Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Popiół za popiół” Jenny Han, Siobhan Vivian


Trylogia Ból za ból to jedna z tych, które wywołują we mnie dość specyficzne odczucia. Z jednej strony naprawdę ją lubię, ubóstwiam wątki Lilli i Kat, ale Mary doprowadza mnie do białej gorączki. Stąd do powieści Popiół za popiół podeszłam jak do jeża - chętnie, ale z dużą gamą ostrożności. Jak się okazało, słusznie.

Wydaje ci się, że Mary, Kat i Lillia nie mają nic do stracenia? Przemyśl to jeszcze raz...
Chciały tylko naprawić krzywdy, które im wyrządzono. Odpowiedzieć ogniem za ogień. Ale raz wzniecone płomienie szaleją niepowstrzymane. Sieją zniszczenie, a nawet śmierć. Wszystko zamieni się w popiół, jeśli dziewczyny nie zakończą tego, co rozpoczęły. Ale czy Mary, która w końcu poznała prawdę o sobie, będzie tego chciała?
Połączyły je tajemnice. Prawda może rozdzielić je na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Ehh... nawet nie wiem od czego zacząć. Mam ogromny problem z oceną tej powieści, a ponieważ to ostatni tom, wiąże się z tym również problem z oceną całej tej serii, jako całości. Być może to kwestia mojego podejścia do tej historii, ale zupełnie nie odpowiada mi wprowadzenie przez autorki wątku paranormalnego. Musiałabym jeszcze raz przeczytać pierwszą część, żeby sprawdzić, czy się mylę, ale aktualnie wydaje się on wepchnięty tam na siłę. I jest naprawdę zupełnie zbędny. Przez to historia, która była naprawdę dobrze skonstruowana, zaczęła walić się jak domek z kart. Przestawienie Mary ze słodkiej, skrzywdzonej dziewczyny na mściwego ducha, sprawiło, że miałam ochotę walić głową o ścianę, bo poziom absurdu przekroczył moje granice. Czytanie jej wywodów już wcześniej było męczące, ale teraz po prostu nie mogłam jej znieść.

Co ciekawe, dla kontrastu, nadal naprawdę podobały mi się wątki Kat i Lilli, zwłaszcza związek tej drugiej. Mocno trzymałam za niego kciuki i gorąco im kibicowałam, ale autorki tak poprowadziły ich losy, że teraz nawet one nie ocieplają moich uczuć. Znajomi głównych bohaterów zeszli na dalszy plan, a fabuła skupiła się głównie na dziewczynach, przez co część wątków wydała mi się zbyt rozciągnięta i głównie zapychała tę powieść nieistotnymi detalami.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać, bo dominującym uczuciem po zakończeniu tej lektury jest po prostu rozczarowanie. Głęboko ubolewam nad finale trylogii Ból za Ból. Autorki z całkiem dobrej historii zdecydowały się zrobić farsę, która zupełnie do mnie nie przemawia. Coś, co z przyjemnością polecałam Wam poprzednimi razy, tym razem pozostawię bez komentarza. Jeśli jesteście gotowi zmierzyć się zamysłem autorek, dalej, może akurat Wam się on spodoba. Ja natomiast postaram się zapomnieć, że tak dobrą serię, można było tak zrujnować.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,38/10
Okładka: miękka
Ilość stron: 373
Data wydania: 20 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 34,90 zł


Ból za ból | Ogień za ogień | Popiół za popiół 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Niepokorna” Madeline Sheehan


Spotykamy ludzi nie bez powodu. Potrzebujemy ich, by odmienić nasze życie,
albo to my mamy zmienić ich życie.

Nie miałam zamiaru czytać Niepokornej - ani opis fabuły, ani oceny na LC mnie do tego nie zachęcały. Ale oczywiście w końcu znalazłam taką recenzję, która ostatecznie przekonała mnie żeby dać tej powieści szansę, a że znalazłam ją w abonamencie... jak to mówią reszta jest historią. 

Metal i skóra. Lojalność i zdrada. Gniew i seks.
Eva Fox jest córką prezesa Klubu Motocyklowego Srebrzyste Demony. Wychowywana przez harleyowców, nie zna innego świata niż ten. Jej życie jest twarde jak źle wyprawiona skóra, surowe jak krajobraz pustyni i odurzające niczym zapach wiatru we włosach.
Deuce West to twardziel, emanujący testosteronem przywódca klubu Jeźdźców z Piekła Rodem. Podobnie jak Eva urodził się i dorastał wśród motocyklistów – ale na tym podobieństwa się kończą.
Los sprawia, że połączy ich miłość pełna pożądania i niepohamowanej namiętności. Gorzka i bolesna. Miłość, która nie zna granic.
To nie jest ckliwa love story. Nie znajdziecie w niej łzawych westchnień, listów pisanych o blasku księżyca, płatków róż rozsypanych pod stopy ukochanej i innych tego typu bzdur. To historia dzika i nieprzyzwoita. Pełna gniewu i nieokiełznanego seksu rozgrywająca się w świecie władanym przez gwałtowne emocje oraz mroczne żądze. Surowa i szorstka opowieść o bezkresnej miłości, która wymaga poświęcenia i sprawia ból. Opowieść, która całkowicie druzgocze i zniewala czytelnika.
(Źródło: Wydawnictwo Czwarta Strona)

To nie będzie długa recenzja, bo szczerze mówiąc będę w szoku jeśli wykrztuszę z siebie więcej niż trzy akapity. Zaczynając od plusów - fajnie, że historia Evy i Deuce'a potrzebowała czasu żeby się rozegrać. Nie żebym po opisie oczekiwała ckliwego love story, ale mimo to, dobrze, że autorka potrafiła rozłożyć w czasie fabułę tak, że całość obejmuje naprawdę długie lata. To sprawiło, że faktycznie chciałam wiedzieć, co będzie dalej, nawet pomimo szerokiej gamy nieprzyjaznych uczuć do tej powieści, które ogarniały mnie podczas lektury.

Styl autorki jest wyjątkowo wulgarny i średnio mogłam go strawić podczas czytania. Potrafię być naprawdę wyrozumiała pod tym względem, bo z reguły przymykam oko na przekleństwa czy wyzwiska i jakoś myślę sobie, że najwyraźniej autor właśnie tak wyobraził sobie danego bohatera czy też grupę. Ale tu... to był po prostu dramat. Nie dość, że naprawdę nie dało się nie zwrócić uwagi na ich ilość to nazywanie wszystkich kobiet określeniem na s już porządnie mnie zdenerwowało. No bo co przepraszam chciała udowodnić autorka? Że niezależnie od jaką rolę dziewczyny odgrywały w gangu czy w życiu męskich bohaterów zawsze traktowano je tak samo? Serio niech mnie to ktoś wyjaśni, bo na pewno nic to nie wniosło ani do fabuły, ani do portretów psychologicznych bohaterów, a pojawiło się częściej niż ich imiona.

Zachowanie i decyzje obojga - zarówno Evy jak i Deuce'a -  sprawiły, że miałam ochotę zadać sobie pytanie, czy Madeline Sheehan świadomie kreowała ich na niezdecydowanych, niekonsekwentnych idiotów (przepraszam za określenie).  Dziewczyna była kochana przez ojca, autorka cały czas było podkreśla, jak wielką ma on władzę, i jednocześnie uwielbiana przez członków Klubu, a mimo to dała się wciągnąć w toksyczną relację z Frankim i nikt nie zwrócił uwagi (łącznie z nią samą), że to psychopatyczny morderca i - tylko być może - życie z nim jej nie służy? Pominę milczeniem fakt, że im była starsza, tym jej decyzje gorsze. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Madeline Sheehan naprawdę chciała wykreować ją na śliną i niezależną dziewczynę, znającą ciemne strony życia, wychowaną przez twarde środowisko - ale jej działania błyskawicznie zacierały te starania. Plus nie mam pojęcia, dlaczego tak wiele czytelniczek np. patrząc na opinie na Goodreads może uważać Deuce'a za bohatera, w którym można się zakochać. Mam ogromną słabość do bad boy'ów, przez co wszystkie przewinienia wybaczam im znacznie szybciej niż bohaterkom, ale ten tu był po prostu świnią. I serio nie obchodzi mnie, że jego zachowanie można by w jakikolwiek sposób wytłumaczyć czy usprawiedliwić, bo jego działania skutecznie i szybko zmiażdżyły wszystkie ciepłe uczucia, które pojawiły się u mnie na samym początku lektury, albo gdy przypadkiem znów chciałam powiedzieć o nim coś miłego. Och, nie wspominając nawet, że pomiędzy tą dwójką jest osiemnastoletnia różnica wieku.

Jeśli to ma być dark erotic to niech ktoś mnie ostrzega. Moim plusem jest to, że pierwszą książką z tego gatunku, jaką miałam okazję przeczytać był Dotyk ciemności, który pozostawił moje emocje splątane i zagmatwane tak bardzo, że absolutnie nie wiedziałam, co myśleć o tej powieści, poza tym że chcę więcej. Z tym że C.J. Roberts nie kończyła każdego zdania wulgaryzmami i jakoś nie potrzebowała udowadniać na każdym kroku charakteru bohaterów - to po prostu czuło się podczas czytania. Dlatego nie skreślam jeszcze tej odmiany erotyków i nadal mam nadzieję, że w końcu znajdę coś, co mnie zachwyci. Madeline Sheehan zdecydowanie się to nie udało i ja generalnie odradzam Wam Niepokorną, bo jednym jej plusem było to, że faktycznie chciałam wiedzieć jak się skończy, więc w jakimś tam stopniu ta historia jednak wciąga - tylko, że to nie wynagradza jej wad.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,12/10
Ilość stron: 320
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 26 października 2016 r.
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Cena (z okładki): 36 zł

#44 Recenzja - Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno



Do książki Kristy Moseley przyciągnęła mnie głównie ochota na przyjemną, łatwą lekturę, która oderwie moje myśli od nauki i zapewni rozrywkę. Autentycznie byłam przekonana, że Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno idealnie się w to wpasowuje, ale jak to mówią 'myślał indyk o niedzieli...'

Od zawsze unikam jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Dotykać może mnie tylko mama, mój brat Jake i... Liam.
Od ośmiu lat co wieczór chłopak z domu naprzeciwko zakrada się przez okno do mojej sypialni i zasypiamy niewinnie przytuleni. Gdyby Jake wiedział, że Liam spędza u mnie każdą noc, chybaby go zabił. Liam to największe szkolne ciacho. Szaleją za nim wszystkie dziewczyny, a on zmienia je jak rękawiczki.
Nie mogę go rozgryźć. W dzień zachowuje się jak megadupek, a w nocy jest ciepły i kochany. Wiem, że nie mogę się w nim zakochać – związki Liama nie trwają dłużej niż kilka nocy...
(Źródło: Wydwnictwo HarperCollins Polska)

Pomysł, nawet sam zarys fabuły, choć niezbyt oryginalny, szybko zdobył moją aprobatę. Autorka miała naprawdę interesujący zamysł, w dodatku z przyjemnością czytałam słowne przepychanki bohaterów. Słodycz tej historii zdecydowanie pozwala na chwilowe oderwanie się od rzeczywistości oraz brak strachu o przyszłość głównej pary. To taki typ powieści, po który wyjątkowo lubię sięgnąć, gdy na dworze przyświeca słońce, a ja mam zapracowany tydzień i potrzebuję książki interesującej, ale jednocześnie takiej, że bez żalu mogę odłożyć przeczytanie kolejnego rozdziału 'na jutro'. Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno spełnił te wymagania - mniej więcej do 3/4 swojej objętości, a później... ehh.

Szkoda, że pani Moseley tak szybko zrezygnowała z zadziorności Liam'a, zmieniając go w najbardziej uroczego i zakochanego nastolatka na planecie, a zabierając to, co czyniło go interesującym. To jednak nie sprawiło, że ta powieść mnie rozczarowała - czasami nawet lubię takie historie, pełne miłości i optymizmu, wyjątkowo słodkie i pozytywne, także mogę to wybaczyć. Mogłabym nawet wybaczyć, że romans pomiędzy głównymi bohaterami rozwijał się tak nieprawdopodobnie szybko, w przeciągu paru stron zmieniają się z osób pałających do siebie niechęcią, w parę, która nie może bez siebie żyć. Nie jest to pierwsza i zapewne nie ostatnia opowieść z takim zwrotem wydarzeń. Mogłabym nawet zrozumieć słodycz tej książki, nie przepadam za nią, ale nie mam z tym aż takiego problemu. Ale czego nie mogę wybaczyć? W pewnym momencie, po całej masie uroczych momentów pomiędzy Liam'em i Amber nagle ni z tego ni z owego główną bohaterkę dosłownie zmieszano z błotem, a akcja zaczyna pędzić łeb na szyję, i wcale nie w pozytywnym znaczeniu. Absolutnie wszystko, co mogło pójść źle, tak się potoczyło, co sprawiało, że z niedowierzaniem odwracałam kolejne strony i chyba nawet nie zrobiło mi się przykro, choć taki był zamysł autorki. Śledziłam jedną katastrofę, tylko po to, żeby zaraz wpaść w sidła następnej, a przez to nie wczułam się w żadną z nich, tylko mijałam je jakoś obojętnie. Miałam ochotę zwiesić głowę i powiedzieć autorce, że przecież tak się nie robi - rozumiem, że książka to książka i można puścić wodze fantazji, no ale... życie tak nie działa. W efekcie punkt kulminacyjny został pozbawiony głębi i nie wywołał we mnie żadnych emocji. Przeszkodą dla mnie jest także styl pisania - idealnie pasujący do wieku postaci i uroczej opowieści o miłości, zaczął szwankować w momencie, gdy na scenę wkroczył ojciec Amber. Okazał się zbyt potoczny, zbyt dosłowny... Brakowało mi również większej dawki emocji, uczuć, bo to, przez co przechodziła dziewczyna było naprawdę tragiczne.

Nie mogłam się powstrzymać od porównań do książki Sarah Dessen Ktoś taki jak ty. Obie autorki mają bohaterów w podobnym wieku i obracają się w tym samym gatunku. Jednak tam, gdzie Dessen urzeka realizmem swoich powieści, Moseley zdecydowanie go unika, przez co jej książka wydała mi się przerysowana i pozbawiona głębi, a chyba nie to było zamysłem autorki.

Być może jestem po prostu za stara na tę książkę, ale nie mogłam przełknąć gorzkiej pigułki, ze powieść bazująca dobrym pomyśle i interesującym początku została wrzucona do szuflady w moim mózgu oznaczonej napisem 'odrealnione'. Moim zdaniem Kristy Moseley za bardzo puściła wodze fantazji, przez co Chłopak, który zakradał się do mnie przez okno stał się kolejną książką o zmarnowanym potencjale - przynajmniej w moim odczuciu. Szkoda.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 6,79/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 16 marca 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Zuzanna Smreczyńska
Cena (z okładki): 34,99 zł


Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska



- A ty jak masz na imię? - dopytywał.
- Nazywa się: "Tknij ją jeszcze raz, a dostaniesz w mordę"...





#32 Recenzja - Ostatnia spowiedź. Tom 1



Pytasz, dlaczego płaczę? Nie pytaj. Popatrz w moje oczy.
A jeśli zobaczysz tam siebie, po prostu odejdź


Na Ostatnią spowiedź trafiłam zupełnie przypadkiem, dlatego nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie przeczytałam żadnej recenzji, ale ocena na Lubimy Czytać była dość zachęcająca, więc skusiłam się, zwłaszcza że lubię te klimaty.

Brandin jest dziewiętnastoletnim rockmenem, którego uwielbiają tysiące kobiet na całym świecie. Pewnego dnia spóźnia się na przesiadkę, przez co jest zmuszony spędzić noc na lotnisku. Poznaje tam Ally - tajemniczą amerykankę, która nie ma pojęcia kim jest. W oczekiwaniu na samoloty spędzają wieczór na rozmowie. Spotkanie to odciska swoje piętno na obojgu, ale przecież nigdy więcej się nie spotkają, prawda?

Zacznę od plusów tej powieści. Historia Brade'a i Ally faktycznie mnie poruszyła, wywoływała momentami rumieńce i sprawiła, że miałam ochotę trzepnąć ich oboje po głowie. To zdecydowanie udało się Ninie Reichter, ponieważ w książce jest pełno młodzieńczych emocji, wzlotów i upadków na drodze bohaterów. Poza tym początek jest fantastyczny, składny i świetnie napisany, wydawało mi się, że otwiera naprawdę rewelacyjną historię... Szkoda, że to uczucie towarzyszyło mi przez pierwsze pięćdziesiąt stron, a później się ulotniło.

Nienawidzę niekonsekwencji. To bardzo razi mnie w oczy i nie mogę się pogodzić z takimi zabiegami autorów. Poznajemy Ally jako młodą dziewczynę, która trzyma swoje emocje na wodzy, wydaje się nad wyraz dojrzała i wręcz zimna. I taką ją polubiłam. Natomiast kolejne decyzje dziewczyny sprawiały, że załamywałam ręce oraz kręciłam ze zdumieniem głową, ponieważ ta silna i niezależna dziewczyna tkwi w beznadziejnym związku z prawdziwym dupkiem (przepraszam za określenie) tylko dlatego, że podoba się on mamusi i tatusiowi. WTF? Ponadto jak to możliwe, że dziewiętnastolatka przez tak długi czas nie ma pojęcia czym zajmuje się Brandin? Nie ogląda telewizji? Nie ma internetu? To było strasznie naciągane, zwłaszcza, że z opisów chłopak ma bardzo specyficzny wygląd i światową karierę, ale nie, ona nie wie kim on jest. Wracając do pierwszego zdania - Ally, zimna, niezależna bohaterka zmienia się w rozdygotaną, niezdecydowaną kluskę, która twierdzi, że ma chłopaka i jednocześnie całuje się po kątach z Brade'em. Dawno żadna postać kobieca tak mnie nie zdenerwowała. Całą opowieść mógłby ratować Brandin (tak było np. z After), gdyby nie fakt, że jego decyzje wcale nie są lepsze niż Ally. Wydawało mi się, że facet robiący od jakiegoś czasu karierę w show biznesie będzie mądrzejszy i nie będzie zachowywał się jak pseudo nastoletni buntownik, kierujący się hormonami. Najwyraźniej się przeliczyłam. Jednak być może miałabym do niego nieco łagodniejszy stosunek, gdyby tylko nie przypominał kropka w kropkę... Billa z Tokio Hotel. Nie doszukałam się takiej informacji (ale też nie zagłębiałam się w temat), ale wydaję mi się, że autorka oparła swoją książkę na fan fiction z udziałem zespołu. Absolutnie nic do ff nie mam, ale skoro wydaje się to jako książkę, to przydałaby się jakaś korekta - zmienić bardziej imiona (Bill-Brandin, brat Tom - Tom itp.), czy jednak usunąć Brandinowi makijaż, ponieważ za każdym razem jak to czytałam to szlag mnie trafiał. Jedyną postacią, którą faktycznie polubiłam jest brat głównego bohatera Tom, żałuję, że to nie on gra pierwsze skrzypce w tej opowieści. Szkoda tylko, że mam wrażenie, iż czuje coś do Ally...

Styl jakim posługuje się autorka jest całkiem przyjemny, dzięki czemu książkę czyta się raczej szybko. Jednak raziły mnie niektóre sformułowania, a już absolutnie nie mogę wybaczyć 'przelatywania dziewczyn' (!). Przelatywać to może samolot nad oceanem.

Negatywnych opinii o Ostatniej spowiedzi jak ze świecą szukać w blogosferze. Wiem, ponieważ poszukałam sobie recenzji w Google i poczytałam recenzje innych blogerek, w tym tych, którym ufam bezgranicznie, jeżeli zachwycają się jakąś książką. Dlatego też nie powiem, że powieść Niny Reichter to strata czasu, ponieważ jest dość duża szansa, że dołączycie do szerokiego grona jej fanów, choć ja tam nie znajdę dla siebie miejsca. Powiem Wam jeszcze, że mimo tych wszystkich negatywnych słów sięgnęłam po drugą część (jestem w połowie), a to świadczy na plus tej serii. Choć może zrobiłam to tylko dlatego, że pierwszy tom kończy się cliffhanger'em? A może Nina Reichter jeszcze mnie do siebie przekona? Ma szansę.

Moja ocena: 4/10

Skończyłam czytać: październik 2015 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,83/10
Ilość stron: 390
Okładka: miękka
Data wydania: 15 listopada 2012 r.
Wydawnictwo: Nowae Res
Cena (z okładki): 34,90 zł

[...] Czasami w życiu dokonujesz wyborów i ja dokonałam,
chociaż nie chcę się zastanawiać, czy ten jest właściwy.
– Przecież to jest twoje życie – zmarszczył brwi, wpatrując się ostro w jej profil.
Oparła ręce na zgiętych kolanach.
– To trochę tak, jakbyś nakręcił pozytywkę, Bradin.
Nie możesz jej zatrzymać, bo zgrzytnie i wyda nieprzyjemny dźwięk.
Moje życie to jeden długi nieprzyjemny dźwięk.
Lecz inni mówią, że to, co teraz mam, zagra płynnie do końca.
Więc chyba muszę doczekać do melodii.


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka