Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 3/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Łzy Tess” Pepper Winters


Potwory odnajdują się wzajemnie w ciemności.

Nie o tym miałam dzisiaj pisać, ale właśnie skończyłam czytać Łzy Tess i stwierdziłam, że tym razem najlepiej będzie przelać uczucia na papier zaraz po lekturze. Na powieść Pepper Winters miałam ochotę od momentu, gdy pojawiła się w zapowiedziach, więc raczej nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że nie mogłam się doczekać lektury. Gdy tylko pojawiła się na Legimi, czym prędzej się za nią wzięłam. 

Dwudziestoletnia Tess Snow prowadzi spokojne życie. Jest o krok od rozpoczęcia kariery na rynku nieruchomości, a jej c7hłopak to idealna mieszanka czułości i odpowiedzialności. Aby świętować ich drugą rocznicę, Brax robi jej niespodziankę i zabiera na wycieczkę do Meksyku.
Romantyczne plaże, gorący seks i świetna zabawa — tego spodziewa się Tess. Dziewczyna nie wie, że zostanie uprowadzona, odurzona narkotykami i sprzedana. Siłą wepchnięto ją w mroczny świat prostytucji i zdegradowano do roli zabawki. Jej nowy pan, tajemniczy Q, nie lubi się dzielić.
Czy Brax odnajdzie i uratuje Tess, zanim jej nowy właściciel całkowicie ją zniszczy? Czy dziewczyna odnajdzie w sobie siłę, aby walczyć o swoje bezpieczeństwo i wolność?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Lubię książki z motywem porwania - jest coś takiego w zagłębianiu się w psychikę ofiary i oprawcy, co sprawia, że nie mogę się oderwać od takiej lektury. Dotyk ciemności, Konsekwencje pożądania czy ostatnio przeze mnie czytane Skradzione laleczki to książki, o których nie da się łatwo zapomnieć, a ja jeszcze wiele godzin po skończeniu mogę analizować motywy bohaterów. Dlatego z taką niecierpliwością czekałam na Łzy Tess. Liczyłam na to zamieszanie uczuć, które zawsze ogarnia mnie przy takich powieściach. Liczyłam na emocje i konkretny, dobry portret psychologiczny postaci. Liczyłam na wartką akcję i historię od której nie będę mogła się oderwać. Liczyłam... ehh... na wiele. Otrzymałam bubel.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że im większe masz oczekiwania wobec danego tytułu, tym większe są szanse, że się zawiedziesz. I z doświadczenia mogę to potwierdzić. Ale z drugiej strony dobra książka, to dobra książka i sama może się obronić - niestety dla mnie Łzy Tess tego nie zrobiły. Mam wrażenie, że Pepper Winters tak mocno starała się zaszokować czytelnika, że napychała swoją książkę coraz to mocniejszymi scenami, zapominając, że poza nimi w tej historii nic się nie dzieje. Zabrakło czegoś, co skleiłoby tę opowieść do kupy. Określanie tej książki jako dark zakrawa na obrazę dla świetnie napisanych książek w tym gatunku - jak choćby wspomniany przeze mnie wyżej Dotyk ciemności. C.J. Roberts gra na emocjach, a choć w scenach erotycznych wcale się nie hamuje, wszystko dobrze ze sobą gra i zabiera czytelnika w mroczne odmęty. Natomiast Winters choć kontrowersyjna, nie ma tej magii w swojej książce. To, co działo się z Tess zupełnie mnie nie ruszało, a w książce na próżno szukać jakiejkolwiek logiki.

Relacja głównych bohaterów jest śmiechu warta. Gdy Q. pojawia się w odległości 15 metrów od bohaterki, ta jest gotowa rozkładać dla niego nogi, a jedyne co ją hamuje to fakt, że on technicznie jest jej oprawcą. Zresztą o tym fakcie Tess zapomina i przypomina sobie tylko w dogodnych dla niej momentach. W jej zachowaniu, myśleniu i decyzjach brakuje konsekwencji i jakiegokolwiek zdrowego rozsądku. Są bohaterowie, którzy w zamierzeniu mają być antypatyczni, ale mimo to czytelnik docenia ich kreację. W tym wypadku nie wiem, co właściwie chciała osiągnąć Winters, bo jeśli jej celem było wzbudzenie sympatii do Q. i Tess to zupełnie jej nie wyszło. Kobieta była tak irytująca w swoich działaniach, że jakoś nie ruszało mnie nic, co się z nią działo - a skoro autorka mocno chciała zbulwersować czytelnika, to możecie się domyślić, że Łzy Tess nie koniecznie opierają się na zbliżeniach bohaterów w pozycji misjonarskiej. A mimo to nie określiłabtm tej książki inaczej niż romansem z paroma mocniejszymi scenami. Żebym mogła chociaż powiedzieć, że tę opowieść ratuje Q., no ale się nie da. Jego zachowanie wcale nie ma więcej logiki niż jej. Darzę go mniejszą niechęcią, tylko dlatego, że autorka postanowiła oszczędzić mi wejścia w jego umysł i nie ma narracji z jego perspektywy.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, że nie kupiłam książki w wydaniu papierowym. Na Łzy Tess czekałam z gigantycznym entuzjazmem, który zamienił się w głębokie rozczarowanie. I choć może nie jest to historia tragiczna, to brak w niej logiki i, przede wszystkim, emocji. Znalazło się tam trochę brutalnych scen, więc niech wrażliwcy mają na to baczenie, ale cała ta książka jako dark erotic to jeden wielki niewypał. Winters tak bardzo skupiła się na kontrowersyjności, że zabrakło jej jednej bardzo istotnej rzeczy - fabuły. 

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: sierpień 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,58/10
Ilość stron: 496
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 17 sierpnia 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska

- Są pewne rzeczy, które musisz zrozumieć.
- Jedyną rzeczą, którą muszę zrozumieć jest to, że jesteś potworem, który mnie kupił. Ukradłeś moje życie. Moich bliskich. Zabrałeś wszystko. I tylko to muszę zrozumieć.

Recenzja - „Tylko twój” Vi Keeland


Nie tak dawno temu gorąco chwaliłam Vi Keeland za Egomaniaca. Tamta książka zrobiła na mnie świetne wrażenie - lekka i zabawna lektura do której, w przeciwieństwie do poprzednich powieści autorki, z przyjemnością bym wróciła. Podobnym miłym zaskoczeniem był dla mnie Bossman, utrzymany w podobnym klimacie jak Egomaniac i równie warty polecenia. Po tych dwóch spotkaniach nikogo raczej nie zdziwi fakt, że sięgnęłam po najnowszą propozycję autorki nastawiona na kolejną świetną przygodę. Ze smutkiem stwierdzam, że tym razem okropnie się zawiodłam.

Gorący playboy i milioner, który może być kimś więcej niż tylko letnim romansem
To miał być wymarzony miesiąc miodowy. Turkusowa woda, spacery w blasku księżyca, gorące słowa i gorące chwile z ukochanym mężczyzną. Do pięknego obrazka zabrakło tylko… pana młodego. Sydney zerwała z narzeczonym dwa miesiące przed wymarzonym ślubem. Nie zamierza jednak rezygnować z miesiąca miodowego i wyrusza z przyjaciółką na wakacje. Na miejscu poznaje Jacka, z którym spędza kilka upojnych i niezobowiązujących chwil. Sydney nie spodziewa się, że letni flirt przerodzi się w coś więcej. Jednak Jack jest typem faceta, o którym niełatwo zapomnieć.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Od początku zapowiadało się na katastrofę. Gdzieś ulotnił się lekki styl autorki i stał się jakiś toporny, sprawiając, że już po prologu musiałam się upewnić, czy to naprawdę książka Vi Keeland. Nie wiem, co się stało, że to tak bardzo nie grało, ale przez większość czasu miałam wrażenie, że zamiast powieści czytam relację przeplataną wypowiedziami bohaterów. Zabrakło płynnych przejść pomiędzy kolejnymi dniami, wątkami... praktycznie wszędzie. Nie pomagają też fatalne dialogi pomiędzy postaciami, zwłaszcza te w sytuacjach intymnych. Kojarzycie te książki, gdzie sprośny bełkot przyprawia Was o śmiech i rumieńce zażenowania? Tak, to właśnie jedna z nich. W kółko przewijają się te same odzywki, które zdążyły mi zbrzydnąć jeszcze przed połową tej książki.

Może chociaż gdyby tak fabuła była naprawdę interesująca to mogłaby poratować trochę sytuację, ale niestety prawie nie istnieje. Jedyną nietypową sprawą jest zawód Jacka, a tak poza tym to wszystko toczy się tak jak w setkach innych książek, przy czym większość akcji stanowi horyzontalne mambo pomiędzy głównymi bohaterami. Wygląda to mniej więcej tak: Jack i Sydney uprawiają seks, wymieniają trzy zdania na temat swojego związku, kolejny rozdział zaczyna się tydzień później i wracamy do punktu wyjścia. Jeszcze gdyby tak sceny pomiędzy nimi były napisane ze smakiem, to może mogłabym przymknąć oko, że stanowią większość fabuły... ale znowu wracamy do kwestii żenujących dialogów. Powiedzcie mi, co mogę więcej napisać, skoro innych wątków jest tak mało, że mówiąc Wam cokolwiek będę spojlerować całość?

No to dochodzimy do kwestii bohaterów - szczerze, bohaterów, o których nawet nie chce mi się mówić. Bo Syd jest niby wolna i wyzwolona, ale absolutnie wszystko porównuje do swojego poprzedniego związku i ogólnie ma problemy z myśleniem. Dopóki jest z Jackiem wszystko jest idealne, on znika na pięć minut, ona przeżywa dziwne rozterki - on wraca i jakby nigdy ich nie było. Czy tylko ja widzę w tym coś nie tak? On jest super typowym bohaterem romansu. Serio. Przystojny, bogaty, lubi wydawać rozkazy, odgaduje myśli Sydney... wypisz, wymaluj jak setka innych. Nie wyróżnia się ani humorem, ani tekstami - chociaż to można podciągnąć pod problem dialogów, o którym wspomniałam wyżej.

Tylko twój pokazuje nowe oblicze książek Vi Keeland i to nie takie, które chciałam poznać. Zastanawiałam się jak to możliwe, że po rewelacyjnym Egomaniacu i świetnym Bossmanie trafiłam na taki bubel od autorki, której twórczość nawet jeśli mnie nie zachwycała, to pozwała na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości. Mam wrażenie, że wina leży w datach premiery. Między książkami, które tak mi się podobały, a tą dramą, o którym dzisiaj piszę jest pięć lat różnicy. W takim wypadku widać wyraźnie, że z czasem szło autorce znacznie lepiej, a ja swoje gigantyczne rozczarowanie mogę zrozumieć, ale nie koniecznie wybaczyć. Osobiście zalecam trzymanie się z daleka od tej książki, bo Kobiece wydało całe mnóstwo książek Keeland, duuuuuużo lepszych niż ta. Tym większe moje rozgoryczenie, że wiem, iż stać ją na wiele więcej.

Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 5,67/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 20 lipca 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Gabriela Iwasyk


PS. Darowałam sobie wybieranie cytatów, bo nie było na czym zawiesić oka :/. Czytaliście tę książkę? Czy tylko dla mnie Tylko twój okazał się tak tragiczny w porównaniu do poprzedniczek?

Recenzja - „Kochanka księcia” Geneva Lee


Po co czekać, aż słońce samo wyjdzie zza chmur, skoro możesz zapalić światło?

Są takie momenty, że kończę książkę na czytniku i żałuję, że mam papierowego egzemplarza, bo z pewnością jeszcze do niej wrócę. Oczywiście zawsze mogę się w niego zaopatrzyć, ale powieści, które już czytałam, zawsze stoją za tymi, których nie udało mi się znaleźć w abonamencie i jedyną opcją jest kupno. Są też takie historie, gdy niezmiernie cieszę się z mojego Legimi, bo oszczędzają mi żalu z powodu gotówki wyrzuconej w błoto. Zgadniecie do której kategorii zalicza się Kochanka księcia, skoro już o tym wspominam? Ano, niestety do drugiej.

Na przyjęciu z okazji ukończenia studiów na Uniwersytecie Oksfordzkim Clara Bishop spotyka intrygującego mężczyznę o demonicznym spojrzeniu. Chociaż ich znajomość miała skończyć się na jednym pocałunku, to nie może o nim zapomnieć. Mężczyzna wydawał się jej bardzo bliski, jakby skądś go znała. Kiedy do drzwi Clary pukają paparazzi, okazuje się, że tajemniczym przystojniakiem był książę Alexander.
Prawowity następca tronu to niebezpieczny bad boy, który słynie z tego, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Jego najnowszym kaprysem staje się Clara. Alexander proponuje jej układ, w którym dziewczyna zostanie jego sekretną kochanką. Czy zdołają utrzymać swój związek w tajemnicy? Czy niebezpieczny książę poczuje do Clary coś więcej?
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Tandetne romansidła, powieści z bad boyami w roli głównej i erotyki to w moim przypadku typowe gulity pleasure. Raz na ruski rok uda mi się wyczaić w tym gronie jakąś perełkę, która naprawdę mnie zachwyci, ale z reguły ograniczam się do przeczytać i zapomnieć. Ten rodzaj powieści pozwala mi na kilka godzin oderwać się od rzeczywistości i przez chwilę udawać, że świat nie istnieje, a ja wcale nie mam stosu piętrzącej się roboty. Ich recenzje rzadko pojawiają się na blogu, bo i moja opinia zwykle zamykałaby się w dwóch zdaniach, więc po co Was zanudzać? I choć większość z nich obieram neutralnie, to tak jak czasami uda mi się wyłapać coś, co faktycznie wstrzela się w mój gust, tak i trafiam na prawdziwe koszmarki. Toteż dziś przyszłam Was ostrzec przed Kochanką księcia.

Pierwsza część serii Royals miała być dosłownie niezobowiązującą lekturą na jeden wieczór, a przyprawiła mnie o mały ból głowy, bo... okazało się, że to normalnie kolejny Grey. Pojawiło się całe mnóstwo powieści, zarówno lepszych, jak i jeszcze gorszych od pierwowzoru. Jak grzyby po deszczu na rynku wydawniczym ukazywały się propozycje kolejne pozycje bazujące na podobnych schematach. Jednak Kochanka księcia to wypisz, wymaluj prawie kopia powieści E.L. James. Wymieńmy USA na Anglię, CEO na następcę tronu, zmieńmy podłoże dlaczego nie lubi być dotykany i magicznie Christian zamienia się w Alexandra. Jestem niebezpieczny, zniszczę cię... brzmi znajomo? Dla mnie aż za bardzo. Podobnie zresztą jest z Clarą jeśli prześledzić jej rozmyślania o sobie i związku z Alexandrem. Ona i Ana na pewno by się zaprzyjaźniły, bo są ulepione z tej samej gliny.

Nie spodziewajcie się też zbyt wartkiej akcji, bo ta prawie nie istnieje. Bohaterowie praktycznie przez cały czas uprawiają seks, okraszony takimi tekstami, że byłam normalnie zażenowana albo pękałam ze śmiechu. Dodatkowo miałam wrażenie, że poza faktem zmiennych okoliczności, czytam w kółko tę samą scenę, bo różnice były naprawdę mikroskopijne. Generalnie chciałabym powiedzieć coś więcej o fabule, ale Geneva Lee dosłownie nie umiejscowiła w swojej książce niczego poza relacjami intymnymi bohaterów, przeplatanych od czasu do czasu najazdem paparazzich. 

Kontynuując lekturę wbrew własnemu rozsądkowi, zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie drzemią we mnie jakieś masochistyczne skłonności, bo 1/3 tej książki sprawiła, że już miałam dość. Mimo to dzielnie brnęłam przez kolejne strony, chyba tylko po to, żeby zbierać w swoim mózgu kolejne absurdalne sceny. Ja ze swojej strony stanowczo odradzam Kochankę księcia, chyba że należycie do fanów twórczości E.L. James i macie ochotę na retelling jej historii. Nie znajdziecie tu praktycznie niczego więcej. 
  
Moja ocena: 3+/10

Skończyłam czytać: marzec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,46/10
Ilość stron: 488
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 23 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Monika Pianowska

Recenzja - „Working it. Kusząca kariera” Kendall Ryan



O Kendall Ryan swego czasu było dość głośno za sprawą książki Jesteś zagadką - i to nie koniecznie w dobrym kontekście. Mimo to, mając ochotę na coś lekkiego do czytania sięgnęłam po Working it. Wiecie, czego mnie to nauczyło? Czasami lepiej jest po prostu zaufać negatywnym recenzjom...

Emmy marzy o modowej karierze w Nowym Jorku. Zostaje asystentką w jednej z agencji modelingowej, a praca pod rządami Fiony staje się koszmarem. Tylko Ben niesamowicie przystojny model trzyma ją w tym miejscu. Gdy ich romans nabiera tempa, przeszłość mężczyzny wychodzi na jaw. Ich świat zmienia się całkowicie...
(Źródło: Wydawnictwo Pascal)

Nie wiem, czy też tak macie, ale widząc okładkę książki, czasami po prostu wiem, o czym właściwie będzie. Mając przed oczami Working it, wcale nie spodziewałam się, że będzie to cudowna pozycja, która na długo zostanie w mojej pamięci - liczyłam po prostu na trochę odmóżdżenia w ciężkim tygodniu i chwilę dobrej zabawy. Miałam naprawdę malutkie oczekiwania, więc jak powiem, że się zawiodłam to zbyt dużo. Bo Kusząca kariera to po prostu nie najlepsza książka i to łagodnie mówiąc.

Emerson jest dziewczyną z Missisipi, wychowaną na wsi, która zaczyna pracę jako asystentka szefowej sławnej agencji o okropnym charakterze. Brzmi znajomo? Dla każdego, który zetknął się z filmem bądź książką Diabeł ubiera się u Prady na pewno, bo Fiona do złudzenia przypomina Mirandę Priestly. Poza tym mamy tu najbardziej oklepany schemat na świecie - Bena jako złotego chłopca, bogacza, ciacho jakich mało, który nie wierzy w miłość i chce związku bez zobowiązań oraz Emmy, dziewczynę nie mającą absolutnie żadnego poczucia własnej wartości, zapatrzoną w niego jak w obrazek. I to naprawdę nie tak, że to największa wada tej powieści, w końcu są inne książki z gatunku, opierające się dokładnie na tym samym i naprawdę mi się podobają. Problemem jest jednak, że Kendall Ryan nie odcisnęła na fabule żadnego znaku charakterystycznego, niczego, czym ta historia miałaby się różnić od setek innych. Odniosłam wrażenie, że taką powieść można napisać sobie na poczekaniu... po prostu idąc po najmniejszej linii oporu. Także, jeśli liczycie na jakieś smaczki ze świata mody (w końcu na tym została oparta fabuła) to zawiedziecie się i to bardzo, ponieważ poza może jednym opisem sesji czy pokazu nie znalazło się tu nic na ten temat. A szkoda, bo mało która książka się na tym opiera i można było to wykorzystać.

Rzadko spotykam się z tak fatalnym wykreowaniem bohaterów. Autorka nie wprowadziła praktycznie żadnych postaci drugoplanowych, o których czytelnik dowiedziałby się czegoś, ponad to, co mówią występując przy tych głównych. Wydawać by się mogło, że dzięki temu zostawiła sobie pole do popisu przy pozostałych osobach, ale o nich również ciężko powiedzieć coś konkretnego, a tym bardziej pozytywnego. Emmy (zdrobnienie jak dla siedmiolatki) kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, że non stop biadoliła... a to o tym jaki Ben jest przystojny, a to jak okropna jest Fiona i jak ciężko z nią pracować, tylko żeby na koniec po raz enty podkreślić, że jest tylko dziewczyną ze wsi i nie nadaje się na część tego świata. Użalaniu się nad swoim losem, po prostu nie było końca.

Na samym początku książki autorka napisała, że nie planowała, aby rozdziały z perspektywy Emmy przeplatały się z tymi, gdzie na fabułę czytelnik może spojrzeć oczami Bena. Może trzeba było trzymać się tego postanowienia, bo dzięki bliższym poznaniu myśli chłopaka, wcale nie zaczęłam darzyć go większą sympatią - wręcz przeciwnie. Jego wewnętrzne wywody wcale nie były lepsze niż te u Emerson - z tym, że Ben skupiał się raczej na tym jak bardzo na nią nie zasługuje, bla, bla, bla. Dostatecznie irytuje mnie, gdy jeden z bohaterów biadoli od rzeczy, spotkanie z dwójką było już ponad moje siły. Dodatkowo nie było żadnych innych ludzi, którzy mogliby odciągnąć moją uwagę od tej dwójki, przez co nie miałam nawet chwili wytchnienia od ich irytujących osobowości.

Nawet pomijając fatalne postaci i słabą oś fabuły, moją największą bolączką był język, jakim napisana jest ta powieść. Serio, nie mam nawet cytatu, który mogłabym wstawić do tej recenzji. Sceny erotyczne wprawdzie wywołały u mnie rumieniec - ale zażenowania, bo nie wyobrażam sobie, żeby takie teksty mogły pojawić się u kogokolwiek. Och i ciągłe smsy z mnóstwem emotek, co na moim telefonie czytniku wyglądało po prostu śmiesznie, bo były one znacznie większe od treści - poza tym kto czuje  się zobligowany do wysyłania na końcu każdej wiadomości uśmieszku? Nie wspominając nawet o tym, że w drugiej części książki treść staje się po prostu absurdalna i to tak bardzo, że nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby książka była czytadłem na jeden wieczór. Są takie dni czy tygodnie, że dokładnie tego szukam. Jednak nie jest dobrze, kiedy historia, do której nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań sprawia, że mam ochotę walić głową w ścianę - a jakby Was to zastanawiało tak właśnie było w przypadku Working it. Zwykle jest tak, że nawet jeśli mi dana pozycja nie przypadła do gustu, myślę sobie, że najdzie się ktoś, kto ją polubi, a w tym przypadku... cóż powiedzmy, że będzie z tym naprawdę ciężko. Jeśli macie ochotę na powieść ze stereotypowymi bohaterami, przewidywalną i momentami absurdalną fabułą, Kusząca kariera idealnie się nada. Jeśli nie - weźcie sobie moją radę do serca i omijajcie tę pozycję z daleka.


Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,12/10
Ilość stron: 400
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: Agnieszka Skowron
Cena (z okładki): 39, 90 zł



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka