#64 Recenzja - Milion małych kawałków


Może jestem Kokainistą i Pacjentem i Pojebem Pierwszej Wody, ale daję ci dobrą radę.
Bądź bystry, bądź silny, bądź dumny, żyj honorowo i godnie i po prostu się trzymaj. Tylko się trzymaj.

Milion małych kawałków to prawdopodobnie książka, która najdłużej znajdowała się na mojej półce Chcę przeczytać w biblioteczce Lubimy Czytać. Różne powieści przychodziły i odchodziły, a James Fray przez całe lata kusił mnie swoją twórczością. Zupełnie nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po książce okrzykniętej jednym z największych skandali literackich ostatnich lat.

James budzi się na pokładzie samolotu. Nie pamiętna jak się tam znalazł, gdzie zmierza, ani jak to się stało, że jest cały sponiewierany. Z lotniska odbierają go rodzice i wysyłają na odwyk. To jego ostatnia szansa, aby przeżyć. James jest uzależniony od alkoholu przez prawie połowę swojego życia i od kilku ostatnich lat od narkotyków. Trafia do ośrodka odwykowego, jednego z najlepszych, który może się poszczycić tym, że 15% osób po zakończeniu programu wytrzymało w abstynencji dłużej niż rok.

Pierwsze, co zaskoczyło mnie to forma, ponieważ Milion małych kawałków jest napisane jak pamiętnik. Tekst nie jest wyjustowany, nie ma tu typowych dialogów, skupia się na uczuciach Jamesa, a interpunkcja to raczej sugestia, więc rzadko trafiamy na przecinki. To bardzo specyficzne rozwiązanie, ale przy tak trudnym temacie jednocześnie dające autorowi spore pole do popisu, bo niewiele go ogranicza. Tak osobista forma sprawiła, że poczułam się, jakby autor stał koło mnie i recytował swoją opowieść. Wiele myśli nagle się urywa, zdarzało się, że miałam problem, aby odróżnić słowa bohatera od jego przemyśleń czy wypowiedzi innych osób. Na samym początku zupełnie nie mogłam się w tym odnaleźć, bo tak subiektywne podejście znacznie ogranicza wszelakie opisy i skupia się na przeżyciach wewnętrznych oraz reakcjach bohatera. Zastanawiałam się, czy właśnie tak obierał codzienność, otumaniony dragami i alkoholem, bo przecież to w pełni celowy zabieg, który ostatecznie niesamowicie mi się podobał. Co jednocześnie nie zmienia faktu, że niezwykle ciężko było przywyknąć to tej formy wypowiedzi. To, co napisał James Fray było uderzające od pierwszych stron, jednocześnie smutne, tragiczne oraz straszne samo w sobie, ale dokładając świadomość, że zdarzyło się naprawdę... Nawet kiedy zaczęłam czytać, nie wiedziałam, czy chcę poznać historię Jamesa, czy chcę się zagłębić w jego świat. Jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu czułam, że powinnam - ta książka to świadectwo, relacja z walki ze samym sobą i miałam poczucie, że gdybym już mając ją w rękach odpuściła, to w jakiś sposób zawiodłabym autora. Dziwne, wiem. Autor jest bardzo obrazowy w swoich opisach i nie przebiera w słowach, dlatego zdecydowanie odradzam tą pozycję osobom o słabych nerwach. Po około 40 stronach potrzebowałam przerwy. Właśnie wtedy postanowiłam dowiedzieć się, o co właściwie chodzi z tą aferą. 

Myślałam, że książka Jamesa Freya będzie jego autobiografią o wychodzeniu z nałogów, dlatego zaskoczyła mnie przedmowa wyjaśniająca, że nie wszystko w tej opowieści zdarzyło się naprawdę. Na okładce wydawca wspomina, że Milion małych kawałków to powieść okrzyknięta jednym z największych skandali literackich ostatnich lat, z tym że nie miałam zielonego pojęcia, o jaką aferę może chodzić. Z właściwą sobie ciekawością zaczęłam drążyć, a to co wygrzebałam wprawiło mnie w zdumienie. James Fray opublikował swoją książkę w 2003 roku i prawie natychmiast trafiła ona na listy bestsellerów, po czym powtórzyła swój sukces w 2005 roku, gdy Oprah wybrała ją do swojego Klubu Książki. Niedługo późnej pewien serwis internetowy prześledził kluczowe fragmenty z Miliona małych kawałków i doszukał się wielu nieścisłości w kluczowych jej fragmentach. Jeśli interesuje Was (mniej więcej), o co było tyle szumu podrzucam Wam parę linków: James Fray zmyślona biografia, Powrót skandalisty, wywiad Oprah z Jamesem 5 lat po wybuchu afery.

Po tym, czego się dowiedziałam, przez dłuższy czas zaczęłam inaczej odbierać książkę Fraya. Doszukiwałam się przekłamań w jego słowach, analizowałam sytuacje, w których się znalazł, myślałam nad fabułą i starałam się odsiać prawdę od fikcji. Poległam. Aż w końcu doszłam do wniosku, że to nie ma znaczenia - przekłamana czy nie, książka Jamesa Fraya porusza do głębi, wstrząsa, zasmuca i przeraża. James wychował się w normalnym domu, z kochającymi rodzicami, którzy o niego dbali, a jednak skończył uzależniony. To sprawia, że zadaję sobie pytanie, czy ja również mogłabym pójść tą drogą, bo co nas właściwie odróżnia? Osoby, które spotyka James w ośrodku są ludźmi z krwi i kości, pracownicy, pacjenci, wszyscy przechodzą przez to samo i wielu, których poznaliśmy na kartach tej powieści, nigdy nie wyszło z nałogu. Milion małych kawałków to powolna droga do odkupienia, która prowadzi czytelnika przez piekło nałogów, przez czyściec do abstynencji, a każdy krok jest usłany cierniami. 

Nie mogłam przerwać lektury, gdybym to zrobiła zapewne już nie otworzyłabym tej książki. Więc siedziałam i czytałam, zbierałam w sobie energię, żeby przebrnąć przez kolejną kartkę. Nigdy nie przerażały mnie długie powieści, ale mogłabym przysiąc, że każdą stronę odbierałam jak dwie. To tak jakby ta pięćset stronicowa książka miała ich z tysiąc, a przyswojenie każdej z osobna odbierało mi siły.

Milion małych kawałków to mroczne świadectwo, skupiające się głównie na pobycie Jamesa na odwyku. Nie wiem na ile prawdziwe. Ta powieść jest smutna i zarazem pełna nadziei, brutalna i naturalistyczna, opowiadająca o życiu, przetrwaniu i nałogach. Naprawdę wyczerpująca psychiczne. Nie chciałam o niej pisać, nie chciałam jej oceniać, bo nie potrafię zdystansować się do słów Jamesa Fraya. To książka, która choć daje nadzieję, rozbiła mnie na milion małych kawałków i chyba potrzebuję chwili, żeby pozbierać się do kupy. Zdecydowanie odradzam osobom o słabych nerwach.


Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,12/10
Ilość stron: 518
Okładka: miękka
Data wydania: 18 marca 2015 r.
Wydawnictwo: Burda Książki 
Tłumaczenie: Patryk Gołębiowski
Cena (z okładki): 34,90 zł


Jak się tu znalazłem. Jak trafiłem w to miejsce w tej chwili tego dnia z tym uczuciem
historią przeszłością kłopotami życiem tym strasznym pojebanym nic niewartym zmarnowanym życiem jak
[...] Mam dwadzieścia trzy lata i jestem Alkoholikiem od dziecięciu lat i Narkomanem i Przestępcą
prawie tyle samo i jestem poszukiwany w trzech stanach i jestem w Szpitalu w samym środku Minnesoty
i chcę się napić i chcę się naćpać i nie mogę się powstrzymać.
Mam dwadzieścia trzy lata. 



Młodzieniec przyszedł do Starca po radę,
Starcze, rozbiłem coś.
Jak bardzo to rozbiłeś?
Na milion małych kawałków.
Obawiam się, że nie mogę ci pomóc.
Dlaczego?
Nic się nie da zrobić Nie można tego naprawić.
Dlaczego?
Jest za bardzo rozbite. Na milion małych kawałków.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#63 Recenzja - Wybacz mi, Leonardzie



Mam taką teorię, że z wiekiem tracimy zdolność do bycia szczęśliwym.

Jest to jedna z tych książek, po które nie sięgnęłabym, gdyby nie bardzo kusząca promocja, na jaką natknęłam się w Empiku. Słyszałam wiele dobrego o twórczości autora, dlatego nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jego powieści.

Leonard Peacock kończy osiemnaście lat. Z tej okazji szykuje prezenty dla przyjaciół, goli głowę na łyso i zabiera do szkoły pistolet… Tego dnia zamierza rozliczyć się z przeszłością i dorosłymi, którzy go nie rozumieją. W świecie Leonarda nie ma miejsca na kompromisy, wszystko jest albo czarne, albo białe. Jak w starych filmach z Humphreyem Bogartem... Pif-paf!
„Wybacz mi, Leonardzie” to jedna z trzech powieści młodzieżowych Matthew Quicka. To książka o szukaniu zrozumienia i buncie przeciwko zasadom, którymi kierują się dorośli.
(Źródło: Moondrive)

Chciałabym jakoś przybliżyć Wam fabułę Wybacz mi, Leonardzie, ale troszeczkę nie wiem, jak to zrobić. Spotykamy Leonarda w dniu jego osiemnastych urodzin i ma on dość wyjątkowy plan na ich spędzenie. Chłopak doszedł do wniosku, że ma już dość świata, w którym przyszło mu żyć, więc postanawia popełnić samobójstwo i zabrać ze sobą Ashera (o tym dlaczego i kim on jest dowiecie się troszeczkę później). Przez ten jeden dzień razem z Leonardem wykonujemy misternie obmyślony plan i zmierzamy ku końcowi jego egzystencji, jednocześnie dowiadując się, co go pchnęło do tak dramatycznej decyzji. To, wraz z opisem przygotowanym przez wydawcę, da Wam mniej więcej obraz fabuły.

Dawno nie zrobiłam tylu surowych notatek podczas czytania, dobrze że miałam pod ręką komputer, bo inaczej wszędzie latałyby świstki papieru. Nie wiedziałam do końca, czego właściwie mogę się spodziewać po Wybacz mi, Leonardzie, ale nie oczekiwałam, że książka Mattthew Quicka wywoła we mnie, aż tyle refleksji. To jedna z tych powieści, które nadzwyczaj często odkładałam na bok - tak mniej więcej, co dwa rozdziały. Aby odpowiednio ją odebrać musiałam przerwać lekturę i zastanowić się nad słowami Leonarda. Przemyśleć jego decyzje, dopasować do fragmentów układanki, które już miałam i zastanowić się, co właściwie go motywuje. No i oczywiście zrobić odnośnie tego wszystkiego przynajmniej krótką notatkę, bo przemyśleń i wrażeń było tak wiele, że nie dałabym rasy pamiętać o każdej, którą chciałam poruszyć. Ta powieść niejednokrotnie wywołała u mnie melancholię, bo i pytania, które stawia sobie Leonard są smutne. Dlatego nie dziwią mnie jego wycieczki metrem w poszukiwaniu szczęśliwych dorosłych, choć moim zdaniem przecenia on ich znaczenie w swoim życiu. Może wszyscy jesteśmy skazani na powtarzanie tych samych błędów, co ogół społeczeństwa, być może wszyscy jesteśmy niewolnikami obecnego systemu.

Od pierwszych rozdziałów da się wyczuć, że Wybacz mi, Leonardzie to nie jest pierwsza książka Matthew Quicka, ponieważ styl autora jest bardzo plastyczny, czuć że wie, co chce przekazać. Każdy dialog, czy wtrącenie ma przybliżyć czytelnika do odkrycia motywów głównego bohatera i jego tajemnic. W przeważającej części książka stanowi zbiór monologów Leonarda, przez co jako taka akcja posuwa się stosunkowo powoli. Wyjątkowo poruszające były listy z przyszłości, które chłopak napisał w imieniu osób, które mógłby kiedyś spotkać, pokazywały jego wrażliwość na świat i chęć do życia, której brak w innych jego wypowiedziach. Autor idealnie się spisał wchodząc w skórę Leonarda, bo tak osobiste podejście do bohatera mogło łatwo nie zdać egzaminu, tymczasem miałam wrażenie, jakbym czytała coś na kształt autobiografii lub pamiętnika. To, co średnio mi pasowało w tej książce, to całe mnóstwo przypisów dolnych, które były pewnego rodzaju wtrąceniami Leonarda. Nie chodzi mi tu do końca o samą formę, ale sposób, w jaki widnieją w książce. Przeszkadza mi układ tych adnotacji, często zdarzało się, że musiałam odwrócić stronę aby je dokończyć i wrócić na poprzednią aby kontynuować tok myślowy chłopaka. Poza tym bywało, że były wyjątkowo długie, co utrudniało zachowanie płynności w akcji i czytając musiałam być mocno skupiona na tekście. Teoretycznie to nie wada, ale zdecydowanie wolę utrzymana płynność fabuły.

Leonard Peacock jest specyficznym bohaterem, zadającym wyjątkowo trudne pytania, moim zdaniem również bardzo wrażliwym i... zupełnie do mnie nie podobnym. Podejrzewam, że gdybym natknęła się na niego na ulicy, podobnie jak wiele osób, z którymi miał styczność, uznałabym go za dziwaka. To sprawiło, że przez lwią część tej powieści nie mogłam się z nim zżyć, nie pochwalałam ani jego działań, ani toku rozumowania. W zbrodni nie ma przekazu, a popełnienie jej budzi mój głęboki sprzeciw, ponieważ żyjemy w świecie, który sam w sobie jest niebezpieczny. Scena z nauczycielką, którą doprowadził do łez, duma, że nie podejdzie on do egzaminów, nie będzie uczęszczał na studia... nie potrafiłam go zrozumieć. Zadawał ważne pytania, miał dobre spostrzeżenia na temat codzienności, a mimo to zamiast spróbować coś zmienić, poprzez bezczynność stawał się częścią systemu, którego tak bardzo nienawidził. Jednak... Mieliście kiedyś tak, że zanotowaliście sobie całe mnóstwo uwag do recenzji odnośnie bohatera czy treści, a później jedyne do czego się nadają to wyrzucenie do śmieci? Jak bardzo zmienia się nasz pogląd na książkę, kiedy przeczytamy już ostatnie zdanie. Okazuje się, że odbieramy ja zupełnie inaczej. I również tak bardzo ewoluował mój początkowy obraz Leonarda, po przeczytaniu tych ostatnich stron. Różnica jest tak duża, że gdybym teraz miała okazję go spotkać, chętnie posłuchałabym, co ma do powiedzenia i z przyjemnością wypiłabym z nim kawę.

Książka Matthew Quicka okazała się znacznie lepszą pozycją, niż mogłabym sądzić po pierwszych rozdziałach. Niesie ze sobą ważny przekaz i pokazuje wiele aspektów obecnego świata, na które my również powinniśmy zwrócić uwagę. Nie znajdziecie tu ckliwej opowieści o miłości, będącej lekiem na wszelkie zło, jak również gotowych rad, jak przetrwać w dzisiejszej rzeczywistości. To bardzo melancholijna pozycja, wyróżniająca się nietypowym bohaterem i wyjątkową wrażliwością na świat, a na ocenę, którą jej wystawiłam ogromnie wpłynęło to, czego dowiedziałam się w ostatnich rozdziałach.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 8,05/10
Ilość stron : 406
Data wydania : 8 października 2014 r.
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : Moondrive
Tłumaczenie : Jacek Konieczny
Cena (z okładki) : 39,90 zł


Zastanawialiście się kiedyś nad wszystkimi wieczorami waszego życia,
których nie potraficie sobie przypomnieć? Tak prozaicznymi, że mózg nie zadał sobie trudu,
by je zarejestrować. Setki, może tysiące wieczorów rozpoczęło się i zakończyło,
nie pozostawiając żadnego śladu w pamięci. Czy to was nie przeraża?
A co, jeśli wasz umysł zapamiętuje te niewłaściwe wieczory?


Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

#62 Recenzja - Black Ice



Każdy musi mieć jakieś sekrety - oznajmił. - Dzięki nim jesteśmy podatni na ciosy

Ostatni raz z twórczością Becci Fitzpatric miałam do czynienia przy okazji sagi Szeptem. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z tą serią byłam zachwycona, natomiast kiedy ją kończyłam… już nie do końca. Dlatego właśnie sporo minęło zanim sięgnęłam po Black Ice. Z zaskoczeniem stwierdziłam, że autorka porzuciła romans paranormalny na rzecz czegoś na kształt thrillera lub kryminału, dalej jednak skierowanego bardziej do młodzieży niż dorosłego, co oczywiście nie oznacza, że i tym drugim się nie spodoba.

Nie daj się zwieść pozorom!
Britt długo przygotowywała się do wymarzonej wyprawy wzdłuż łańcucha górskiego Teton. Niespodziewanie dołącza do niej jej były chłopak, o którym dziewczyna wciąż nie może zapomnieć. Zanim Britt odkryje, co tak naprawdę czuje do Calvina, burza śnieżna zmusza ją do szukania schronienia w stojącym na odludziu domku i skorzystania z gościnności dwóch bardzo przystojnych nieznajomych. Jak się okazuje, obaj są zbiegami. Britt staje się ich zakładniczką. W zamian za uwolnienie zgadza się wyprowadzić ich z gór.
Gdy dziewczyna odkrywa mrożący krew w żyłach dowód na to, że w okolicy grasuje seryjny morderca, a ona może stać się jego kolejnym celem, sprawy przybierają dramatyczny obrót…
(Źródło: Moondrive)

Góry, śnieżyca, pustkowie... to właśnie lubią twórcy kryminałów. Pozwala to stworzyć atmosferę grozy i niebezpieczeństwa ukrywającego się w głuszy i, tak jak śnieg, otaczającego bohaterów ze wszystkich stron. Ten klimat przerażenia i czarne chmury nieustannie zbierające się nad głowami wszystkich zaangażowanych to jedna z największych zalet tej powieści. Becca Fitzpatric stworzyła świetną, zajmującą historię, której nie mogłam przerwać, dopóki nie dowiedziałam się, jak się kończy. Autorce udało się mnie wciągnąć w swój świat i sprawić, że praktycznie mogłam poczuć na własnej skórze emocje towarzyszące bohaterom. Dodatkowo, choć podejrzewałam, jak rozwiążą się pewne sytuacje, pisarce nieraz udało się mnie zmylić i sprawić, że zaczynałam wątpić w sprawy, których jeszcze parę stron wcześniej byłam pewna.

Przypadła mi do gustu zwłaszcza kreacja bohaterów, bo nie do końca wiedziałam, czego się po nich spodziewać. Potrafili zaskoczyć mnie swoimi decyzjami, które zmieniały się wraz z rozwojem historii. Weźmy na przykład Britt. Była dość sympatyczną postacią, wzbudziła moją aprobatę tym, że sama starała się znaleźć wyjście z sytuacji,  w której się znalazła, a z drugiej strony przeżywała również momenty załamania. To sprawiło, że wydawała się bardziej ludzka, prawdziwsza i dużo łatwiej było ją polubić. Mason od samego początku niezmiernie mnie zaciekawił, bo jaki nowo poznany facet udaje czyjegoś chłopaka, tylko dlatego, żeby nie zawstydzić nieznajomej dziewczyny.?Poza tym od samego początku przeczuwałam, że musi się za nim kryć coś więcej. Generalnie nie pojawiło się tu wcale wielu bohaterów, co moim zdaniem działało zarówno na korzyść i niekorzyść akcji. Na plus, że można się dobrze skupić na wszystkich wydarzeniach bez obawy, że umknie nam kto jest kim, natomiast minusem jest, że mniej postaci to mniej teorii spiskowych. 

Średnio podobała mi się przyjaźń pomiędzy dwiema bohaterkami, która od samego początku wydawała się po prostu jakimś dziwnym rodzajem toksycznej relacji. Najbardziej irytujący był fakt, jak autorka ją przestawiła, bo wyglądało to mniej więcej w ten sposób: Britt wspomina jakiś fakt z ich wspólnej przeszłości, który utwierdzał mnie w tym przekonaniu, a zaraz później dodaje, że przecież mimo to ją uwielbia, bo jest jej najlepszą przyjaciółką. Szkoda, że czytelnik nie moze właściwie dowiedzieć się, dlaczego te dwie dziewczyny połączyła taka więź. Nie do końca pasuje mi też zakończenie, bo zabrakło w nim tego wyjątkowego klimatu, który czuło się wcześniej.

Nie jestem fanką kryminałów czy thrillerów - nie znaczy to wcale, że źle mi się je czyta, jednak sięgam po te gatunki wyjątkowo rzadko. Mimo to Black Ice to naprawdę dobra powieść, przy której świetnie spędziłam czas - ie dość, że autorka potrafiła wciągnąć mnie w swoją historię to jeszcze udało się jej mnie zaskoczyć. Nie jest to wprawdzie powieść bez wad i naprawdę nie wiem, jak zareagują na nią fani tych gatunków, ale ja jestem bardzo zadowolona z tego, co otrzymałam od Becci Fitzpatric.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,2/10
Ilość stron : 448
Data wydania : 5 listopada 2014 r.
Okładka : miękka z zakładkami
Wydawnictwo : Moondrive
Tłumaczenie : Mariusz Gądek
Cena (z okładki) : 39,90 zł



Obojgu nam groziła śmierć. Taka była zimna, bezwzględna prawda.
Nie zamierzałam zmarnować tych ostatnich minut, jakie być może nam pozostały.
Nie chodziło tu o pożądanie. To była gwałtowna, paląca potrzeba. Gorąca afirmacja życia.


Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam

Moje ulubione cytaty #3


Kolejna już odsłona mojego zeszytu z cytatami. Miłego czytania!

Odsłona pierwsza - klik! - i druga - klik!












#61 Recenzja - Taniec w ogniu



Miłość to zgoda na to, by być złoczyńcą, aby ten, którego kochasz, mógł pozostać bohaterem.

Próba ognia Josepihne Angelini przywróciła mi wiarę w młodzieżową fantastykę. To świetnie dopracowana książka, która budzi mnóstwo emocji i nie pozwala się nudzić, a świetni bohaterowie sprawiają, że czytelnik nie jest w stanie pozostać wobec nich obojętnym. Nikogo chyba nie zdziwi, że w takim razie absolutnie nie mogłam się doczekać sięgnięcia po kontynuację.

Poza opisem recenzja NIE ZAWIERA spojlerów z poprzedniej części.

,,Jestem czarownicą, a czarownice wzniecają ogień."
Lily wraca do swojego świata i jest gotowa aby ułożyć sprawy z Rowanem. Co prawda omal nie zginęła w płomieniach i musi ukrywać swoją moc, lecz w porównaniu z walkami toczonymi w alternatywnym Salem, jej życie naprawdę układa się dobrze.
,,Myślisz, że jestem potworem, lecz moje wybory, choć wydają się okrutne, są uzasadnione."
Niestety Lillian, bezwzględna władczyni trzynastu miast nie pozwoli Lili odejść tak łatwo. Stara się przekonać Lily do powrotu i znaleźć dla niej drogę do alternatywnego Salem.
(Źródło: Wydawnictwo Jaguar)

Josepine Angelini umieściła w swoich książkach to, co kocham w fantastyce - magię, rewelacyjnie wykreowany świat oraz nietuzinkowych bohaterów. Już Próbą ognia podbiła moje serce, a kontynuacja sprawiła, że trylogia Worldwalker na stałe zapewniła sobie miejsce w gronie moich ulubionych powieści. Taniec w ogniu jest lepszy niż mogłam sobie wyobrazić, ponieważ autorka nie boi się podejmować trudnych decyzji i stworzyła bohaterów, którzy na długo zapiszą mi się w pamięci, a ich decyzje - zarówno dobre, jak i złe - dotykają mnie tak bardzo, jakbym stała tuż koło nich. A to nie lada sztuka. Przy ilości książek, które czytam wcale nie tak łatwo przekonać mnie, że występujące w nich postaci zasługuję na uwagę po zakończonej lekturze. Nawet jeśli ich polubię, najczęściej zapominam o nich zaraz po zapoznaniu się z daną pozycją, tymczasem dzięki Lilian i Rowanowi nawet teraz - już dobrych parę godzin po przeczytaniu Tańca w ogniu - wciąż analizuję ich decyzje i zastanawiam się, co mogliby zrobić inaczej.

To właśnie oni, zwłaszcza Lilian są częściowo odpowiedzialni za wyjątkowość tej powieści. Lady Salem i Lily. Pozornie dwie całkiem różne osoby, ale z drugiej strony obie są wersjami tej samej kobiety. Obie skłonne do poświęceń, nawet za wysoką cenę. Czy Lilian naprawdę jest czarnym charakterem w tej opowieści? Tym razem otrzymałam dużo większy wgląd w jej działania i motywacje, już wiem, co nią kierowało i mimo jej okropnych czynów... rozumiem ją. Potrafiła zmiażdżyć swoje serce i zdusić sumienie, wręcz zaprzedać duszę w imię tej jednej krucjaty, która według niej jest słuszną drogą. To jak bardzo jest niejednoznaczna, czyni z niej absolutny ewenement pośród bohaterów dzisiejszej fantastyki, zwłaszcza tej młodzieżowej, gdzie zbyt często wszystko jest czarne albo białe. Zresztą podobnie jest Rowanem, który podjął decyzje łamiące mi serce, ale i tak rozumiem dlaczego to zrobił. Jest tak bardzo ludzki w swoim strachu przed Splotami, w przerażeniu do czego będzie zdolna Lily, jeśli będzie musiała być tak bezwzględna, jak obecna Lady Salem. Krótko mówiąc Josepine Angelini wykreowała fantastycznych, bardzo ludzkich bohaterów, którzy niezwykle szybko zapadli mi w pamięć i, choć nie zawsze popieram ich decyzje, to właśnie one czynią ich tak wyjątkowymi.

Pokochałam motyw alternatywnych światów, bo szczerze mówiąc to pierwszy raz, kiedy spotykam się z takim jego wykorzystaniem. To sprawia, że zadaję sobie pytanie jak bardzo wpływają na naszą osobowość podjęte decyzje i środowisko, w jakim dorastaliśmy. Ale jeszcze bardziej zachwyca mnie nowatorskie podejście autorki do mocy magicznych, zwłaszcza to, że czarownice są w teorii tak potężne, a jednak praktycznie bezradne bez swoich mechaników. Samo wykorzystanie wolitów, stosu czy ognia, to coś absolutnie wyjątkowego z czym się wcześniej nie spotkałam, jednak uwielbiam ten pomysł i autorkę, za sam fakt, że uwierzyłam, iż można mnie jeszcze zaskoczyć.

Taniec w ogniu to po prostu mistrzowska kontynuacja genialnej powieści - nic dodać, nic ująć. Ma w sobie wszystko to, co kocham i potrafi mnie zaskoczyć, czego chcieć więcej? Josephine Agngelini stworzyła wyjątkową historię, do której jeszcze nie raz wrócę, bo trafiła do grona moich ulubionych serii. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Próbą ognia, zróbcie to teraz, bo tak dobra powieść nie może przejść niezauważona. Gorąco polecam.

Moja ocena: 9/10

Skończyłam czytać: sierpień 2016 r.
Ocena z Lubimy czytać: 7,2/10 
Ilość stron : 488
Data wydania : 31 lipca 2016 r.
Okładka : miękka
Wydawnictwo : Jaguar
Tłumaczenie : Dominika Repeczko
Cena (z okładki) : 37,90 zł


Lily spojrzała na melony, które ciągle jeszcze trzymała w ramionach, i poczuła się niedorzecznie.
- Przed chwilą wniosłam do środka naręcze kwiatów, z którym wyglądałam szalenie seksownie.
Ale ty oczywiście musiałeś pojawić się w chwili, gdy niosę melony.


Próba ognia  |  Taniec w ogniu





SPOJLER ALERT!
Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie zdążyła jeszcze przeczytać tej książki, ale po prostu muszę to siebie wyrzucić. Nie mogę znieść zdrady Rowana. Choć w pewnym sensie go rozumiem. Ale, ale... jak on mógł w jednej chwili twierdzić, że kocha Lily, a w następnej odebrać jej wolity? To dosłownie złamało mi serce, bo wcześniej absolutnie go uwielbiałam. Poza tym jak można zakończyć książkę w takim momencie? Ja chcę wiedzieć, o co biega z tym Rojem i co się stało z Lily i jej mechanikami! No i Rowanem... Chlip. Ja chcę kontuację. Teraz. Zaraz.

#60 Recenzja - Ocalenie Callie i Kaydena


[...] Ponieważ ponowne powitanie kogoś, kogo się straciło, nieczęsto bywa łatwe.
Zwłaszcza gdy nie jest się pewnym, kim ten ktoś się stał.

Po fantastycznych Przypadkach Callie i Kaydena nie czekałam długo z sięgnięciem po kontynuację. Jessica Sorensen w porównaniu do innych powieści z gatunku New Adult zachwyciła mnie swoją książką i sposobem w jaki poprowadziła akcję. Dlatego właśnie oczekiwałam, że Ocalenie będzie przynajmniej tak dobre, jak pierwsza część. 

Receznja NIE ZAWIERA spojlerów z poprzedniej części 

Mroczny sekret, od lat skrywany przez Kaydena w końcu wyszedł na jaw. Co gorsza, chłopak stoi w obliczu groźby oskarżenia przed sądem o pobicie. Jedynym sposobem, by mógł oczyścić swoje imię jest zdradzenie przez Callie jej tajemnicy. Ale Kayden nigdy jej o to nie poprosi. Zamiast tego zrobi wszystko, co w jego mocy, by ją chronić. Nawet jeśli oznacza to opuszczenie przez niego jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek pokochał.
Callie wie, że Kayden pogrąża się w ciemności i rozpaczliwie pragnie go ocalić. Lecz uda jej się to jedynie wtedy, gdy stawi czoła swojemu największemu lękowi i wyzna wszystkim własne bolesne tajemnice. Pomysł przerwania milczenia wzbudza u niej trwogę, ale nie tak wielką, jak myśl o utracie Kaydena.
Źródło: Wydawnictwo Zysk i S-ka

W pierwszej części Jessica Sorensen ujęła mnie głównie realizmem uczuć pomiędzy głównymi bohaterami, tak  rzadko ostatnio spotykanym  w książkach z gatunku New Adult. Oczywiście dodatkowo autorka kusiła ogromnym ładunkiem emocji oraz poruszającym zakończeniem, i o ile uczuć nie zabrakło w kontynuacji, to wszystkiego innego już tak.

Moim zdaniem Ocalenie Callie i Kaydena to zupełnie zbędna część, którą spokojnie można by skrócić i umieścić w pierwszym tomie. Mimo, że autorka nie zawodzi w tym, za co tak bardzo ją polubiłam, to gdzieś uciekły wszystkie inne plusy. Głęboko rozczarowujący jest fakt, że po tak dobrym pierwszym tomie, ten jest zwyczajnie średni - poza paroma scenami zabrakło tu tego emocjonalnego ładunku i zaskakujących elementów w fabule. Tytuł tej powieści jednocześnie sugeruje czytelnikowi jej wnętrze i czułam się zawiedziona, że Jessica Sorensen nie zdecydowała się na żaden odważniejszy ruch i poprowadziła akcję dokładnie tak, jak się spodziewałam. Nie otrzymałam natomiast tego, na co naprawdę liczyłam - tej emocjonującej przejażdżki i przynajmniej lekkiego niepokoju o losy bohaterów. Niestety nie wystarczyły tutaj przepychanki Callie z matką i niepokój o Kaydena. Jak mogę cieszyć się z faktu, że jedyne co wyniosłam z tej części to potwierdzenie scenariusza w mojej głowie, który powstał zanim po nią sięgnęłam? Mimo to nie twierdzę, że to zła książka. Styl autorki jest przyjemny w odbiorze, historia rozpoczęta w pierwszym tomie otrzymała dostateczną kontynuację i nie żałuję czasu, jaki poświęciłam na poznanie dalszych losów Callie i Kaydena. Problemem jest natomiast to, że Ocalenie stało się książką jakich wiele - ot takie czytadło na wolny wieczór, a spodziewałam się po niej znacznie, znacznie więcej.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać bez spojlerów, bo rozczarowanie wręcz się ze mnie wylewa. Jessica Sorensen w Przypadkach świetnie poradziła sobie z poprowadzeniem akcji, zapewniając czytelnikowi emocje i zwroty akcji w dobrze wyważonych proporcjach, a przez Ocalenie Callie i Kaydena sama strzeliła sobie w stopę. Moim zdaniem ta powieść padła ofiarą syndromu drugiej części i nie wniosła niczego, czego czytelnik nie mógł się domyślić po lekturze pierwszego tomu. Szkoda. 

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać : 7,87/10
Ilość stron : 384
Data wydania 19 października 2015 r.
Okładka miękka z zakładkami 
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Tłumaczenie Ewa Helińska
Cena (z okładki) : 34,90 zł


- Callie to się nazywa wycieczka niespodzianka.
Przeciągam dłonią po twarzy.
- Biorąc wszystko pod uwagę, sądzisz, że to dobry pomysł?
- Nie, ale ja nigdy nie byłem jednym z twoich mądrych pomysłów - odpowiada.
- Wierzę w irracjonalne, nagłe decyzje, które czynią życie interesującym.
A życie musi być interesujące, bo mamy tylko jedno.



#59 Recenzja - Wiedźmy z Savannah. Ród



Kłamstwo jest całkiem proste. To prawda jest taka skomplikowana.
Jest jak cebula, zawsze znajdziesz kolejną warstwę, jeśli będziesz obierać dalej.

Nie byłam pewna, czy chcę sięgać po Ród. Z jednej strony J.D. Horn kusił mnie motywem wiedźm i urokliwego Savannah, a z drugiej strony odstraszały niebyt przychylne recenzje. Wiedźmy z Savannah miały w sobie zapowiedź tego, co uwielbiam - wiedźmy, czarownice, magię... do tego rodzinny dramat i niewyjaśnione morderstwo. A wszystko to okraszone hoodoo i duchami, rozgrywające się w klimacie gorącego Savannah. To idealny przepis na książkę dla każdego fana fantastyki, prawda? Okazuje się, że jednak niezupełnie. 

Czary, zagubione dusze, hoodoo - to codzienność Savannah, pięknego miasteczka kryjącego upiorne sekrety. Cienkiej granicy pomiędzy rzeczywistością ludzi a światem demonów strzeże ród Taylorów, najpotężniejszych czarownic na południu USA. Gdy głowa rodziny umiera w tajemniczych okolicznościach, ktoś musi zająć miejsce lidera i powstrzymać zło, które zaczyna przenikać do miasta…
Mercy Taylor jako jedyna z rodu nigdy nie dysponowała magicznymi mocami. To ona jednak wyciąga czerwony los, który naznacza ją jako wybrankę. Co się za tym kryje? Jak zareaguje jej siostra, Maisie, która dotychczas wydawała się faworytką? I dlaczego narzeczony Maisie nagle nie może oderwać wzroku od Mercy?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Podeszłam do tej historii ze sporym entuzjazmem, od samego początku przypadł mi motyw sióstr, gdzie jedna z bliźniaczek jest wręcz wypełniona magią, a druga nie posiada jej wcale. Do tego doszła jeszcze cała rodzina Mercy, w której każdy poza nią posiadał moc, przez co dziewczyna była outsiderem. Te rodzinne przepychanki, tajemnice, które skrywali Taylorowie, a nawet dramaty miłosne sprawiły, że w pewnym momencie czułam się, jakbym oglądała trochę mniej zawiłą, okraszoną magią Modę na sukces. A jednak mimo to Ród całkiem mi się podobał, kolejno ujawniane przez autora sekrety zaskakiwały, a perypetie miłosne Mercy były całkiem interesujące. Myślę, że w moim wypadku Wiedźmy z Savannah to takie gulity pleasure, książka która ma sporo wad, ale jednocześnie zapewniająca mi naprawdę świetnie spędzony czas. Naprawdę nie wiem, jak to inaczej nazwać. Kiedy wychodziły na jaw kolejne sekrety Taylorów z jednej strony miałam ochotę się śmiać, a z drugiej byłam tak zaintrygowana tym, co ukrywają, że nie mogłam oderwać wzorku od tekstu. Podobnie zresztą było przy innych wątkach. 

Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o bohaterach. Gdzieś umknęło mi dlaczego właściwie Mercy czuje coś zarówno do Jacksona, jak i Patrica. Jedyne, co mogę przywołać teraz w pamięci, to że ten pierwszy był bardzo przystojny, a drugi był najlepszym przyjacielem dziewczyny - to właśnie główne cechy charakteru, które ich określają. Zresztą nie tylko ich. Mnogość bohaterów sprawia, że autorowi zwykle ciężko zagłębić się w ich portret, ale niektórzy całkiem dobrze sobie z tym radzą. Niestety J.D. Horn nie załapał się w to grono i zabrakło mu troszeczkę głębszych portretów jego postaci. Bliźniaczki mają niecałe dwadzieścia lat, ale przysięgam, że gdybym o tym nie wiedziała, dałabym im może po siedemnaście. Zwłaszcza Mercy. Dziewczyna łaknęła zarówno magii, jak i miłości i - patrząc na jej dzieciństwo rozumiałam to, naprawdę, ale jednocześnie czyniło ją to wyjątkowo naiwną, a gdzieś tam zabrakło jej pewnego dystansu i opanowania.  Nie jestem pewna, co mogę powiedzieć o Maise, bo nie było jej w fabule przez większość czasu, ale jestem ciekawa, jak potoczą się jej dalsze losy. Natomiast moim ulubionym bohaterem został Oliver i żałuję, że autor nie poświęcił mu więcej czasu, co mam nadzieję zmieni się w kolejnej części.

Styl autora jest lekki i przyjemny w odbiorze, nasycony dialogami, dzięki czemu książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Troszeczkę zabrakło mi opisów, ponieważ osobiście lubię sobie dokładnie wyobrazić bohaterów i miejsce akcji. Czasami też miałam problem, żeby odnaleźć się natychmiast w danej scenie, bo J.D. Horn lubi skakanie pomiędzy wątkami, co nie zawsze wychodziło mu na dobre.

Generalnie Ród to dosyć przeciętna powieść i nie najgorsze otwarcie serii, jeśli miałabym ją ocenić obiektywnie. Podobał mi się pomysł z bliźniaczkami, punkt kulminacyjny zaskoczył, a motyw wiedźm i kotwiczących był dokładnie w moim guście, ale prawdę mówiąc gdzieś tam, to wszystko już było. Wiedźmy z Savannah zostały dla mnie typową książką typu guilty pleasure, ponieważ choć świetnie spędziłam czas z tą opowieścią, nie mogłam nie zauważyć jej wad i niestety pewnego braku oryginalności. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lipiec 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 336
Okładka: miękka
Data wydania: 22 kwietnia 2015 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jerzy Bandel
Cena (z okładki): 34,90 zł




Książka przeczytana w ramach wyzwania Kiedyś przeczytam 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka