie wpasowała się w to, na co miałam aktualnie ochotę, a jej lektura była czystą przyjemnością. Nie znajdziecie tu wprawdzie wielkich wzlotów i upadków, ale mimo to Załącznik to bardzo dobra powieść obyczajowa, którą mogę Wam polecić, jeśli macie ochotę na dobrą książkę.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,21/10
Ilość stron: 415
Okładka: miękka
Data wydania: 14 września 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Cena (z okładki): 36,99 zł



[...] Był taki uroczy, że niemal zgodziłam się, żeby dziecko dostało Dakota na drugie.
Potem jednak uznałam, że muszę myśleć jak matka i je chronić.
Beth do Jennifer:
Wiedziałam, że w końcu odezwie się w tobie instynkt macierzyński.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” Anna McPartlin


- Mój pierworodny, Jeremy, został poczęty na skutek przemocy i zmarł na skutek przemocy,
ale dopóki żył, pozostawał światłem mojego życia. [...] Przyszłam tu po to,
żeby opowiedzieć o nim i o wszystkim, czego nauczył mnie ten krótki czas, który razem spędziliśmy.

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny McPartlin i zupełnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Naczytałam się mnóstwo pozytywnych opinii o Ostatnich dniach Królika i, tak bardzo jak jest to złe, przez ten pryzmat patrzyłam również na jej najnowszą powieść, przez co miałam bardzo wysokie oczekiwania. Tak więc autorka miała trudne zadanie, bo podczas naszego pierwszego spotkania, zamiast otwartego umysłu, jej opowieść trafiła na twardą ścianę wymagań. Co z tego wynikło?

Maisie zaszła w ciążę w wieku osiemnastu lat i przez to utknęła w związku z człowiekiem, który uważał ją za osobisty worek treningowy. Przez wiele lat nie mogła znaleźć w sobie siły by od niego odejść, aż do momentu, gdy trafiła na salę operacyjną ze spowodowanymi przez niego obrażeniami. Kilka lat późnej życie kobiety jest nadal jest trudne, bo Maisie opiekuje się chorą na demencję matką, pracuje na dwa etaty i wychowuje dzieci, jednak w końcu jest szczęśliwa. Aż do tego feralnego dnia. Pierwszego styczna 1995 r. Jeremy wymknął się z domu i już do niego nie wrócił. Rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania. 

Zerkam niespokojnie na widownię. Czy znajdę dość sił, by opowiedzieć ludziom o moim synu? 
Jeremy był dobrym, wrażliwym chłopcem, kochałam go tak, jak potrafią tylko matki. Mam poczucie winy, bo daleko mi do ideału. Za długo tkwiłam w związku z jego ojcem-katem, który terroryzował mnie przez lata. Nie zawsze ogarniałam rzeczywistość, czasami przytłaczała mnie proza życia. Nie było mi łatwo pracować na dwa etaty, opiekować się chorą matką, która przestała być sobą, i znosić zmienne nastroje nastoletniej córki. Ból po stracie syna nigdy nie zelżeje, ale wciąż mam dla kogo żyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni…
Mój syn umarł 1 stycznia 1995 roku. Minęło dwadzieścia lat, a ja stoję przed grupą obcych ludzi, by im o nim opowiedzieć.
Głęboki wdech. Zaczynajmy
 (Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To przejmująca opowieść o poczuciu winy, nadziei, strachu i stracie, wywołująca całą gamę emocji, od uśmiechu po płacz. To książka niosąca ze sobą ważne przesłanie, poruszająca drażliwy temat tolerancji, przemocy w rodzinie i ukazująca, jak brutalne może być życie oraz do czego może doprowadzić strach. To książka, która zupełnie rozbiła mnie emocjonalnie. 

To, co mnie zaskoczyło od samego początku to sytuacja, w której dokładnie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów, których przecież dopiero poznajemy. Nie jest to typowy zabieg, mający podkręcić uczucia czytelnika już w pierwszych stronach, ale faktyczne przedstawienie, jak zakończy się ta opowieść. Wywołało to u mnie pewną obawę, że autorka nie poradzi sobie z poprowadzeniem akcji, tak aby mnie zaintrygować czy wywołać emocje, skoro od samego początku wiem, jak będzie wyglądało zakończenie. Strach ten był zupełnie próżny. Okazało się, że Anna McPartlin dokładnie wiedziała, co robi, ponieważ pytania typu "jak?" i "dlaczego?", które zadawałam sobie podczas lektury, wywołały we mnie znacznie większą burzę. Przez to, że znałam finał tej historii, bardziej skupiłam się na emocjach, które płynęły do mnie z książki, wraz z bohaterami przeżywałam strach, rozpacz, wręcz czułam ich desperacką potrzebę odnalezienia Jeremy'ego. Tylko, że w przeciwieństwie do nich, ja już wiedziałam, że nie wróci do domu.

Jestem pewna, że już Wam o tym wspomniałam, ale cenię sobie książki, które mają realistyczne podejście zarówno do postaci, jak i do fabuły. Właśnie te historie zdecydowanie bardziej do mnie przemawiają, ponieważ sprawiają, że mogę poczuć uczucia targające bohaterami i wczuć się w ich sytuację. Taka książka dużo bardziej mną wstrząsa, pozostawia po sobie szalejące emocje i skłania do refleksji, bo obieram ją znacznie bardziej osobiście. Tak też było z Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu. Anna McPartlin powoli dostarcza czytelnikowi kawałki układanki składające się na tę historię, nie koloryzując poszczególnych fragmentów i nie popadając w przesadę. Od momentu zniknięcia Jeremy'ego akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy Maisie, Bridie, Valerie i przyjaciół chłopaka, którzy walczą z czasem i starają się sprowadzić go do domu, a z drugiej czytelnik dostaje wgląd co właściwie wydarzyło się tamtego wieczora, czyli otrzymuje krótkie - bo zaledwie godzinne - fragmenty widziane oczami Jeremy'ego. Ten zabieg ogromnie przypadł mi do gustu, bo podsycało to moją ciekawość i jednocześnie stworzyło z tej emocjonalnej historii książkę, która trzyma w napięciu i nie pozwala odłożyć się na półkę. 

Wisienką na torcie jest narrator trzecioosobowy, ale patrzący na rozgrywające się wydarzenia oczami praktycznie wszystkich bohaterów. Obserwujemy więc Maisie, która choć stara się jakoś trzymać, obwinia się o zaginięcie syna i rozpaczliwie stara się go odnaleźć. Valerie, kochającą, młodszą siostrę, której ciężko porozumieć się z matką, młodą dziewczynę pragnącą, aby jej straszy brat wrócił bezpiecznie do domu. Bridie, starszą kobietę, której mózg zasnuł się mgłą. Chciałaby pomóc córce, pozostać przytomną na tyle długo, żeby pomóc w odnalezieniu ukochanego wnuka, ale uniemożliwia jej to choroba. Freda, policjanta, który po latach skrytych uczuć i pomagania Maisie, w końcu dostał szansę, aby ułożyć sobie życie z ukochaną. Niestety życie krzyżuje mu plany, bo podświadomie kobieta obwinia go za to, że tamtego wieczora nie było jej w domu. Mężczyzna robi wszytko, co w jego mocy, żeby odnaleźć nastolatka, ale czy kruche uczucie ma szansę przetrwać w tak trudnych okolicznościach? Przyjaciele Jeremy'ego. Młodzi ludzie, którzy choć tak się od siebie różnią, jakoś złapali wspólną nić porozumienia i wszyscy drżą w obawie, co mogło się stać. I na końcu Jeremy, czyli bohater, którego zdążyłam polubić na przestrzeni trzech stron, jednocześnie wiedząc, jaki będzie jego los. Złoty chłopiec, który krył w sobie wiele tajemnic i cierpienia, spędził dzieciństwo obserwując, jak ojciec katuje matkę i wziąć na siebie ciężar bycia jedynym mężczyzną w domu. Chłopiec, który zrobiłby wszystko dla swojego najlepszego przyjaciela. Autorka wykreowała fantastycznych bohaterów, ma się wręcz wrażenie, jakby Ci wszyscy ludzie nie żyli tylko na kartach jej powieści. 

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu Anny McPartlin to książka o młodym człowieku, któremu nie dane było dorosnąć i o jego bliskich, którzy musieli poradzić sobie z tą stratą. Książka serwuje ogromy ładunek emocjonalny, wspaniałych bohaterów i historię, która ostatecznie wzruszyła mnie do łez, choć wcale się na to nie zapowiadało. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Cena (z okładki): 36,99 zł

- Wszystko będzie dobrze, Bridie - zapewniła Lynn.
- Wszystko było dobrze, ale czasy się zmieniają, a to, co dobre, stopniowo  staje się złe.
Nie możemy nic na to poradzić. Myślisz, że masz nad tym jakąś kontrolę,
ale tak ci się tylko wydaje, kochanie. [...] Nic już nie będzie takie samo. - Po jej twarzy pociekły łzy.
- Wszystko się zmienia, Bridie. Na tym właśnie polega życie.
- Ale przez pewien czas było tak dobrze - odpowiedziała, po czym zamilkła.



Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam (za Dziedzictwo ognia)

#58 Recenzja - Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej


Z tego, co widziałam, twarde drewno podłogi było w znakomitym stanie.
Ale z drugiej strony widywałam przecież również wiatrak i otwarte niebo
i nigdy nie wzbudzało to we mnie pragnienia podboju.
Wydaje nam się, że świat jest jest jasny i oczywisty. 
W istocie wszystko zależy od tego, kto na niego patrzy. 

Zakochałam się w twórczości Sarah Dessen przy okazji Kołysanki i od tamtej pory ani jedna z jej książek mnie nie zawiodła. Z tego, co widziałam sporo osób zarzuca autorce, że jej książki są o wszystkim i o niczym - ot takie czytało na wolny wieczór. I choć trudno się z tym nie zgodzić, to dla mnie jest to ich największa zaleta. W tych powieściach na próżno szukać egzaltacji uczuć czy dramatycznych zwrotów akcji, ale czy to na pewno wada?

Emaline właśnie skończyła liceum i jesienią wyjeżdża na studia. Na początku wakacji niespodziewanie zerwała z Lukiem. Chodzili ze sobą trzy lata i do niedawna myślała, że ten związek jest idealny. Tymczasem w nadmorskim miasteczku pojawia się Theo, nowojorczyk, ambitny student szkoły filmowej. Wakacyjny romans? Czemu nie.
Do Colby przyjeżdża też na lato ojciec Emaline, który rzadko utrzymywał z nią kontakt. Emaline pociąga urok wielkiego świata, jaki roztaczają przed nią Theo i ojciec. Ambitna i pracowita, zawsze pragnęła gwiazdki z nieba i jeszcze więcej. Jednak nie można mieć wszystkiego, a marzenia nie zawsze się spełniają.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska) 

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej to już moje czwarte spotkanie z twórczością Sarah Dessen i ponownie mogę je zaliczyć do udanych. Po takiej ilości książek autorki z jednej strony mogłam się troszeczkę domyślić, o czym będzie ta historia, a z drugiej pisarce nadal udaje się mnie zaskoczyć. Nie zmienia się też to, za co ją uwielbiam i dlatego nadal podtrzymuję to, co napisałam przy okazji recenzji Teraz albo nigdy: Książki tej autorki są tak zwyczajne, że wręcz fascynujące. Dessen tworzy historię, w której nie ma przesadnej egzaltacji lub bagatelizowania przeżyć bohaterów - czytelnik otrzymuje doskonale wyważoną opowieść, z którą bez problemu może się utożsamiać. Bohaterowie mają oczywiście swoje problemy, ale nie padają ofiarą wielkich tragedii czy ogromnego szczęścia i lukrowanego happy endu, co w dobie popularności New Adult zdecydowanie trzeba docenić. Nie zrozumcie mnie źle - też nie zawsze uważam to za wadę, jednak czasami mam ochotę na powieść, która po prostu pozwoli mi oderwać się od własnych problemów i zamiast uczucia smutku pozostawi po sobie uśmiech i pozytywne podejście do nadchodzącego dnia. 

Przy poprzednich powieściach autorki nieustannie wychwalałam sposób, w jaki kreuje swoich bohaterów i ta książka nie jest wyjątkiem w tym temacie. Niektórych pokochałam całym sercem - na przykład przyrodniego brata czy najlepszego przyjaciela Emaline. Benji był przeuroczym chłopcem i za każdym razem, jak się pojawiał na mojej twarzy wykwitał uśmiech, natomiast Morris okazał się znacznie bardziej skompilowaną i fascynującą postacią, niż wskazywałby na to jego początkowy portret. Inni bohaterowie tacy jak ojciec dziewczyny czy - zaskakująco - Theo budzili we mnie zgoła inne emocje. Chyba podobnie jak Emaline miałam w stosunku do nich dużo większe oczekiwania i ostatecznie byłam zawiedziona ich zachowaniem i wyborami, które podjęli. Niemniej jednak to wcale nie znaczy, że nie podobało mi się, jak są wykreowani, bo to, za co stracili moją sympatię, jednocześnie sprawiło, że tylko doceniłam autorkę, gdyż od samego początku prowadziła ich działania bardzo konsekwentne.

W moim osobistym rankingu powieści Sarah Dessen Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej wprawdzie nie wskoczyła na pierwsze miejsce - to nadal zajmuje Teraz albo nigdy - ale otrzymałam, dokładnie to, na co liczyłam. Jest to świetna książka na wakacje, czyta się ją wręcz błyskawicznie, zarówno dzięki samej tematyce, jak i lekkiemu stylowi pisania autorki.

Gwiazdka z nieba i jeszcze więcej utwierdziła mnie w przekonaniu, że po postu uwielbiam twórczość Sarah Dessen, bo pozostawiła po sobie to, co pokochałam w jej książkach - pewien optymizm, ciepłe uczucie, pozytywne podejście do życia. Choć nie znajdziecie tu wielkich i spektakularnych zwrotów akcji, gwarantuję, że jeśli tylko dacie się ponieść, ta powieść Was nie rozczaruje. Co jeszcze mogę dodać? Po raz kolejny gorąco zachęcam, abyście sięgnęli po, szczerze mówiąc, jakąkolwiek historię tej autorki.

Moja ocena: 7/10


Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 5,71/10
Ilość stron: 447
Okładka: miękka
Data wydania: 6 lipca 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Janusz Maćczak
Cena (z okładki): 36,99 zł


Rzecz jednak w tym, że nie zawsze można mieć wyłącznie to, co doskonałe.
Aby nasze życie było prawdziwe, potrzebujemy wszystkiego:
dobra i zła, plaży i betonu, znanego i nieznanego, wielkich mówców i małych miasteczek.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska


Inne powieści autorki:



#51 Recenzja - Teraz albo nigdy




Wieczność oznacza tak wiele różnych rzeczy. Nieustannie się zmienia, i o to chodzi.
Czasem trwa dwadzieścia minut, czasem sto lat, a innym razem po prostu tę jedną chwilę,
która mogłaby się ciągnąć w nieskończoność. W wieczności ważne jest tylko to, że trwa.

Już dwa razy miałam do czynienia z twórczością Sarah Dessen i obie jej powieści bardzo mi się podobały. Autorka porusza ważne tematy, ale w jej książkach przede wszystkim urzeka mnie realizm postaci, które kreuje i ich historii. Nic wiec dziwnego, że nie mogłam oprzeć się pokusie sięgnięcia również i po Teraz albo nigdy.

Macy musi być idealna. Idealna córka, idealna uczennica, idealna dziewczyna. W ten sposób nie będzie kłopotem dla matki, która po śmierci męża i tak ledwo się trzyma. Dzięki temu będzie pasowała do Jasona, jej chłopaka, zakochanego w sobie nerda.
Jej życie musi być zaplanowane – tylko odpowiedzialne decyzje i rozsądne wybory. Wakacje? Praca i nauka do egzaminów. I – rzecz jasna – tęsknota za Jasonem, który wyjechał na obóz naukowy.
Macy w swoich planach nie uwzględniła tylko jednego – że życie potrafi zaskakiwać.
Na czas wakacji znajduje pracę w firmie cateringowej. Choć panuje tam chaos – coś, czego dotychczas unikała jak ognia – nowe towarzystwo bardzo dobrze na nią wpływa. Cała załoga, a zwłaszcza przystojny Wes, sprawia, że poukładany świat Macy rozpada się na kawałki, co ku jej zaskoczeniu coraz bardziej jej się podoba.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Powieści Sarah Dessen wciągają mnie od pierwszych stron i nie pozwalają odłożyć się na półkę. Nie dlatego, że fabuła pędzi na łeb na szyję, a zewsząd czytelnik otrzymuje spektakularne zwroty akcji. Książki tej autorki są tak zwyczajne, że wręcz fascynujące. Dessen tworzy historię, w której nie ma przesadnej egzaltacji lub bagatelizowania przeżyć bohaterów - czytelnik otrzymuje doskonale wyważoną opowieść, z którą bez problemu może się utożsamiać. Nie oznacza to wcale, że tematy poruszane przez pisarkę należą do łatwych, w zależności od książki, po którą sięgałam jej temat przewodni stawiał mnie przed pewnym problemem - w powieści Ktoś taki jak ty był to między innymi nastoletni bunt i ciąża młodej dziewczyny. W Teraz albo nigdy autorka porusza problem radzenia sobie ze stratą bliskiej osoby i stara się pokazać, że nawet po takiej tragedii trzeba jakoś ruszyć dalej ze swoim życiem. Chociaż nie jest to łatwe, Macy stara się pogodzić się ze stratą ojca najlepiej, jak umie, udając że wszystko jest w porządku - dopiero później uświadomi sobie, że żałobę trzeba przeżyć, nie da się jej uniknąć, bo wtedy ból cały czas będzie jątrzącą się się raną. 

Uwielbiam wszystkie postaci wykreowane przez autorkę, zresztą jak zwykle. Niezmiennie zachwyca mnie talent pisarki do tworzenia bohaterów, którzy chwytają mnie za serce i wyłamują się z typowych schematów. Nie będzie ani słowa przesady, że absolutnie pokochałam Wesa i gorąco kibicowałam jego relacji z Macy, choć nauczona doświadczeniem z innych powieści Dessen, do samego końca nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zachowanie matki dziewczyny napawało mnie smutkiem, bo nie zdawała sobie sprawy, że udawanie, że wszystko jest w porządku nie oznacza, że tak właśnie się stanie. Wielką zaletą jest to, że każdy bohater ma swoje unikalne cechy i momentalnie zapadają w pamięć, co przy takiej ilości postaci jest prawdziwą sztuką.

Powieści autorstwa Sarah Dessen to książki, które niezmiennie uwielbiam i Teraz albo nigdy nie jest wyjątkiem. To piękna opowieść o radzeniu sobie ze stratą i odnalezieniu siebie w nowych realiach codzienności. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji do zapoznania się z twórczością autorki to gorąco polecam Wam wszystkie trzy jej powieści, choć szepnę, że osobiście to właśnie ta wskoczyła u mnie na pierwsze miejsce.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,1/10
Ilość stron: 384
Okładka: miękka
Data wydania: 18 maja 2016 r.
Wydawnictwo:  HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Cena (z okładki): 34,99 zł 


- Wszystko w porządku?
Za każdym razem, kiedy zadawała mi to pytanie, miałam ochotę odpowiedzieć szczerze.
Tyle rzeczy chciałam jej powiedzieć, na przykład o tym, że tęsknię za tatą, jak często
nadal o nim myślę. Ale przecież wszyscy uważali, że tak dobrze się trzymam: gdybym chciała wyznać, jak to naprawdę wygląda, oznaczałoby to, że poniosłam swego rodzaju porażkę.
Więc tak samo jak w wielu innych przypadkach, nie wykorzystałam szansy.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska


#50 Recenzja - Niezrównani



Alyson Nöel kojarzę głównie z cyklu Nieśmiertelni, którego początek wspominam dość dobrze, choć przyznam, że tej sagi nigdy nie dokończyłam. Kusząca okładka nowej powieści autorki przyciągnęła mój wzrok i sprawiła, że byłam bardzo ciekawa, co znajdę w środku.


Hollywood Boulevard najlepiej ogląda się w ciemnych okularach i bez wszelkich nadziei. Jeśli jednak spojrzysz wystarczająco uważnie (i cudem dostaniesz się na listę VIP-ów), zobaczysz oazę najlepszych klubów w mieście - hedonistyczne niebo dla młodych, stylowych 
i bogatych. Ale wchodząc do tego świata musisz pamiętać, że możesz już nigdy się z niego nie wyrwać. Trójka kalifornijskich nastolatków wchodzi do kręgu dla wybrańców – nocnego życia elit Los Angeles. Zostają wciągnięci do gry o wysoką stawkę, którą jest gwiazdka Hollywood Madison Brooks. Ryzykowną zabawę w fascynującym świecie intryg i pieniędzy przerywa 
wstrząsający news – Madison zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach…
Niezrównani to pierwsza część trylogii Beautiful Idols – niezwykłej sagi o rzeczywistości, w której najpiękniejsze sny zmieniają się w najgorsze koszmary.

(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Na samym początku dostajemy całe mnóstwo różnorodnych postaci, których losy splatają się ze sobą dzięki pewnemu właścicielowi nocnych klubów. Ira Reedman to bohater intrygujący od pierwszej wzmianki o nim, przy czym nie do końca w pozytywnym sensie, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Za każdym razem, gdy się pojawiał miałam wrażenie, że coś knuje, choć na pierwszy rzut oka nie dotyczyły go żadne z głównych wydarzeń. Zarówno Layla jak i Aster sprawiały wrażenie ambitnych dziewczyn, które będą dążyć do celu po trupach. Polubiłam dziewczyny na początku, a następnie moje uczucia skakały od niechęci do sympatii, aż w końcu nie jestem pewna, gdzie skończyłam z Laylą, jednak jest mi żal Aster. Nie zdradzę Wam dlaczego, ale w ostatecznym rozrachunku w sumie jej współczuję.Tommy wydawał się najsympatyczniejszy z nich wszystkich, ale czułam tam pewien zgrzyt i zastawiało mnie, czy faktycznie tak jest, czy po prostu ukrywa swoją mroczną stronę lepiej niż dziewczyny.

Świat przedstawiony przez autorkę jest wyjątkowo płytki. Domyślam się, że taki właśnie był jej zamysł - przedstawienie Hollywood jako miejsca gdzie króluje próżność i fałsz. Do takiego obrazu właśnie pasują bohaterowie tej książki, a ostatnie zdanie opisu w sumie idealnie oddaje sens fabuły.

Akcja rozkręca się powoli, chociaż z ciekawością śledziłam pomysły i zmagania uczestników konkursu, oczekiwałam jakiegoś BUM, które sprawi, że fabuła nabierze tempa. Mam wrażenie, że autorka zdecydowała się na zbyt wiele zapychaczy, w sumie przez co , po pierwszych stu stronach obawiałam się, że Niezrównani będzie kolejną powieścią o niczym. Chociaż początek był dosyć niemrawy, to okazało się, że momentem, na który czekałam było zniknięcie Madison, bo od tego miejsca nie mogłam się oderwać od powieści. Już wcześniej czytelnik wiedział, że otaczało ją wiele sekretów, co sprawiało, że pomimo barku spektakularnych zwrotów akcji nie mogłam się doczekać, aż je poznam. Zaginięcie aktorki przysporzyło trzem głównym bohaterom wiele problemów i dostarczyło jeszcze więcej tajemnic, które czekają na wyjaśnienie. Jeśli Alyson Nöel utrzyma tempo z ostatnich stu stron to ta seria zdecydowanie będzie warta uwagi. 

Moim zdaniem Niezrównani to dobra książka, która może rozpocząć fantastyczną serię. Mam nadzieję, że autorka będzie się trzymać tego, co sprawiło, że nie mogłam się od niej oderwać przez ostatnie sto stron, a fabuła całkowicie mnie pochłonęła. Myślę, że ta powieść przypadnie Wam do gustu jeśli lubicie klimat Hollywood i powieści młodzieżowe, natomiast mogą się rozczarować osoby szukające w książkach jakiejś głębi. Biorąc pod uwagę całość mnie się podobała i z pewnością sięgnę po kontynuację

Moja ocena: 6+/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,38/10
Ilość stron: 335
Okładka: miękka
Data wydania: 18 maja 2016 r.
Wydawnictwo:  HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 34,99 zł  



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#46 Recenzja - Druga runda



Ktoś powinien wymyślić pigułkę, po której przestajesz kochać ludzi,
których nie możesz mieć, a zaczynasz interesować się tymi dostępnymi.

Kiedy zobaczyłam zapowiedź Drugiej rundy pomyślałam, że będzie to idealna odskocznia - książka, która nie będzie mnie absorbować, ale zapewni rozrywkę. Po samym opisie zdecydowanie nie spodziewałam się książki poruszającej tak trudny temat, więc kiedy okazało się, że Gert cierpi po stracie ukochanego, byłam lekko zdziwiona i z zapałem zabrałam się za czytanie.

Czy ta kiecka nie jest za krótka? A może właśnie za długa? Mam dać się zaprosić na drinka po kolacji? A może ja powinnam zaprosić go do siebie? Całować się na pierwszej randce? Jak szybko uciec, jeśli okaże się, że jest nudziarzem albo świrem? Albo, co gorsza, jeszcze mieszka z matką?
To chyba jakaś kpina. Naprawdę, czy ja, wykształcona kobieta koło trzydziestki, muszę znowu bawić się w te bzdury?
Gert przed trzydziestką niespodziewanie dołączyła do grona singielek. Po kilku latach szczęśliwego związku powrót na rynek matrymonialny wydaje się jej koszmarem, a randkowanie – żenującą grą. Czy wśród milionów nowojorskich mężczyzn znajdzie się jej drugi „ten jedyny”? Druga runda – start!
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Naprawdę lubię powieści obyczajowe i z jakiegoś powodu czuję potrzebę podkreślenia tego faktu, zanim w ogóle zacznę tą recenzję. Dlaczego? Druga runda to taka opowieść o... niczym. Caren Lissner podjęła się trudnej tematyki chcąc pokazać, jak poradzić sobie nie tyle, co ze utratą bliskiej osoby, ale z ponownym rozpoczęciem życia. Gert straciła swojego męża w wypadku samochodowym prawie półtora roku wcześniej i czysto teoretycznie pogodziła się z jego śmiercią, jednak wciąż nie czuje się gotowa na randkowanie. Z tego, co słyszy od przyjaciółek bycie singlem w Nowym Jorku to ogromna udręka, a w całym mieście nie został ani jednej porządny facet.

Książka Caren Lissner sprawiła że ziewałam, do prawie jednej trzeciej objętości. Absolutnie nic nie zwiastowało przyspieszenia akcji - lub jakiejkolwiek akcji szczerze powiedziawszy. Choć rozumiem zamysł autorki w pokazaniu żałoby i przyjaźni to przez 80 stron pojawia się niewiele dialogów a te które są wcale nie dodają książce smaczku, pazura, humoru -jak zwał tak zwal - nie pojawiło się nic, co skłaniało mnie do dalszego czytania. To tak jakby autorka nie mogła się zdecydować, czy woli ze swojej książki zrobić dramat czy komedię. Z jednej strony wyśmiewa zasady randkowania, ale z drugiej historia cały czas wraca do Gert, a przez to do śmierci Marka. Później było troszeczkę lepiej- być może przywykłam do myśli, że jako taka akcja nie istnieje w tej powieści i po prostu byłam zaintrygowana, jak potoczą się losy Gert. 

Muszę się czepić postaci - o tyle o ile główna bohaterka tylko miejscowo wzbudzała we mnie irytację to jej przyjaciółki były nieznośne. Przysięgam, że jak na kobiety przed trzydziestką miały mentalność zgorzkniałych, napalonych nastolatek, a jedyne, co pojawia się w ich rozmowach to faceci. Mniej więcej w 2/3 książki jedna z nich wyjaśnia Gert, dlatego tak jest, jednak w moim odczuciu to nie zatarło przykrego wrażenia z początków powieści, a Erika i Hallie wydają się po prostu płytkie i zapatrzone w siebie. Choć styl autorki jest wyjątkowo prosty i w większości dość przystępny, to momentami miałam wrażenie, że jest niesamowicie sztuczny. Trochę, jak u aktora, który tak bardzo stara się wypaść przekonywająco, że w efekcie jego ruchy są sztywne, a wygłaszane kwestie zalatują fałszem. W książce Caren Lissner widać to zwłaszcza w niektórych dialogach.

Druga runda choć dobrze się zapowiadała, nie specjalnie przypadła mi do gustu. Zabrakło mi w niej troszeczkę więcej emocji lub humoru - być może jednego i drugiego. Przez to w ciągu całej powieści, choć czytałam o losach głównej bohaterki, jakoś nie mogłam wykrzesać z siebie zainteresowania, co dalej wydarzy się w jej życiu. Moim zdaniem Druga runda ma szansę przypaść do gustu tym fanom literatury obyczajowej, którzy sięgną po nią w długie, leniwe popołudnia.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: maj 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,14/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 16 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Jęczmyk
Cena (z okładki): 36,99 zł


-Mam dwadzieścia dziewięć lat- powiedziała Erika.
- To wręcz niezdrowo być tak długo bez mężczyzny. 
Moje ciało potrzebuje dotyku przedstawiciela płci przeciwnej.
-To zrób sobie leczenie kanałowe.




Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

#44 Recenzja - Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno



Do książki Kristy Moseley przyciągnęła mnie głównie ochota na przyjemną, łatwą lekturę, która oderwie moje myśli od nauki i zapewni rozrywkę. Autentycznie byłam przekonana, że Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno idealnie się w to wpasowuje, ale jak to mówią 'myślał indyk o niedzieli...'

Od zawsze unikam jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Dotykać może mnie tylko mama, mój brat Jake i... Liam.
Od ośmiu lat co wieczór chłopak z domu naprzeciwko zakrada się przez okno do mojej sypialni i zasypiamy niewinnie przytuleni. Gdyby Jake wiedział, że Liam spędza u mnie każdą noc, chybaby go zabił. Liam to największe szkolne ciacho. Szaleją za nim wszystkie dziewczyny, a on zmienia je jak rękawiczki.
Nie mogę go rozgryźć. W dzień zachowuje się jak megadupek, a w nocy jest ciepły i kochany. Wiem, że nie mogę się w nim zakochać – związki Liama nie trwają dłużej niż kilka nocy...
(Źródło: Wydwnictwo HarperCollins Polska)

Pomysł, nawet sam zarys fabuły, choć niezbyt oryginalny, szybko zdobył moją aprobatę. Autorka miała naprawdę interesujący zamysł, w dodatku z przyjemnością czytałam słowne przepychanki bohaterów. Słodycz tej historii zdecydowanie pozwala na chwilowe oderwanie się od rzeczywistości oraz brak strachu o przyszłość głównej pary. To taki typ powieści, po który wyjątkowo lubię sięgnąć, gdy na dworze przyświeca słońce, a ja mam zapracowany tydzień i potrzebuję książki interesującej, ale jednocześnie takiej, że bez żalu mogę odłożyć przeczytanie kolejnego rozdziału 'na jutro'. Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno spełnił te wymagania - mniej więcej do 3/4 swojej objętości, a później... ehh.

Szkoda, że pani Moseley tak szybko zrezygnowała z zadziorności Liam'a, zmieniając go w najbardziej uroczego i zakochanego nastolatka na planecie, a zabierając to, co czyniło go interesującym. To jednak nie sprawiło, że ta powieść mnie rozczarowała - czasami nawet lubię takie historie, pełne miłości i optymizmu, wyjątkowo słodkie i pozytywne, także mogę to wybaczyć. Mogłabym nawet wybaczyć, że romans pomiędzy głównymi bohaterami rozwijał się tak nieprawdopodobnie szybko, w przeciągu paru stron zmieniają się z osób pałających do siebie niechęcią, w parę, która nie może bez siebie żyć. Nie jest to pierwsza i zapewne nie ostatnia opowieść z takim zwrotem wydarzeń. Mogłabym nawet zrozumieć słodycz tej książki, nie przepadam za nią, ale nie mam z tym aż takiego problemu. Ale czego nie mogę wybaczyć? W pewnym momencie, po całej masie uroczych momentów pomiędzy Liam'em i Amber nagle ni z tego ni z owego główną bohaterkę dosłownie zmieszano z błotem, a akcja zaczyna pędzić łeb na szyję, i wcale nie w pozytywnym znaczeniu. Absolutnie wszystko, co mogło pójść źle, tak się potoczyło, co sprawiało, że z niedowierzaniem odwracałam kolejne strony i chyba nawet nie zrobiło mi się przykro, choć taki był zamysł autorki. Śledziłam jedną katastrofę, tylko po to, żeby zaraz wpaść w sidła następnej, a przez to nie wczułam się w żadną z nich, tylko mijałam je jakoś obojętnie. Miałam ochotę zwiesić głowę i powiedzieć autorce, że przecież tak się nie robi - rozumiem, że książka to książka i można puścić wodze fantazji, no ale... życie tak nie działa. W efekcie punkt kulminacyjny został pozbawiony głębi i nie wywołał we mnie żadnych emocji. Przeszkodą dla mnie jest także styl pisania - idealnie pasujący do wieku postaci i uroczej opowieści o miłości, zaczął szwankować w momencie, gdy na scenę wkroczył ojciec Amber. Okazał się zbyt potoczny, zbyt dosłowny... Brakowało mi również większej dawki emocji, uczuć, bo to, przez co przechodziła dziewczyna było naprawdę tragiczne.

Nie mogłam się powstrzymać od porównań do książki Sarah Dessen Ktoś taki jak ty. Obie autorki mają bohaterów w podobnym wieku i obracają się w tym samym gatunku. Jednak tam, gdzie Dessen urzeka realizmem swoich powieści, Moseley zdecydowanie go unika, przez co jej książka wydała mi się przerysowana i pozbawiona głębi, a chyba nie to było zamysłem autorki.

Być może jestem po prostu za stara na tę książkę, ale nie mogłam przełknąć gorzkiej pigułki, ze powieść bazująca dobrym pomyśle i interesującym początku została wrzucona do szuflady w moim mózgu oznaczonej napisem 'odrealnione'. Moim zdaniem Kristy Moseley za bardzo puściła wodze fantazji, przez co Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno stał się kolejną książką o zmarnowanym potencjale - przynajmniej w moim odczuciu. Szkoda.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 6,79/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 16 marca 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Zuzanna Smreczyńska
Cena (z okładki): 34,99 zł


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska



- A ty jak masz na imię? - dopytywał.
- Nazywa się: "Tknij ją jeszcze raz, a dostaniesz w mordę"...







Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka