Recenzja - „Fatalna lista” Siobhan Vivian


Co prawda wszystkie te dziewczyny znalazły się na liście, jednak każda miała swój świat.
Nic ich nie łączyło.

Spotkałam się z twórczością Siobhan Vivian przy okazji współtworzonej z Jenny Han serii Ból za ból  i - choć miała swoje wady - była to naprawdę miła lektura. Nastawiona pozytywnie przez tamto doświadczenie postanowiłam przekonać się na co stać autorkę, gdy pisze sama. Fatalna lista brzmiała naprawdę interesująco, ponieważ był to swego rodzaju nowy pomysł. Szkoda tylko, że  ten pomysł okazał się jedynym, co przyjdzie mi pochwalić w tej książce...

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt. W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły. 
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Osiem głównych bohaterek i dzień trwający około 80 stron - potrzeba by naprawdę wybitnego pisarza, żeby ten zabieg się udał... ponieważ Siobhan Vivian zupełnie to nie wyszło. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni sześciu dni, czyli od wywieszenia tytułowej listy do balu, od poniedziałku do soboty. Osobiście nie jestem fanką tak krótkiego, ograniczonego czasu fabuły, nawet w przypadku, gdzie narrator miał sporo do opowiedzenia z powodu ilości bohaterów. Zawsze wydaje mi się to przekłamane - nawet jeśli w postaciach zachodzą jakieś zmiany to im nie wierzę, a ponadto w zwykłym liceum nie wydarzyłoby się wystarczająco pasjonujących rzeczy, żeby zapełnić taką ilość stron. Chociaż szczerze mówiąc tu nie było inaczej. Ile można pisać o sukienkach na bal, liście i chłopcach? Te trzy wątki sprawiły, że Fatalna lista jest bardzo monotematyczna, bo choć mamy wgląd w myśli aż ośmiu bohaterek, to generalnie wszystkie one rozwodzą się o tym samym. Zabrakło tu jakiś zwrotów akcji, tajemnic, niespodzianek... czegoś przerywającego tę - mówiąc prosto - nudę.

Strasznie nie podoba mi się ilość bohaterów, których poznanie Siobhan Vivian chce wymusić na czytelniku. Każda z dziewczyn z listy ma jeszcze swoje przyjaciółki, rodzinę i ewentualnego chłopaka, więc możecie sobie wyobrazić, że mnogość postaci jest po prostu zatrważająca. Nawet jeśli dziewczyny miały swoje problemy - jak choćby Bridget czy Danielle - nie miałam czasu ich przetrawić, bo dostawały bardzo niewiele czasu. Ten sam problem wystąpił przy jakiejkolwiek próbie zżycia się z bohaterkami. Pewnie wiecie, że najlepsze książki to te, gdzie główna postać jest czytelnikowi bliska, bo wtedy wraz z nią przeżywamy wzloty i upadki, sukcesy i porażki, a każda strona jest ważna. Nieistotne czy kibicujemy dobremu czy złemu charakterowi - jeśli w fabule znajdzie się ktoś, kto skłania nas do zaangażowania się w daną historię, to te powieści zwykle mają dużo wyższe oceny w naszych osobistych rankingach i na dłużej zapadają w pamięć. W przypadku Fatalniej listy nie dość, że bohaterów było zbyt wielu, to naprawdę ciężko mi polubić te dziewczyny. Wydawały się płytkie i naiwne, przez co trudno mi było się z nimi zżyć, a tym bardziej przejąć się ich problemami w stylu jaką sukienkę założyć na bal. W dużej mierze brakuje mi też opisów, bo nie jestem pewna, czy choć jedna z nich była dobrze rozpisana, ponieważ w sumie nie wiem, jak wyglądały, a co za tym idzie dlaczego właściwie znalazły się na liście. A skoro to główna oś fabuły uważam to za spore niedopatrzenie ze strony autorki.

Być może jestem już za stara na książki tego typu. Tylko, że kurczaki są autorzy, którzy naprawdę potrafią mnie wciągnąć w swój świat, a ich powieści zostawiają po sobie przemiłe doświadczenia - choćby wielokrotnie wspominana przeze mnie Sarah Dessen. Obie pisarki obracają się w tym samym kierunku i mają podobny wiek docelowy odbiorców. Co więc sprawiło, że choć uwielbiam twórczość Dessen to mam taki problem z Siobhan Vivian? Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuację, bo nie za bardzo jest tu fabularne pole do niej, ale jednocześnie mam wrażenie, że ta historia jest po prostu niedokończona. Sporo wątków zostało nierozwiązanych i może taki był właśnie zamysł autorki, ale osobiście nie znoszę otwartych zakończeń. 

Koniec końców Fatalna lista to nienajlepsza młodzieżowa obyczajówka. Za dużo bohaterów i rozłożenie akcji tej stosunkowo długiej książki na pięć dni sprawiło, że powieść wydaje się po prostu przegadana. W tym klimacie można znaleźć dużo lepsze lektury, które dużo bardziej angażowały moje emocje i nie wydawały się tak nudnawe. Powieść Siobhan Vivian to nie najgorsza książka, ale też sporo zabrakło, żeby nazwać ją dobrą. A szkoda, bo pomysł zdecydowanie miał potencjał. 

Moja ocena: -5/10

Skończyłam czytać: marzec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,96/10
Ilość stron: 407
Okładka: miękka
Data wydania: 1 marca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używają najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Stosik #19 i podsumowanie lutego


Poprzedni miesiąc to głównie sesja - całe mnóstwo zaliczeń i egzaminów, ale tylko przez pierwszą połowę. Później wolne i czytanie, czytanie, czytanie ;). Podładowałam trochę baterie, a to dobrze bo pierwsze zajęcia nowego semestru pokazały, że było warto. 

Stosik #19
W ubiegłym miesiącu mocno się pilnowałam, żeby nie kupować nowych książek, bo ilość która czeka na mojej półce wydaje się nie maleć. Nie żebym całkowicie się opanowała, ponieważ skusiłam się na dwie powieści z empiku, w którym zaskakująco w końcu znalazłam coś w dobrej cenie ;). W sumie do mojej biblioteczki trafiły cztery nowe pozycje. 
  • Tarryn Fisher Mimo twoich łez - kontynuacja Mimo moich win, czyli książki, którą zdecydowanie pokochałam za nieszablonowych bohaterów i zaskakujących bohaterów. Już nie mogę się doczekać ponownego zanurzenia się w świat Olivii, Caleba i Leah. Wymiana na LC
  • Jessica Sorensen Przeznaczenie Violet i Luka - jeśli pamiętacie byłam oczarowana Przeznaczeniem Callie i Kaydena, natomiast Ocalenie było chyba moim największym ubiegłorocznym zawodem. Jak to mówią do trzech razy sztuka - ponowne spotkanie z twórczością Jessici Sorensen może się skończyć bardzo dobrze, albo bardzo źle. Zobaczymy. Wymiana na LC.
  • Tarryn Fisher Margo - tak jak pisałam wyżej autorka zdobyła moje serce unikaniem schematów i mam nadzieję, że tu też tak będzie. No i jest coś takiego w tej okładce, co po prostu przyciąga mój wzrok.
  • Penelope Douglas Dręczyciel - ostatnio przeczytałam Corrupt tej pisarki i jej twórczość zdecydowanie miała w sobie to 'coś'. Jestem już po lekturze Dręczyciela i choć nie był tak dobry, jak miałam nadzieję, to i tak zapewnił mi przyjemnie spędzony czas.

Podsumowanie lutego
Tak jak wspomniałam wyżej, w drugiej połowie lutego czytanie było jedynym, co robiłam. To zdecydowanie przełożyło się na mój wynik z tego miesiąca ;). W sumie udało mi się przeczytać 16 powieści, 6 231 stron, statystycznie około 220 dziennie - przy czym od 10.02 bardziej wyglądało to jak książka dziennie, więc... stąd taki wynik :D. Tradycyjnie, jak już lektura szła mi tak dobrze, to wystąpiły problemy z pisaniem, ale znaczną większość recenzji zaczęłam, także przy odrobinie szczęścia pojawią się wcześniej niż później :).
   
   
    
   

Najlepsza książka
Nie mam pojęcia. Serio. Generalnie zastawiam się pomiędzy Waleczną czarownicą, Ogniem, który ich spala i Naznaczoną. Jakoś nie potrafię wybrać, bo choć to różne gatunki, to wszystkie mniej więcej zasługują na solidne 8/10. Żadna z nich nie była bez wad, ale wszystkie miały w sobie coś, co mnie zachwyciło.

Najgorsza książka
Niewątpliwie Niepiękna, choć i tak jest lepsza od swojej poprzedniczki (Niepokornej). Nie mam pojęcia dlaczego mam takie zaawansowane skłonności masochistyczne i w ogóle sięgałam po tę książkę, ale no cóż... przynajmniej będę mogła sobie ponarzekać :D.



Blogowo:
Liczba wyświetleń: 2 889 (-497)
Obserwatorzy: 302 (+3)
Dodane posty: 6 (+2)
Facebook: 332 (+7)

Recenzja - „Porwana pieśniarka” Danielle L. Jensen


- Dlaczego nie możesz mi uwierzyć? Dlaczego mi nie ufasz?
- Ponieważ jesteś człowiekiem, Cécile. Możesz okłamać nawet samą siebie.

Do książki Danielle L. Jansen przyciągnęła mnie zapowiedź odrobinę bardziej nieszablonowej historii niż zwykle. Do tej pory tylko raz spotkałam się wykorzystaniem trolli jako bazy powieści - całe lata temu przy lekturze powieści Amandy Hocking, czyli jej trylogii o Tryllach. Poza tym miałam ochotę na kawałek niezłej fantastyki, a po wielu pozytywnych opiniach tego właśnie oczekiwałam od Porwanej pieśniarki. Jak to się skończyło w praktyce? 

Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci. Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.
Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.
W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto.
(Źródło: Wydawnictwo Galeria Książki)

Muszę przyznać, że jestem odrobinę rozczarowana. Zastanawiam się, czy to mnie tak trudno zaskoczyć, czy naprawdę autorom powoli zaczyna brakować pomysłów, bo zabrakło mi w tej książce efektu wow. Druga część fabuły wypada znacznie lepiej niż pierwsza, która momentami mnie nużyła, ale jednocześnie - choć następuje tam główne zawiązanie akcji - jakoś nie do końca podoba mi się, jak autorka pokierowała wydarzeniami. W takim momencie zdecydowanie przydałoby się jakieś dramatyczny moment odwracający losy bohaterów, coś co przekonałby mnie do natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację. Naturalnie to nie oznacza, że nie chcę jej poznać. Autorce udało się zainteresować mnie losami Cécile i Tristana, więc naprawdę chcę wiedzieć, jak potoczy się ich historia, po prostu nie miałabym nic przeciwko czekaniu. A dla mnie to uczucie jest sygnałem, że w takiej książce czegoś zabrakło.

Moim zdaniem Danielle L. Jensen odrobinę za bardzo poskąpiła opisów.  Fantastykę dzielę na dwie kategorie, czyli tę, w której poznanie świata jest dla czytelnika bardzo intuicyjne i nie wymaga zagłębiania się w detale (choć w tym gatunku to zawsze mile widziane) i tę, która jest dla niego trochę bardziej złożona. W tym drugim przypadku osobiście lubię, gdy autor poświęca uwagę miejscu akcji, skupia się na szczegółach i wręcz prowadzi odbiorcę za rękę po kolei malując mu w umyśle obraz, który pojawił się w jego wyobraźni. Natomiast w przypadku Porwanej pieśniarki odniosłam wrażenie, że autorka chciała wszystko odrobinę za bardzo i za szybko wcielić w życie. Przez to pierwszy tom tej serii zamiast być miłym wprowadzeniem do tej serii stał się zbyt przeładowanym bałaganem, który ciężko było opanować. Pisarka skupia się bardziej na odczuciach bohaterów, poświęcając uwagę głównie Cécile, oraz zarysowaniu ciągle pojawiających się bohaterów. To sprawiło, że ogarnęło mnie poczucie, że fabuła jest dziwnie nieprzemyślana, a dla sporej ilości postaci nie znalazło się żadne konkretne zajęcie. I mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach przekonam się, że taki zabieg był niezbędny oraz miał w sobie jakiś konkretny cel, choć chyba dalej nie zrozumiem, dlaczego te wszystkie osoby musiały wystąpić już w pierwszym tomie. 

Boże, czytając to, co do tej pory napisałam, można by odnieść wrażenie, że Porwana pieśniarka była okropna... nic bardziej mylnego! Te wszystkie wady, o których już zdążyłam wspomnieć bardziej zasługują na miano usterek lub niedociągnięć i wszystko ma potencjał do naprostowania w kolejnych tomach, skoro takowe istnieją. A skoro już powiedziałam, co było nie tak, to wypadało by też wspomnieć, co właściwie podobało mi się w powieści Danielle L. Jensen... no cóż byłego tego całkiem sporo. Przede wszystkim sama idea trolli to coś, co nie często spotyka się w dzisiejszej literaturze, to też samym tym pomysłem autorka zjednała sobie moją przychylność, zwłaszcza że nie wszyscy są tu piękni i idealni. Dorzućmy jeszcze do tego gęstą sieć intryg dworskich, mnóstwo sekretów, wiążące obietnice i więcej niż szczyptę magii, a to wszystko okraszone całkiem przyjemnym romansem i teoretycznie mamy historię idealną. Przynajmniej dla mnie, bo właśnie w takich klimatach uwielbiam się obracać. Gdy nie wiadomo czy nowy bohater jest wrogiem czy sprzymierzeńcem, razem z bohaterami odczuwam aurę niebezpieczeństwa i przeżywam ich porażki i zwycięstwa. To całkiem nieźle wyszło autorce i chyba jest największą zaletą tej powieści. 

Podsumowując Porwana pieśniarka to całkiem dobrze napisana książka i przyjemna lektura. Ma trochę niedociągnięć, ale mocno liczę, że Danielle L. Jensen uda się większość z nich wyeliminować i Ukryta łowczyni okaże się jeszcze lepszą kontynuacją. Jeśli umiecie docenić zalety i przymknąć oko na wady tej powieści na pewno Was nie zawiedzie, zwłaszcza jeśli – tak jak ja – uwielbiacie dobre, dworskie intrygi. 

Moja ocena: 7/10 

Skończyłam czytać: luty 2016 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7,97/10
Ilość stron: 431 
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Galeria książki 
Tłumaczenie: Anna Studniarek 
Cena (z okładki): 36, 90 zł 


- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny,
kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.


Recenzja - „Ogień, który ich spala” Brittainy C. Cherry


Dusza chłopaka stała w płomieniach, spalała każdego, kto się do niego zbliżył.
Dziewczyna podeszła nietrwożna popiołów, którymi przeznaczone było im się stać.

Minęły prawie dwa lata od kiedy zakochałam się w Kochając Pana Danielsa i po raz pierwszy dałam się porwać Brittainy C. Cherry w emocjonalny wir. Choć z perspektywy czasu (i przeczytanych książek) dziś chyba byłabym bardziej krytyczna, to wspominam to jako jedną z najlepszych powieści tamtego roku. Długo zabierałam się za kolejną powieść autorki i mimo że czekają na mnie jeszcze dwie inne, to było coś takiego w tym tytule, że to właśnie on przyciągnął mnie do siebie jako pierwszy.

Był sobie kiedyś chłopiec, którego pokochałam. 
Logan Francis Silverstone był moim zupełnym przeciwieństwem. Kiedy tańczyłam jak urzeczona, on podpierał ścianę. Przeważnie milczał, podczas gdy mnie trudno było uciszyć. Uśmiech przychodził mu z wysiłkiem, natomiast ja unikałam smutku.
Pewnej nocy dostrzegłam ciemność, która czaiła się głęboko w nim. 
Każdemu z nas czegoś brakowało, jednak razem mieliśmy wszystko. Z obojgiem było coś nie tak, ale obok siebie zawsze czuliśmy, że wszystko jest jak należy. Byliśmy jak spadające gwiazdy przecinające nocne niebo w poszukiwaniu życzenia, modlące się o lepsze jutro.
Aż do dnia, w którym go straciłam. Jedną pochopną decyzją zaprzepaścił nasz związek.
Był sobie chłopiec, którego pokochałam. 
I przez kilka krótkich chwil - trwających tyle co oddech, co szept - pomyślałam, że może i on mnie kocha.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Jednego zdecydowanie nie można odmówić twórczości Brittainy C. Cherry - mianowicie emocji. Ta kobieta wie jak pisać, żeby poruszyć czułą strunę w moim wnętrzu i udało jej się to już kolejny raz. Wprawdzie nie zalałam się strumieniem łez, jak w przypadku Kochając pana Danielsa, jednak i Ogień, który ich spala wycisnął ze mnie kilka słonych kropel. Historia Alysse i Logana wręcz kipi od uczuć i nie sposób się zdystansować od ich losów, tragedii oraz prób, z którymi przyszło im się zmierzyć w ich młodym życiu. I jasne, można by dyskutować, że autorka może wyolbrzymia pewne sytuacje czy cechy, ale to jedna z tych powieści, które źle się analizuje... a wspaniale czyta. Ponownie dałam się przepuścić przez emocjonalną wyrzynarkę i autentycznie nie chcę się roztkliwiać nad szczegółami, bo jej powieści trzeba po prostu poczuć. Dać się oczarować wspaniałym cytatom i zatopić się w delikatnej mgiełce smutku, która emanuje z kartek, popuścić trochę wodze realizmu i wciągnąć się w świat, na który przyszło nam rzucić okiem. 

Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zagubieni. Poranieni. Złamani. Wszyscy staramy się zrozumieć, o co chodzi w życiu. Czasami czujemy się bardzo samotni, ale przypominamy sobie o kręgu najbliższych. Ludziach, którzy czasami nas nie znoszą, ale nigdy nie przestaną kochać. Ludziach, którzy pomogą bez względu na to , ile razy spieprzymy i ich odepchniemy. To nasz krąg. Ci ludzie i te zmagania to mój krąg. Zatem tak, upadamy, ale robimy to razem. Podnosimy się również razem. Uporawszy się ze zmaganiami, płaczem i bólem, idziemy naprzód krok za krokiem. Bierzemy kilka głębokich oddechów i odprowadzamy się nawzajem do domu.

Mam problem z bohaterami tej książki, bo o tyle o ile rodzeństwo głównych bohaterów było całkiem dobrze wykreowane, to mam wrażenie, że autorka trochę spłaszczyła Alysse i Logana. Na potrzeby tej historii byli idealni - on napędzany własnym cierpieniem, a ona zawsze gotowa go wesprzeć. I to mój bardzo subiektywny punkt widzenia. Bardziej obiektywnie? Lo potrafił być prawdziwym dupkiem dla dziewczyny, która podobno stanowiła centrum jego świata. Poniekąd go rozumiem, ponieważ wychował się w takim, a nie innym środowisku i życie z uzależnioną matką i obelżywym, brutalnym ojcem go ukształtowało, ale czasami jego zachowanie było poniżej pasa. Natomiast w przypadku dziewczyny... wydawać by się mogło, że jej życie zaczyna i kończy się na Loganie. Dziewczyna nie zważała na własne uczucia i stanowczo zbyt łatwo wybaczała mu wcale nie małe przewinienia. I powtórzę to raz jeszcze - na potrzeby tej, konkretniej historii nawet nie wiem, czy oczekiwałabym czegoś innego, ale też nie potrafię do końca wyłączyć swojego obiektywizmu.

Haj. Najwspanialsze z moich uniesień...
Lo. Najboleśniejszy z moich upadków...

Styl pisarki jest specyficzny - niekoniecznie określam go tak dlatego, że spotykam się czymś takim po raz pierwszy. Książki Brittainy C. Cherry są dla mnie istną kopalnią cytatów, bo pisze ona bardzo plastycznie, skupiając się nie tyle na opisach, ale emocjach i zmaganiach wewnętrznych bohaterów. Zdarza się jej za bardzo egzaltować ich wypowiedzi oraz wkładać w ich usta kwestie, które znacznie bardziej pasowałyby dużo dojrzalszym postaciom. Takie zagranie w 80% przypadków kończy się klęską i sprawia, że zdegustowana kręcę głową. Natomiast autorka należy do pozostałych 20, gdzie daję się oczarować jej wyobraźni i pochłaniam każde słowo. Na fabułę czytelnik ma okazję zerknąć zarówno oczami Alysse jak i Logana, bo rozdziały z ich perspektywy przeplatają się. To dobry zabieg przy takim naszpikowaniu uczuciami, bo pozwala dostrzec, jak właściwie wyglądało życie głównych bohaterów, nawet gdy nie byli razem.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Brittainy C. Cherry umie mną potrząsnąć i sprawić, że jej historie odciskają na mnie na tyle wyraźne piętno, że fragmenty kołaczą mi się w głowie do kilku dni po zakończonej lekturze. Nie jestem wprawdzie tak bezkrytyczna, jak dwa lata temu - w czasie gdy czytałam jej ostatnią powieść, ale nadal pozostaję pod urokiem twórczości autorki i emocji, której we mnie wywołuje. Ogień, który ich spala zdecydowanie przypadnie do gustu jej fanom i prawie na pewno zawiedzie przeciwników, także sami musicie sprawdzić, do której grupy należycie.

Moja ocena: 8-/10

Skończyłam czytać: luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 450
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 25 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł



Chcę ciebie. Chcę blizn. Chcę oparzeń. Chcę twojego bałaganu.
Twoje blizny, twoje oparzenia, twoje pokręcone życie, tylko to mam w sercu.
Jesteś wszystkim czego pragnę i potrzebuję. Twój ból jest moim bólem.
Twoja siła jest moją siłą. Twoje serce łączy się z moim. [...]
Chcę cię całego, tego, co dobre i tego, co złe. Chcę twojego bólu i złości.
Jeśli przejdziesz przez piekło, przez całą drogę będę trzymać cię za rękę.
Jeśli w naszym życiu wciąż będzie płonął ogień, spalimy się razem. [...]
Jesteś moim odwiecznym płomieniem.

Porozmawiajmy o... tym, że ludzie powinni się czasami pohamować


Nie o tym miałam dzisiaj pisać. Wczoraj skończyłam naprawdę dobrą książkę i przede wszystkim miałam w planach napisać jej recenzję oraz podzielić się moimi przemyśleniami. Zaczęło się od tego, że po zakończonej lekturze jak zwykle weszłam na LC, żeby - że tak powiem - zmienić jej status na przeczytaną. Nie wiem dlaczego, ale naprawdę lubię, gdy moja wirtualna biblioteczka jest aktualna i zgodna ze stanem rzeczywistym, więc zrobiłam z tego swego rodzaju rytuał, zarówno przy czytaniu jak i zamawianiu książek. Ale wróćmy do tematu. Skoro już więc byłam na LC to tradycyjnie sprawdziłam też, jakie opinie towarzyszą powieści, którą przeczytałam, zwłaszcza w przypadku innych blogerów, których witryny śledzę. I tu właśnie pojawił się zgrzyt, który przywiódł mnie na bloga do poruszenia tego tematu.

Nie wiem, czy znacie to uczucie, kiedy ktoś krytykuje Waszą ulubioną książkę (lub jedną z ulubionych). I nie mam na myśli umiarkowanie złej opinii, tylko objechanie po całości absolutnie wszystkiego. Ja osobiście w takim momencie przechodzę przez trzy etapy - które przedstawiłam Wam poniżej. Oczywiście całość trwa kilka sekund i nie zawsze wyglądają tak samo, dlatego potraktujcie moje słowa z lekkim nieprzymrużeniem oka ;), nie mniej jednak tak zwykle wygląda moja reakcja.

1) Zdziwienie i gniew
 
To ta chwila kiedy moje myśli wyglądają dokładnie tak: ,,Czekaj, czekaj... czy my czytaliśmy tę samą książkę?! Bo jeśli tak, to WTF? ".

2) Obrona
W tej chwili myślę sobie, że ktoś musi być smutnym człowiekiem skoro nie dostrzegł jak rewelacyjne jest to arcydzieło ;). Mam ochotę siąść i wytłumaczyć krok po kroku, dlaczego myli się w każdym zdaniu, bo wiem, że akurat argumentów mi nie zabraknie...

3) Akceptacja
To ten moment, kiedy wzruszam ramionami i przechodzę nad wszystkim do porządku dziennego, bo... po co właściwie się tym przejmować? Każdy z nas ma inny gust, nic tego nie zmieni i zwykle ogromnie to lubię. Dlatego, że o jednej książce będzie tyle opinii ile czytelników, a każdy zauważy w niej coś innego. Jednak to właśnie ta różnica zdań prowadzi mnie do dzisiejszych rozważań...

Tolerancja
Broń boże nie uważam się w tym temacie za świętą i uwierzcie, że nie zawsze udaje mi się to, do czego chciałabym Was dzisiaj przekonać. O co mi chodzi? O fakt, że nie mając za grosz pojęcia o gustach drugiego człowieka mieszamy go z błotem, bo na swoje nieszczęście spodobała mu się powieść, którą my nienawidzimy. Żeby nie rzucać na wiatr pustych słów, przytoczę Wam tu dokładny przykład - nie tak dawno temu pewna blogerka wrzuciła na swój facebookowy fanpage to zdjęcie:
W pierwszej chwili wpadłam w gniew i już szykowałam się do wyrażenia swojego zdania (bardzo dosadnie), jednak ostatecznie stwierdziłam, że nie warto i zagryzłam zęby. Czyli coś, co niestety zdarzało mi się wtedy na tyle często, że poczułam głęboką irytację - wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że warto by ruszyć ten temat. Widzicie czytałam pięć powieści z powyższego zdjęcia, z czego dwie absolutnie uwielbiam, a do jednej mam ogromny sentyment. I poczułam się naprawdę wkurzona, że gdzieś tam w odmętach internetu zginęła tolerancja dla upodobań drugiego człowieka. Nie bez powodu istnieje powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje, bo to bardzo osobista sprawa co się komu podoba czy też nie. Szczerze nie znoszę stylu E.L. James i głównej bohaterki, ale sama oś fabularna nigdy mi nie przeszkadzała - nie poczułam się oczarowana, ale są książki, które naprawdę przypały mi do gustu, a opierają się na tym samych schemacie (Uwikłani, Manwhore...). Jest to moja bardzo prywatna opinia, więc dlaczego do diabła miałabym nie rozumieć, że ktoś uwielbia tę książkę? 

Czytanie dla samego czytania
Czytanie przede wszystkim powinno być przyjemnością, źródłem radości, odskocznią od trudnych, codziennych obowiązków i jeżeli dla kogoś oznacza to czytanie harlequinów lub komiksów to mi nic do tego, choć prywatnie mogę uważać, że są to twory nie warte funta kłaków. Jeśli ktoś nie znosi klasyki, to dlaczego ma się nią katować, bo ktoś kiedyś uznał, że jest fantastyczna? Osobiście studiuję kierunek, który wymaga ode mnie poświęcenia mu czasu i zapamiętania mnóstwa informacji, których nie znajdę w swoich powieściach... i absolutnie tego nie chcę. Książka jest moim wytchnieniem po ciężkim dniu, momentem, kiedy mogę się skupić na wyimaginowanym świecie i na chwilę odsunąć od siebie problemy. Nie wymagam od niej niczego więcej. Jeśli fabuła niesie ze sobą jakieś przesłanie i może mnie czegoś nauczyć - świetnie. Jeśli nie - absolutnie nic się nie stało. Jeśli ktoś czyta tylko i wyłącznie te pozycje, które wnoszą coś do jego życia to rewelacyjnie dla niego, tylko niech nikt mi na siłę nie wciska tego punktu widzenia i wykaże się takim samym zrozumieniem dla moich motywów, jak ja dla jego. Czy proszę o tak wiele?


Internetowi krzykacze, czyli nie dajmy się sprowokować
Przysięgam, że są osoby, którym powinno zabrać się dostęp do internetu, bo patrząc na ich wypowiedzi jestem w szoku, że ktoś może się aż tak cieszyć prowokowaniem innych. Najgorsze jest to, że jako inteligentni ludzie powinniśmy wykazać się mądrością i uciąć temat w zarodku, a zbyt często dajemy się wciągnąć w "komentarzowe kłótnie". A po co? Tak czy siak takich osób nie da się przekonać do zmiany zdania. Pod powyższym zdjęciem pojawiły się właśnie wypowiedzi takiej osoby, która usilnie chciała przekonać wszystkich do swojego punktu widzenia - choć nie wiem, czy można nazwać przekonywaniem. Wdawała się w dyskusję ze wszystkimi (dosłownie), a ja miałam ochotę przynieść popcorn i obserwować rozwój wypadków. Jedyne co mi się kołatało po głowie, to pytanie dlaczego właściwie ludzie jej odpowiadają, dając się wciągnąć w kłótnię, która najwyraźniej ich irytowała, a ją cieszyła?

Generalizowanie 
Czyli coś, czego okropnie nie lubię, a problem ten dotyczy zwłaszcza recenzentów, choć na szczęście nie spotykam się z tym za często. Tu przytoczę Wam kolejny przykład: jakiś czas temu pod pewną recenzją Before Anny Todd rozgorzała gorąca dyskusja. Dlaczego? Autorka zakończyła swoją opinię słowami polecam zdesperowanym... Patrząc na to poczułam się mniej więcej tak...
Urokiem blogosfery, który głównie do mnie przemawia, jest poznanie subiektywnych opinii innych czytelników, przy czym są osoby, którym ufam praktycznie bezgranicznie i polegam na ich recenzjach, bo często mam podobnie zdanie o danej książce. Wracając do mojego przykładu - czytałam całą serię Anny Todd i jakoś do zdesperowanych się nie zaliczam, więc po co pisać coś takiego? Jasne, być może to moja wina, że odbieram takie przytyki osobiście, ale skoro ktoś wrzuca mnie do jednego wora ze wszystkimi ludźmi, to w jaki sposób niby mnie to nie dotyczy? Nie zakładam oczywiście, że zamysłem autorki było kogokolwiek urazić, ale tak też się stało. To samo uczucie towarzyszy mi, kiedy widzę frazę ,,nie rozumiem, jak komukolwiek może się to podobać". Ano może. I trzeba się z tym pogodzić i następnym razem trochę uważniej dobierać słowa.


Wiem, że internet jest pełen idiotów i może podchodzę zbyt emocjonalnie do tematu. Może powinnam posłuchać tego, co podpowiada mi rozum i po prostu odpuścić. Może jednak mam trochę racji...


A wy co sądzicie o sprawach, które poruszyłam? ;)

TOP 10 książkowych facetów


W zeszłym roku pokazałam Wam zestawienie 10 moich ulubionych par, natomiast tym razem skupię się tylko i wyłącznie na moich książkowych mężach ;). Chciałabym powiedzieć, że napiszę Wam, co takiego w nich było, że podbili moje serce, ale prawda jest taka, że w przeważającej mierze są do siebie podobni. Cóż, to chyba znaczy, że mam swój typ :D. Dlatego dzisiaj będzie wyjątkowo krótko, ale za to konkretnie

Rhysand - Dwór cierni i róż Sarah J. Mass

Czyli (nie tylko) mój ulubiony bohater z serii, którą otwierał Dwór cierni i róż Sarah J. Mass ;). Czy muszę w ogóle tłumaczyć? Jest opiekuńczy dla osób, na których mu zależy, a cała reszta może iść do diabła. I o tyle o ile jego zachowanie w pierwszym tomie może być dyskusyjne, to po lekturze drugiego chyba nie ma nikogo, kto miałby o nim inne zdanie ;).


Warner - Dotyk Julii Mafi Telareh

Ten skompilowany, cudowny facet oddałby wszytko dla tej jednej, wyjątkowej osoby. Czego chcieć więcej? :D

- Przywróciłaś mi życie. - Milknie na chwilę. - Nie miałem pojęcia, że można czuć taki spokój. taką ulgę. I czasem boję się - mówi, spuszczając wzrok - że przestraszę cię swoją miłością.

-------------------------------

Warner dotyka czołem mojego czoła. 
- Nie bój się. Nie martw się. Niczego nie żałuj, wszystko przemija - mówi miękko. 
Odchylam głowę i patrzę pytająco.
- Tylko w taki sposób potrafię żyć - mówi. - Na tym świecie, na którym jest tyle powodów do żalu,
a tak niewiele do wzięcia. Nie żałuję niczego. Biorę wszystko.
Wpatruję się w jego oczy. Trwa to chyba całą wieczność. 
Zbliża usta do mojego ucha. Zniża głos. 
- Musisz zapłonąć, skarbie. Zapłonąć. 


Jace - Dary Anioła Cassandra Clare

Zostawię Wam tu cytat, bo on mówi wszystko...

- Nic mnie to nie obchodzi - oświadczyła Clary. - On by to dla mnie zrobił. Tylko powiedz, że nie. Gdybym zginęła...
- Spaliłby cały świat, żeby móc wykopać cię z popiołów. Wiem.


Malcolm Kyle Preston Logan Saint - Manwhore Katy Evans

Ten  mężczyzna zupełnie przyćmiewa swoją wybrankę. Jakżeby inaczej? Arogancki, uparty, władczy, troskliwy - sprawił, że pokochałam go od pierwszego zdania ;)


Rowan Fall - Próba ognia Josephine Angelini

Mimo że był taki moment w drugim tomie, kiedy go znienawidziłam, to jak go nie kochać? Tak bardzo boi się, że Lily okaże się taka jak Lilian, a jednocześnie nie potrafił trzymać się od niej z daleka i dosłownie skoczył za nią w ogień. 


Daemon Black - Lux Jennifer L. Armentrout 

Jeden z dwóch facetów o tym imieniu, którzy się tu znajdą. Pomijając fakt, że jest kosmitą, podrzucę Wam cytat, dlaczego nie miałabym nic przeciwko zamianie miejsc z Katy...

Złamałem każdą zasadę mojej rasy, by cię uleczyć i zatrzymać przy mnie. Poślubiłem cię i spaliłem na popiół całe miasto by cię ochronić. Zabiłem dla ciebie. Myślałaś, że zapomniałbym ile dla mnie znaczysz? Że cokolwiek na tym świecie - na jakimkolwiek świecie - byłoby silniejsze niż moja miłość do ciebie?


Reyes - Pierwszy grób po prawej Darynda Jones

Można by dyskutować, czy Reyes powinien się tu znaleźć, bo potrafi zachowywać się jak prawdziwy dupek, ale cóż mogę powiedzieć? Do takich właśnie mam słabość, a Wielki Zły potrafi być naprawdę kochany, gdy zechce (a to, że nie za często chce to już inna historia) ;).


Daemon Sadi - Czarne Kamienie Anne Bishop

Po prostu.


Popatrzył na siebie. W jego piersi nadal tkwiła dziura, wielka otwarta rana.
Jednak już nie była pusta. Biło w niej teraz pół serca. 
- To postęp, że masz go już tyle - powiedziała Czarownica. - Przechowam dla ciebie resztę,
póki nie będziesz gotów jej przyjąć.
- Chcę, żebyś zachowała je całe.



Curran - Magia kąsa Ilona Andrews

- Czy mogę ci przynieść coś do jedzenia, Wasza Wysokość? Czy mogę powiedzieć ci, jaki jesteś silny i mądry, Wasza Wysokość? Czy mogę cię wyiskać, Wasza Wysokość? Czy mogę cię pocałować w tyłek, Wasza Wysokość? Czy mog... 
Urwałam , dostrzegając, że Rafael nagle skamieniał. Siedział niczym pomnik, ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt ponad moim ramieniem. 
- Stoi za mną, tak?(...) 
- Owszem, możesz pocałować mój tyłek. Zwykle nie przepadam za naruszeniem przestrzeni osobistej, ale przecież jesteś Przyjacielem Gromady, a twoje usługi raz czy dwa nam się przydały. Staram się spełniać życzenia osób przyjaźnie nastawionych do moich ludzi. Mam tylko jedno pytanie, czy to całowanie będzie złożeniem hołdu, rodzajem oporządzania czy też częścią gry wstępnej?


Dymitr - Akademia wampirów Rachel Mead

Mimo że było sporo takich momentów, w których jego zachowanie mnie denerwowało (zwłaszcza w ostatnich tomach) to i tak Dymitr pobił moje serce ;).

-Kocham Cię, Roza- znowu mnie pocałował.- Zawsze będę tu dla ciebie.
Nie pozwolę, żeby cokolwiek Ci się stało.




Jak Wam się podoba ta lista? Znacie któregoś z moich faworytów? ;)


Recenzja - „Ugly Love” Colleen Hoover


Miłość nie zawsze jest ładna. Czasami wciąż masz nadzieję, że w końcu będzie inaczej. Lepiej.
A potem, zanim się zorientujesz, znowu jesteś w punkcie wyjścia, a serce zgubiłeś gdzieś po drodze.

Z bólem serca stwierdzam, że chyba nigdy nie zostanę fanką Colleen Hoover. Naprawdę starałam się dostrzec w jej twórczości "to coś", iskrę która sprawia, że ma całe rzesze oddanych fanów. Tylko, że... nie umiem. Dotychczas miałam okazję zetknąć się z Hopeless (której fenomenu do dziś nie rozumiem), Losing Hope, Pułapką uczuć czy Nieprzekraczalną granicą - czyli jak widzicie trochę tego było. Jednak zastanawiam się, czy Ugly Love nie zostanie ostatnią książką autorki w moim czytelniczym dorobku.

Serca zaczynają szybciej bić, obietnice zostają złamane, reguły przestają obowiązywać…
Kiedy Tate, początkująca pielęgniarka, wprowadza się do mieszkania swojego brata, nie spodziewa się tak gwałtownych zmian w życiu. Wszystko przez przystojnego pilota Milesa Archera. 
Miles ustala tylko jedną regułę ich związku: nie pytaj o przeszłość i nie oczekuj przyszłości. Gdy ta sytuacja staje się nie do wytrzymania i prowokuje do pytań, ożywają jego dramatyczne wspomnienia.
Tej powieści się nie czyta, tylko przeżywa – całą sobą, sercem i duszą, a po zakończeniu nic już nie jest takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Jest coś takiego w twórczości Colleen Hoover, że choćbym nie wiem jak się starała, jej książki nie wywołują we mnie praktycznie żadnych emocji. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie potrafię wczuć się w sytuacje, z którymi muszą zmierzyć się bohaterowie i przeżywać ich razem z nimi. Być może problem leży w tym, że choćby nie wiem jak koleiste będą ich drogi, tak czy siak skończą razem, pełni szczęścia i nadziei na lepsze jutro. I tak, wiem, że u innych również braku happy endu szuka się jak igły w stogu siana, ale z jakiegoś powodu u Hoover wyjątkowo mi to przeszkadza. Chociaż może to złe słowo - chodzi mi bardziej o to, że nie mam wątpliwości, że takowy się pojawi. I tak też było w przypadku Milsa i Tate, choć byłam ciekawa co się zdarzyło w przeszłości mężczyzny, to ich wspólne losy były dla mnie pewne. To sprawiło, że nie porwały mnie ich perypetie i reagowałam na nie z wyjątkową wręcz (dla mnie) obojętnością.

W książce czytelnik dostaje dwa różne wątki czasowe - teraźniejszość z  perspektywy Tate przeplata się z przeszłością opowiadaną przez Milesa, przy czym pierwsze rozdziały są napisane tradycyjnie, a drugie... już nie tak bardzo. Autorka postanowiła wyśrodkować tekst i napisać go w formie przypominającej wiersz (?). Tak mi się zdaje, bo pierwsze skojarzenie miałam ze poezją, którą Colleen Hoover umieściła w Pułapce uczuć i teraz - tak jak wtedy - tu również bardziej mnie to zirytowało niż zachwyciło. To po prostu nie moja bajka, mogłabym przymknąć oko, gdyby były to tylko wstawki, ale w momencie, gdy stanowiło to połowę powieści oraz fabuły, sprawiło, że nie najlepiej mi się to czytało.

Nie wiem dlaczego, ale nie polubiłam ani Tate ani Milesa. Dziewczyna na zmianę albo wszystko analizuje albo roztkliwia się jak bardzo pożąda pewnego pilota. Zupełnie brak jej wyrazistości, czegoś co sprawiłoby, że warto ją zapamiętać. Miles natomiast w przeważającym stopniu jest dupkiem - przepraszam za wyrażenie. I jasne że, można go usprawiedliwiać, ale dlaczego powinnam? Nie wspominając nawet, że jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógłby wejść w układ z facetem, który jasno ci mówi, że nie możecie rozmawiać o niczym poza aktualną chwilą i generalnie wyrzuca cię z mieszania po zakończonym stosunku. No proszę Was - takie rzeczy po prostu się nie dzieją. Zastanawiam się, co jeszcze mogłabym napisać, ale prawda jest taka, że to po prostu książka, o której łatwo zapomnieć i nie mam nic więcej do powiedzenia, bo po prostu nie wywołała we mnie żadnych emocji, poza pewną dozą irytacji.

Zawsze mam problem z oceną książkę Hoover, bo (w teorii) obiektywnie rzecz biorąc wiem, że nie jest to najgorsza książka. To nie jest nawet tak, że mi się nie podobała. Jednakże jest wyjątkowo... płaska. Nie poczułam praktycznie żadnych emocji, fabuła była stosunkowo przewidywalna, a bohaterowie nie do końca w moim guście. Ot, takie czytadło na jeden wieczór, które nie wywarło na mnie większego wrażenia.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: styczeń 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,22/10
Ilość stron: 340
Okładka: miękka z zakładkami
Data wydania: 13 kwietnia 2016 r.
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł




Zabawne. Czasem milczenie jest bardziej wymowne niż wszystkie słowa świata.
Czasami moje milczenie mówi : nie wiem jak z tobą rozmawiać. Nie wiem, co sobie myślisz.
Mów do mnie. Powtórz mi wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.
Wszystkie słowa. Zacznij od pierwszego.




Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka