Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 7/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Nawet o tym nie wspominaj” Estelle Maskame

Czuję, że tak wiele mnie od nich dzieli. Wiem, że jestem tuż obok, ale czasami mam wrażenie, jakby wcale mnie tu nie było. Wszystko jest takie zdrętwiałe, takie puste. Tak bardzo nauczyłem się wszystko ignorować, że czasem nie potrafię wrócić do rzeczywistości. Tak naprawdę nie wiem gdzie jestem.
Po prostu gdzieś.

Generalnie nie jestem fanem wracania do tej samej historii opowiedzianej po prostu z innej perspektywy. Zwykle choć uda mi się dowiedzieć paru nowych rzeczy, mimo wszystko czuję się jakbym dostała odgrzewany kotlet... A jednak są wyjątki - takie powieści czy serie, gdzie po prostu nie potrafię odmówić sobie ponownego spotkania z bohaterami, których historię zdążyłam pokochać. 

Tym razem Estelle Maskame oddała głos bohaterowi, który nikogo nie pozostawia obojętnym. Tę opowieść - opowieść Tylera – po prostu trzeba przeczytać, aby naprawdę zrozumieć, co i dlaczego się wydarzyło. Jak radził sobie dwunastoletni Tyler, dręczony przez ojca? Co czuł jako gniewny, zbuntowany nastolatek, kiedy po raz pierwszy zobaczył Eden?
Masz szansę wejść w głowę Tylera i poznać jego najskrytsze myśli. W końcu dowiesz się więcej o tym, czego nie mogła wiedzieć Eden. Ta perspektywa chwyci cię za serce, złamie je i pokaże, czemu Tyler stał się wiecznie wściekłym i nieszczęśliwym chłopakiem, którego poznałyśmy w pierwszym tomie serii "Dimily".
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Swoją przygodę z twórczością Estelle Maskame zaczęłam ponad dwa lata temu, kiedy na rynku były już wszystkie tomy DIMILY. Po emocjonującej pierwszej części natychmiast zamówiłam dwie kolejne, bo historia Eden i Tylera podbiła moje serce i nie mogłam się doczekać, kiedy poznam ich dalsze losy. Okazało się, że to właśnie taki taki typ historii, które uwielbiam - pełna dramatów, nieporozumień, problemów i emocji... to właśnie mój styl. Lubię, gdy w książce faktycznie coś się dzieje, kiedy droga do szczęścia jest jak najbardziej kręta, a autor nie daje mi nawet chwili wytchnienia. Taką serią było właśnie Did I mention I love you. Wiadomość o kolejnej części i to dotyczącej mojego ulubionego człowieka, bo nie da się ukryć, że -  przynajmniej dla mnie, Tayler znacząco przyćmił Eden, wywołała uśmiech na mojej twarzy i naglącą ochotę, żeby położyć swoje ręce na Nawet o tym nie wspominaj. Czy historia, która tak bardzo podobała mi się dwa lata temu, nadal trzyma w szachu moje serce? Trochę tak, trochę nie. 

Uwielbiam styl pisania Estelle Maskame. To jedna z tych pisarek, kiedy kolejne strony wręcz przelatują mi przez palce, a ja nawet nie zdążę się zorientować, gdzie zniknęły mi godziny z życia, a ja jestem w połowie lektury. Dokładnie tak samo było tutaj - zakopałam się pod kocykiem i nawet nie wiedziałam, że popołudnie przeszło w wieczór, a ja byłam znacznie bliżej końca niż początku książki. W przypadku Nawet o tym nie wspominaj autorka zdecydowała się na na podzielenie fabuły na dwa wątki czasowe. Czytelnik więc otrzymuje przeplatające się rozdziały - jedne opisują znane nam już wydarzenia z Czy wspomniałam, że cię kocham?, a drugie historię Tylera i jego ojca zanim trafił do więzienia. I to właśnie one głównie trzymały mnie przyklejoną do tej powieści przez całe popołudnie. 

Widzicie nie wracałam do tej serii od dłuższego czasu, więc owszem, miło było wrócić do początku historii i poznać punkt widzenia Tylera. Przypomnieć sobie, za co właściwie lubię tę serię i jeszcze raz móc się w niej zatopić. Jednak nie da się ukryć, że już to widziałam. I choć pewne szczegóły uciekły mi z pamięci, to nie było tam nic, co mogłoby mnie zaskoczyć. Jednak dwutorowe poprowadzenie fabuły okazało się w tym przypadku strzałem w dziesiątkę, bo właściwie nie miałam kiedy się znudzić. Mimo że teoretycznie wiemy, co się stało z pierwszym mężem Elli, to czytanie tego, nie jako opowieść, ale podejście z pierwszej ręki, chwyciło mnie za serce. Możliwość spojrzenia na dzieciństwo Tylera, to poczucie bezradności i strach... sprawiło, że zrozumiałam go znacznie lepiej.

Jednak na samym początku wspomniałam o tym, że coś się zmieniło w moim postrzeganiu tej opowieści, więc o co mi chodziło? Teraz z perspektywy czasu, patrząc na Dimily nieco innym okiem, poniekąd hmm... nie rozumiem, czemu na samym początku związek Tylera i Eden był tak naszpikowany problemami. Ostatecznie przecież wcale nie byli ze sobą spokrewnieni, nie wychowywali się razem, byli po prostu dwójką obcych ludzi... więc ciągłe wspominanie, że on jest jej przybranym bratem było poniekąd bez sensu? To nawet nie tyle, co moje odczucia w stosunku do tej książki, ale bardziej coś w stylu pytania do publiczności - czy tylko ja odnoszę wrażenie, że największą przeszkodzę postawili sobie sami?

Ostatecznie Nawet o tym nie wspominaj okazało się miłym dodatkiem do serii, która kiedyś skradła moje serce. Miałam okazję raz jeszcze spotkać się z bohaterami i spojrzeć na tę opowieść z trochę innej perspektywy oraz dowiedzieć się paru nowych faktów. Z mojej strony gorąco polecam fanom poprzednich książek autorki - z pewnością Was nie zawiedzie.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,33/10
Ilość stron: 462
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 14 listopada 2018 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Cena (z okładki): 37,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Dearest Clementine” Lex Martin


Czekam na jeszcze jedną złą wiadomość, bo gówniane wieści zawsze chodzą trójkami.

Pierwszym, co przyciągnęło mój wzrok do Dearest Clementine to śliczna okładka - delikatna i dziewczęca sprawiła, że mimo mojej niechęci do New Adult na dłużej zawiesiłam na niej oko. Dodatkowo wyjazdy zawsze sprawiają, że mam ochotę na książki, które są lekkie, urocze i romantyczne, dlatego postanowiłam sięgnąć po książkę Lex Martin właśnie teraz.

Clementine to dziewczyna, która musi nauczyć się na nowo kochać. Wydawałoby się, że jej życie jest równie zjawiskowe, jak ona. Jednak problemy z rodzicami, zdrada ukochanego chłopaka oraz napaść seksualna ze strony nauczyciela sprawiły, że stała się nieufną i zamkniętą w sobie osobą.
Clementine wyznaje zasadę, że z nikim się nie umawia. Kiedy na horyzoncie pojawia się przystojny Gavin, chłopak, którego każda dziewczyna chciałaby spotkać na studiach, wiele się zmienia.
Z czasem zbliżają się do siebie. Kiedy wplątują się w historię tajemniczego zaginięcia studenta, Clementine nieświadomie staje się celem. Gavin wie, że musi być ostrożny, bo zagrożone jest nie tylko serce, ale też życie jego dziewczyny. 
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Był taki czas, kiedy New Adult po prostu mi zbrzydło. Dramaty bohaterów wszędzie wydawały się zrobione na jedno kopyto, a ich rozwiązaniem zawsze była miłość. Nie ważne z jak dużymi trudnościami się mierzyli i jak wiele mieli do pokonania nagle bum! - są zakochani, a problem jakby nigdy nie istniał. W końcu zamiast poruszać we mnie czułe struny, ich problemy zaczęły mnie irytować, więc stwierdziłam, że czas na przerwę. I choć trochę już minęło od tego czasu, kiedy widzę w opisie wzmiankę o NA, nadal podchodzę do takich książek jak do jeża. Ale kurczę ta okładka ciągnęła do siebie mój wzrok praktycznie od pierwszej zapowiedzi i dla Dearest Clementine postanowiłam zrobić wyjątek. Okazało się, że to była dobra decyzja. Lex Martin stworzyła powieść, która pochłonęła moje popołudnie bez reszty.
Pierwszy rozdział ma dla mnie spore znaczenie - nie ze względu na fabułę, ale jest to swego rodzaju test dla stylu autora. Jeśli jest dobry, nawet kiepskie historie czyta się szybko, jeżeli już na tym etapie jest źle, to nawet najlepsza fabuła sprawia, że czytanie jest drogą przez mękę. Patrząc na to kryterium Dearest Clemenine wypada naprawdę dobrze. Od pierwszych stron miałam poczucie, że pióro autorki jest lekkie, z idealnie omierzonymi proporcjami dialogów do opisów. Zwróciłam na to uwagę przez to, że ostatnio przy lekturze Vi Keeland pod tym względem było wyjątkowo źle. A tak to zwykle bywa, bardziej niż zwykle doceniłam coś, czego mi ostatnio zabrakło. Całość czyta się błyskawicznie, pisarka dobrze przeplata elementy fabuły, zgrabnie dozując fragmenty romansu, problemów i małych dramatów, tak że przy Dearest Clementine nie sposób się nudzić. Jako urozmaicenie Martin postawiła na wątek kryminalny - notabene wspomniany w ostatnim akapicie opisu - ale nie spodziewajcie się go zbyt wiele. Mnie osobiście bardzo odpowiadała tylko wzmianka o nim, choć nie da się nie zauważyć, że został potraktowany trochę po macoszemu. Zamysł był bardzo dobry, trochę zawiodło wykonanie, bo mógł się z tego zrobić ciekawy fragment.

Wyjątkowo polubiłam bohaterów. Trochę wycofana Clementine i uroczy Gavin to połączenie, które zdało egzamin. Czytelnik ma okazję dużo lepiej zrozumieć dziewczynę i jej zachowanie, ponieważ to ona prowadzi narrację, ale jest też dużo bardziej złożona niż on, więc fabuła na tym zyskuje. Słodki i opiekuńczy Gavin stara się ją wyciągnąć ze skorupy, w której się zamknęła, ale bardzo podobało mi się, że Clem nie robi z siebie ofiary losu. To zawsze była jedna z moich bolączek z NA - tak jakby bohaterki nie miały żadnego pomysłu na życie bez faceta. Tymczasem tu ten wątek jest zrobiony bardzo delikatnie, a fabuła nie skupia się na monologach Clementine o tym jak bardzo nie zasługuje na miłość, szczęście etc. Nie byłam też zadowolona widząc niektóre decyzje Gavina, były momenty, kiedy uważałam go za buca, ale jak to zwykle bywa ostatecznie mnie do siebie przekonał. Na uwagę zasługują też dobrze wykreowanie postaci drugoplanowe, które mają swoje pięć minut w fabule, a nie stanowią tylko jednolitego tła dla głównej pary. Przyjaciele bohaterów mają zróżnicowane osobowości i przyjemnością dowiedziałabym się więcej o ich dalszych losach.

Jedyne, co miałabym do zarzucenia książce Lex Martin to schematyczność. Nie da się ukryć, że motywy, które wykorzystuje autorka już się pojawiały, ale mimo to - podane w taki sposób - są jak najbardziej zjadliwe. Oryginalność fabuły to zawsze plus dla twórcy, a mimo to w Dearest Clementine jej brak zupełnie mnie nie dotknął. To jedna z tych książek, które po prostu dobrze się czyta, zwłaszcza w upalne letnie wieczory. Ociupinkę też zabrakło rozłożenia fabuły w czasie, choć na szczęście nie była to jeden z tych super błyskawicznie rozwijających się relacji i wyznawania sobie miłości po jednym dniu.

Dearest Clementine to świetna książka na wakacje. Zawiera akurat na tyle dużo dramy, że nie sposób się przy niej nudzić, a przy tym tworzy ona bardzo zgrany zespół z resztą fabuły. Lekkie pióro autorki sprawiło, że połknęłam tę powieść dosłownie w jedno popołudnie i spędziłam je z prawdziwą przyjemnością. To  było bardzo udane pierwsze spotkanie z Lex Martin i jestem ogromnie ciekawa, co jeszcze pokaże mi autorka. To nie jest wprawdzie powieść idealna, ale tak dobrze wpasowała się w to, na co aktualnie miałam ochotę, że chciałabym jeszcze do niej wrócić. Ja z mojej strony serdecznie Wam ją polecam - zwłaszcza na aktualne, letnie wieczory.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 13 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Agnieszka Kalus


Kiedy patrzę w lustro, nie podoba mi się to, co widzę. Na początku chodziło tylko o przeżycie - dotarcie na kolejne zajęcia, przyjście na czas do pracy, mieszkanie z obcymi ludźmi - ale teraz, kiedy rozpracowałam najważniejsze problemy, nadal zakładam zbroję, podczas gdy życie tak naprawdę przepływa obok mnie. I mimo że sama myśl o zbliżeniu się do Gavina sram w gacie ze strachu, to kiedy jestem blisko niego, przypominają mi się czasy, gdy żyłam beztrosko, lubiłam ryzykować i byłam dziewczyną, z którą inni lubili przebywać

Recenzja - „Egomaniac” Vi Keeland


- Co cię tak śmieszy?
- Nie jesteś z Nowego Jorku, prawda?
- Nie. Dopiero co się przeniosłam z Oklahomy. Ale co to ma do rzeczy? 
Zrobiłem krok w jej stronę. 
- Przepraszam, ale muszę ci to powiedzieć. Zostałaś oszukana, Oklahoma.

Czytałam poprzednie książki Vi Keeland i były okej - zapewniały mi parę godzin spokoju, żebym mogła oderwać się od rzeczywistości i to by było na tyle. Dlatego też nigdy nie kusiło mnie napisanie ich recenzji, bo i moja opinia zamykałaby się w dwóch zdaniach. Jestem mile, bardzo mile zaskoczona, że Egomaniac okazał się znacznie lepszy. 

Emerie Rose poznaje Drew Jaggera w nietypowych okolicznościach. Bierze go za przestępcę, który włamał się do jej biura. Okazuje się jednak, że przystojniak jest właścicielem lokalu, a Emerie została oszukana przez człowieka, który wynajął go jej bezprawnie.
Po kilku godzinach spędzonych na posterunku Drew lituje się nad dziewczyną i składa ofertę nie do odrzucenia. W zamian za pomoc w biurze pozwala jej zostać w lokalu, dopóki nie znajdzie własnego. Terapeutka małżeńska i cyniczny prawnik rozwodowy zostają skazani na pracę obok siebie.
Pełna temperamentu Emerie powinna być wdzięczna i nie komentować pracy Andrew. Nie może się jednak powstrzymać. Para wdaje się w potyczki słowne i dokucza sobie na każdym kroku. Z każdym dniem przyciąganie między nimi jest coraz większe.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Po pierwsze początek był świetny i jak na mój gust bardzo pomysłowy. Przerobiłam już tyle scenariuszy pierwszego spotkania bohaterów, że potrafię docenić coś, co widzę po raz pierwszy. Dodatkowo cała sytuacja była po prostu zabawna - postawcie się na miejscu Drew, wracacie po przyjemnym urlopie do własnego biura, a tam urocza kobietka mówi Wam, że je wynajęła. Chwila bez wątpienia niezręczna dla niej i kłopotliwa dla mężczyzny. Tych kilka pierwszych stron były zapowiedzią klimatu w jakim zostanie przedstawiona cała ta historia, czyli lekko i przyjemnie z nutą poważniejszych tematów, żeby nie było zbyt kolorowo. Ta mieszanka okazała się strzałem w dziesiątkę, bo Egomaniac choć nie był wymagającą lekturą, to wcale nie umniejszało to przyjemności płynącej z lektury. 

Vi Keeland postawiła na mocno kontrastowych bohaterów. Mamy więc charyzmatycznego Drew, wziętego prawnika rozwodowego, który nie bawi się w zobowiązania prywatne oraz Emerie, lekko nieporadną kobietę, która jako psycholog prowadzi terapie małżeńskie. Przy tym mężczyzna bez wahania wyraża swoje zdanie, a Emerie nie ma problemu, żeby mu odpyskować - tak więc dialogi pomiędzy tą dwójką to czysta przyjemność. Dla złamania schematów Drew wcale nie jest super mrocznym mężczyzną z okropnymi sekretami, ma wprawdzie dość specyficzną osobowość, ale mi osobiście bardzo przypadł do gustu - jest szczery, zadziorny i przystojny - dokładnie taki, jaki powinien być bohater romansu. Natomiast pani psycholog wcale nie jest szarą myszką i ciapą do potęgi entej. Mimo jej pewnej nieporadności, ma optymistyczne podejście do życia, przez co bardzo dobrze zgrywa się z cynizmem Drew, nie boi się również mu odpyskować. 

Styl autorki pozostaje podobny, do tego z czym spotkałam się przy okazji jej poprzednich powieści. Jest lekko, przyjemnie i zabawnie oraz na szczęście brakuje tekstów, które sprawiałby, że mam ochotę walić głową w ścianę. Jednak w przypadku Egomaniaca dużo bardziej podobała mi się zarówno fabuła, jak i postaci niż w Walce czy Graczu. Relacje głównych bohaterów rozwijają się stopniowo, co nadaje książce nutę realizmu i co zdecydowanie potrafię docenić, po tylu razach, gdzie płomienne wyznania uczuć padały po dwóch dniach znajomości. Fabuła opiera się na czymś więcej niż tarzaniu w pościeli, co również jest miłą odmianą. Sceny erotycznie naturalnie występują, ale nie są główną osią akcji i naprawdę nie ma ich aż tak wiele. Dodatkowo czytelnik ma okazję spojrzeć na fabułę zarówno ze strony Drew, jak i Emerie, ponieważ narracja przeplata się wraz z rozdziałami. 

Słowem podsumowania - to nie tak, że Egomaniac jest super odkrywczym romansem, a pomysły Vi Keeland zasługują na miano nowatorskich i nietuzinkowych. A mimo to wyjątkowo przyjemnie się czyta się tę książkę, bo nawet schematyczność została ubrana w ładny płaszczyk. Poza ciekawą fabułą, pierwsze skrzypce zdecydowanie grają tu bohaterowie, a ci się rewelacyjnie wykreowani. Egomaniac to niby typowa, lekka powieść, po którą sięgnęłam z nudów, ale w przeciwieństwie do innych, które znajdują się w tej samej grupie, ta faktycznie zapadła mi na dłużej w pamięć. Ja ze swojej strony gorąco polecam Wam nową historię od Vi Keeland, jeśli tylko macie ochotę na lżejszą lekturę, która może odrobinę poprawić Wam nastrój, bez przyprawiania o ból głowy swoją absurdalnością. Bo w moim przypadku to najczęstsza bolączka, kiedy szukam czegoś niewymagającego do poczytania. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,69/10
Ilość stron: 392
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 16 marca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



- Zamawiasz coś na lunch? Boję się wyjść, bo nie chcę minąć się z dostawcami.

- Czasami coś zamawiam. A na co masz ochotę?
Wzruszyłam ramionami.
- Nie jestem wybredna.
- Może coś indyjskiego? Niedaleko jest Curry House. Szybko dostarczają zamówienia.
Zmarszczyłam nos.
- Nie lubisz kuchni indyjskiej?
- Nie bardzo.
- Okej. To może chińszczyzna?
- Za dużo glutaminianu sodu.
- A sushi?
- Mam alergię na ryby.
- Meksykańska?
- Za ciężka na lunch.
- Ale wiesz co oznacza wyrażenie ,,nie jestem wybredna", prawda?
Zmrużyłam oczy patrząc na niego.
- Oczywiście. Po prostu wymyślasz dziwne rzeczy.
- To co chciałabyś zjeść Emerie?
- Pizzę?
Pokiwał głową.
- Niech będzie pizza. Widzisz? To ja nie jestem wybredny.

Recenzja - „Eliza i jej potwory” Francesca Zappia


Jestem kompletnym wrakiem ludzkim i jest mi z tym całkiem dobrze.

Pokochałam Francesce Zappie za Wymyśliłam cię i wtedy powiedziałam, że po kolejną jej powieść sięgam w ciemno. Po tej lekturze nadal uwielbiam tę autorkę, jednak tym razem towarzyszy mi trochę więcej zastrzeżeń. Żeby rozwiać wątpliwości już na wstępie - Eliza i jej potwory to naprawdę dobra książka, tylko że chyba miałam odrobinę większe oczekiwania (z czego do końca nie zdawałam sobie sprawy, dopóki nie zaczęłam rozbierać jej na części). 

Eliza ma 18 lat i jest prawdziwą ekscentryczką i nerdem, a do tego boryka się z chorobliwą nieśmiałością oraz brakiem jakichkolwiek znajomych. Drwiny, wyzwiska, przemykanie pod ścianami i nieustanne okupowanie swojego pokoju - tak wygląda jej życie w realu. W internecie za to jest LadyKonstelacją, ekstremalnie popularną na całym świecie autorką komiksu Morze potworne. Ma tam też swoją niewielką, ale wierną grupę wsparcia. Funkcjonuje więc właściwie tylko w sieci, rzeczywistości poświęcając tak mało uwagi, jak tylko się da.
I wtedy do jej szkoły trafia Wallace, były futbolista, a obecnie fan Morza potwornego i twórca fanfików na jego temat, który sprawia, że Eliza zaczyna dopuszczać do siebie myśl o życiu poza siecią. Hm, może związki międzyludzkie mają jakiś sens?
Ona i Wallace stają się sobie coraz bliżsi, dziewczyna nie chce jednak ujawnić mu swojej tajemnicy. Problem w tym, że z sekretów nigdy nie wynika nic dobrego i przez nie cały kruchy świat Elizy może runąć z hukiem… I jak wtedy stawić czoła swoim lękom? Jak pokonać własne potwory? Czy da się być blisko z kimś w realu?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jestem już w takim momencie mojego życia, że literaturę młodzieżową staram się dobierać naprawdę ostrożnie i powolutku zaczynam się zastanawiać czy po prostu z niej nie wyrosłam. Jednak nie jestem jeszcze całkowicie gotowa zrezygnować i nadal zdarza mi się trafić na pozycje, które nawet jeśli mnie na zachwycą, to ogromnie mi się podobają. Tak było choćby w przypadku poprzedniej książki Francesci Zappii, czyli Wymyśliłam Cię. Podjęcie przez autorkę tematu schizofrenii okazało się strzałem w dziesiątkę i sprawiło, że jej książka faktycznie wyróżniła się na tłumie innych. Krótko mówiąc nie była to jedna z lektur przeczytać i zapomnieć - zamiast tego fabuła faktycznie przez chwilę kołatała mi się w głowie. Tego samego oczekiwałam po Elizie i jej potworach, a przynajmniej miałam nadzieję, że tak będzie.

Tym razem pisarka postawiła nie tyle co na chorobę psychiczną, ale wyobcowanie i ograniczanie swojego życia do wirtualnego świata. Temat zdecydowanie jest na czasie, bo wybieranie internetowej rzeczywistości zamiast faktycznego stanu rzeczy to coś, co w popkulturze pojawiło się już kilkanaście razy. Eliza dużo lepiej czuje się jako Lady Konstelacja, tworząc i publikując swój komiks w sieci, niż we własnej skórze. Ma wrażenie, że nikt jej nie rozumie w domowym zaciszu i szuka tego w internecie. Jednak jej stosunki z rodziną to coś, co gdzieś tam nie pasowało mi w tej książce. Widzicie to nie tak, że jej rodzice zaniedbują córkę, to raczej ona nie dopuszcza ich do siebie. Także jej rozmyślania jak bardzo nikt jej nie rozumie oraz jak okropnie jest w domu, bywały po prostu irytujące. 

Za to w przeciwieństwie do domowych stosunków, pokochałam wręcz relację Elizy i Wallece'a. Jest w niej jakiś taki urok i nieśmiałość, że była po prostu przesłodka - na początku. Później nadal pozostawała w tym klimacie, a jednocześnie stanowiła siłę napędową fabuły. To nie tak, że to książka o miłości, bo Eliza i jej potwory to nie romans i nie jest to główny wątek tej powieści. Jednak ze wstydem przyznaję, że to właśnie ten najbardziej zapadł mi w pamięć i wpłynął na to, jak odebrałam całokształt tej historii. Nie da się też nie wspomnieć o przepięknym wydaniu i wpleceniu pomiędzy rozdziałami fragmentów komiksu Elizy - podobnie jak w przypadku poprzedniej książki autorki, taki smaczki w wyglądzie książki to coś, co bardzo lubię i doceniam. Natomiast mam pewien niesmak, że w wiadomościach pomiędzy bohaterami (a tych trochę się przewinęło przez kartki) brakowało polskich znaków. Żałuję, że nie mam oryginału, żeby sprawdzić, czy było to uzasadnione działanie, czy też inwencja tłumacza/redakcji. Jeśli to drugie, to nie mam pojęcia skąd wzięło się przeświadczenie, że nie powinny się one tam znaleźć? 

I tak jak bardzo chciałabym napisać coś więcej, to nie mam pojęcia co mogłabym jeszcze powiedzieć. Eliza i jej potwory to książka młodzieżowa, która ma w sobie wspaniałe pióro Zappi, uroczy wątek miłosny, trochę dramatu i mnie osobiście bardzo przypadła do gustu. Zabrakło wprawdzie czegoś, co wprawiłoby mnie w zachwyt, ale to była bardzo przyjemna lektura, choć nieznacznie gorsza od Wymyśliłam cię - przynajmniej moim zdaniem. 

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2017 r.
Ocena na Lubimy Czytać: 7,34/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka
Data wydania: 25 października 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Cena (z okładki): 36,99 zł


Ludzie w depresji nie chowają się przed swoimi potworami. Ludzie w depresji dają im się pożreć.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Rozłąka” Dinah Jefferies


Słyszałam naprawdę dużo dobrego o twórczości Dinah Jefferies i wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jej powieści. Na plus autorki świadczył też fakt, że łączy akcję swoich książek z wątkami historycznymi, do których osobiście mam słabość. W przypadku Rozłąki przenosimy się na Malaje w 1955, gdzie podczas rozruchów niepodległościowych śledzimy tragedię jednej kobiety. 

Malaje Brytyjskie, 1955 rok.
W kraju trwa stan wyjątkowy z powodu powstania malajskiego. Lydia, żona brytyjskiego urzędnika, po powrocie z podróży dowiaduje się, że jej rodzina wyjechała na północ, więc wyrusza tam, by ich znaleźć. Ta informacja jest jednak fałszywa. W rzeczywistości mąż w tajemnicy wrócił z córkami do Anglii. Wkrótce Lydia odkrywa jego kolejne kłamstwa, zdrady i sekrety. Nie może ufać nikomu, nawet najlepszej przyjaciółce, ale nie chce zrezygnować z walki o dzieci. Odizolowana w egzotycznym, ogarniętym wojną kraju, nie daje za wygraną. Zrobi wszystko, by odzyskać córki. 
Piękna powieść pełna tajemnic, intryg, romansów i dramatycznych wydarzeń. O matce, która szuka dzieci, i dzieciach, które nie wierzą, że zostały porzucone.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

W 1955 roku na Malajach Brytyjskich żyje małżeństwo z dwójką uroczych córek, które są dla ich matki całym światem. Gdy kobieta otrzymuje prośbę o wizytę od chorej przyjaciółki, mimo panujących na półwyspie walk i niebezpieczeństw czyhających na podróżnych, postawia ruszyć w drogę, zostawiając dzieci pod opieką męża. Lydia nie zdaje sobie jednak sprawy, że zanim wróci do domu, Alec w sekrecie opuści Malaje i wyruszy do Anglii, zostawiając ją samą na Malajach. Kobieta jest zdeterminowana odnaleźć rodzinę, jednak na czeka ją wiele niepowodzeń i fałszywych tropów. Czy mimo to uda się jej jeszcze zobaczyć córki?

Dinah Jefferies od pierwszych rozdziałów rozkłada akcję na dwie perspektywy - z jednej strony czytelnik ma szansę śledzić wydarzenia na Malajach oczami Lydii, a z drugiej żegluje z Emmą do Anglii i obserwuje, jak trudno poradzić sobie dziewczynce w nowym życiu. Zdecydowanie dobrze udało się uchwycić pisarce rysę historyczną powieści. Malaje Brytyjskie przedstawione przez autorkę, gdy na półwyspie toczyły się ciągłe walki, nie tylko urzekają swoim opisem, ale także podnoszą tempo akcji. Z powodu czasów, w których toczy się akcja, czytelnik wraz z główną bohaterką odczuwa zagrożenie czające za każdym rogiem i obawy o przyszłość, jaka ich tu czeka. Rozłąka jest przepełniona emocjami, z jednej strony czułam obawę, czy Lydii uda się odnaleźć rodzinę, a z drugiej martwiły mnie losy Emmy. To sprawiło, że obie narracje intrygują czytelnika i trzymają jego zainteresowanie. Nie wspominając, że poza tym czeka go odkrycie wielu spisków i tajemnic, w które uwikłana jest główna bohaterka.

Autorka świetnie sobie poradziła kreując postać Lydii i tworząc z niej kobietę o złożonym charakterze. Generalnie Dinah Jefferies tak rozpisała swoich bohaterów, że trudno się do nich nie przywiązać. Choć skupia się na Lydii i Emmie to i pozostałe postaci nie zostały zaniedbane, mimo że znalazło się kilka takich, których przeszłość z chęcią poznałabym bliżej. To sprawia, że chociaż czytelnikowi wydaje się, że zna danego bohatera, okazuje się, że jego motywy były dużo bardziej złożone, niż mogło się wydawać. I mimo że - jako odbiorca tej powieści - nie mogę wybaczyć Alecowi, to i jego motywy staną się bardziej klarowne w drugiej części książki. 

Podsumowując Rozłąka to świetna powieść obyczajowa, przy której nie da się nudzić. Dinah Jefferies świetnie poradziła sobie nie tylko z przedstawieniem emocji bohaterów, ale także z zarysowaniem tła historycznego wydarzeń. Co więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Ilość stron: 448
Okładka: miękka
Data wydania: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 39,99 zł

[...] wyobraziła sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka... 
Jeden jej koniec przyszyty do serca mamy, a drugi do... cokolwiek się zdarzy,
 ta nitka nigdy nie zostanie zerwana

Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu HarperCollins Polska


Recenzja - „Blisko ciebie” Kasie West

Poprosiłam tatę żeby zrobił zdjęcie idąc na wieczorne pływania, jak Wam się podoba jego dzieło? :D

Książki! Tu wszędzie było pełno książek. Wystarczyłoby chwycić jedną z nich. 
Zaszyć się w jakimś kącie i czytać, dopóki ktoś mnie nie znajdzie.


Twórczość Kasie West miałam okazję poznać dopiero przy Chłopaku z innej bajki (wcześniejsze książki autorki jeszcze przede mną) i było to spotkanie niezwykle przyjemne. Stąd, gdy zobaczyłam, że Wydawnictwo Feeria szykuje się na wydanie kolejnej jej książki, byłam bardzo szczęśliwa i po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Autumn spotyka nieprzyjemna sytuacja: przez przypadek zostaje zamknięta w szkole bibliotece na cały weekend. Gdy wydaje jej się, że gorzej już być nie może, okazuje się, że ma towarzysza. Dax to gość, o którym niewiele wiadomo, poza tym że nie cieszy się dobrą opinią: ciągnie się za nim wspomnienie bójki i poprawczaka. Autumn cały czas ma nadzieję, że Jeff, jej prawie-chłopak, odgadnie, co się jej przydarzyło, i zaraz po nią wróci. Ale Jeff nie przychodzi. Nikt jej nie szuka.
Wygląda więc na to, że Autumn spędzi następne dni, jedząc przekąski z automatu i gadając z gościem, który ewidentnie nie ma na to ochoty. Na początku rozmowa się nie klei, ale gdy Autumn i Dax stopniowo otwierają się przed sobą, dziewczyna widzi, że coś między nimi iskrzy... i zaskakuje. Ale czy poza szkolną biblioteką ich uczucia mają szansę na przetrwania? Czy każde pójdzie swoją starą drogą, czy może… wyruszą wspólną ścieżką?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)


Czy w którymś momencie życia każdego książkoholika nie pojawiło się u niego takie marzenie, żeby dać się zamknąć w księgarni lub bibliotece i uzyskać nieograniczony dostęp do książek? Przyznam szczerze, że mignęło mi to przez myśl raz czy dwa. Mogłoby się więc wydawać, że Autumn znalazła się w idealnej sytuacji, nic tylko skakać z radości, prawda? No nie do końca... Jeśli dołożymy do tego fakt, że na zewnątrz szaleje śnieżyca, dziewczyna nie ma możliwości kontaktu z nikim, zapowiada się że posiedzi tam dłużej niż jeden dzień, a dodatkowo ma towarzysza, do którego żywi nie zbyt ciepłe uczucia to jej sytuacja nabiera całkiem nowego wyrazu. No i jest jeszcze ten mały szczegół, że bohaterkę dotykają stany lękowe w stresujących stacjach które potrafią naprawdę skomplikować życie dziewczyny, zwłaszcza że trzyma je w tajemnicy przed swoimi przyjaciółmi.. Krótko mówiąc Autumn czeka kilka naprawdę trudnych dni.

Po Chłopaku z innej bajki miałam wiele dobrego do powiedzenia na temat książki Kasie West i po lekturze Blisko ciebie to się nie zmieniło. Powieście autorki są po prostu przesycone pozytywną energią, że należą do tej szczególnej grupy historii, które pozostawiają we mnie to miłe uczucie wewnętrznego ciepła. Nawet jeśli teoretycznie fabularnie nie mamy do czynienia z niczym nowym, jednak to nie znaczy że powieść jest przewidywalna. Osobiście samego końca nie byłam pewna, Jak Kasie West zdecyduje się po kierować tą historią, mimo że w mojej głowie rozgrywały się najróżniejsze scenariusze.

Zakochałam się w Daxie. Chyba już kilka razy wspominałam, że uwielbiam outsiderowych bohaterów, zwłaszcza takich, którzy nie odkrywają swoich kart od razu.  Pod tym względem – przy kreacji tej postaci – Kasie West spisała się na medal. Również Autumn  nie irytuje swoim zachowaniem. Dziewczyna zmaga się ze swoimi problemami - jak każdy z nas - co przybliża ją do czytelnika i czyni osobę, którą moglibyśmy spotkać na swojej drodze. Warto wspomnieć, że mimo mnogości postaci, tak naprawdę czytelnikowi dalej jest poznać dobrze troje z nich: Atumn, Daxa oraz Jeffa. Względnie nakreśleni są również najlepsi przyjaciele głównych bohaterów, czyli Lisa i Dallin czy rodzina dziewczyny. Pozostali tworzą bardziej tło tej historii, gdyż stanowią niezbędnego elementu, niemniej jednak urozmaicają temu połowy i dodają jej dodatkowego charakteru. Można by się kłócić, czy to dobrze, że Kasie West wprowadziła tak wielu bohaterów, nie mając najwyraźniej zamiaru rozbudowywać ich porterów. Na plus na pewno świadczy fakt, że po zakończonej lekturze nie odczułam żadnego niedosytu, ale też z drugiej strony nie jestem fanem występowania zbędnych postaci, gdy fabuła tak naprawdę tego nie potrzebuje. Autorka ma wyjątkowo lekki i przyjazny dla czytelnika styl pisania, więc i sprawnie między nimi lawiruje. Jednak nie mogę odpędzić się od pytania, czy naprawdę oni wszyscy byli tam niezbędni.

Podsumowując choć Chłopak z innej bajki podobał mi się minimalnie bardziej, to Blisko ciebie stanowczo trzyma dobry poziom innych książek autorki. Powieści Kasie West są idealne na długie letnie dni, gdy będziecie mieli ochotę na dobrą, lekką opowieść. Ja zdecydowanie będę dobrze wspominać tę książkę i bez wahania sięgnę po inne historie pisarki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,35/10
Ilość stron: 390
Okładka: miękka
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 5 lipca 2017 r.
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł



-Chciałbyś może zagrać o coś? - zapytałam, patrząc w jego ciemne oczy.
-Ustaliliśmy już, że nic nie masz - odparł.
-Moglibyśmy zagrać o tajemnice. O pytania.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie kupić między innymi na empik.com

Recenzja - „Piosenki o dziewczynie” Chris Russell


Nie chcę dzisiaj zapaść w sen
Skoro nie mogę leżeć przy tobie
Bo kiedy śpię, ciągle powraca do mnie
Tamten dźwięk

Słyszę, jak łamie się twoje serce

Pierwsze co przyciągnęło mnie do Piosenek o dziewczynie to utrzymana w pastelowych kolorach, absolutnie prześliczna okładka. Drugie to naturalnie opis, bo z jakiegoś powodu mam słabość do bohaterów związanych z muzyką - choć nie pytajcie dlaczego, bo sama nie mam pojęcia. Miałam naprawdę spore oczekiwania w stosunku do tej powieści. Czy słusznie?

„To było takie samo uczucie, jakie masz wtedy, gdy wspinasz się na bardzo wysoki budynek, stajesz na krawędzi dachu, trzymając się barierki, a jakiś głos w twojej głowie każe ci skoczyć, przechylić się przez balustradę i runąć w dół niczym spadająca gwiazda”. 
Tak właśnie czuje się Charlie, gdy pierwszy raz patrzy na nią Gabe West – frontman najpopularniejszego boysbandu świata, Fire&Lights. Do tej pory Charlie najlepiej czuła się schowana za obiektywem swojego aparatu – niewidzialna i niesłyszalna. Wcale nie chciała robić zdjęć na koncercie Fire&Lights, chociaż poprosił ją o to Olly, dawny kolega ze szkoły, a obecnie członek zespołu. Ktoś ją w to wrobił i nie mogła już odmówić. Szalony, charyzmatyczny Gabe sprawia, że jej życie zmienia bieg. Charlie czuje, że jest między nimi niezwykła bliskość, związek, który trudno wytłumaczyć. Dlaczego wszystkie teksty Gabe’a są o niej? Jaka tajemnica kryje się w ich słowach?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Nie da się ukryć, że Wydawnictwo Feeria ma świetny kwartał - Piosenki o dziewczynie nie są wyjątkiem. Nie mam wprawdzie pewności, że zadowoli bardziej wymagających czytelników, ale dla mnie ta powieść była idealną odskocznią w czasie sesji. Nie tylko przyjemnie się ją czytało, autor umiejętnie wplótł między główne wątki tajemnice, które intrygowały czytelnika i podtrzymywały zainteresowanie fabułą, nawet w spokojniejszych chwilach.

Powieść rozpoczyna się od tajemniczego e-maila od Olly'ego, czyli dawnego znajomego głównej bohaterki. Choć może takie określenie ich znajomości jest trochę na wyrost. Charlie chodziła z nim wcześniej do szkoły, zanim chłopak wziął udział w konkursie i wybił się na scenie muzycznej. Składa on dziewczynie propozycję zrobienia zdjęć zespołu, w którym występuje i od tej chwili jej życie całkowicie się zmieni. Wejściówki za kulisy, oglądanie koncertów z backstage'u, bujanie się ze znanymi i bogatymi... żyć nie umierać, prawda? Okazuje się jednak, że takie życie to nie tylko tęcze i jednorożce, o czym przyjdzie się przekonać i Charlie.

Spędziłam bardzo przyjemny czas na lekturze książki Chrisa Russella i praktycznie przeczytałam ją 'na raz'. Bohaterowie są dobrze wykreowani i posiadają na tyle różne charaktery, że nie ma problemu z rozróżnieniem ich. I absolutnie zakochałam się w Gabie. Warto wspomnieć, że wątkiem przewodnim jest romans, jednak rozwija się on bardzo niespiesznie. Autor wplata na tyle dużo odskoczni, że zyskuje on tempa dopiero w drugiej części książki, a i tak uczucia głównych bohaterów drastycznie nie przyspieszają. W Piosenkach o dziewczynie po raz pierwszy od dłuższego czasu nie irytował mnie motyw trójkąta miłosnego. Ta książka wprawdzie nie sprawiła, że go polubiłam, ale nie znajdziecie tu wywodów głównej bohaterki opiewających w zalety obu chłopców, a to zdecydowany plus i mam nadzieję, że nie zmieni się to w kolejnych częściach.

Chociaż Piosenki o dziewczynie bardzo mi się podobały, zaczynam się zastanawiać, czy nie minął dla mnie czas książek młodzieżowych. Bądź co bądź szesnaście lat skończyłam już parę lat temu i gdzieś ten wiek głównej bohaterki momentami zupełnie mi nie odpowiadał. Normalnie pomyślałabym sobie, że to mój prywatny problem i nie warto tego ujmować w recenzji, tylko mam wrażenie, że nie mi jednej doskwierał  ten problem przy lekturze powieści Chrisa Russella. Moim zdaniem autor ma bardzo określoną grupę docelową, której maksymalny wiek określiłabym na 18 - 19 lat, a i w tym gronie, co bardziej wymagający czytelnicy mogliby się nie odnaleźć. Żeby wszystko było jasne i klarowne - absolutnie nie uważam tego za wadę tej powieści, bo nie ma nic złego w chęci trafienia do młodszego grona odbiorców. Tylko, mimo że swoje nastoletnie lata mam już za sobą, nadal często kusi mnie literatura młodzieżowa i czasami faktycznie da się zapomnieć, że dana pozycja kwalifikuje się właśnie do tego grona. A czasami... nie. Piosenki o dziewczynie zaliczają się właśnie do tego drugiego zestawu.

Całą akcję powieści śledzimy z punktu widzenia Charlie, bo to ona jest narratorem. Powieść jest napisana raczej w stylu młodzieżowym, pojawia się tu sporo slangu i wyrażeń typowych dla nastolatków, choć mi osobiście to nie przeszkadzało. Tak naprawdę język jest dobrze dobrany do wieku głównych bohaterów. Spotkałam się z opinią, że może on być trudny dla zrozumienia dla starszych czytelników, ale nie mogę ani tego potwierdzić, ani temu zaprzeczyć. Wszystko zależy od środowiska, w którym się obracacie, bo mnie jakoś obecny w powieści slang nie raził po oczach, a przynajmniej nie przypominam sobie takiej sytuacji.

Podsumowując moim zdaniem Piosenki o dziewczynie to naprawdę dobra książka, przy której przyjemnie spędziłam czas. Chris Russell stworzył uroczą powieść, w której wątek romantyczny jest osią fabuły, a mimo to jest bardzo delikatny. Autor porusza tematy prześladowania i sławy, dokładając do tego jeszcze kilka sekretów, co zaowocowało naprawdę dobrą, wielowątkową historią. Z mojej strony mogę z czystym sumieniem polecić Wam tę książkę, pod warunkiem, że macie ochotę na typową powieść młodzieżową.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: czerwiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać:6,86/10
Ilość stron: 381
Data wydania: 14 czerwca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Kamil Maksymiuk-Salomoński
Cena (z okładki): 37,90 zł



Gdy wybrzmiały ostatnie akordy, siedziałam jak przyrośnięta do krzesła, z galopującym sercem i wzrokiem wbitym w podłogę. Chciałam poprosić Melissę, żeby puściła piosenkę od początku. Mogłabym się wsłuchać w tekst i upewnić, że nie zwariowałam.
Cho wiedziałam, że to niemożliwe i niedorzeczne, czułam, że ta piosenka jest... o mnie.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Chłopak z innej bajki” Kasie West


- Myślisz, że zawsze chodzi o ciebie?

- To o co poszło?
- O ciebie.


Słyszałam mnóstwo dobrego o twórczości Kasie West, w końcu postanowiłam się przekonać, czy i mnie oczaruje jej twórczość. A ponieważ opis Chłopaka z innej bajki był intrygujący, w połączeniu z ciepłą okładką, postanowiłam od tej lektury zacząć znajomość z autorką. Czy faktycznie było tak dobrze, jak powinno?

Caymen ma 17 lat i po szkole pracuje w należącym do jej mamy nieco dziwacznym sklepie z porcelanowymi lalkami i specjalizuje się w sarkastycznym podejściu do życia, szczególnie wobec bogaczy. Lata obserwacji zamożnych ludzi zza lady i życiowe doświadczenia mamy nauczyły ją, że nie można im ufać, a do tego są zblazowani, nieuprzejmi i przekonani, że cały świat powinien leżeć u ich stóp. Gdy do sklepu trafia Xander, wysoki, przystojny i na swój sposób uroczy, ale najwyraźniej obrzydliwie bogaty, od razu widać, że jest z totalnie innej bajki. Caymen co prawda znajduje z nim wspólny język, ale jest przekonana, że jego zainteresowanie nie potrwa długo. Gdy Xandrowi niemal udaje się ją do siebie przekonać, dziewczyna odkrywa, że pieniądze grają w ich związku o wiele większą rolę, niż sądziła. Na ich wspólnej drodze piętrzą się przeszkody... czy ostatecznie trafią razem do tej samej bajki?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Znacie historię Kopciuszka? Myślę, że każdy kojarzy piękną dziewczynę, straszną macochę, szklany pantofelek i przystojnego księcia. Chłopak z innej bajki wprawdzie nie jest kolejnym wcieleniem tej popularniej opowieści, a mimo to ma w sobie coś takiego, co skojarzyło mi się właśnie z tą historią. Biedna dziewczyna, której możliwości ogranicza sytuacja materialna i bogaty chłopak przed którym świat stoi otworem - czy tych dwoje znajdzie wspólną ścieżkę?

Twórczość Kasie West odrobinę przypomina mi Sarah Dessen - to ten typ książek, które są po prostu idealne na ciepłe, letnie popołudnia i stanowią przyjemną ucieczkę od rzeczywistości. A jednak mimo to mają w sobie coś takiego, co nie pozwala odłożyć ich na półkę bez zakończenia lektury. Chłopaka z innej bajki połknęłam dosłownie na raz, bo choć nie była to absorbująca lektura, to autorka potrafiła tak poprowadzić akcję, że koniecznie chciałam wiedzieć, jak się skończy. Styl pisania Kasie West jest lekki i przyjemny, sprawia że kolejne kartki wręcz przelatują pomiędzy palcami, a co ważniejsze nie jest przesycony dziwnym młodzieżowym slangiem, dzięki czemu ta historia ma szansę trafić do większego grona odbiorców niż nastolatki. Historia toczy się w umiarkowanym tempie, ale autorka wplotła na tyle dużo niewielkich zwrotów akcji i drobnych tajemnic, że czytelnik nie ma kiedy się nudzić. To jedna z tych książek, które na pozór wydają się schematyczne i pozbawione głębi, a jednak po skończonej lekturze pozostawia po sobie pewne uczucie satysfakcji i ciepła.

Polubiłam głównych bohaterów, Caymen i Xander tworzą razem uroczą parę i z przyjemnością obserwowałam ich perypetie. Dziewczyna jest wygadana i sarkastyczna, co zdecydowanie dobrze zrobiło tej powieści i zapobiegło jej przesłodzeniu, mimo że jest naprawdę urocza. Chłopak natomiast jest po prostu kochany, co nie sprawia jednak, że przypomina ciepłą kluchę. Oboje zmagają się z oczekiwaniami rodziny i próbują znaleźć własną drogę w życiu.

Generalnie mogłabym się przyczepić do zbyt słodkich rozwiązań czy braku realności... ale po co? Chłopak z innej bajki to jedna z tych lektur, które po prostu przyjemnie się czyta, a czas spędzony na lekturze to czysta frajda. Powieść Kasie West jest idealna na odstresowanie się po ciężkim dniu, jak również na umilenie czasu w ciepły wieczór. Niby nic specjalnego, ale jednak ja jest bardzo zadowolona i Wam również polecam twórczość autorki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,23/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 10 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jak to jest, że jedni chyba od urodzenia wiedzą, co chcą zrobić z życiem,
inni natomiast - a przede wszystkim ja - nie mają zielonego pojęcia.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Córeczka” Anna Snoekstra


Siła słów, które za chwilę padną z moich ust, jest ogromna. [...]
Spoglądam na posterunkową Seirs, potem na posterunkowego Thompsona, delektując się chwilą.
Obserwuję ich uważnie w oczekiwaniu na moment, w którym zmieni się wyraz ich twarzy.
- Nazywam się Rebeka Winter. Jedenaście lat temu zostałam uprowadzona.

Generalnie rzadko sięgam po kryminały czy thrillery. Jeśli już się skuszę na te gatunki, to najbardziej podobają mi się zawsze te psychologiczne, które igrają z moimi myślami i wywołują niepokój. Właśnie zapowiedź takich emocji przyciągnęła mnie do Córeczki, czyli debiutu australijskiej pisarki. 

Bezdomna młoda kobieta zostaje przyłapana w sklepie na kradzieży. Pod groźbą kary decyduje się na desperacki ruch i podaje się za Rebekę Winter - dziewczynę, która zniknęła bez śladu jedenaście lat wcześniej. Początkowo miała to być jedynie krótkotrwała farsa, która pozwoliłaby jej umknąć przed policją, jednak wizja ciepłego łóżka i własnego domu doprowadziła do tego, że kobieta postanawia przejąć życie Becky. Czy kiedy zrozumie, że wpakowała się w śmiertelne niebezpieczeństwo, nie będzie za późno?

Kilka lat żyła na ulicy. Przyłapana na kradzieży, wykorzystuje podobieństwo do zaginionej Rebeki Winter i kradnie jej tożsamość. Świetnie odnajduje się w roli kochającej córki i siostry. Śpi w łóżku Rebeki, nosi jej ubrania, żyje cudzym życiem. Jednak przy okazji odkrywa coraz więcej ponurych sekretów na pozór idealnej rodziny. Zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zniknięcie Rebeki ma drugie dno, którego lepiej było nie poznawać.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czy jeśli macie świadomość, że powieść jest debiutem literackim danego autora, to podchodzicie do niej inaczej? Mam wrażenie, że osobiście patrzę na takie książki delikatne łagodniej - mimo woli jestem mniej krytyczna. Gdy historia jest dobra łatwo wybaczam niedociągnięcia czy braki, zakładając, że pisarz prawdopodobnie zniweluje te błędy w przypadku kolejnego dzieła, lub jeszcze następnego. Ponieważ istnieje ta uniwersalna zasada, że trening czyni mistrza i tak dalej... Choć oczywiście i od tej zasady występują wyjątki wśród autorów. 

Od pierwszych stron Anna Snoekstra umiejętnie buduje napięcie, zaczynając od strachu bohaterki przed byciem odkrytą, aż do kulminacyjnego punktu, a to potrafię docenić, tym bardziej, że książka jest stosunkowo krótka. Czytelnik natychmiast zostaje wciągnięty w sam środek akcji, co sprawia że momentalnie angażuję się w losy dziewczyny podającej się za Rebeckę - to dobrze, bo ciężko się wciągnąć w lekturę, gdy jeszcze nie zna się postaci. To powieść typowo psychologiczna, nie znajdziecie tu hektolitrów krwi, czy opisów krwawych morderstw, ale autorka poigra z Waszymi umysłami. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Paranoja głównej bohaterki udzielała się również mnie, a tajemnice skrywane przez ludzi z otoczenia Beks, to takie, których lepiej było nie znać. 

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ani razu nie użyłam imienia głównej bohaterki. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że czytelnik nie ma okazji go poznać. Tworzy to pewien dystans między nami, a dziewczyną, która podaje się za Rebekę, a jednocześnie dzięki temu jakoś dużo łatwiej było mi uwierzyć, że mogła ona przejąć życie zaginionej. To nietypowy zabieg, bo chyba po raz pierwszy wiem tak niewiele o postaci, która notabene jest narratorką połowy powieści. Autorka umieściła tylko śladowe wzmianki o jej przeszłości tworząc coś na kształt bohaterki widmo - wiemy kim jest oraz dlaczego znalazła się w tym miejscu, poznajemy jej bieżące myśli i obawy, a jednocześnie do teraz mam ważenie, jakby była kobietą bez twarzy. Rozdziały z jej perspektywy przeplatają się z tymi, w których narrator skupia się na życiu Rebeki, tuż przed jej zaginięciem. To oznacza, że czytelnik nie dość, że dostaje dwa całkiem różne czasowo wątki - dzieli je jedenaście lat - to jeszcze dwie inne relacje tych wydarzeń. Jedną przez narratora pierwszoosobowego występującego w czasie teraźniejszym, co podkręciło efekt jaki wywierały na mnie wydarzenia mające miejsce w fabule. Natomiast użycie bezstronnego obserwatora do opowiedzenia historii Rebeki sprawiło, że odniosłam wrażenie jakby faktycznie była to już się stało, a zdarzenia, które się jej przytrafiły były poniekąd nieuchronne i są zamkniętym rozdziałem należącym do przeszłości. Anna Snoekstra świetnie sobie poradziła z tym zabiegiem, a cała jej koncepcja świetnie pasuje do treści Córeczki. Zwłaszcza, że choć główną tajemnicą fabuły jest zniknięcie Beks, to tak jakby dostałam dwie równoległe tajemnice. I choć dotyczą one tego samego, to obie jednocześnie budują napięcie i wciągają czytelnika, sprawiając że nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, co właściwie się stało. Kulminacja fabuły jest idealna, bo łączy je w całość, a jednocześnie sprawiła, że szczęka opadła mi ze zdumienia, bo takiego rozwiązania nie mogłam przewidzieć.

Słowem podsumowania - Córeczka to naprawdę dobry thriller psychologiczny, a ja z przyjemnością sięgnę po kolejne książki autorki. Nietypowe rozwiązania, zaskakujący koniec oraz igranie z umysłem czytelnika sprawiły, że lektura tej książki była czystą przyjemnością, a ja nie dostrzegłam w fabule drobnych błędów, bo te były po prostu nieistotne. Z mojej strony mogę gorąco polecić tę powieść tym, którzy tak jak ja, od czasu do czasu uwielbiają tajemnicze historie, skupiające się na motywie psychologicznym, z mnóstwem mylących tropów i zaskakującym zakończeniem.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,32/10
Ilość stron: 271
Okładka: miękka
Data wydania: 15 marca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Dorota Stadnik
Cena (z okładki): 34,90 zł



Teraz, kiedy zyskałam nowe życie, rozpaczliwie chciałam je zatrzymać. Tak długo czułam się zagubiona i samotna, że zaczęłam ten stan uznawać za normalność, za mój zwykły dzień powszedni. W moim pojęciu wolność i bezpieczeństwo wykluczały się nawzajem, ale teraz było inaczej



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Porwana pieśniarka” Danielle L. Jensen


- Dlaczego nie możesz mi uwierzyć? Dlaczego mi nie ufasz?
- Ponieważ jesteś człowiekiem, Cécile. Możesz okłamać nawet samą siebie.

Do książki Danielle L. Jansen przyciągnęła mnie zapowiedź odrobinę bardziej nieszablonowej historii niż zwykle. Do tej pory tylko raz spotkałam się wykorzystaniem trolli jako bazy powieści - całe lata temu przy lekturze powieści Amandy Hocking, czyli jej trylogii o Tryllach. Poza tym miałam ochotę na kawałek niezłej fantastyki, a po wielu pozytywnych opiniach tego właśnie oczekiwałam od Porwanej pieśniarki. Jak to się skończyło w praktyce? 

Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci. Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.
Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.
W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto.
(Źródło: Wydawnictwo Galeria Książki)

Muszę przyznać, że jestem odrobinę rozczarowana. Zastanawiam się, czy to mnie tak trudno zaskoczyć, czy naprawdę autorom powoli zaczyna brakować pomysłów, bo zabrakło mi w tej książce efektu wow. Druga część fabuły wypada znacznie lepiej niż pierwsza, która momentami mnie nużyła, ale jednocześnie - choć następuje tam główne zawiązanie akcji - jakoś nie do końca podoba mi się, jak autorka pokierowała wydarzeniami. W takim momencie zdecydowanie przydałoby się jakieś dramatyczny moment odwracający losy bohaterów, coś co przekonałby mnie do natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację. Naturalnie to nie oznacza, że nie chcę jej poznać. Autorce udało się zainteresować mnie losami Cécile i Tristana, więc naprawdę chcę wiedzieć, jak potoczy się ich historia, po prostu nie miałabym nic przeciwko czekaniu. A dla mnie to uczucie jest sygnałem, że w takiej książce czegoś zabrakło.

Moim zdaniem Danielle L. Jensen odrobinę za bardzo poskąpiła opisów.  Fantastykę dzielę na dwie kategorie, czyli tę, w której poznanie świata jest dla czytelnika bardzo intuicyjne i nie wymaga zagłębiania się w detale (choć w tym gatunku to zawsze mile widziane) i tę, która jest dla niego trochę bardziej złożona. W tym drugim przypadku osobiście lubię, gdy autor poświęca uwagę miejscu akcji, skupia się na szczegółach i wręcz prowadzi odbiorcę za rękę po kolei malując mu w umyśle obraz, który pojawił się w jego wyobraźni. Natomiast w przypadku Porwanej pieśniarki odniosłam wrażenie, że autorka chciała wszystko odrobinę za bardzo i za szybko wcielić w życie. Przez to pierwszy tom tej serii zamiast być miłym wprowadzeniem do tej serii stał się zbyt przeładowanym bałaganem, który ciężko było opanować. Pisarka skupia się bardziej na odczuciach bohaterów, poświęcając uwagę głównie Cécile, oraz zarysowaniu ciągle pojawiających się bohaterów. To sprawiło, że ogarnęło mnie poczucie, że fabuła jest dziwnie nieprzemyślana, a dla sporej ilości postaci nie znalazło się żadne konkretne zajęcie. I mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach przekonam się, że taki zabieg był niezbędny oraz miał w sobie jakiś konkretny cel, choć chyba dalej nie zrozumiem, dlaczego te wszystkie osoby musiały wystąpić już w pierwszym tomie. 

Boże, czytając to, co do tej pory napisałam, można by odnieść wrażenie, że Porwana pieśniarka była okropna... nic bardziej mylnego! Te wszystkie wady, o których już zdążyłam wspomnieć bardziej zasługują na miano usterek lub niedociągnięć i wszystko ma potencjał do naprostowania w kolejnych tomach, skoro takowe istnieją. A skoro już powiedziałam, co było nie tak, to wypadało by też wspomnieć, co właściwie podobało mi się w powieści Danielle L. Jensen... no cóż byłego tego całkiem sporo. Przede wszystkim sama idea trolli to coś, co nie często spotyka się w dzisiejszej literaturze, to też samym tym pomysłem autorka zjednała sobie moją przychylność, zwłaszcza że nie wszyscy są tu piękni i idealni. Dorzućmy jeszcze do tego gęstą sieć intryg dworskich, mnóstwo sekretów, wiążące obietnice i więcej niż szczyptę magii, a to wszystko okraszone całkiem przyjemnym romansem i teoretycznie mamy historię idealną. Przynajmniej dla mnie, bo właśnie w takich klimatach uwielbiam się obracać. Gdy nie wiadomo czy nowy bohater jest wrogiem czy sprzymierzeńcem, razem z bohaterami odczuwam aurę niebezpieczeństwa i przeżywam ich porażki i zwycięstwa. To całkiem nieźle wyszło autorce i chyba jest największą zaletą tej powieści. 

Podsumowując Porwana pieśniarka to całkiem dobrze napisana książka i przyjemna lektura. Ma trochę niedociągnięć, ale mocno liczę, że Danielle L. Jensen uda się większość z nich wyeliminować i Ukryta łowczyni okaże się jeszcze lepszą kontynuacją. Jeśli umiecie docenić zalety i przymknąć oko na wady tej powieści na pewno Was nie zawiedzie, zwłaszcza jeśli – tak jak ja – uwielbiacie dobre, dworskie intrygi. 

Moja ocena: 7/10 

Skończyłam czytać: luty 2016 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7,97/10
Ilość stron: 431 
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Galeria książki 
Tłumaczenie: Anna Studniarek 
Cena (z okładki): 36, 90 zł 


- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny,
kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.


Recenzja - „Sama się prosiła” Louise O'Neill


Wszyscy są niewinni, dopóki nie udowodni im się winy. Ale nie ja. 
Ja jestem kłamczuchą, dopóki nie udowodnią, że mówię prawdę.

Nie wiem, co konkretnie przyciągnęło mnie do książki Louise O'Neill - czy to opis zapowiadający trudną lekturę czy też przejmująca okładka, ale od pierwszej chwili wiedziałam, że to jedna z tych pozycji, które po prostu muszę przeczytać.

Emma jest piękną dziewczyną i świetnie zdaje sobie z tego sprawę, wykorzystując swoją urodę na każdym kroku. Dziewczyna nie jest miłą osobą i świetnie zdaje sobie z tego sprawę, ale mimo to wszystko uchodzi jej na sucho. Ma swoje przyjaciółki, jednak traktuje je bardziej jak tło, niż prawdziwych bliskich. Gdy pewnego dnia wybierają się na imprezę, Emma nie wie jeszcze, że ten dzień zmieni wszystko, bo rano budzi się na przed własnym domem i nie ma pojęcia, co właściwie się wydarzyło.

Pewnego dnia, po imprezie, Emma O’Donovan budzi się na progu swojego domu, a właściwie znajdują ją tam rodzice. Dziewczyna krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Pamięta, że była z przyjaciółkami na imprezie, ale nie ma pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. Do tej pory wszyscy chcieli być blisko niej, teraz w szkole odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni.
Naznaczona. Odrzucona. Sama przeciw wszystkim.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Nie tak dawno temu miałam okazję przeczytać Co mnie zmieniło na zawsze, powieść o podobnej tematyce, ale jednocześnie zupełnie inną. Amber Smith skupiła się na pokazaniu wewnętrznych zmian w ofierze gwałtu i  uświadomieniu jak wielkie spustoszenie wywołuje takie wydarzenie w psychice człowieka. Tam wszystko było czarno-białe: współczułam głównej bohaterce, mogłam zrozumieć i usprawiedliwić jej zachowanie i ani przez chwilę nie wątpiłam, że jest tylko ofiarą. Natomiast Louise O'Neill wpuszcza czytelnika do zupełnie szarej strefy. Emma jest zadufaną w sobie młodą dziewczyną, o bardzo nieprzyjemnym charakterze, taką która nie wzbudziła we mnie żadnej sympatii (założę się, że tak było u większości czytelników). Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, o ile łatwiej przechodzi nam bronienie i usprawiedliwianie ludzi, na których nam zależy. Podobny mechanizm działa w przypadku bohaterów - cieszymy się z sukcesów naszych faworytów, współczujemy im, gdy spotyka ich krzywda i cieszymy się, gdy złoczyńcy dostają zasłużoną karę. To jak mam się czuć w stosunku do Emmy? Nie zrozumcie mnie źle, nikt nie zasłużył sobie na taki los, jaki ją spotkał - to była okropne i druzgocące, ale... sama się o to prosiła?

Mam problem z oceną tej książki. Mam problem z pisaniem jakie emocje we mnie wzbudziła. Bo pozostawiła po sobie zupełny i absolutny mętlik. Mam wrażenie, że autorka chciała z historii Emmy zrobić przestrogę i jeśli taki był jej cel, to świetnie się jej to udało. Obserwowałam, jak bardzo zmienia się charakter dziewczyny oraz jak wielkie piętno odcisnęły na niej te wydarzenia i zmianę w relacjach z bliskimi. To, gdy całe miasto przykleiło do niej etykietę puszczalskiej i kiedy spotkała się z ogólnym ostracyzmem, bo "to przecież tacy dobrzy chłopcy". Ponieważ musicie coś wiedzieć - to nie jest miła książka, w której ofiara dostaje zadośćuczynienie, a złoczyńcy karę. Sama się prosiła to powieść o dziewczynie, która popełniła błąd i to... zmieniło całe jej życie. Napiętnowało. Zniszczyło. Zdruzgotało. 

Jednak z tego wszystkiego to co najbardziej mną wstrząsnęło to relacje Emmy z jej rodzicami i ich zachowanie po tym, jak ich córka została wykorzystana. Ale nawet brak wsparcia i obwinianie nie były tak okropne, jak ich zachowanie na końcu tej historii. Bo w tym momencie nie mogłam ich zrozumieć, a jedynym 'normalnym' członkiem tej rodziny wydaje się brat głównej bohaterki. Tylko, że Bryan chciał dobrze, ale jednocześnie nie było go w pobliżu, żeby mógł zapoczątkować jakąś zmianę i choć wspierał Emmę oraz robił co mógł, żeby jej pomóc, jednocześnie zostawił ją tak jak wszyscy inni. Przez to wszystko nie ma w tej powieści ani jednego bohatera, który wzbudziłby moją sympatię. To nie tak, że nie współczuję Emmie - dziewczyna przeszła przez piekło, a sposób w jaki opisała to autorka jest bardzo obrazowy. Wzdrygałam się czytając przemyślenia dziewczyny i zatopiłam się tak bardzo w jej historię, że dosłownie pochłonęłam ją w jedno popołudnie. Tylko, że sympatia i współczucie to nie koniecznie to samo uczucie. 

Ta powieść to przestroga. I mam ogromną, szczerą nadzieję, że tak właśnie odbiorą ją wszyscy, którym wpadnie w ręce. Dlatego, że Emma mogła podjąć inne decyzje, takie które byłyby "właściwe", jednak - podobnie jak w prawdziwym życiu - tak się nie stało. Louise O'Neill zwraca uwagę na istotny problemy dręczące dzisiejsze społeczeństwo, nie tylko skupiając się na wykorzystywaniu seksualnym, ale także kłopotach, które mogą stworzyć social media. Sama się prosiła to dobra książka (ze względu na warsztat) i naprawdę warta zapoznania się, choćby po to, że historia Emmy może być ostrzeżeniem dla każdej z nas.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017  r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,91/10
Ilość stron: 342
Okładka: miękka
Data wydania: 11 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Cena (z okładki): 34, 90 zł


To słowo jest jak bicz, który smaga mnie po policzkach. Wypełnia pokój, aż nic nie zostaje,
a ja oddycham tym słowem (gwałt), słyszę wyłącznie to słowo (gwałt),
czuję wyłącznie to słowo (gwałt) i smakuję wyłącznie to słowo (gwałt).



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Piętno Midasa” Agnieszka Lingas-Łoniewska


Nic nie jest łatwe na początku. Trzeba być zdeterminowanym, nieustępliwym i upierdliwym.
Głównie względem siebie.

Ci z Was, którzy są ze mną od dłuższego czasu powinni zauważyć, że praktycznie nie czytam twórczości polskich autorów. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia dlaczego, jednak zdecydowanie dużo trudniej mi się przemóc, żeby sięgnąć po powieść naszego rodzimego pisarza niż zagranicznego. Co sprawiło, że Piętno Midasa było inne? Dwie rzeczy - tematyka (po prostu kocham facetów z bronią ;) ) oraz istnienie dwóch alternatywnych zakończeń (czyli coś, z czym zetknęłam się pierwszy raz).

Brudne podwórka wrocławskiego Trójkąta Bermudzkiego... Chłopak, który urodził się w niewłaściwej rodzinie i człowiek, który dał mu szansę. Tylko… na co?
Jakub Rojalski, zabójczo przystojny pasjonat fotografii, podczas przyjęcia weselnego poznaje inspektor Karolinę Linde, szefową wydziału śledczego wrocławskiej policji. Kobieta jest sfrustrowana i przemęczona, ponieważ dochodzenie w sprawie płatnego zabójcy utknęło w martwym punkcie, tymczasem Midas uśmierca kolejne ofiary. Wbrew woli obojga jednorazowy incydent powoli zamienia się w romans, a Jakub uświadamia sobie, że nie potrafi dłużej żyć, tłumiąc w sobie wszelkie emocje. Jednocześnie w jego życiu pojawia się Anka, magister farmacji i maltretowana żona gangstera, marząca o zemście na mężu. Któregoś dnia okazuje się, że Jakub potrafi jej pomóc…
(Źródło: Wydawnictwo Novae Res)

Tak jak wspomniałam, pierwsze co przyciągnęło mój wzrok do tej książki to zapowiedź wizji gangsterskiego półświatka i faceci z bronią. Nie jestem jakoś przesadnie zafiksowana na punkcie mafijnych klimatów, ale skłamałabym mówiąc, że takie powieści mnie nie przyciągają, zwłaszcza jeśli są to romanse :D. Winię za to moje upodobanie do złych chłopców, bo nie ma co ukrywać, że wszyscy moi książkowi mężowie mają coś na sumieniu, więc jak mogłam się oprzeć Midasowi? Ano nie mogłam. Wizja poznania jego historii przyciągała mnie do tej książki jak magnes, ale czy to by wystarczyło, aby przemóc moje opory do polskich pisarzy - tego nie wiem. (Dla jasności to nie jest tak, że moim zdaniem nasi autorzy tworzą złe książki, to tylko moje osobiste uprzedzenia...) Jednak Agnieszka Lingas-Łoniewska pokusiła się na odważny zabieg, który naprawdę chciałam zobaczyć na własne oczy - umieściła w swoim dziele dwa alternatywne zakończenia.

Właśnie wezmę jako pierwsze na tapetę. Przyznam, że to było ciekawe doświadczenie - przypomnijcie sobie ile razy psioczyliście na autora, że ta książka nie powinna się tak skończyć - czyż możliwość wyboru nie jest niebem? Okazuje się, że dla mnie nie do końca ;). Nie żebym klasyfikowała to jako wadę tej powieści, czy miała autorce za złe, ponieważ ponownie stwierdzę, że to coś, czego do tej pory nie widziałam i przyjemnie jest zobaczyć coś innego w książkach. Ale po zakończonej lekturze doszłam do wniosku, że nie koniecznie chciałabym się z tym spotkać ponownie. Widzicie pierwsze z nich było dokładnie takie, jakie z przyjemnością bym zobaczyła, a jednocześnie nie wywołało we mnie żadnych większych emocji. Drugie było odważne, normalnie byłabym pod wrażeniem brawury autorki i tego, że nie boi podejmować się trudnych dla bohaterów decyzji. Tylko, że przez to, że najpierw przeczytałam pierwszy epilog, wiedziałam, że historia Midasa mogła potoczyć się inaczej i przez to jakoś nie poczułam emocji, które serwowała mi alternatywna wersja - a było ich tam sporo. Gdybym miała wybierać? Postawiłabym na drugie zakończenie, bo lepiej pasowało mi do świata Midasa oraz było bardziej nieprzewidywalne.

Jakub i Midas - dwa oblicza jednego człowieka. Pierwszy jest fotografem, troszczy się o starszą sąsiadkę oraz nie potrafi przejść obojętnie obok czyjeś krzywdy. Natomiast drugi... to płatny morderca, nie znający litości, skupiony na swoim celu i spowity gęstą mgłą tajemnic. Ta dwoistość to zdecydowanie nie jedyny problem z jakim przyjdzie się zmierzyć czytelnikowi. Autorka nie podaje mu na tacy oczywistych odpowiedzi i zmusza do stawiania sobie pytań o pojęcie dobra i zła - bo czy nie powinnam nienawidzić człowieka, który morduje z czystą krwią? Niby tak, ale w głębi serca usprawiedliwiam bohaterów, których zdążyłam pokochać i nie inaczej było w przypadku Kuby. Naprawdę lubię też żeńskie bohaterki, choć odrobinę działy mi na nerwy - Karolina trochę bardziej niż Anka. Tę drugą jakoś bardziej mogłam zrozumieć, choć jej działania nie zawsze do mnie przemawiały, Natomiast z panią inspektor miałam ten problem, że naprawdę chciałam, żeby okazała się twardą babką, która nie sobie w kaszę dmuchać, a czasami w obecności Kuby bardziej przypomniała lekko mdłą i naiwną kobietkę. Takich sytuacji nie było wprawdzie dużo, no ale jednak.

Piętno Midasa czyta się naprawdę błyskawicznie. Autorka pilnuje żeby dostatecznie często serwować czytelnikowi 'smaczki', tak aby fabuła nie zdążyła zrobić się nużąca. Mamy tu sporo emocjonujących wydarzeń, które trzymają w napięciu, jednocześnie przeplecionych ze spokojniejszymi wątkami, tak że całość tworzy bardzo przyjemny efekt. Styl jest plastyczny i dość prosty, taki że naprawdę nie wiadomo kiedy skończyła się kartka - po prostu dobrze się to czyta. Książka Agnieszki Lingas-Łoniewskiej byłą pierwszą od dawna, która naprawdę mi się spodobała, a została napisana przez naszego rodzimego autora. Cieszę się, że po tylu nieprzyjemnych spotkaniach z ich twórczością (no dobra nie było ich aż tak dużo), w końcu znalazła się powieść, która zamiast mnie odpychać, sprawiła, że naprawdę jestem ciekawa, co jeszcze może mi zaoferować nie tylko pani Agnieszka, ale także inni polscy pisarze. A uwierzcie mi, że to spore osiągnięcie.

Słowem podsumowania: Piętno Midasa to bardzo dobra powieść, obracająca się w klimatach, które po prostu uwielbiam i za samo to zyskała duży plus, a dodatkowo główny bohater skradł moje serce i jego historia na pewno na dłużej zostanie mi w pamięci. Jeśli lubicie trochę sensacyjnych wydarzeń z gorącym, zakazanym romansem to ta książka na pewno Was nie zawiedzie i potrzyma w niepewności aż do ostatnich stron.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,88/10
Ilość stron: 360
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 10 czerwca 2016 r.
Wydawnictwo: Novae Res
Cena (z okładki): 34,90 zł 



Tak bardzo pragnął zapłakać. Wylać łzy, które może w jakiś pokrętny sposób oczyściłyby jego duszę. Lecz z suchych oczu nie popłynęła nawet odrobina wilgoci. Jego zamrożone serce nie potrafiło się rozpuścić. A on nie umiał płakać. Tak jak nie potrafił czuć żalu, wyrzutów sumienia, wzruszeń. Empatia? Twój ból w moim sercu? Nie rozumiał tego wyrażenia. Nie pojmował. 
Kiedyś tak, ale nie teraz.



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka