Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Otwarte. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Maybe someday” Collen Hoover


Dziwne, czasami wystarczy, że ktoś nas przytulał kilka minut, żebyśmy potem już nigdy nie czuli się tak samo. W chwili, gdy ten ktoś wypuszcza cię z objęć, czujesz się tak, jakby zabrał ze sobą jakąś część ciebie.

Ponad rok temu w recenzji Ugly love napisałam, że moja przygoda z twórczością Collen Hoover dobiegła końca i pewnie byłaby to prawda, gdyby nie to, że zanim to powiedziałam, na mojej półce wciąż zalegało Maybe Someday. Zakładam, że ta książka czekałaby na swoją kolej jeszcze dłużej, gdyby nie to, że podczas przeprowadzki znalazła się na samej górze pudła i to właśnie ją zgarnęłam do czytania w aucie. Jak się udało moje spotkanie z kolejną książką Hoover?

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Już o tym wspominałam, ale napiszę jeszcze raz - byłam pewna, że książki Collen Hoover po prostu nie są dla mnie. Przy Hopeless, Pułapce uczuć czy wspomnianego wcześniej Ugly love nie uznałam je za nic więcej niż po prostu urocze historie. Nie mogłam się zżyć z bohaterami, a ich dramaty zamiast dotykać mnie żywego, wcale nie wpływały na moje emocje, bo bądź co bądź byłam pewna, że wyjdą z nich i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca. I to trochę śmieszny zarzut, bo przecież książek bez happy endu szuka się jak igły w stogu siana. Stąd też nigdy nie nazwałam Hoover złą pisarką, ale odpuściłam sobie jej twórczość. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się... że ta książka naprawdę mi się podoba. 
Czasami potrzebujemy złych dni, żeby spojrzeć z właściwej perspektywy na te dobre.
Maybe someday opiera się na zagmatwanym romansie, a przy tym brak jej typowych dla tych historii gigantycznych dramatów, bo i losy Ridge'a i Sydney jest wystarczająco skomplikowane bez nich. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że chłopak zdradza ją z najlepszą przyjaciółką aka współlokatorką i została bez domu. Ridge jest utalentowanym muzykiem, który świetnie pisze muzykę, ale przeżywa blokadę twórczą i nie może ułożyć do niej tekstów. Teksty do piosenek w zamian za zakwaterowanie - taką umowę zawierają bohaterowie. I w tradycyjnej książce tu właśnie rozpoczynałby się płomienny romans, gdyby nie to, że to właśnie nie jest aż tak tradycyjny romans. Tu zakończę swój wywód o fabule, bo reszty musicie dowiedzieć się sami - przecież nie mogę zdradzić wszystkich niespodzianek.
Nie chcę się z nią żegnać, skoro tak naprawdę wcale nie chcę, żeby odchodziła.
Za to mogę powiedzieć, że bohaterowie podbili moje serce. Nie są idealni, oboje mają swoje słabości, ale to chyba właśnie to tak mnie w nich urzekło. Sydney to silna dziewczyna, która stara się pozbierać po paskudnym rozstaniu i ułożyć sobie życie na nowo. Za to Rigde ma poukładane życie - cel, przyjaciół, zespół - wszystko komplikuje się właśnie po poznaniu Sydney. I choć były momenty, kiedy naprawdę go nienawidziłam, to uczciwie przyznam, że podbił moje serce. Jasne, popełnił mnóstwo błędów, będących skutkiem gównianych decyzji, ale kurczę jest w nim coś takiego, co sprawiło, że trzymałam za niego kciuki do samego końca. Czytelnik ma okazję zerknąć na fabułę z perspektywy obu bohaterów, bo narracja jest prowadzona dwutorowo, a rozdziały z perspektywy Sydney i Ridge'a przeplatają się. To daje nam okazję do poznania uczuć ich obojga, dzięki czemu fabuła sporo zyskuje. 

Całość dopełniają piękne teksty piosenek, które pojawiają się co parę rozdziałów. Tak jak wiersze z Pułapki uczuć raczej nie przypadły mi do gustu, tak te idealnie się wpasowały się w fabułę Maybe someday i były po prostu piękne. Całość dopełnia naprawdę lekki styl Hoover, który chwaliłam już poprzednio, nawet mimo rozczarowania treścią. Kolejne rozdziały dosłownie przelatują między palcami, więc całość czyta się bardzo szybko. Dodatkowo pisarka bardzo plastycznie operuje historią, płynnie przechodząc między wątkami, co nie pozwala się nudzić. No i na dodatek do mojego zeszytu trafiło kilka nowych, wspaniałych cytatów. 
Często usiłujemy ukryć nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać. Ludzie skrywają emocje, zupełnie jakby ujawnienie ich było czymś złym.
Jestem zdziwiona, że ta książka tak bardzo mi się podobała. Po poprzednich, nieudanych podejściach do książek Hoover Maybe someday pewnie przeleżałaby na półce jeszcze trochę, a ja nie wiedziałabym jak świetną historię tracę. A ta, choć do pewnego stopnia przewidywalna i tak trzymała mnie w napięciu, na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać. Okazało się, że to była idealna książka, żeby zacząć wakacje - nie tak ciężka jak dobra fantastyka i nie typowe, denne, odmużdżające romansidło. Jeśli jesteście fanami Collen na pewno Was nie zawiedzie. A jeśli, podobnie jak ja, nie zachwycała Was poprzednia twórczość autorki, to zachęcam do dania jej kolejnej szansy. Kto wie, może nie tylko dla mnie okaże się przyjemnym zaskoczeniem? 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,28/10
Ilość stron: 440
Okładka: miękka z zakładkami
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł


And if I can’t be yours now
I’ll wait here on this ground
Till you come, till you take me away
Maybe someday...

Recenzja - „Ugly Love” Colleen Hoover


Miłość nie zawsze jest ładna. Czasami wciąż masz nadzieję, że w końcu będzie inaczej. Lepiej.
A potem, zanim się zorientujesz, znowu jesteś w punkcie wyjścia, a serce zgubiłeś gdzieś po drodze.

Z bólem serca stwierdzam, że chyba nigdy nie zostanę fanką Colleen Hoover. Naprawdę starałam się dostrzec w jej twórczości "to coś", iskrę która sprawia, że ma całe rzesze oddanych fanów. Tylko, że... nie umiem. Dotychczas miałam okazję zetknąć się z Hopeless (której fenomenu do dziś nie rozumiem), Losing Hope, Pułapką uczuć czy Nieprzekraczalną granicą - czyli jak widzicie trochę tego było. Jednak zastanawiam się, czy Ugly Love nie zostanie ostatnią książką autorki w moim czytelniczym dorobku.

Serca zaczynają szybciej bić, obietnice zostają złamane, reguły przestają obowiązywać…
Kiedy Tate, początkująca pielęgniarka, wprowadza się do mieszkania swojego brata, nie spodziewa się tak gwałtownych zmian w życiu. Wszystko przez przystojnego pilota Milesa Archera. 
Miles ustala tylko jedną regułę ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Gdy ta sytuacja staje się nie do wytrzymania i prowokuje do pytań, ożywają jego dramatyczne wspomnienia.
Tej powieści się nie czyta, tylko przeżywa – całą sobą, sercem i duszą, a po zakończeniu nic już nie jest takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Jest coś takiego w twórczości Colleen Hoover, że choćbym nie wiem jak się starała, jej książki nie wywołują we mnie praktycznie żadnych emocji. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie potrafię wczuć się w sytuacje, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie i przeżywać ich razem z nimi. Być może problem leży w tym, że choćby nie wiem jak koleiste będą ich drogi, tak czy siak skończą razem, pełni szczęścia i nadziei na lepsze jutro. I tak, wiem, że u innych również braku happy endu szuka się jak igły w stogu siana, ale z jakiegoś powodu u Hoover wyjątkowo mi to przeszkadza. Chociaż może to złe słowo - chodzi mi bardziej o to, że nie mam wątpliwości, że takowy się pojawi. I tak też było w przypadku Milsa i Tate, choć byłam ciekawa co się zdarzyło w przeszłości mężczyzny, to ich wspólne losy były dla mnie pewne. To sprawiło, że nie porwały mnie ich perypetie i reagowałam na nie z wyjątkową wręcz (dla mnie) obojętnością.

W książce czytelnik dostaje dwa różne wątki czasowe - teraźniejszość z  perspektywy Tate przeplata się z przeszłością opowiadaną przez Milesa, przy czym pierwsze rozdziały są napisane tradycyjnie, a drugie... już nie tak bardzo. Autorka postanowiła wyśrodkować tekst i napisać go w formie przypominającej wiersz (?). Tak mi się zdaje, bo pierwsze skojarzenie miałam ze poezją, którą Colleen Hoover umieściła w Pułapce uczuć i teraz - tak jak wtedy - tu również bardziej mnie to zirytowało niż zachwyciło. To po prostu nie moja bajka, mogłabym przymknąć oko, gdyby były to tylko wstawki, ale w momencie, gdy stanowiło to połowę powieści oraz fabuły, sprawiło, że nie najlepiej mi się to czytało.

Nie wiem dlaczego, ale nie polubiłam ani Tate ani Milesa. Dziewczyna na zmianę albo wszystko analizuje albo roztkliwia się jak bardzo pożąda pewnego pilota. Zupełnie brak jej wyrazistości, czegoś co sprawiłoby, że warto ją zapamiętać. Miles natomiast w przeważającym stopniu jest dupkiem - przepraszam za wyrażenie. I jasne że, można go usprawiedliwiać, ale dlaczego powinnam? Nie wspominając nawet, że jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógłby wejść w układ z facetem, który jasno ci mówi, że nie możecie rozmawiać o niczym poza aktualną chwilą i generalnie wyrzuca cię z mieszania po zakończonym stosunku. No proszę Was - takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Zastanawiam się, co jeszcze mogłabym napisać, ale prawda jest taka, że to po prostu książka, o której łatwo zapomnieć i nie mam nic więcej do powiedzenia, bo po prostu nie wywołała we mnie żadnych emocji, poza pewną dozą irytacji.

Zawsze mam problem z oceną książkę Hoover, bo (w teorii) obiektywnie rzecz biorąc wiem, że nie jest to najgorsza książka. To nie jest nawet tak, że mi się nie podobała. Jednakże jest wyjątkowo... płaska. Nie poczułam praktycznie żadnych emocji, fabuła była stosunkowo przewidywalna, a bohaterowie nie do końca w moim guście. Ot, takie czytadło na jeden wieczór, które nie wywarło na mnie większego wrażenia.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,22/10
Ilość stron: 340
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 13 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł




Zabawne. Czasem milczenie jest bardziej wymowne niż wszystkie słowa świata.
Czasami moje milczenie mówi : nie wiem jak z tobą rozmawiać. Nie wiem, co sobie myślisz.
Mów do mnie. Powtórz mi wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.
Wszystkie słowa. Zacznij od pierwszego.


#38 Recenzja - Panika





O to właśnie chodzi w zaufaniu (...) Nigdy nie masz pewności.

Panika przykuła mój wzrok od momentu pojawienia się okładki, która wręcz hipnotyzuje tym spojrzeniem, dlatego tak bardzo się ucieszyłam z niespodzianki od Moondrive. Nie wiem dlaczego, ale do ostatniej chwili byłam przekonana, że będzie to dystopia lub powieść z elementami fantastyki, tak jak poprzednie dzieła autorki, tymczasem Panika to YA z wyjątkowo oryginalnym pomysłem.

Wyobraź sobie senne, pogrążone w beznadziei miasteczko.
Wyobraź sobie dziewczynę, która nie wierzy, że może ją spotkać coś dobrego.
Wyobraź sobie grę, w której każdy musi podjąć śmiertelne ryzyko, by wygrać wielką nagrodę – przepustkę do lepszego życia.
Ta gra to Panika. Nikt nie wie, kim są sędziowie, którzy wymyślają zadania i czuwają nad przebiegiem rywalizacji. Uczestnicy zostają zmuszeni do przesunięcia własnych granic, do wyjścia poza strefę bezpieczeństwa, do stawienia czoła najgłębszym lękom.
Dziewczyna ma na imię Heather. Od zawsze pogardzała grającymi w Panikę. Ale kiedy jej chłopak odchodzi do innej, pełna wściekłości, bólu i rozpaczy zmienia swoje podejście i decyduje się przystąpić do rywalizacji. Nigdy nie spodziewała się, że to zrobi. Aż do tego lata.
[Źródło: Moondrive]

Panika to śmiertelnie niebezpieczna gra. Dosłownie. Uczestnicy muszą się liczyć, że przyjdzie im wykonywać zadania, które mogą zakończyć się tragedią. Wprawdzie zawsze mogą odmówić, jednak to prowadzi do usunięcia z gry i straty szansy na wygraną. A jest o co walczyć. Każdy uczeń ostatniej klasy w ciągu roku oddaje dolara dziennie, który dokładany jest do puli dla zwycięscy, dzięki czemu po zakończeniu szkoły do wygrania jest ogromna suma pieniędzy. Pokaźna nagroda zachęca do ryzyka, jednak czy naprawdę warto ryzykować dla niej życie? Cóż, okazuje się, że dla niektórych tak, poza tym sama idea posiadania takich pieniędzy sprawia, że nie brakuje chętnych.

Wspominałam na początku o wyjątkowo oryginalnym pomyśle na powieść, który miał ogromny potencjał, co autorka skrzętnie wykorzystała. Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie cieszy, że mogę napisać te słowa. Ile razy zdarzyło się, że koncepcja na fabuły jest naprawdę genialna, a po kilkunastu stronach autor sam się ze sobą motał i porzucał wstępny zarys na rzecz zupełnie niepotrzebnych zwrotów akcji? Mi zbyt wiele. Tymczasem Lauren Oliver raz jeszcze zachwyciła mnie swoimi niebanalnymi pomysłami i wycisnęła z Paniki wszystko co można było, jednocześnie nie zapychając fabuły niepotrzebnymi wątkami. To sprawia, że akcja powieści szybko wciąga czytelnika oraz czytanie tej pozycji zajęło mi tylko dwa dni. Wspominałam o tym przy recenzji 7 razy dziś, ale raz jeszcze podkreślę, że uwielbiam pióro autorki. Lauren Oliver pisze prostym, lekkim językiem, który idealnie wpasowuje się w wiek jej bohaterów. Narracja jest prowadzona w trzeciej osobie i skupia się główne na Heather i Dodge'u, dzięki czemu miałam okazję dobrze poznać historię obojga bohaterów.

Od dawna nie miałam wrażenia, że historia, którą czytam mogła się wydarzyć naprawdę. Za to wędruje wielki plus do Lauren Oliver, bo Panika choć wyjątkowo trudna do zrealizowania, faktycznie mogłaby się odbyć. Poza tym bohaterowie, mimo że nie skradli do końca mojego serca, są wykreowani, jak prawdziwi ludzie. Oni także się boją, przeżywają własne uczynki i podejmują głupie decyzje. Nie ma tu szesnastolatków sypiących mądrościami a'la Paulo Cohelo, tylko historie osób, których życie nie zawsze było usłane różami. Mają różne motywy, ale ten sam cel. Stawką jest lepsze życie.

Panika jest świetną pozycją zarówno dla starszych jak i młodszych czytelników. Akcja pędzi łeb na szyję i sprawia, że czytelnika ogarnia przemożne pragnienie poznania tajemnic wszystkich uczestników. Gorąco polecam wszystkim fanom Lauren Oliver, jak również tym, którzy chcieliby zacząć przygodę z twórczością autorki od powieści, w której wątek romantyczny jest delikatnym dodatkiem, a nie napędza fabułę.

Moja ocena: 7/10


Skończyłam czytać: styczeń 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,29/10
Ilość stron: 358
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 2 lutego 2016 r.
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Cena (z okładki): 36,90 zł 




Ludzie zaskakiwali. I to w najbardziej nieoczekiwany sposób.
To była właściwie jedyna rzecz, której można było być pewnym.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte





Książka przeczytana w ramach wyzwania:

#13 Recenzja - Czerwona królowa i BOOK TOUR

Każdy może zdradzić każdego.


Dawno temu tata nazwał nas mrówkami,
czerwonymi mrówkami prażącymi się w srebrnym słońcu.
Niszczy nas potęga innych, przegrywamy walkę o nasze prawa,
ponieważ nie jesteśmy nadzwyczajni.

Jak sobie radzić, jeżeli życie determinuje kolor krwi? Nie ma możliwości oszustwa, nie ma wyboru... To jak potoczy się twoje życie zależy tylko i wyłącznie jaki się urodziłeś.

Zachęcona pozytywnymi opiniami i nietuzinkowym opisem sięgnęłam po książkę Victorii Aveyard ,,Czerwona królowa". Opisem, który zdradza bardzo niewiele o samej fabule.

Mare jest Czerwoną. Jej bracia zostali wysłani na front, a ja samą niedługo spotka ten sam los. Nie ma złudzeń co do tego jak potoczy się jej życie, ale dopóki jest w domu, zajmuje się kradzieżą i stara się jak najlepiej przygotować rodzinę na swoje odejście. Jedynym możliwym ratunkiem dla dziewczyny jest podjęcie uczciwej pracy, jednak nie ma dla niej zajęcia do czasu, aż zostaje służącą w pałacu. Srebrni są niezwykle potężni - od Siłaczy, przez władców żywiołów, aż po Szeptaczy - i nikomu nie przyjdzie przez myśl im się sprzeciwić. Mare wchodzi do gniazda żmij i cały czas musi się mieć na baczności. Nikt nie spodziewa się, że służąca wykaże umiejętności, których nie może mieć, zwłaszcza ona sama. Tacy jak ona nie istnieją. Od tej chwili jej dawne życie przestanie istnieć, a tej młodej dziewczynie przyjdzie podjąć decyzję, które załamałyby niejednego...

Długo zajęło mi napisanie tej recenzji, bo z jednej strony naprawdę nie chcę Was zniechęcić, a z drugiej moja krytyczna ja wrzeszczy i domaga się uwagi, choć ,,Czerwona królowa" to całkiem dobra książka!

Zacznę od plusów. Podobała mi się kreacja wszystkich bohaterów, zwłaszcza, że część z nich potrafiła mnie porządnie zaskoczyć swoimi decyzjami i zachowaniem. Polubiłam szczególnie Juliana oraz Farley. Victoria Aveyard prowadzi akcję lekko, dynamicznie, serwując czytelnikowi akurat tyle, aby chciał odwrócić kolejne strony. Ostatnio wspominałam, że uwielbiam narrację pierwszoosobową w czasie teraźniejszym i dokładnie taką tu znajdziecie. Dodatkowo autorka nie przeładowuje fabuły opisami i rozległymi monologami głównej bohaterki, co sprawia, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Wielowątkowość tej historii jest jej zdecydowanym plusem - mamy odwieczną walkę o władzę, problemy między rodzeństwem, tajemnicę okalającą umiejętności Mare oraz starania rebeliantów. Wspomnę też parę słów o okładce: oprawa graficzna kusi i przyciąga wzrok, dodatkowo pasuje do fabuły. Nie żebym oceniała książkę właśnie po niej, ale mnie zawsze robi się cieplej na sercu na widok ładnej okładki, która faktycznie wpisuje się jako uzupełnienie treści ;).

A teraz nie przestraszcie się i nie dajcie mi się do końca zniechęcić. Nie krzyczcie też, że sama sobie zaprzeczam, ale część zalet książki jest również jej wadą i na odwrót. Mam wrażenie, że dostałam lekko odgrzewane danie, do którego wrzucono najlepsze składniki i wymieszano. Książka czerpie pełnymi garściami ze znanych nam motywów. Przede wszystkim mamy młodą dziewczynę, która ma ciężkie życie i musi stanąć do walki o własne życie, wolność i równość wszystkich - no wypisz, wymaluj znajduje się to w każdej młodzieżowej dystopii. Jako zaletę mogę tylko dodać, że Mare, w porównaniu do innych, nie trzeba było pchać - do większości spraw dochodziła sama i potrafiła podjąć własne decyzje. Długo nie wiedziałam do jakiego gatunku zakwalifikować powieść, czy mam do czynienia z typową fantastyką, czy może właśnie dystopią, dlatego że autorka praktycznie nie podaje nam żadnego zarysu tego świata - krótko mówiąc odczułam głęboki brak genezy Nowej Ery. Nie mogłam się odnaleźć czy pani Aveyard kreuje nowy, fantastyczny świat czy to nasze uniwersum spotkała ta mutacja. Wydaje mi się, że druga opcja jest bardziej prawdopodobna, przez co ponownie miałam wrażenie, że gdzieś to już widziałam - to dokładne spełnienie wizji Magneta z X-men'ów. Tak w ogóle to cały świat przedstawiony kojarzy mi się właśnie z tą pozycją Marvela... 

Patrząc na całokształt i warsztat pisarki jestem na tyle zadowolona i zaintrygowana, aby zakupić kolejną część. Jednak z drugiej strony mam to smutne wrażenie, że nie wiele bym straciła nie znając tej książki. Dlaczego więc wybrałam ją do akcji Wędrująca Książka? To proste - użyczę Wam swojego egzemplarza, tak jak biblioteka. O tej pozycji są dość rozbieżne opinie, dlatego jeśli Wam się spodoba, wiecie jak dostać własny egzemplarz. Jeżeli zaś nie, nic nie tracicie, bo książka przywędrowała do Was ode mnie i tu powróci.

Zdecydowanie mogę polecić ,,Czerwoną Królową" autorstwa Victorii Aveyard fanom fantastyki, dystopii i X-men'ów. Zwłaszcza tym , którym nie przeszkadza trochę schematów, bo na pewno nie znajdziecie tu nudy ;).

Moja ocena : 7/10

Skończyłam czytać : 4 sierpnia 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,92/10
Ocena z empik.com : 4,5/5 
Ilość stron : 488
Okładka : miękka
Data wydania : 18 lutego 2015 r.
Wydawnictwo : Otwarte
Tłumaczenie : Adriana Sokołowska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


Taka jest nasza natura - powiedział Julian.
- Niszczymy. To cecha charakterystyczna ludzkiego rodzaju.
Niezależnie od koloru krwi, zawsze upadamy.



Mój ulubiony cytat: 
Stwarzanie nadziei, gdy w rzeczywistości jej nie ma, to okrucieństwo. 
Fałszywa wiara wywołuje rozczarowanie, ból i wściekłość,
przez co niełatwe sprawy stają się jeszcze trudniejsze.



Książka przeczytana w ramach wyzwania : Czytam Opasłe Tomiska

7/52


Czytaliście? Jak Wam się podobała?



BOOK TOUR AKA Wędrująca Książka

Dla niewtajemniczonych jest to akcja polegająca na przesyłaniu książki między blogerami, gdzie każda osoba wpisuje się na pierwszej stronie.

Pisałam wyżej dlaczego wybrałam właśnie tę książkę do tej akcji. Głównie mam nadzieję, że Wam się spodoba i skusicie się na własny egzemplarz tej powieści, tymczasem nic nie stracicie jeśli nie przypadnie Wam do gustu.





Zasady : 
  1. Aby wziąć udział należy pozostawić formularz zgłoszeniowy w komentarzu pod TYM postem (wzór na końcu), umieścić banner akcji (linkujący do zakładki w menu lub tego posta) w widocznym miejscu na swojej stronie - do momentu otrzymania książki - oraz być obserwatorem bloga lub polubić jego stronę na Facebook'u (warunek nieobowiązkowy, kimże ja jestem żeby was zmuszać?). Będzie mi również bardzo miło, jeśli udostępnicie go na swoich profilach społecznościowych.
  2. Akcja trwa od 17 sierpnia 2015 r. do odwołania. Krótko mówiąc dopóki będą chętni na przeczytanie dopóty książka będzie odbywać swoją wędrówkę. Chciałabym żeby powieść wracała do mnie raz na kwartał, żebym mogła zrobić podsumowanie.
  3. Książka może pozostać u danej osoby przez 2 tygodnie. 
  4. Każda osoba pozostawiająca zgłoszenie zobowiązuje się do zapakowania i przesłania książki kolejnej osobie wskazanej przeze mnie (na własny koszt).
  5. Prosiłabym o informowanie mnie o zmianie miejsca pobytu książki - wystarczy mi komentarz pod Twoim zgłoszeniem np. wysłana, przyszła, poszła dalej itp.
  6. Recenzja powinna pojawić się nie później niż tydzień po odesłaniu książki, miło by mi było jeśli pod nią znalazłby się baner akcji lub link to tego posta. 
  7. Pierwszą kolejność wyłonię na drodze losowania, później będzie decydować data zgłoszenia (dla formularzy zgłoszonych po 17 sierpnia). Napiszę do wylosowanej osoby o adres, jeżeli nie otrzymam odpowiedzi przynajmniej tydzień przed wysyłką książka idzie dalej.
To pierwsza akcja, jaką organizuję na blogu, więc mam nadzieję, że wszystko się uda. Jeżeli macie jakieś pytania, uwagi, sugestie - piszcie! :D


Wzór
Zgłaszam się
e-mail
Obserwuję jako : (opcjonalnie)
Baner / blog : 



Mniejszy rozmiar baneru:



#2 Recenzja - 7 razy dziś



,, Popularność  to taka dziwna rzecz.
 Tak naprawdę nie da się jej zdefiniować i nie wypada o niej rozmawiać,
 ale kiedy już się ją zauważy nie sposób jej z niczym pomylić.
 Jak zeza albo porno."


Książkę ,,7 razy dziś" autorstwa Lauren Oliver zauważyłam już jakiś czas temu, głównie z powodu autorki znanej z  [delirium]. Świtało mi też, że już gdzieś widziałam ten tytuł, ale na innej okładce. Jak typowy mól książkowy musiałam zajrzeć w annały internetu i tak dowiedziałam się jest to debiutancka powieść autorki, która uzyskała po prostu nową okładkę. Nie macie czasem tak, że trafiacie na książkę, którą w gruncie rzeczy chętnie by się przeczytało, ale przecież jest tyle innych ciekawszych pozycji, które już tyle czasu czekają w kolejce... Jednak dostałam możliwość zakupu po całkiem okazyjnej cenie i tak właśnie trafiła w moje ręce. 

Tym razem, w przeciwieństwie do recenzji Pierwszego grobu po prawej, posłużę się opisem z okładki, ponieważ całkiem dobrze przybliża o czym jest książka: Nazywam się Sam Kingston. Jestem popularna, mam przystojnego chłopaka i szalone przyjaciółki, z którymi świetnie się bawię. Czuję się lepsza od nudnych kujonów i śmieję się z dziewczyn, które nigdy nie dostały liściku miłosnego. Robię, co chcę i kiedy chcę. Nie obchodzi mnie, czy kogoś zranię, bo i tak wszystko uchodzi mi na sucho. Aż do dzisiaj…
Wychodzę z imprezy. Oślepiają mnie światła samochodu jadącego z naprzeciwka. Czuję niewyobrażalny ból. Spadam w niekończącą się pustkę.
Umarłam?
A jednak budzę się w swoim łóżku. Tylko że znów jest piątek 12 lutego, a ja od nowa przeżywam ten sam dzień. Czy naprawdę zasłużyłam na tak surową karę? Chcę tylko odzyskać moje idealne życie. Bo przecież było idealne, prawda?

Myślę, że byłam bardziej pozytywnie niż negatywnie zaskoczona przez tą książkę... Ale dalej mam do niej lekko mieszane uczucia. Trudno jest z takiego tematu stworzyć pasjonującą historię, bądź co bądź motyw powtarzającego się dnia występuje dość często w różnych źródłach. Można by dyskutować czy Lauren Oliver poradziła sobie z tak popularnym tematem, jednak dla mnie czegoś zabrakło w tej historii. Tej iskry, czasami jednego momentu, czy dosłownie paru stron, które sprawiają, że dobre książki zamieniają się w takie, które będziesz pamiętać przez najbliższy rok... Sama powieść podobała mi, jednak nie na tyle żebym z czystym sumieniem mogła nazwać ją bardzo dobrą. Niesamowicie irytowała mnie postawa Sam, która jakby nie zdawała sobie sprawy, że na świecie, poza odcieniami szarości, są rzeczy dobre i złe. Niby nie miałam jakiś bardzo wysokich oczekiwań w stosunku do tej pozycji, a jednak się zawiodłam ;), ale myślę, że to przez [delirium], które - poza zakończeniem - niesamowicie mi się podobało.

Nie mogę z czystym sumieniem też tylko skrytykować tej powieści. Mimo wszystko, ma ona w sobie lekkie pióro Lauren i w pewnym sensie wciągającą tajemnicę. Czytelnikowi przewija się pytanie dlaczego : Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Sam a nie Linsey? Dlaczego teraz? To wszystko trzymało mnie w napięciu i tak naprawdę sprawiło, że przeczytanie tej książki zajęło mi dwa dni.

,,7 razy dziś" mogę polecić osobom, które szukają rozrywki na długie, letnie wieczory, ale specjalnie nie mają pomysłu co można by przeczytać. Jest to pozycja raczej dla nastoletnich czytelników, choć nie ukrywam, że może się spodobać również starszym ze względu na przesłanie, które ze sobą niesie - zawsze można być lepszym.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: 11 czerwca 2015 r.  
Ocena z lubimyczytac.pl : 7,02/10
Ocena z  empik.com: 4,4/5 
Okładka: miękka 
Ilość stron: 381
Data wydania: 6 czerwca 2015 r.
Wydawnictwo : Otwarte
Cena (z okładki) : 34,90 zł


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka