Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

Recenzja - „Pozwól mi zostać” Tijan

Moja twarz. Moje ciało. Moje serce - to wszystko odeszło wraz z nią, bo ona była mną.
Moja siostra bliźniaczka zabiła się dziewiątego czerwca.
Następnego dnia miałyśmy skończyć osiemnaści lat.

Na długo przed oficjalnym wydaniem jakiejkolwiek książki Tijan w Polsce, zdążyłam ją pokochać za Broken and Screwd - cudowną serię, która chwyciła mnie za serce żelazną pięścią. Także byłam prze szczęśliwa na możliwość przeczytania innych jej dzieł, ale okazało się, że czegoś mi w nich brakowało. Nadal podobała mi się jej twórczość (wciąż tak jest), ale to nie było do końca to, czego po niej oczekiwałam. Aż do momentu, kiedy sięgnęłam po Pozwól mi zostać...

Zapytała, czy może zostać, a on jej pozwolił.
Tej feralnej nocy, kiedy świat Mackenzie całkowicie runął, dziewczyna miała nocować w obcym domu. Przez przypadek trafiła do pokoju Ryana. Powinna od razu odejść, powinna czuć się zażenowana, powinna przeprosić, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Tej nocy zupełnie obcy chłopak sprawił, że czuła się bezpieczna, a jego pokój stał się dla niej jedynym miejscem, gdzie w końcu mogła uspokoić swoje myśli. To właśnie tej nocy, jej siostra bliźniaczka odebrała sobie życie.
(Źródło: Wydawnictwo Kobiece)

Okazało się, że Pozwól mi zostać to właśnie książka, która przypomniała mi za co tak bardzo pokochałam twórczość autorki. Jeżeli mieliście do czynienia tylko z jej powieściami wydanymi w Polsce to z pewnością odczujecie tę różnicę. Bo Tijan jeśli się postara świetnie potrafi grać na emocjach, a ja to uwielbiam. Poruszając temat straty, i to tak dotkliwej, autorka dała sobie szerokie pole do popisu, które zresztą w pełni wykorzystała, dosłownie doprowadzając mnie do łez. Historie, które to potrafią na stałe zajmują sobie miejsce w moim mózgu, a ja zawsze gorąco je polecam. Widzicie, wszystko rozbija się o to, że czytając tyle książek ile czytam, mając w pamięci przynajmniej zarys każdej z nich, wcale nie tak łatwo doprowadzić mnie do łez - potrafią to tylko historie, które są genialne już od pierwszych stron i utrzymują ten poziom przez całą lekturę.

W przeciwieństwie do Fallen Crest czy Antybrata w Pozwól mi zostać jest dużo bardziej emocjonalnie - na pierwszy plan wcale nie wysuwa się wątek miłosny, a ból Mackenzie po stracie siostry, a także obraz rodziny, która musi pogodzić się ze dotkliwym brakiem jednego członka. Wiadomo, że taka tragedia może ich nieodwracalnie rozdzielić lub sprawić, że więzi między nimi będą silniejsze niż kiedykolwiek. Tijan świetnie radzi sobie z opisaniem tego rozdarcia, problemów i wyzwań, które staną na drodze Mac i jej bliskich do "normalności". Bo jak można pogodzić się z brakiem osoby, która znała cię najlepiej na świecie? Właśnie to czeka główną bohaterkę i właśnie tego wszyscy od niej oczekują.

Chwila, w której czytelnik ma okazję poznać Mackenzie następuje tuż po stracie siostry, także nie mamy okazji poznać jej "przed". Dostajemy za to wgląd w jej zniszczoną duszę, ból który trawi ją od środka i krótkie fragmenty przeszłości, pozwalające dostrzec jak bardzo zmieniła ją śmierć bliźniaczki. I zabrzmię jak zdarta płyta, ale Tijan naprawdę świetnie poradziła sobie z ukazaniem zdewastowanej dziewczyny i przekazaniu czytelnikowi jej emocji. Poza fragmentem, gdzie faktycznie się popłakałam, przez większość czasu czułam ucisk w dołku - tak bardzo wczułam się w tę opowieść. Rayan okazał się idealny dla tej historii, bo stanowi opokę, której Mackenzie chwyciła się, kiedy tonęła w bólu. Był dla niej wsparciem, przyjacielem i osobą, która pozwalała jej złączyć na nowo kawałki jej strzaskanego serca. I absolutnie go za to uwielbiam, a jednocześnie wydaje się on ociupinkę zbyt idealny jak na mój gust. Do tej powieści pasował wręcz idelanie, więc nie będę się czepiać, ale cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada, że niewiele brakowało, żebym miała go dość - choć na szczęście do tego nie doszło. 

Pozwól mi zostać, w porównaniu z innymi książkami Tijan wydanymi w Polsce, zdecydowanie zwiera dużo większy ładunek emocjonalny - czyli dokładnie to, za co pokochałam jej twórczość i czego do tej pory nieskutecznie szukałam. Autorka świetnie radzi sobie z opisywaniem bólu towarzyszącego jej bohaterom, umiejętnie przelewając je na czytelnika. Jeśli nie jesteście fanami jej dotychczasowej twórczości gorąco zachęcam, do dania jej kolejnej szansy, bo Pozwól mi zostać to nie kolejny romans. To opowieść o tragicznej stracie i przeszywającym bólu, z którym trzeba nauczyć się żyć. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: październik 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,71/10
Ilość stron: 406
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 28 września 2018 r.
Wydawnictwo: Kobiece
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka



Czułam ją wszędzie.
Siedziała obok mnie.
Stała przy mnie.
Chodziła obok.
Była mną, ale ja już nie byłam nią.
Kątem oka spojrzałam na Rayana. [...]
Był jak opatrunek na moje rany - zakrywał je, ale tak naprawdę ich nie lezył. Rany wciąż były otwarte, a ja miałam nadzieję, że będę poruszać się na tyle szybko, że moje wnętrzności nie rozleją się dookoła. 

Recenzja - „Addicted. Podwójna namiętność” Krista & Becca Ritchie

On jest tutaj. Ja jestem tutaj.
Niczego więcej nam nie trzeba.
I to jest nasze największe kłamstwo.

Patrząc na okładkę, tytuł i opis nie spodziewałam się za wiele po początku serii Addicted. Trochę problemów, trochę sztampowego romansu i wspólnej ucieczki w stronę zachodzącego słońca. O jakże się myliłam.

Nieśmiała, drobna Lily Calloway, niepotrafiąca powiedzieć „nie”, rumieniąca się nawet w towarzystwie chłopaków, ma poważny problem – jest uzależniona od… seksu. Kolekcjonuje akcesoria erotyczne oraz filmy i praktycznie codziennie zalicza numerki w klubach nocnych. Jej przyjaciel Loren Hale to z kolei zabawny, cyniczny szkolny outsider żyjący w cieniu ojca. Chłopak szuka w alkoholu ucieczki przed problemami. Aby ukryć swoje słabości przed rodziną, Lily i Lo decydują się na fałszywy związek – oznacza to zamieszkanie razem, pójście do college’u i, co najważniejsze, odcięcie się od krewnych. Przyjaźnią się od małego, więc wspólne ukrywanie swoich niedoskonałości nie przysparza im problemów. Do czasu.
To pasjonująca historia dwojga życiowych rozbitków, którzy udają parę, by pomagać sobie w życiu wypełnionym nałogami, i stać za sobą murem.
(Źródło: Wydawnictwo W.A.B)

Straszną krzywdę robi tej książce okładka i tytuł - oba sugerują dokładnie to, co opisałam wyżej. Kolejny romans/erotyk, który choć może być przyjemny, nie zatrząśnie moim światem. Ja wiem, że tłumaczenie nazwy zwykle pozostawia wiele do życzenia, ale jakim cudem z Addicted to you powstała Podwójna namiętność? Dodatkowo pośród tak wielu gołych klat na okładach, ciężko się rozeznać, co może być warte uwagi, a co będzie kolejną stratą czasu, przy czym wizualnie książka po postu ginie w tłumie, a długo już nie widziałam okładki, która tak bardzo nie pasowała by do treści. Owszem, w książce znajdują się sceny intymne i jest ona przeznaczona dla osób +18, jednak nijak nie wpasowuje się jako powieść erotyczna - co sugeruje grafika. Nie wspominając, że wydawca kwalifikuje ją jako powieść dla nastolatków, co jest po prostu śmieszne, bo seks i alkohol stanowią główną oś fabuły - więc to raczej oczywiste, że grupa docelowa została określona po prostu tragicznie. Addicted podchodzi pod typowe New Adult, opisując zmagania dwojga młodych ludzi ze swoimi uzależnieniami, przy tym stawiając na bardzo niestandardowy dla tego gatunku seksoholizm. Dlaczego nietypowy? Bo o tyle, o ile na narkomanię czy alkoholizm natykałam się dość często, to jestem prawie przekonana, że to pierwsza książka podejmująca akurat ten temat.

Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorki opisały nałogowców. Jestem pewna, że już o tym wspominałam, ale nie mogę znieść, kiedy lekarstwem na wszelakie bolączki bohaterów jest miłość, co poniekąd jest powodem, przez który ten gatunek w końcu mi się przejadł. Napad? Znęcanie się? Gwałt? Żaden problem, pocałujemy się parę razy i wszytko będzie z nami ok! Bo przecież terapia i jakiekolwiek racjonalne podejście do problemów jest dla prawdziwych ludzi, a nie książkowych postaci. Ughh, no właśnie nie. To była moja największa obawa, kiedy sięgałam po Addicted - że okaże się kolejną powieścią NA, w której brakuje realizmu, a wszystko będzie szło dokładnie po mojej myśli. Tymczasem autorki poświęcają słuszną cześć fabuły pokazaniu, jak bardzo wyniszczające bywają nałogi i jak ciężko sobie z nimi radzić, czy choćby opanować je. Przy tym nie zapominają o emocjach, czy rozwijaniu portretów nie tylko głównych bohaterów, ale także ich rodziny oraz przyjaciół.

Nie da się zaprzeczyć, że relacja Lily i Lorena, jest mocno dysfunkcyjna, i chociaż w tej historii właśnie o to chodziło, i tak to absolutnie ich pokochałam. Przyjaźń, która ich łączy jest bazą całej fabuły i sprawiła, że mocno trzymałam za nich kciuki, mimo że bardzo szybko można zauważyć, że tych dwoje sobie nie służy. Oboje są tak złamani, że nie wystarczy cała rolka taśmy, żeby posklejać choć jedno z nich, a co dopiero związek, który ich łączy. Ale dzięki temu właśnie Addicted jest tak wciągające i przepełnione emocjami, że choćby na chwilę nie mogłam oderwać się od lektury. Fakt, że tak szybko polubiłam głównych bohaterów, sprawił, że każdą ich decyzję przeżywałam całą sobą, mając niekiedy ochotę zanurzyć się w ich świat i walnąć po łbach (lub rzucić czytnikiem z nadmiaru frustracji). I uwielbiam fakt, że ta książka tak mocno na mnie oddziaływała, nie pozwalając minąć problemów Lili i Lo obojętnie, ale przeżywając każdą ich decyzję. To właśnie jest jeden z moich wyznaczników świetnej powieści, a do tej grupy bez wątpienia trafia Addicted.

Pierwszą myślą, która pojawiła się w mojej głowie, dosłownie zaraz po ostatnim zdaniu, to było mocno zaskakujące "o boże, jakie to było dobre". I musicie mi uwierzyć na słowo, że byłam bardzo zdziwiona, jak bardzo Addicted faktycznie mi się podobało, bo absolutnie nie tego spodziewałam się po tej książce. Krista i Becca Ritchie stworzyły historię dwojga nałogowców, mocno przepełnioną emocjami i ukazującą, jak bardzo niszczące może być uzależnienie oraz że nie bez powodu nazwane jest chorobą. Także nie dajcie się zwieść okładce i opisowi - to nie jest kolejny romans/erotyk i jeśli tego szukacie, to Addicted się nie nadaje. Natomiast jest to absolutnie świetne NA, które pochłonęło mnie bez reszty i pozostawiło dyszącą z niecierpliwości za kolejnym tomem. 

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2018 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7/10
Ilość stron: 368
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 19 września
Wydawnictwo: W.A.B.
Tłumaczenie: Marzena Reyher


Nigdy nie rozmawiamy o uczuciach. O tym, jak on się czuje. kiedy co noc sprowadzam innego faceta. I o tym, jak ja się czuję, kiedy widzę go pijącego na umór. Powstrzymujemy się od wzajemnych ocen, ale cisza wywołuje między nami nieuniknione napięcie. Tak silne, że czasami mam ochotę krzyczeć. Chowam te emocje w sobie. Nic nie mówię. Każda uwaga dotycząca naszych uzależnień narusza działający tu system.

Recenzja - „Dzikie serca” Suzanne Young



- Może ja umiem tylko walczyć.
- A może ja walczę po tej samej stronie co ty?

Suzanne Young pokochałam za Plagę samobójców, czyli jedną z najlepszych dystopii, z którymi się zetknęłam. Nie brakowało tam dramatycznych zwrotów akcji czy bolesnych dla czytelnika rozwiązań, a to wszystko zostało okraszone całkiem nowatorskim pomysłem. Dlatego nikogo chyba nie zdziwię, jeśli powiem, że gdy zobaczyłam nazwisko autorki przy najnowszej propozycji Wydawnictwa Feeria nie mogłam się oprzeć i po prostu wiedziałam, że muszę przeczytać Dzikie serca. Czy było tak dobrze jak ostatnio? 

Savannah dzieli swoje życie na szkołę i opiekę nad młodszym bratem. Życia nie ułatwia jej ojciec alkoholik i ciotka, która chce zabrać jej Evana, a do tego wszystkiego zaczyna się jej naprzykrzać nowy szkolny kolega. Dziewczyna jest zdecydowana radzić sobie sama, ale Cameron powoli burzy jej mury. Czy Savvy znajdzie w sobie siłę, żeby wpuścić go do swojego życia?

Savannah musi bardzo się starać, żeby jej życie nie rozpadło się na kawałki. Przebiła ołówkiem na wylot rękę swojego ekschłopaka Patricka i z diagnozą "problemy z kontrolą gniewu" trafiła do Brooks Academy, szkoły dla uczniów wyrzuconych z innych placówek. Nieważne, że zrobiła to, bo drań wyśmiewał się z jej młodszego, upośledzonego brata... a braciszek jest dla niej najważniejszą osobą na świecie. Dziewczyna desperacko usiłuje zająć się nim sama, bo ich matka dawno odeszła, a ojciec alkoholik nie radzi sobie nawet z własnym życiem. Dla dobra chłopca opiekę nad nim chce przejąć ich ciotka (która już spisała Savvy na straty), na co dziewczyna za nic nie chce pozwolić. 
Co gorsza, Patrick nie zamierza zapomnieć o tym, co mu zrobiła.
Dlatego nie szuka dodatkowych kłopotów i gdy Cameron, kolega z Brooks Academy, ale pochodzący z totalnie innego świata, próbuje zburzyć mury wokół niej, Savvy nie chce pozwolić sobie na zaufanie mu. Bo może się okazać, że wszystko, co z takim trudem próbuje trzymać w ryzach, rozpadnie się z hukiem. Ale jak to zrobić, kiedy jedyne, co się ma, to dzikie serce?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Suzanne Young umie grać na emocjach czytelnika - i to jeszcze jak. Ponownie zostałam przez nią wciągnięta w historię tak przepełnioną uczuciami, że każde kolejne wydarzenie z życia Savannah głęboko mnie dotykało. Razem z bohaterką przeżywałam małe wzloty i coraz większe upadki, bo sposób w jaki napisana jest ta historia, nie pozwala się od niej zdystansować. To historia dziewczyny która zbyt szybko musiała dorosnąć. Poświęciła się z miłości dla brata i oddała tak wiele, że nie starczyło już dla niej samej. A mimo to Savy ceni sobie krótkie chwile z przyjaciółmi i stara się wyszarpnąć choć okruch normalności, wiedząc, że następny dzień znów da jej popalić. Autorka tym razem wchodzi w dużo realniejszą scenerię niż w przypadku Plagi, bo nie uświadczymy to żadnych elementów paranormalnych - to po prostu książka o dziewczynie, która zrobiłaby wszystko dla swojego młodszego braciszka i chłopaku, który stara się zburzyć jej mury. Nie jest kolejna płytka książka o nastoletniej miłości. Nawet jeśli ten wątek się pojawia, nie jest to główna oś fabuły, a bardziej jej zwieńczenie. Suznnne Young skupia się głównie na pokazaniu, jak trudne, mimo miłości, jest życie z Evanem i jak wiele można poświęcić w imię tego uczucia oraz że czasami... to po prostu nie wystarcza. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niewielka objętość tej powieści - po tak rozbudowanym opisie i mając na uwadze poprzednie książki autorki, podświadomie spodziewałam się czegoś znacznie grubszego. I jestem odrobinę rozczarowana, że tak nie jest. Moim zdaniem można było wycisnąć z tej historii trochę więcej, choć teoretycznie nie jestem zawiedziona tym, jak się potoczyła. Akcja zaczyna się w Brooks Acakedmy. To oznacza że poza opisem czytelnik musi cierpliwie czekać na odsłonięcie kolejnych faktów, bo wpadamy w sam środek akcji - wręcz mogło by się wydawać, że na początku zabrakło jakiegoś rozdziału. Nie ma za wiele informacji jak wyglądało życie Savvy zanim dźgnęła Patricka, a w sumie chciałabym się tego dowiedzieć, żeby faktycznie mieć porównanie "przed" i "po". Dlatego, że ze strzępków wiadomości, które dostałam, wynika, że ta różnica naprawdę istniała. 

Ta króciutka książka, choć może się wydawać niepozorna, kryje w sobie mnóstwo emocji. Suzanne Young raz jeszcze stanęła na wysokości zadania, tworząc historię absolutnie wyjątkową, a Dzikie serca na długo zapadną mi w pamięć. Uwielbiam twórczość autorki i na pewno sięgnę po inne jej książki, bo za każdym razem jestem urzeczona. Ze swojej strony gorąco mogę Wam polecić Dzikie serca.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,59/10
Ilość stron: 263
Okładka: miękka
Data wydania: 26 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young 
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 32,90 zł



Przyjaciele czekają, aż zrobię kolację, a ja dzielę się z nimi swoją porcją. Wszyscy siedzimy przy stole jak jedna rodzina - dysfunkcyjna, ale jednak rodzina. Evan, patrząc na nas, uśmiecha się. A ja myślę sobie, że może wszystko się ułoży. Kiedy jest tyle miłości, wszystko musi się jakoś ułożyć.



Za egzemplarz do recenzji  dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Ogień, który ich spala” Brittainy C. Cherry


Dusza chłopaka stała w płomieniach, spalała każdego, kto się do niego zbliżył.
Dziewczyna podeszła nietrwożna popiołów, którymi przeznaczone było im się stać.

Minęły prawie dwa lata od kiedy zakochałam się w Kochając Pana Danielsa i po raz pierwszy dałam się porwać Brittainy C. Cherry w emocjonalny wir. Choć z perspektywy czasu (i przeczytanych książek) dziś chyba byłabym bardziej krytyczna, to wspominam to jako jedną z najlepszych powieści tamtego roku. Długo zabierałam się za kolejną powieść autorki i mimo że czekają na mnie jeszcze dwie inne, to było coś takiego w tym tytule, że to właśnie on przyciągnął mnie do siebie jako pierwszy.

Był sobie kiedyś chłopiec, którego pokochałam. 
Logan Francis Silverstone był moim zupełnym przeciwieństwem. Kiedy tańczyłam jak urzeczona, on podpierał ścianę. Przeważnie milczał, podczas gdy mnie trudno było uciszyć. Uśmiech przychodził mu z wysiłkiem, natomiast ja unikałam smutku.
Pewnej nocy dostrzegłam ciemność, która czaiła się głęboko w nim. 
Każdemu z nas czegoś brakowało, jednak razem mieliśmy wszystko. Z obojgiem było coś nie tak, ale obok siebie zawsze czuliśmy, że wszystko jest jak należy. Byliśmy jak spadające gwiazdy przecinające nocne niebo w poszukiwaniu życzenia, modlące się o lepsze jutro.
Aż do dnia, w którym go straciłam. Jedną pochopną decyzją zaprzepaścił nasz związek.
Był sobie chłopiec, którego pokochałam. 
I przez kilka krótkich chwil - trwających tyle co oddech, co szept - pomyślałam, że może i on mnie kocha.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Jednego zdecydowanie nie można odmówić twórczości Brittainy C. Cherry - mianowicie emocji. Ta kobieta wie jak pisać, żeby poruszyć czułą strunę w moim wnętrzu i udało jej się to już kolejny raz. Wprawdzie nie zalałam się strumieniem łez, jak w przypadku Kochając pana Danielsa, jednak i Ogień, który ich spala wycisnął ze mnie kilka słonych kropel. Historia Alysse i Logana wręcz kipi od uczuć i nie sposób się zdystansować od ich losów, tragedii oraz prób, z którymi przyszło im się zmierzyć w ich młodym życiu. I jasne, można by dyskutować, że autorka może wyolbrzymia pewne sytuacje czy cechy, ale to jedna z tych powieści, które źle się analizuje... a wspaniale czyta. Ponownie dałam się przepuścić przez emocjonalną wyrzynarkę i autentycznie nie chcę się roztkliwiać nad szczegółami, bo jej powieści trzeba po prostu poczuć. Dać się oczarować wspaniałym cytatom i zatopić się w delikatnej mgiełce smutku, która emanuje z kartek, popuścić trochę wodze realizmu i wciągnąć się w świat, na który przyszło nam rzucić okiem. 

Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zagubieni. Poranieni. Złamani. Wszyscy staramy się zrozumieć, o co chodzi w życiu. Czasami czujemy się bardzo samotni, ale przypominamy sobie o kręgu najbliższych. Ludziach, którzy czasami nas nie znoszą, ale nigdy nie przestaną kochać. Ludziach, którzy pomogą bez względu na to , ile razy spieprzymy i ich odepchniemy. To nasz krąg. Ci ludzie i te zmagania to mój krąg. Zatem tak, upadamy, ale robimy to razem. Podnosimy się również razem. Uporawszy się ze zmaganiami, płaczem i bólem, idziemy naprzód krok za krokiem. Bierzemy kilka głębokich oddechów i odprowadzamy się nawzajem do domu.

Mam problem z bohaterami tej książki, bo o tyle o ile rodzeństwo głównych bohaterów było całkiem dobrze wykreowane, to mam wrażenie, że autorka trochę spłaszczyła Alysse i Logana. Na potrzeby tej historii byli idealni - on napędzany własnym cierpieniem, a ona zawsze gotowa go wesprzeć. I to mój bardzo subiektywny punkt widzenia. Bardziej obiektywnie? Lo potrafił być prawdziwym dupkiem dla dziewczyny, która podobno stanowiła centrum jego świata. Poniekąd go rozumiem, ponieważ wychował się w takim, a nie innym środowisku i życie z uzależnioną matką i obelżywym, brutalnym ojcem go ukształtowało, ale czasami jego zachowanie było poniżej pasa. Natomiast w przypadku dziewczyny... wydawać by się mogło, że jej życie zaczyna i kończy się na Loganie. Dziewczyna nie zważała na własne uczucia i stanowczo zbyt łatwo wybaczała mu wcale nie małe przewinienia. I powtórzę to raz jeszcze - na potrzeby tej, konkretniej historii nawet nie wiem, czy oczekiwałabym czegoś innego, ale też nie potrafię do końca wyłączyć swojego obiektywizmu.

Haj. Najwspanialsze z moich uniesień...
Lo. Najboleśniejszy z moich upadków...

Styl pisarki jest specyficzny - niekoniecznie określam go tak dlatego, że spotykam się czymś takim po raz pierwszy. Książki Brittainy C. Cherry są dla mnie istną kopalnią cytatów, bo pisze ona bardzo plastycznie, skupiając się nie tyle na opisach, ale emocjach i zmaganiach wewnętrznych bohaterów. Zdarza się jej za bardzo egzaltować ich wypowiedzi oraz wkładać w ich usta kwestie, które znacznie bardziej pasowałyby dużo dojrzalszym postaciom. Takie zagranie w 80% przypadków kończy się klęską i sprawia, że zdegustowana kręcę głową. Natomiast autorka należy do pozostałych 20, gdzie daję się oczarować jej wyobraźni i pochłaniam każde słowo. Na fabułę czytelnik ma okazję zerknąć zarówno oczami Alysse jak i Logana, bo rozdziały z ich perspektywy przeplatają się. To dobry zabieg przy takim naszpikowaniu uczuciami, bo pozwala dostrzec, jak właściwie wyglądało życie głównych bohaterów, nawet gdy nie byli razem.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Brittainy C. Cherry umie mną potrząsnąć i sprawić, że jej historie odciskają na mnie na tyle wyraźne piętno, że fragmenty kołaczą mi się w głowie do kilku dni po zakończonej lekturze. Nie jestem wprawdzie tak bezkrytyczna, jak dwa lata temu - w czasie gdy czytałam jej ostatnią powieść, ale nadal pozostaję pod urokiem twórczości autorki i emocji, której we mnie wywołuje. Ogień, który ich spala zdecydowanie przypadnie do gustu jej fanom i prawie na pewno zawiedzie przeciwników, także sami musicie sprawdzić, do której grupy należycie.

Moja ocena: 8-/10

Skończyłam czytać: luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 450
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 25 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł



Chcę ciebie. Chcę blizn. Chcę oparzeń. Chcę twojego bałaganu.
Twoje blizny, twoje oparzenia, twoje pokręcone życie, tylko to mam w sercu.
Jesteś wszystkim czego pragnę i potrzebuję. Twój ból jest moim bólem.
Twoja siła jest moją siłą. Twoje serce łączy się z moim. [...]
Chcę cię całego, tego, co dobre i tego, co złe. Chcę twojego bólu i złości.
Jeśli przejdziesz przez piekło, przez całą drogę będę trzymać cię za rękę.
Jeśli w naszym życiu wciąż będzie płonął ogień, spalimy się razem. [...]
Jesteś moim odwiecznym płomieniem.

Recenzja - „Sama się prosiła” Louise O'Neill


Wszyscy są niewinni, dopóki nie udowodni im się winy. Ale nie ja. 
Ja jestem kłamczuchą, dopóki nie udowodnią, że mówię prawdę.

Nie wiem, co konkretnie przyciągnęło mnie do książki Louise O'Neill - czy to opis zapowiadający trudną lekturę czy też przejmująca okładka, ale od pierwszej chwili wiedziałam, że to jedna z tych pozycji, które po prostu muszę przeczytać.

Emma jest piękną dziewczyną i świetnie zdaje sobie z tego sprawę, wykorzystując swoją urodę na każdym kroku. Dziewczyna nie jest miłą osobą i świetnie zdaje sobie z tego sprawę, ale mimo to wszystko uchodzi jej na sucho. Ma swoje przyjaciółki, jednak traktuje je bardziej jak tło, niż prawdziwych bliskich. Gdy pewnego dnia wybierają się na imprezę, Emma nie wie jeszcze, że ten dzień zmieni wszystko, bo rano budzi się na przed własnym domem i nie ma pojęcia, co właściwie się wydarzyło.

Pewnego dnia, po imprezie, Emma O’Donovan budzi się na progu swojego domu, a właściwie znajdują ją tam rodzice. Dziewczyna krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Pamięta, że była z przyjaciółkami na imprezie, ale nie ma pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. Do tej pory wszyscy chcieli być blisko niej, teraz w szkole odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni.
Naznaczona. Odrzucona. Sama przeciw wszystkim.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Nie tak dawno temu miałam okazję przeczytać Co mnie zmieniło na zawsze, powieść o podobnej tematyce, ale jednocześnie zupełnie inną. Amber Smith skupiła się na pokazaniu wewnętrznych zmian w ofierze gwałtu i  uświadomieniu jak wielkie spustoszenie wywołuje takie wydarzenie w psychice człowieka. Tam wszystko było czarno-białe: współczułam głównej bohaterce, mogłam zrozumieć i usprawiedliwić jej zachowanie i ani przez chwilę nie wątpiłam, że jest tylko ofiarą. Natomiast Louise O'Neill wpuszcza czytelnika do zupełnie szarej strefy. Emma jest zadufaną w sobie młodą dziewczyną, o bardzo nieprzyjemnym charakterze, taką która nie wzbudziła we mnie żadnej sympatii (założę się, że tak było u większości czytelników). Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, o ile łatwiej przechodzi nam bronienie i usprawiedliwianie ludzi, na których nam zależy. Podobny mechanizm działa w przypadku bohaterów - cieszymy się z sukcesów naszych faworytów, współczujemy im, gdy spotyka ich krzywda i cieszymy się, gdy złoczyńcy dostają zasłużoną karę. To jak mam się czuć w stosunku do Emmy? Nie zrozumcie mnie źle, nikt nie zasłużył sobie na taki los, jaki ją spotkał - to była okropne i druzgocące, ale... sama się o to prosiła?

Mam problem z oceną tej książki. Mam problem z pisaniem jakie emocje we mnie wzbudziła. Bo pozostawiła po sobie zupełny i absolutny mętlik. Mam wrażenie, że autorka chciała z historii Emmy zrobić przestrogę i jeśli taki był jej cel, to świetnie się jej to udało. Obserwowałam, jak bardzo zmienia się charakter dziewczyny oraz jak wielkie piętno odcisnęły na niej te wydarzenia i zmianę w relacjach z bliskimi. To, gdy całe miasto przykleiło do niej etykietę puszczalskiej i kiedy spotkała się z ogólnym ostracyzmem, bo "to przecież tacy dobrzy chłopcy". Ponieważ musicie coś wiedzieć - to nie jest miła książka, w której ofiara dostaje zadośćuczynienie, a złoczyńcy karę. Sama się prosiła to powieść o dziewczynie, która popełniła błąd i to... zmieniło całe jej życie. Napiętnowało. Zniszczyło. Zdruzgotało. 

Jednak z tego wszystkiego to co najbardziej mną wstrząsnęło to relacje Emmy z jej rodzicami i ich zachowanie po tym, jak ich córka została wykorzystana. Ale nawet brak wsparcia i obwinianie nie były tak okropne, jak ich zachowanie na końcu tej historii. Bo w tym momencie nie mogłam ich zrozumieć, a jedynym 'normalnym' członkiem tej rodziny wydaje się brat głównej bohaterki. Tylko, że Bryan chciał dobrze, ale jednocześnie nie było go w pobliżu, żeby mógł zapoczątkować jakąś zmianę i choć wspierał Emmę oraz robił co mógł, żeby jej pomóc, jednocześnie zostawił ją tak jak wszyscy inni. Przez to wszystko nie ma w tej powieści ani jednego bohatera, który wzbudziłby moją sympatię. To nie tak, że nie współczuję Emmie - dziewczyna przeszła przez piekło, a sposób w jaki opisała to autorka jest bardzo obrazowy. Wzdrygałam się czytając przemyślenia dziewczyny i zatopiłam się tak bardzo w jej historię, że dosłownie pochłonęłam ją w jedno popołudnie. Tylko, że sympatia i współczucie to nie koniecznie to samo uczucie. 

Ta powieść to przestroga. I mam ogromną, szczerą nadzieję, że tak właśnie odbiorą ją wszyscy, którym wpadnie w ręce. Dlatego, że Emma mogła podjąć inne decyzje, takie które byłyby "właściwe", jednak - podobnie jak w prawdziwym życiu - tak się nie stało. Louise O'Neill zwraca uwagę na istotny problemy dręczące dzisiejsze społeczeństwo, nie tylko skupiając się na wykorzystywaniu seksualnym, ale także kłopotach, które mogą stworzyć social media. Sama się prosiła to dobra książka (ze względu na warsztat) i naprawdę warta zapoznania się, choćby po to, że historia Emmy może być ostrzeżeniem dla każdej z nas.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017  r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,91/10
Ilość stron: 342
Okładka: miękka
Data wydania: 11 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Anna Dobrzańska
Cena (z okładki): 34, 90 zł


To słowo jest jak bicz, który smaga mnie po policzkach. Wypełnia pokój, aż nic nie zostaje,
a ja oddycham tym słowem (gwałt), słyszę wyłącznie to słowo (gwałt),
czuję wyłącznie to słowo (gwałt) i smakuję wyłącznie to słowo (gwałt).



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Co mnie zmieniło na zawsze” Amber Smith


Moje ciało to komnata tortur. To pierdolone miejsce zbrodni. Wydarzyły się tutaj potworne rzeczy.
Nie warto o tym mówić, nie warto tego komentować, nie na głos. Nigdy.

Co mnie zmieniło na zawsze to jeden z tych tytułów, na premierę których naprawdę wyczekiwałam, a jednocześnie bałam się, że zawiedzie moje oczekiwania. Dlaczego? Mimo, że nie jestem fanem NA, to i tak lubię ten gatunek, ale irytuje mnie, że jedynym lekarstwem na wszelkie zło, które dotknęło bohaterów jest miłość. Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po tej powieści, ale poprzednie doświadczenia nauczyły mnie podchodzić ostrożnie do książek o tej tematyce.

Eden miała czternaście lat, kiedy ON zniszczył jej dotychczasowe życie. Była tylko dzieckiem, którego niewinność odebrano w ciągu jednej chwili, gdy zgwałcił ją najlepszy przyjaciel jej brata, będący praktycznie członkiem rodziny. Dziewczyna wie, że powinna komuś o tym powiedzieć, ale w tej jednej, decydującej chwili ogrania ją strach, że nikt jej nie uwierzy. Postanawia udawać, że dzień, który zniszczył jej życie nigdy się nie wydarzył i buduje nową Eden - taką, która już nigdy nie będzie ofiarą. Jednak nienawiść do siebie i swojego oprawcy zmienia ją na zawsze, a życie zbudowane na kłamstwach wcale nie sprawia, że czuje się lepiej. Jak długo uda się jej utrzymać iluzję?

To nie liceum ją zmieniło. To gwałt.
Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata – niemal członek rodziny – sprawia, że świat Eden wywraca się do góry nogami. To, co kiedyś wydawało się proste, teraz jest skomplikowane. To, co kiedyś wydawało się prawdą, teraz jest kłamstwem. Ci, których kiedyś kochała, teraz budzą tylko jej nienawiść. Nic już nie ma sensu. Wie, że powinna powiedzieć komuś o tym, co się stało, ale nie może tego zrobić. Więc ukrywa to w sobie, głęboko. Ukrywa też to, kim kiedyś była – bo teraz jest już inna. Na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

To nie jest typowa powieść fabularna. Bo to, co przydarzyło się Eden jest fikcją, ale równie dobrze mogło zdarzyć się naprawdę. To nie jest kolejna opowieść o miłości, w której bohaterowie są po przejściach - to książka o tym, że nie da się poradzić sobie z tak traumatycznym wydarzeniem, jak gwałt. Amber Smith pokazuje, że są autorzy, którzy nie boją się poruszać tak trudnych tematów bez osładzania ich, że jest to kwestia, o której trzeba rozmawiać. Bo istnieją dziewczynki i kobiety, które są właśnie jak Eden, przeżywają to samo, co ona i boją się powiedzieć o tym, co się zdarzyło. 

Książka jest podzielona na cztery części, cztery lata, które trwało liceum. Jestem niesamowicie zadowolona, że autorka zdecydowała się na rozłożenie tej historii w czasie, bo dzięki temu czytelnik ma okazję zobaczyć, co się działo w umyśle Eden. Jedna chwila zmieniła jej życie, ale na tym się nie skończyło, bo czas nie zawsze leczy rany, ale sprawia, że stają się one jeszcze dotkliwsze. Dziewczyna tłamsiła w sobie całą tę nienawiść, która nieustannie w niej rosła i sprawiała, że powstała nowa Eden. Taka, która podświadomie wręcz chciała ranić ludzi wokół siebie, żeby poczuli choć ułamek bólu, który ją dręczył codziennie. Odpychała wszystkich, bo nikt nie znał prawdy. I to jest właśnie paradoks - ponieważ nikt nie widział, co się wydarzyło, nikt jej nie rozumiał, a jednocześnie mam wrażenie, że dziewczyna chciała, żeby ktoś się domyślił. Zapytał ją co się stało, przycisnął ją i dał kopniaka, żeby w końcu to z siebie wyrzucić. Tylko, że nikt, łącznie z jej najlepszą przyjaciółką, nawet nie zdaje sobie sprawy, że powinien. 

Bo teraz już nie pamiętam, gdzie kończą się kłamstwa, a zaczynam się ja. Linie są rozmyte. Wszystko nagle stało się takie poplątane, takie szare, takie niezdefiniowane. Jedyne, co wiem, to to, że sprawy nie poszły zgodnie z planem. Plan był taki, że mi się poprawi, poczuję się lepiej, że osiągnę to z użyciem wszelkich dostępnych mi środków. Ale nie czuję się lepiej. Czuję się pusta. Ciągle pusta i uszkodzona.

To, co wyróżnia tę książkę na tle innych to fakt, że autorka nie skupia się na szczegółach fabularnych, ale na emocjach, na zbudowaniu realistycznego portretu ofiary gwałtu. Pokazuje, jak bardzo trauma zmieniła Eden i jak reagowali na to jej najbliżsi. Nie ma tu upiększeń, małych pozytywnych fragmentów, które osłodziłyby fabułę - tylko bezkresna otchłań następstw gwałtu, z którymi ofiara stara się pogodzić, a nie potrafi. W jednej chwili wyparowała cała niewinność, całe szczęście - pozostał tylko gniew, nienawiść, smutek, obrzydzenie do samej siebie. Chcąc nie chcąc czytelnik staje się niemym świadkiem, jak Eden stacza się na dno szukając zapomnienia w papierosach, alkoholu, przypadkowym seksie, a nawet narkotykach. Chciałam na nią krzyczeć, żeby powiedziała komukolwiek, poszukała pomocy, a jednocześnie wiedziałam, dlaczego tego nie robi. Chciałam też krzyczeć na jej bliskich, że przecież powinni coś dostrzec, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje, zamiast oceniać jej zachowanie, tylko że wiedziałam, że oni, w przeciwieństwie do mnie, nie wiedzą, co się stało.

Uśmiecham się co prawda, ale coś jest z tym uśmiechem nie tak. Moje oczy mają w sobie coś takiego… jakąś tępą, martwą ciemność. Jakby czegoś we mnie brakowało. Nie umiem powiedzieć czego. Ale ta brakująca część to coś ważnego, coś kluczowego, coś, co zostało mi zabrane.

Przepraszam, jeśli ta recenzja jest chaotyczna i za to, że pewnie się powtarzam. Ale Co mnie zmieniło na zawsze to książka, która wywołała we mnie całą masę emocji i skłoniła do refleksji. Bo czy jeśli osoba w moim towarzystwie zmieniłaby się tak jak Eden, czy zauważyłabym to? Czy domyśliłabym się, że coś się stało? Czy gdyby to wydarzyło się mnie czy Tobie, jak byś zareagowała? Ponieważ w teorii wszyscy wiemy, że trzeba o tym mówić głośno, ale w praktyce? Czy, tak jak główna bohaterka, nie wybrałabym ukrycia swojego bólu, nawet jeśli by mnie niszczył, tylko żeby nie powiedzieć głośno tych dwóch słów, które wszystko zmienią - zostałam zgwałcona?

Moim zdaniem, jest to książka warta przeczytania absolutnie przez wszystkich. Co mnie zmieniło na zawsze to fikcja, która mogłaby być prawdą i być może sprawi, że gdy zauważysz w kimś zmianę, nie przejdziesz obok niej niej obojętnie, a zaczniesz się zastanawiać nad jej powodem. Amber Smith stworzyła niesamowicie realistyczny obraz ofiary gwałtu, jej uczuć, myśli, zachowań. Nie osładza tej historii, stawia na niefiltrowany realizm od początku do samego końca. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,83/10
Ilość stron: 391
Okładka: miękka
Data wydania: 9 listopada 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik
Cena (z okładki): 37,90 zł


Nie wiem wielu rzeczy. Nie wiem, dlaczego nie usłyszałam cichego trzasku zamykających się drzwi. Dlaczego w ogóle nie zamknęłam tych cholernych drzwi na klucz. Albo dlaczego nie zorientowałam się, że dzieje się coś złego – tak bezlitośnie złego – kiedy poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young




Recenzja - „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” Anna McPartlin


- Mój pierworodny, Jeremy, został poczęty na skutek przemocy i zmarł na skutek przemocy,
ale dopóki żył, pozostawał światłem mojego życia. [...] Przyszłam tu po to,
żeby opowiedzieć o nim i o wszystkim, czego nauczył mnie ten krótki czas, który razem spędziliśmy.

Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu to moje pierwsze spotkanie z twórczością Anny McPartlin i zupełnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Naczytałam się mnóstwo pozytywnych opinii o Ostatnich dniach Królika i, tak bardzo jak jest to złe, przez ten pryzmat patrzyłam również na jej najnowszą powieść, przez co miałam bardzo wysokie oczekiwania. Tak więc autorka miała trudne zadanie, bo podczas naszego pierwszego spotkania, zamiast otwartego umysłu, jej opowieść trafiła na twardą ścianę wymagań. Co z tego wynikło?

Maisie zaszła w ciążę w wieku osiemnastu lat i przez to utknęła w związku z człowiekiem, który uważał ją za osobisty worek treningowy. Przez wiele lat nie mogła znaleźć w sobie siły by od niego odejść, aż do momentu, gdy trafiła na salę operacyjną ze spowodowanymi przez niego obrażeniami. Kilka lat późnej życie kobiety jest nadal jest trudne, bo Maisie opiekuje się chorą na demencję matką, pracuje na dwa etaty i wychowuje dzieci, jednak w końcu jest szczęśliwa. Aż do tego feralnego dnia. Pierwszego styczna 1995 r. Jeremy wymknął się z domu i już do niego nie wrócił. Rozpoczynają się rozpaczliwe poszukiwania. 

Zerkam niespokojnie na widownię. Czy znajdę dość sił, by opowiedzieć ludziom o moim synu? 
Jeremy był dobrym, wrażliwym chłopcem, kochałam go tak, jak potrafią tylko matki. Mam poczucie winy, bo daleko mi do ideału. Za długo tkwiłam w związku z jego ojcem-katem, który terroryzował mnie przez lata. Nie zawsze ogarniałam rzeczywistość, czasami przytłaczała mnie proza życia. Nie było mi łatwo pracować na dwa etaty, opiekować się chorą matką, która przestała być sobą, i znosić zmienne nastroje nastoletniej córki. Ból po stracie syna nigdy nie zelżeje, ale wciąż mam dla kogo żyć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni…
Mój syn umarł 1 stycznia 1995 roku. Minęło dwadzieścia lat, a ja stoję przed grupą obcych ludzi, by im o nim opowiedzieć.
Głęboki wdech. Zaczynajmy
 (Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

To przejmująca opowieść o poczuciu winy, nadziei, strachu i stracie, wywołująca całą gamę emocji, od uśmiechu po płacz. To książka niosąca ze sobą ważne przesłanie, poruszająca drażliwy temat tolerancji, przemocy w rodzinie i ukazująca, jak brutalne może być życie oraz do czego może doprowadzić strach. To książka, która zupełnie rozbiła mnie emocjonalnie. 

To, co mnie zaskoczyło od samego początku to sytuacja, w której dokładnie wiemy, jak potoczą się losy bohaterów, których przecież dopiero poznajemy. Nie jest to typowy zabieg, mający podkręcić uczucia czytelnika już w pierwszych stronach, ale faktyczne przedstawienie, jak zakończy się ta opowieść. Wywołało to u mnie pewną obawę, że autorka nie poradzi sobie z poprowadzeniem akcji, tak aby mnie zaintrygować czy wywołać emocje, skoro od samego początku wiem, jak będzie wyglądało zakończenie. Strach ten był zupełnie próżny. Okazało się, że Anna McPartlin dokładnie wiedziała, co robi, ponieważ pytania typu "jak?" i "dlaczego?", które zadawałam sobie podczas lektury, wywołały we mnie znacznie większą burzę. Przez to, że znałam finał tej historii, bardziej skupiłam się na emocjach, które płynęły do mnie z książki, wraz z bohaterami przeżywałam strach, rozpacz, wręcz czułam ich desperacką potrzebę odnalezienia Jeremy'ego. Tylko, że w przeciwieństwie do nich, ja już wiedziałam, że nie wróci do domu.

Jestem pewna, że już Wam o tym wspomniałam, ale cenię sobie książki, które mają realistyczne podejście zarówno do postaci, jak i do fabuły. Właśnie te historie zdecydowanie bardziej do mnie przemawiają, ponieważ sprawiają, że mogę poczuć uczucia targające bohaterami i wczuć się w ich sytuację. Taka książka dużo bardziej mną wstrząsa, pozostawia po sobie szalejące emocje i skłania do refleksji, bo obieram ją znacznie bardziej osobiście. Tak też było z Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu. Anna McPartlin powoli dostarcza czytelnikowi kawałki układanki składające się na tę historię, nie koloryzując poszczególnych fragmentów i nie popadając w przesadę. Od momentu zniknięcia Jeremy'ego akcja toczy się dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy Maisie, Bridie, Valerie i przyjaciół chłopaka, którzy walczą z czasem i starają się sprowadzić go do domu, a z drugiej czytelnik dostaje wgląd co właściwie wydarzyło się tamtego wieczora, czyli otrzymuje krótkie - bo zaledwie godzinne - fragmenty widziane oczami Jeremy'ego. Ten zabieg ogromnie przypadł mi do gustu, bo podsycało to moją ciekawość i jednocześnie stworzyło z tej emocjonalnej historii książkę, która trzyma w napięciu i nie pozwala odłożyć się na półkę. 

Wisienką na torcie jest narrator trzecioosobowy, ale patrzący na rozgrywające się wydarzenia oczami praktycznie wszystkich bohaterów. Obserwujemy więc Maisie, która choć stara się jakoś trzymać, obwinia się o zaginięcie syna i rozpaczliwie stara się go odnaleźć. Valerie, kochającą, młodszą siostrę, której ciężko porozumieć się z matką, młodą dziewczynę pragnącą, aby jej straszy brat wrócił bezpiecznie do domu. Bridie, starszą kobietę, której mózg zasnuł się mgłą. Chciałaby pomóc córce, pozostać przytomną na tyle długo, żeby pomóc w odnalezieniu ukochanego wnuka, ale uniemożliwia jej to choroba. Freda, policjanta, który po latach skrytych uczuć i pomagania Maisie, w końcu dostał szansę, aby ułożyć sobie życie z ukochaną. Niestety życie krzyżuje mu plany, bo podświadomie kobieta obwinia go za to, że tamtego wieczora nie było jej w domu. Mężczyzna robi wszytko, co w jego mocy, żeby odnaleźć nastolatka, ale czy kruche uczucie ma szansę przetrwać w tak trudnych okolicznościach? Przyjaciele Jeremy'ego. Młodzi ludzie, którzy choć tak się od siebie różnią, jakoś złapali wspólną nić porozumienia i wszyscy drżą w obawie, co mogło się stać. I na końcu Jeremy, czyli bohater, którego zdążyłam polubić na przestrzeni trzech stron, jednocześnie wiedząc, jaki będzie jego los. Złoty chłopiec, który krył w sobie wiele tajemnic i cierpienia, spędził dzieciństwo obserwując, jak ojciec katuje matkę i wziąć na siebie ciężar bycia jedynym mężczyzną w domu. Chłopiec, który zrobiłby wszystko dla swojego najlepszego przyjaciela. Autorka wykreowała fantastycznych bohaterów, ma się wręcz wrażenie, jakby Ci wszyscy ludzie nie żyli tylko na kartach jej powieści. 

Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu Anny McPartlin to książka o młodym człowieku, któremu nie dane było dorosnąć i o jego bliskich, którzy musieli poradzić sobie z tą stratą. Książka serwuje ogromy ładunek emocjonalny, wspaniałych bohaterów i historię, która ostatecznie wzruszyła mnie do łez, choć wcale się na to nie zapowiadało. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: wrzesień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Maria Zawadzka
Cena (z okładki): 36,99 zł

- Wszystko będzie dobrze, Bridie - zapewniła Lynn.
- Wszystko było dobrze, ale czasy się zmieniają, a to, co dobre, stopniowo  staje się złe.
Nie możemy nic na to poradzić. Myślisz, że masz nad tym jakąś kontrolę,
ale tak ci się tylko wydaje, kochanie. [...] Nic już nie będzie takie samo. - Po jej twarzy pociekły łzy.
- Wszystko się zmienia, Bridie. Na tym właśnie polega życie.
- Ale przez pewien czas było tak dobrze - odpowiedziała, po czym zamilkła.



Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam (za Dziedzictwo ognia)

#64 Recenzja - Milion małych kawałków


Może jestem Kokainistą i Pacjentem i Pojebem Pierwszej Wody, ale daję ci dobrą radę.
Bądź bystry, bądź silny, bądź dumny, żyj honorowo i godnie i po prostu się trzymaj. Tylko się trzymaj.

Milion małych kawałków to prawdopodobnie książka, która najdłużej znajdowała się na mojej półce Chcę przeczytać w biblioteczce Lubimy Czytać. Różne powieści przychodziły i odchodziły, a James Fray przez całe lata kusił mnie swoją twórczością. Zupełnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po książce okrzykniętej jednym z największych skandali literackich ostatnich lat.

James budzi się na pokładzie samolotu. Nie pamiętna jak się tam znalazł, gdzie zmierza, ani jak to się stało, że jest cały sponiewierany. Z lotniska odbierają go rodzice i wysyłają na odwyk. To jego ostatnia szansa, aby przeżyć. James jest uzależniony od alkoholu przez prawie połowę swojego życia i od kilku ostatnich lat od narkotyków. Trafia do ośrodka odwykowego, jednego z najlepszych, który może się poszczycić tym, że 15% osób po zakończeniu programu wytrzymało w abstynencji dłużej niż rok.

Pierwsze, co zaskoczyło mnie to forma, ponieważ Milion małych kawałków jest napisane jak pamiętnik. Tekst nie jest wyjustowany, nie ma tu typowych dialogów, skupia się na uczuciach Jamesa, a interpunkcja to raczej sugestia, więc rzadko trafiamy na przecinki. To bardzo specyficzne rozwiązanie, ale przy tak trudnym temacie jednocześnie dające autorowi spore pole do popisu, bo niewiele go ogranicza. Tak osobista forma sprawiła, że poczułam się, jakby autor stał koło mnie i recytował swoją opowieść. Wiele myśli nagle się urywa, zdarzało się, że miałam problem, aby odróżnić słowa bohatera od jego przemyśleń czy wypowiedzi innych osób. Na samym początku zupełnie nie mogłam się w tym odnaleźć, bo tak subiektywne podejście znacznie ogranicza wszelakie opisy i skupia się na przeżyciach wewnętrznych oraz reakcjach bohatera. Zastanawiałam się, czy właśnie tak obierał codzienność, otumaniony dragami i alkoholem, bo przecież to w pełni celowy zabieg, który ostatecznie niesamowicie mi się podobał. Co jednocześnie nie zmienia faktu, że niezwykle ciężko było przywyknąć to tej formy wypowiedzi. To, co napisał James Fray było uderzające od pierwszych stron, jednocześnie smutne, tragiczne oraz straszne samo w sobie, ale dokładając świadomość, że zdarzyło się naprawdę... Nawet kiedy zaczęłam czytać, nie wiedziałam, czy chcę poznać historię Jamesa, czy chcę się zagłębić w jego świat. Jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu czułam, że powinnam - ta książka to świadectwo, relacja z walki ze samym sobą i miałam poczucie, że gdybym już mając ją w rękach odpuściła, to w jakiś sposób zawiodłabym autora. Dziwne, wiem. Autor jest bardzo obrazowy w swoich opisach i nie przebiera w słowach, dlatego zdecydowanie odradzam tą pozycję osobom o słabych nerwach. Po około 40 stronach potrzebowałam przerwy. Właśnie wtedy postanowiłam dowiedzieć się, o co właściwie chodzi z tą aferą. 

Myślałam, że książka Jamesa Freya będzie jego autobiografią o wychodzeniu z nałogów, dlatego zaskoczyła mnie przedmowa wyjaśniająca, że nie wszystko w tej opowieści zdarzyło się naprawdę. Na okładce wydawca wspomina, że Milion małych kawałków to powieść okrzyknięta jednym z największych skandali literackich ostatnich lat, z tym że nie miałam zielonego pojęcia, o jaką aferę może chodzić. Z właściwą sobie ciekawością zaczęłam drążyć, a to co wygrzebałam wprawiło mnie w zdumienie. James Fray opublikował swoją książkę w 2003 roku i prawie natychmiast trafiła ona na listy bestsellerów, po czym powtórzyła swój sukces w 2005 roku, gdy Oprah wybrała ją do swojego Klubu Książki. Niedługo późnej pewien serwis internetowy prześledził kluczowe fragmenty z Miliona małych kawałków i doszukał się wielu nieścisłości w kluczowych jej fragmentach. Jeśli interesuje Was (mniej więcej), o co było tyle szumu podrzucam Wam parę linków: James Fray zmyślona biografia, Powrót skandalisty, wywiad Oprah z Jamesem 5 lat po wybuchu afery.

Po tym, czego się dowiedziałam, przez dłuższy czas zaczęłam inaczej odbierać książkę Fraya. Doszukiwałam się przekłamań w jego słowach, analizowałam sytuacje, w których się znalazł, myślałam nad fabułą i starałam się odsiać prawdę od fikcji. Poległam. Aż w końcu doszłam do wniosku, że to nie ma znaczenia - przekłamana czy nie, książka Jamesa Fraya porusza do głębi, wstrząsa, zasmuca i przeraża. James wychował się w normalnym domu, z kochającymi rodzicami, którzy o niego dbali, a jednak skończył uzależniony. To sprawia, że zadaję sobie pytanie, czy ja również mogłabym pójść tą drogą, bo co nas właściwie odróżnia? Osoby, które spotyka James w ośrodku są ludźmi z krwi i kości, pracownicy, pacjenci, wszyscy przechodzą przez to samo i wielu, których poznaliśmy na kartach tej powieści, nigdy nie wyszło z nałogu. Milion małych kawałków to powolna droga do odkupienia, która prowadzi czytelnika przez piekło nałogów, przez czyściec do abstynencji, a każdy krok jest usłany cierniami. 

Nie mogłam przerwać lektury, gdybym to zrobiła zapewne już nie otworzyłabym tej książki. Więc siedziałam i czytałam, zbierałam w sobie energię, żeby przebrnąć przez kolejną kartkę. Nigdy nie przerażały mnie długie powieści, ale mogłabym przysiąc, że każdą stronę odbierałam jak dwie. To tak jakby ta pięćset stronicowa książka miała ich z tysiąc, a przyswojenie każdej z osobna odbierało mi siły.

Milion małych kawałków to mroczne świadectwo, skupiające się głównie na pobycie Jamesa na odwyku. Nie wiem na ile prawdziwe. Ta powieść jest smutna i zarazem pełna nadziei, brutalna i naturalistyczna, opowiadająca o życiu, przetrwaniu i nałogach. Naprawdę wyczerpująca psychiczne. Nie chciałam o niej pisać, nie chciałam jej oceniać, bo nie potrafię zdystansować się do słów Jamesa Fraya. To książka, która choć daje nadzieję, rozbiła mnie na milion małych kawałków i chyba potrzebuję chwili, żeby pozbierać się do kupy. Zdecydowanie odradzam osobom o słabych nerwach.


Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,12/10
Ilość stron: 518
Okładka: miękka
Data wydania: 18 marca 2015 r.
Wydawnictwo: Burda Książki 
Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski
Cena (z okładki): 34,90 zł


Jak się tu znalazłem. Jak trafiłem w to miejsce w tej chwili tego dnia z tym uczuciem
historią przeszłością kłopotami życiem tym strasznym pojebanym nic niewartym zmarnowanym życiem jak
[...] Mam dwadzieścia trzy lata i jestem Alkoholikiem od dziecięciu lat i Narkomanem i Przestępcą
prawie tyle samo i jestem poszukiwany w trzech stanach i jestem w Szpitalu w samym środku Minnesoty
i chcę się napić i chcę się naćpać i nie mogę się powstrzymać.
Mam dwadzieścia trzy lata. 



Młodzieniec przyszedł do Starca po radę,
Starcze, rozbiłem coś.
Jak bardzo to rozbiłeś?
Na milion małych kawałków.
Obawiam się, że nie mogę ci pomóc.
Dlaczego?
Nic się nie da zrobić Nie można tego naprawić.
Dlaczego?
Jest za bardzo rozbite. Na milion małych kawałków.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#63 Recenzja - Wybacz mi, Leonardzie



Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

Jest to jedna z tych książek, po które nie sięgnęłabym, gdyby nie bardzo kusząca promocja, na jaką natknęłam się w Empiku. Słyszałam wiele dobrego o twórczości autora, dlatego nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jego powieści.

Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!
„Wybacz mi, Leonardzie” to jedna z trzech powieści młodzieżowych Matthew Quicka. To książka o szukaniu zrozumienia i buncie przeciwko zasadom, którymi kierują się dorośli.
(Źródło: Moondrive)

Chciałabym jakoś przybliżyć Wam fabułę Wybacz mi, Leonardzie, ale troszeczkę nie wiem, jak to zrobić. Spotykamy Leonarda w dniu jego osiemnastych urodzin i ma on dość wyjątkowy plan na ich spędzenie. Chłopak doszedł do wniosku, że ma już dość świata, w którym przyszło mu żyć, więc postanawia popełnić samobójstwo i zabrać ze sobą Ashera (o tym dlaczego i kim on jest dowiecie się troszeczkę później). Przez ten jeden dzień razem z Leonardem wykonujemy misternie obmyślony plan i zmierzamy ku końcowi jego egzystencji, jednocześnie dowiadując się, co go pchnęło do tak dramatycznej decyzji. To, wraz z opisem przygotowanym przez wydawcę, da Wam mniej więcej obraz fabuły.

Dawno nie zrobiłam tylu surowych notatek podczas czytania, dobrze że miałam pod ręką komputer, bo inaczej wszędzie latałyby świstki papieru. Nie wiedziałam do końca, czego właściwie mogę się spodziewać po Wybacz mi, Leonardzie, ale nie oczekiwałam, że książka Mattthew Quicka wywoła we mnie, aż tyle refleksji. To jedna z tych powieści, które nadzwyczaj często odkładałam na bok - tak mniej więcej, co dwa rozdziały. Aby odpowiednio ją odebrać musiałam przerwać lekturę i zastanowić się nad słowami Leonarda. Przemyśleć jego decyzje, dopasować do fragmentów układanki, które już miałam i zastanowić się, co właściwie go motywuje. No i oczywiście zrobić odnośnie tego wszystkiego przynajmniej krótką notatkę, bo przemyśleń i wrażeń było tak wiele, że nie dałabym rasy pamiętać o każdej, którą chciałam poruszyć. Ta powieść niejednokrotnie wywołała u mnie melancholię, bo i pytania, które stawia sobie Leonard są smutne. Dlatego nie dziwią mnie jego wycieczki metrem w poszukiwaniu szczęśliwych dorosłych, choć moim zdaniem przecenia on ich znaczenie w swoim życiu. Może wszyscy jesteśmy skazani na powtarzanie tych samych błędów, co ogół społeczeństwa, być może wszyscy jesteśmy niewolnikami obecnego systemu.

Od pierwszych rozdziałów da się wyczuć, że Wybacz mi, Leonardzie to nie jest pierwsza książka Matthew Quicka, ponieważ styl autora jest bardzo plastyczny, czuć że wie, co chce przekazać. Każdy dialog, czy wtrącenie ma przybliżyć czytelnika do odkrycia motywów głównego bohatera i jego tajemnic. W przeważającej części książka stanowi zbiór monologów Leonarda, przez co jako taka akcja posuwa się stosunkowo powoli. Wyjątkowo poruszające były listy z przyszłości, które chłopak napisał w imieniu osób, które mógłby kiedyś spotkać, pokazywały jego wrażliwość na świat i chęć do życia, której brak w innych jego wypowiedziach. Autor idealnie się spisał wchodząc w skórę Leonarda, bo tak osobiste podejście do bohatera mogło łatwo nie zdać egzaminu, tymczasem miałam wrażenie, jakbym czytała coś na kształt autobiografii lub pamiętnika. To, co średnio mi pasowało w tej książce, to całe mnóstwo przypisów dolnych, które były pewnego rodzaju wtrąceniami Leonarda. Nie chodzi mi tu do końca o samą formę, ale sposób, w jaki widnieją w książce. Przeszkadza mi układ tych adnotacji, często zdarzało się, że musiałam odwrócić stronę aby je dokończyć i wrócić na poprzednią aby kontynuować tok myślowy chłopaka. Poza tym bywało, że były wyjątkowo długie, co utrudniało zachowanie płynności w akcji i czytając musiałam być mocno skupiona na tekście. Teoretycznie to nie wada, ale zdecydowanie wolę utrzymana płynność fabuły.

Leonard Peacock jest specyficznym bohaterem, zadającym wyjątkowo trudne pytania, moim zdaniem również bardzo wrażliwym i... zupełnie do mnie nie podobnym. Podejrzewam, że gdybym natknęła się na niego na ulicy, podobnie jak wiele osób, z którymi miał styczność, uznałabym go za dziwaka. To sprawiło, że przez lwią część tej powieści nie mogłam się z nim zżyć, nie pochwalałam ani jego działań, ani toku rozumowania. W zbrodni nie ma przekazu, a popełnienie jej budzi mój głęboki sprzeciw, ponieważ żyjemy w świecie, który sam w sobie jest niebezpieczny. Scena z nauczycielką, którą doprowadził do łez, duma, że nie podejdzie on do egzaminów, nie będzie uczęszczał na studia... nie potrafiłam go zrozumieć. Zadawał ważne pytania, miał dobre spostrzeżenia na temat codzienności, a mimo to zamiast spróbować coś zmienić, poprzez bezczynność stawał się częścią systemu, którego tak bardzo nienawidził. Jednak... Mieliście kiedyś tak, że zanotowaliście sobie całe mnóstwo uwag do recenzji odnośnie bohatera czy treści, a później jedyne do czego się nadają to wyrzucenie do śmieci? Jak bardzo zmienia się nasz pogląd na książkę, kiedy przeczytamy już ostatnie zdanie. Okazuje się, że odbieramy ja zupełnie inaczej. I również tak bardzo ewoluował mój początkowy obraz Leonarda, po przeczytaniu tych ostatnich stron. Różnica jest tak duża, że gdybym teraz miała okazję go spotkać, chętnie posłuchałabym, co ma do powiedzenia i z przyjemnością wypiłabym z nim kawę.

Książka Matthew Quicka okazała się znacznie lepszą pozycją, niż mogłabym sądzić po pierwszych rozdziałach. Niesie ze sobą ważny przekaz i pokazuje wiele aspektów obecnego świata, na które my również powinniśmy zwrócić uwagę. Nie znajdziecie tu ckliwej opowieści o miłości, będącej lekiem na wszelkie zło, jak również gotowych rad, jak przetrwać w dzisiejszej rzeczywistości. To bardzo melancholijna pozycja, wyróżniająca się nietypowym bohaterem i wyjątkową wrażliwością na świat, a na ocenę, którą jej wystawiłam ogromnie wpłynęło to, czego dowiedziałam się w ostatnich rozdziałach.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 8,05/10
Ilość stron : 406
Data wydania : 8 października 2014 r.
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : Moondrive
Tłumaczenie : Jacek Konieczny
Cena (z okładki) : 39,90 zł


Zastanawialiście się kiedyś nad wszystkimi wieczorami waszego życia,
których nie potraficie sobie przypomnieć? Tak prozaicznymi, że mózg nie zadał sobie trudu,
by je zarejestrować. Setki, może tysiące wieczorów rozpoczęło się i zakończyło,
nie pozostawiając żadnego śladu w pamięci. Czy to was nie przeraża?
A co, jeśli wasz umysł zapamiętuje te niewłaściwe wieczory?


Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#33 Recenzja - Baśniarz (Book Tour)




"Może to co powiem, wyda ci się głupie... ale w miłości nie ma miejsca na krytykę.
W miłości nie ma miejsca na rozsądek."

Nie słyszałam wcześniej o książce Antoni Michaelis, a to raczej dziwne, ponieważ została wydana dość dawno i ma świetne opinie. Dlatego jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się ją przeczytać dzięki akcji Book Tour, organizowanej przez Agatę z Mini Book Review.

Abel Tannatek, outsider, wagarowicz, handlarz narkotykami. Mimo to Anna zakochuje się w nim do szaleństwa, gdyż wie, że Abel ma jeszcze inne oblicze: łagodnego, smutnego baśniarza, opiekującego się młodszą siostrą. Niezwykła opowieść, którą snuje Abel, fascynuje Annę do tego stopnia, że dziewczyna nie może o niej zapomnieć. Granica między rzeczywistością a fantazją stopniowo się rozmywa. A jeśli jej fabuła wcale nie jest fikcją i obawy Anny są uzasadnione? Ten, którego kocha, może okazać się równocześnie jej największym wrogiem… 
(źródło: Lubimy Czytać)

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po pierwszych kilku stronach to bardzo specyficzny styl, jakim jest napisana książka. Nie mogłam się 'wgryźć' w opowieść z jego powodu, przez co pierwsze 60 stron było prawdziwą katorgą. I możecie uznać to za ostrzeżenie, ponieważ nie warto odkładać tej powieści z tego powodu - to tylko kwestia przyzwyczajenia. Odniosłam wrażenie, że autorka posługuje się bardzo lirycznym językiem (taki spotykałam raczej w poezji niż prozie), występuje tu mnóstwo powtórzeń i metafor, tak oby cała opowieść pasowała do baśni snutej przez Abla. 

Jak już przeszłam do porządku dziennego ze stylem książki, zrozumiałam termin magia słów. To tak jakby autorka wzięła do ręki pędzel i malowała przepiękne ilustracje przed oczami czytelnika. Przypomniały mi się godziny spędzone z rodzicami nad baśniami, gdzie piękne obrazy były uzupełnieniem historii. Tylko, że ta baśń jest inna. Trudna, bolesna, melancholijna, taka, która chwyta czytelnika za serce stalową pięścią i nie che go wypuścić. Nie tego się spodziewałam wchodząc do świata Baśniarza. Myślałam, że - bardziej tradycyjnie - wielkiemu cierpieniu będzie towarzyszyć wielkie szczęście, tymczasem na próżno szukać w tej opowieści chwil, które nie będą zaprawione choć nutą goryczy. 

Powieść zaczyna się dość schematycznie - mamy pilną i grzeczną Annę, która jest zafascynowana typowym bad boy'em, który nie pasuje do jej idealnego świata, jej bańki wypełnionej niebieskim powietrzem. Jednak na tym schematy się kończą. Podziwiam Abla, za opowieść, którą stworzył i za to jak zajmował się swoją siostrzyczką, jednak jest to bohater tak złożony i nietuzinkowy, że do teraz nie mogę go zrozumieć. Zdecydowanie wysuwa się on na pierwszy plan i przyćmiewa Annę. Ale to chyba dobrze, bo pozwoliło mi się to na nim skupić. 

Co najbardziej mnie irytowało? Określenia typu polski handlarz pasmanterią, polak... Pewnie razi to tylko nasz naród, ale autentycznie nie rozumiem związku. Towarzystwo Anny, które wydaje się być puste i płytkie (poza Bertilem, który jest po prostu dziwny) oraz Gitta. Jak na przyjaciółkę ma do dziewczyny wyjątkowo lekceważący stosunek zwracając się do niej per 'drogie dziecko' tylko dlatego, że nie uprawia seksu, mało pije i nie pali. Choć muszę jej zwróć honor, że zrehabilitowała się troszeczkę w drugiej połowie

Baśniarz nie jest książką bez wad, a jednak prawie wszystkie wyleciały mi z głowy, dzięki zakończeniu. Absolutnie nic nie potoczyło się tak jak się spodziewałam i po głębszym namyśle, uważam, że wolałabym przerwać lekturę, kiedy Anna uczyła chłopaka jeździć na łyżwach. Jednak niezaprzeczalnie powieść jest świetna, choć wyjątkowo melancholijna. Polecam, jeżeli szukacie czegoś nowego w New Adult, czegoś co chwyci Was za serce. W moim przypadku Baśniarz sprawił, że po przeczytaniu przez piętnaście minut parzyłam na ścianę i nie wiedziałam, co myśleć. W sumie nadal nie wiem.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: styczeń 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,34/10
Ilość stron: 400
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 5 lipca 2012 r.
Wydawnictwo: Dreams

Tłumaczenie: Renata Ożóg
Cena (z okładki): 44,99 zł


  Ten Abel był... baśniarzem.
Baśń, w której wylądowała, była tak jasna i przepełniona światłem, jak chwila,
w której Abel podniósł Michi i wirował z nią w powietrzu. Ale za słowami czyhała ciemność,
ciemność, jaka panuje we wszystkich baśniach. Dopiero później, dużo później,
zbyt późno zrozumie, że ta baśń była śmiertelnie niebezpieczna.



Książka przeczytana w ramach wyzwań:

#20 Recenzja - Dziesięć płytkich oddechów


Składam się z siedmiu warstw popieprzenia
okraszonych odrobiną gównianego szaleństwa.
      
      
Poza tym, że miałam ślub kuzynki i chwilowy brak czasu na pisanie to ciężko mi zebrać słowa opisujące "Dziesięć płytkich oddechów". Nie wiem dlaczego, ale najchętniej napisałabym, że ta książka jest całkiem w porządku i zakończyła tą recenzję, zanim tak naprawdę się zacznie. Ale dla Was postaram się wyjaśnić dlaczego oceniam ją jako najsłabszą z moich sierpniowych lektur.

Opis jest dość zachęcający dla każdego fana New Adult i skusił również mnie. Bardzo tajemniczy, zdradzający akurat tyle, żeby zaintrygować czytelnika, ale nie mówiący nic konkretnego... W połączeniu z ciekawą okładką i wysokimi ocenami sprawił, że sięgnęłam po książkę Tucker prawie bez wahania. Nie do końca żałuję, ale daleko mi do zachwytów.

Kilka lat temu życie dwudziestojednoletniej Kacey Cleary rozpadło się na kawałki. Wraz z młodszą siostrą Livie, z biletami autobusowymi w kieszeni, wyruszają do Miami.
Goniąc za marzeniami i uciekając przed koszmarem, dziewczyny trafiają do apartamentowca niedaleko plaży. Rozpoczynają nowe życie.
I wszystko przebiegałoby zgodnie z planem, gdyby Kacey nie spotkała Trenta Emersona z mieszkania 1D. Zamknięta w sobie dziewczyna nie chce niczego czuć. Tak jest bezpieczniej. Dla wszystkich. Jednak w końcu ulega, otwiera serce i zaczyna wierzyć, że może pozostawić za sobą koszmarną przeszłość, by zacząć od nowa. Niestety okazuje się, że nie tylko Kacey kryje tajemnicę. Pozornie perfekcyjny mężczyzna ukrywa prawdę o wydarzeniach, których nie da się wybaczyć.
Piękna powieść o bliznach, o których nie można zapomnieć, o winie, której nie da się odkupić i o światełku w tunelu, które sprawia, że nawet najbardziej poraniony człowiek szuka w sobie siły, która pozwoli mu wykonać dziesięć płytkich oddechów…

Ta książka to prawdziwy rollercoaster emocji.

Liczyłam na tą emocjonalną przejażdżkę. Miałam nadzieję, że będę mogła płakać i śmiać się z bohaterami, przeżywać z nimi wzloty i upadki. Niestety tak się nie stało. Nie podoba mi się kreacja Trenta i Kacey. Zupełnie nie mogłam się z nimi zżyć, a ponieważ zajmują lwią część historii, nie mogłam także ich ignorować. Autorka przepuściła dziewczynę przez piekło, tylko po to, żeby później jej życie było okropne, a na koniec zafundowała jej lukrowane szczęście - odnoszę wrażenie, że za bardzo to wszystko przerysowała. Dodatkowo irytowała mnie relacja jej i Olivii, która znowu jest idealna, aż zbyt słodka. Sama mam brata i nikt mi nie wmówi, że zawsze jest tak kolorowo i przyjemnie, bo z nikim się tak dobrze nie kłóci, jak z rodzeństwem. Brakuje mi również realnego spojrzenia na Zespół Stresu Pourazowego, na który cierpi bohaterka - odnoszę wrażenie, że autorka kierowała się informacjami z filmów fabularnych - czyli brakuje tu porządnie wykonanego rozpoznania.  Do tego dochodzi Trent, czyli przystojny, idealny chłopak, który wszystko zmienia w życiu Kacey i dzięki niemu ona ma ochotę być lepszą osobą, przyjaźnić się z ludźmi itd. Czyli dokładnie to, co widziałam wiele razy wcześniej. Tajemnic głównego bohatera domyśliłam się zbyt szybko, a cała ta opowieść wydała mi się mocno przerysowana. Zakończenie nie wywołało we mnie żadnych większych emocji, było dokładnie takie, jakiego się spodziewałam.
 
Chciałabym powiedzieć, że było coś w tej powieści, co wynagrodziło mi to wszystko. K.A. Tucker porusza trudny temat radzenia sobie ze stratą czy PTSD. Pokazuje również jak straszne mogą być skutki jazdy pod wpływem alkoholu i podkreśla bardzo ważny fakt - pijany kierowca nie naraża tylko swojego życia, ale jest zagrożeniem dla wszystkich uczestników ruchu. Styl autorki jest przyjemny, a narracja jest prowadzona przez Kacey w czasie teraźniejszym. 

Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć. To nie tak, że próbuję Was zniechęcić i zdaję sobie sprawę, że książka zbiera bardzo dobre recenzje i opinie, a to znaczy, że podoba się wielu osobom. Myślę, że szczególnie przypadnie do gustu zagorzałym fanom New Adult zwłaszcza tym, którzy większą uwagę zwracają na przekaz książki niż na samą fabułę. Dla mnie jednak czegoś w tej powieści zabrakło.

Moja ocena : 5/10

Skończyłam czytać : sierpień 2015
Ocena z Lubimy Czytać : 7,96/10
Ocena z empik.com : 4,6/5
Ilość stron : 418
Data wydania : 18 czerwca 2014
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Filia
Tłumaczenie : Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki) : 39,90 zł

-Ignoscentia, to po łacinie.
-Co?
-Przebaczenie. (...)
-Dlaczego masz go na plecach?
-Ponieważ przebaczenie ma moc uzdrawiania. 

Książka przeczytana w ramach wyzwania : Czytam Opasłe Tomiska


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka