Recenzja - „Uwięzione” Natasha Preston

Czułam się niezwyciężona przez naiwność, która kazała mi sądzić,
że złe rzeczy przytrafiają się tylko innym ludziom.

Słowem wstępu - naprawdę, naprawdę chciałabym bywać tu częściej, ale ta sesja mnie zabija dobija. Gdyby nie zobowiązania recenzenckie, pewnie w ogóle by mnie tu nie było. Także zostawiam Wam tę recenzję i lecę dalej się uczyć. Do zobaczenia w lipcu! D:

Uwięzione to jedna z tych pozycji, które chciałam poznać od momentu, gdy wpadła mi w oko okładka, a po przeczytaniu opisu to uczucie tylko się wzmogło. Nie tak dawno wspominałam Wam, że uwielbiam powieści psychologiczne, a zapowiadało się, że książka Natashy Preston idealnie wpasowywała się w moje gusta. Czy rzeczywiście tak było?

Pewnego wieczoru Summer idzie sama na imprezę. Nigdy na nią nie dociera. Lewis, jej chłopak, później nie może sobie wybaczyć, że nie było go przy niej.
W jednej chwili szczęśliwa nastolatka traci kochającego chłopaka, rodziców i brata. Traci całe swoje życie, trafiając w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Od tej pory nie będzie już sobą, Summer. Wraz z trzema innymi dziewczynami będzie musiała znosić życie w zamknięciu, codzienny strach i ból i... o wiele więcej. W tej sytuacji nie ma dobrych zakończeń.
Przeczytaj tę książkę, a nigdy już nie będziesz chciała dostawać kwiatów.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jeśli chciałabym zacząć od pozytywnych stron powieści to na pewno zalicza się do tego tematyka. Nie często - przynajmniej nie pamiętam ostatniego przypadku - spotykam się z tematyką porwania w powieści młodzieżowej. Tego rodzaju książki to albo erotyki, skupiające się zwykle na syndromie sztokholmskim i/lub ostatecznie romansie pomiędzy oprawcą i ofiarą, albo historie opisywane na faktach. Ponieważ z opisu nijak nie da się wywnioskować co właściwie stanie się z Summer, tym bardziej byłam zaintrygowana, co wymyśliła autorka i z której strony chce podejść do tematu.

Akcja powieści zaczyna się w momencie porwania Summer. Dziewczyna idąc na imprezę, dowiaduje się że jej przyjaciółka pokłóciła się z chłopakiem i wyrusza jej szukać, nieświadoma że ta chwila bezpowrotnie zmieni jej życie. Porywacz oznajmia, że od teraz ma na imię Lily i razem z trzema innymi kobietami stworzą rodzinę. Brzmi dość makabrycznie, prawda? I tak też trochę jest. Dziewczyna nie wie, co za chwilę zrobi jej oprawca i te uczucia autorka dość umiejętnie przenosi na czytelnika. Udzielały mi się uczucia Summer, jej niepewność, strach i chęć ucieczki - zwłaszcza tuż po porwaniu. Nie zamierzam natomiast oceniać jej decyzji, jak i innych kobiet, które przetrzymywał Clover. Głównie dlatego, że mogłam je zrozumieć, a i siedzenie w zamknięciu na pewno nie pomogło osiągnąć równowagi psychicznej. Nie mam się tu do czego przyczepić, choć żałuję, że autorka nie poświęciła odrobinę więcej czasu na pokazanie przemiany Summer, tylko zdecydowała się na przeskok czasowy oraz wersję przed i po.

Czytelnik ma okazję śledzić narrację z punktu widzenia Sum, jej chłopaka Lewisa oraz Clovera, czyli porywacza we własnej osobie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się pojawienia tej ostatniej, ponieważ opisanie tak pokrętnego umysłu zawsze jest trudne. Wszystko mogłoby być idealnie, gdyby nie fakt, że czegoś zabrakło w tej powieści. Czy to rozwinięcia portretów psychologicznych, czy opisów - nie jestem pewna. Jako że już zdążyłam ochłonąć po lekturze, teraz odnoszę wrażenie, że przypomina to bardziej relację niż powieść. Sama narracja z punktu widzenia Clovera była zupełnie zbędna, bo zawiodło wykonanie. Moim zdaniem potrzeba naprawdę dużego talentu i przede wszystkim świetnego pomysłu, żeby przedstawić umysł oprawcy. Natashy Preston średnio się to udało, bo choć pokazała jego początki i nakreśliła motywy, to zabrakło mi tego kluczowego momentu przejścia i zagłębienia się w jego psychikę. Podobnie zresztą ma się sytuacja z Lewsiem - nie potrafię powiedzieć o nim nic, poza tym, że szukał Summer. I nie było by nic w tym złego, gdyby jego postać była zepchnięta na dalszy plan, ale skoro pisarka postanowiła oddać mu głos i tym samym uczynić jednym z głównych bohaterów to trzeba było poświęcić mu trochę uwagi. 

Podsumowując Uwięzione to całkiem dobry thriller młodzieżowy. Powieść Natashy Preston trzyma w napięciu, serwując czytelnikowi całkiem niebanalną opowieść. Niestety książka nie ustrzegła się kilku wad, przy czym dla mnie najgorszy był brak dobrych portretów psychologicznych bohaterów. Mimo to spędziłam przyjemny czas na lekturze i, jeśli jesteście skłonni przymknąć oko na drobne błędy, polecam Wam Uwięzione.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,88/10
Ilość stron: 397
Okładka: miękka
Data wydania: 24 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik



To nie było tak jak po czyjejś śmierci, gdy żegna się zmarłego i wraca do życia. Nie wiedzieliśmy, gdzie była ani co się z nią stało. Nie mieliśmy żadnych odpowiedzi, nie mogliśmy więc żyć dalej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Chłopak z innej bajki” Kasie West


- Myślisz, że zawsze chodzi o ciebie?

- To o co poszło?
- O ciebie.


Słyszałam mnóstwo dobrego o twórczości Kasie West, w końcu postanowiłam się przekonać, czy i mnie oczaruje jej twórczość. A ponieważ opis Chłopaka z innej bajki był intrygujący, w połączeniu z ciepłą okładką, postanowiłam od tej lektury zacząć znajomość z autorką. Czy faktycznie było tak dobrze, jak powinno?

Caymen ma 17 lat i po szkole pracuje w należącym do jej mamy nieco dziwacznym sklepie z porcelanowymi lalkami i specjalizuje się w sarkastycznym podejściu do życia, szczególnie wobec bogaczy. Lata obserwacji zamożnych ludzi zza lady i życiowe doświadczenia mamy nauczyły ją, że nie można im ufać, a do tego są zblazowani, nieuprzejmi i przekonani, że cały świat powinien leżeć u ich stóp. Gdy do sklepu trafia Xander, wysoki, przystojny i na swój sposób uroczy, ale najwyraźniej obrzydliwie bogaty, od razu widać, że jest z totalnie innej bajki. Caymen co prawda znajduje z nim wspólny język, ale jest przekonana, że jego zainteresowanie nie potrwa długo. Gdy Xandrowi niemal udaje się ją do siebie przekonać, dziewczyna odkrywa, że pieniądze grają w ich związku o wiele większą rolę, niż sądziła. Na ich wspólnej drodze piętrzą się przeszkody... czy ostatecznie trafią razem do tej samej bajki?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Znacie historię Kopciuszka? Myślę, że każdy kojarzy piękną dziewczynę, straszną macochę, szklany pantofelek i przystojnego księcia. Chłopak z innej bajki wprawdzie nie jest kolejnym wcieleniem tej popularniej opowieści, a mimo to ma w sobie coś takiego, co skojarzyło mi się właśnie z tą historią. Biedna dziewczyna, której możliwości ogranicza sytuacja materialna i bogaty chłopak przed którym świat stoi otworem - czy tych dwoje znajdzie wspólną ścieżkę?

Twórczość Kasie West odrobinę przypomina mi Sarah Dessen - to ten typ książek, które są po prostu idealne na ciepłe, letnie popołudnia i stanowią przyjemną ucieczkę od rzeczywistości. A jednak mimo to mają w sobie coś takiego, co nie pozwala odłożyć ich na półkę bez zakończenia lektury. Chłopaka z innej bajki połknęłam dosłownie na raz, bo choć nie była to absorbująca lektura, to autorka potrafiła tak poprowadzić akcję, że koniecznie chciałam wiedzieć, jak się skończy. Styl pisania Kasie West jest lekki i przyjemny, sprawia że kolejne kartki wręcz przelatują pomiędzy palcami, a co ważniejsze nie jest przesycony dziwnym młodzieżowym slangiem, dzięki czemu ta historia ma szansę trafić do większego grona odbiorców niż nastolatki. Historia toczy się w umiarkowanym tempie, ale autorka wplotła na tyle dużo niewielkich zwrotów akcji i drobnych tajemnic, że czytelnik nie ma kiedy się nudzić. To jedna z tych książek, które na pozór wydają się schematyczne i pozbawione głębi, a jednak po skończonej lekturze pozostawia po sobie pewne uczucie satysfakcji i ciepła.

Polubiłam głównych bohaterów, Caymen i Xander tworzą razem uroczą parę i z przyjemnością obserwowałam ich perypetie. Dziewczyna jest wygadana i sarkastyczna, co zdecydowanie dobrze zrobiło tej powieści i zapobiegło jej przesłodzeniu, mimo że jest naprawdę urocza. Chłopak natomiast jest po prostu kochany, co nie sprawia jednak, że przypomina ciepłą kluchę. Oboje zmagają się z oczekiwaniami rodziny i próbują znaleźć własną drogę w życiu.

Generalnie mogłabym się przyczepić do zbyt słodkich rozwiązań czy braku realności... ale po co? Chłopak z innej bajki to jedna z tych lektur, które po prostu przyjemnie się czyta, a czas spędzony na lekturze to czysta frajda. Powieść Kasie West jest idealna na odstresowanie się po ciężkim dniu, jak również na umilenie czasu w ciepły wieczór. Niby nic specjalnego, ale jednak ja jest bardzo zadowolona i Wam również polecam twórczość autorki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,23/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 10 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jak to jest, że jedni chyba od urodzenia wiedzą, co chcą zrobić z życiem,
inni natomiast - a przede wszystkim ja - nie mają zielonego pojęcia.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Nic do stracenia. Początek” Kristy Moseley

Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć.

Moje ostatnie spotkanie z książką Kristy Moseley skończyło się dość negatywnie, ale kuszący opis oraz stosunkowo wysokie oceny na Goodreads sprawiły, że postanowiłam dać twórczości autorki jeszcze jedną szansę. Pytanie za sto punktów - czy był to błąd? 

W dniu szesnastych urodzin Anna Spencer bawi się w klubie ze swoim chłopakiem. Wyjątkowy wieczór szybko się kończy, a poznany przypadkiem Carter Thomas, handlarz broni i narkotyków, zamienia kolejne lata jej życia w piekło. Dzięki jej zeznaniom Carter zostaje skazany, ale z więzienia wciąż wysyła listy z pogróżkami. Ojciec Anny, wpływowy senator i kandydat na prezydenta, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Ochroną Anny zajmie się przystojny komandos, Ashton Taylor. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ma udawać jej chłopaka. Cierpliwie stara się sprawić, by pokonała dręczące ją koszmary i pogrzebała przeszłość. Anna zaczyna czuć się bezpiecznie, a udawanie zakochanych powoli przestaje być grą. Jednak kolejne dni przynoszą złe wiadomości. Wkrótce ma odbyć się rozprawa apelacyjna i Carter może wyjść na wolność. Jeśli tak się stanie, Ashton i Anna znajdą się w niebezpieczeństwie...
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czytałam Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno i nie nastroiło mnie to najlepiej do twórczości Kristy Moseley, więc nie będę kłamać, że Nic do stracenia było moim Must read. Co więcej patrząc na to, że poprzednia książka autorki wpasowała się w jedną z najgorszych zeszłorocznych powieści, pewnie tym bardziej powinnam unikać kolejnych jej dzieł. Jednak z zasady nie lubię skreślać pisarzy po zapoznaniu się z tylko jedną historią, więc pomyślałam 'A co mi tam!' i postanowiłam raz jeszcze sprawdzić, czy pióro pisarki przypadnie mi do gustu. No może przesadzam... Nie chciałam powtórki natłoku negatywnych uczuć z Chłopaka, więc poza faktem, że spodobał mi się opis, postanowiłam zrobić jeszcze rozeznanie na Goodreads (co wcale nie zdarza się za często). Usatysfakcjonowana tym, co tam znalazłam, doszłam do wniosku, że może, może... tym razem będzie lepiej, choć do ostatniej chwili mimowolnie podchodziłam do Nic do stracenia bardzo całkiem sceptycznie.

Jest lepiej, nawet powiedziałabym, że znacznie lepiej. Tym razem nie miałam ochoty walić głową o ścianę podczas czytania, choć nie da się ukryć, że bywało irytująco. Podobała mi się linia fabularna kojarząca się odrobinę z filmową Córką prezydenta, którą uwielbiam. Jak się oprzeć przystojnemu ochroniarzowi i szczypcie zakazanej miłości. Cieszy mnie, że autorka postanowiła odrobinę przystopować uczucia Anny, choć i to można było zrobić lepiej. Naprawdę nie wiem, jak określić pozytywne uczucia w stosunku do Nic do stracenia, bo jak zobaczycie w następnym akapicie, nie mam problemu z wypunktowaniem, co było nie tak. Generalnie nie była to najgorsza książka, bo mimo wszystko wciągnęła mnie historia Anny i Ashtona, choć mnogość wad uświadomiła mi, że po prostu nie powinnam się więcej spotkać z twórczością Kristy Moseley.

Ja rozumiem, że Nic do stracenia to fikcja literacka, tylko że ktoś powinien uświadomić autorce, że ona też ma swoje granice, o ile nie chce się zaliczać w poczet twórców fantastki. Kristy Moseley zdecydowanie (ponownie) zabrakło porządnego research'u, co w przypadku tej powieści jest jeszcze bardziej widoczne niż w Chłopaku. Zaczynając od początku - świeżo upieczony absolwent dostaje przydział ochrony córki kandydata na prezydenta USA, żadnego szkolenia próbnego, doświadczenia, nic... i hop w teren. Czy tylko mnie to śmierdzi? Teraz przyjrzyjmy się Annie - można by pomyśleć, że skoro autorka znowu chce się pakować w psychiczną traumę, zwłaszcza objawiającą się PTSD i awersją do dotykania, mogłaby w końcu poświęcić chwilę czasu i dowiedzieć się, że Ashton tak po prostu nie mógł sobie obłapiać Anny godzinę po poznaniu. To mnie strasznie irytuje, bo wysoko cenię sobie realistyczne podejście do aspektów psychologicznych i potrafię docenić starania pisarzy w tym temacie. Tymczasem Kristy Moseley bezkarnie popuszcza wodze fantazji i pisze co jej się podoba, nie patrząc na to, że tracąc na realności, tworzy ze swoich książek kiczowate romansidła nie mające za wiele wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Nie da się też zapomnieć, że autorka raz jeszcze chce za dużo, za szybko - budowanie napięcia pomiędzy bohaterami zdecydowanie jej nie wyszło, zwłaszcza w przypadku Ashtona. Anna gdzieś tam nie przyznaje się do swoich uczuć, ale chłopak twierdzi, że ją kocha po trzech dniach. WTF? Ponadto czy nie ma jakiejś zasady, że ochroniarze nie powinni angażować się emocjonalnie z klientami? Spodziewałam się ukrywania uczuć po kątach, tajemnicy... a tymczasem nawet przełożeni chłopaka nie patrzą krzywo na publiczne obmacywanie. Nie spodziewałabym się też na Waszym miejscu jakiś spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, bo poza małymi wstawkami, ta powieść to typowy romans, utrzymany w konwencji New Adult.

Ogólnie jest lepiej niż w przypadku Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno. Kristy Mosley stworzyła historię, która miała prawdziwy potencjał i przyjemną linię fabularną. Niestety problemy, które już poprzednio miałam z twórczością autorki pozostają aktualnie - brakuje dobrze zrobionego research'u i wprowadzenia choćby odrobiny realności do fabuły. Pisarka chce zbyt dużo, zbyt szybko, przez co Nic do stracenia, choć przyjemniejsze w odbiorze niż poprzednia powieść Mosley - nadal irytuje przerysowaniami i utwierdza mnie w przekonaniu, że nie polubimy się ze stylem tej autorki. Jeśli należycie do fanów Chłopaka, to z dużym prawdopodobieństwem ta książka Was zachwyci. Jeśli nie... ja polecałabym trzymać się z daleka, choć zachęcam do przekonania się o tym na własnej skórze.

Moja ocena: 5+/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,12/10
Ilość stron: 463
Okładka: miękka
Data wydania: 12 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 39,99 zł


Skradła mi serce w trzy dni, choć tak naprawdę miała je już po trzech sekundach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Dzikie serca” Suzanne Young



- Może ja umiem tylko walczyć.
- A może ja walczę po tej samej stronie co ty?

Suzanne Young pokochałam za Plagę samobójców, czyli jedną z najlepszych dystopii, z którymi się zetknęłam. Nie brakowało tam dramatycznych zwrotów akcji czy bolesnych dla czytelnika rozwiązań, a to wszystko zostało okraszone całkiem nowatorskim pomysłem. Dlatego nikogo chyba nie zdziwię, jeśli powiem, że gdy zobaczyłam nazwisko autorki przy najnowszej propozycji Wydawnictwa Feeria nie mogłam się oprzeć i po prostu wiedziałam, że muszę przeczytać Dzikie serca. Czy było tak dobrze jak ostatnio? 

Savannah dzieli swoje życie na szkołę i opiekę nad młodszym bratem. Życia nie ułatwia jej ojciec alkoholik i ciotka, która chce zabrać jej Evana, a do tego wszystkiego zaczyna się jej naprzykrzać nowy szkolny kolega. Dziewczyna jest zdecydowana radzić sobie sama, ale Cameron powoli burzy jej mury. Czy Savvy znajdzie w sobie siłę, żeby wpuścić go do swojego życia?

Savannah musi bardzo się starać, żeby jej życie nie rozpadło się na kawałki. Przebiła ołówkiem na wylot rękę swojego ekschłopaka Patricka i z diagnozą "problemy z kontrolą gniewu" trafiła do Brooks Academy, szkoły dla uczniów wyrzuconych z innych placówek. Nieważne, że zrobiła to, bo drań wyśmiewał się z jej młodszego, upośledzonego brata... a braciszek jest dla niej najważniejszą osobą na świecie. Dziewczyna desperacko usiłuje zająć się nim sama, bo ich matka dawno odeszła, a ojciec alkoholik nie radzi sobie nawet z własnym życiem. Dla dobra chłopca opiekę nad nim chce przejąć ich ciotka (która już spisała Savvy na straty), na co dziewczyna za nic nie chce pozwolić. 
Co gorsza, Patrick nie zamierza zapomnieć o tym, co mu zrobiła.
Dlatego nie szuka dodatkowych kłopotów i gdy Cameron, kolega z Brooks Academy, ale pochodzący z totalnie innego świata, próbuje zburzyć mury wokół niej, Savvy nie chce pozwolić sobie na zaufanie mu. Bo może się okazać, że wszystko, co z takim trudem próbuje trzymać w ryzach, rozpadnie się z hukiem. Ale jak to zrobić, kiedy jedyne, co się ma, to dzikie serce?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Suzanne Young umie grać na emocjach czytelnika - i to jeszcze jak. Ponownie zostałam przez nią wciągnięta w historię tak przepełnioną uczuciami, że każde kolejne wydarzenie z życia Savannah głęboko mnie dotykało. Razem z bohaterką przeżywałam małe wzloty i coraz większe upadki, bo sposób w jaki napisana jest ta historia, nie pozwala się od niej zdystansować. To historia dziewczyny która zbyt szybko musiała dorosnąć. Poświęciła się z miłości dla brata i oddała tak wiele, że nie starczyło już dla niej samej. A mimo to Savy ceni sobie krótkie chwile z przyjaciółmi i stara się wyszarpnąć choć okruch normalności, wiedząc, że następny dzień znów da jej popalić. Autorka tym razem wchodzi w dużo realniejszą scenerię niż w przypadku Plagi, bo nie uświadczymy to żadnych elementów paranormalnych - to po prostu książka o dziewczynie, która zrobiłaby wszystko dla swojego młodszego braciszka i chłopaku, który stara się zburzyć jej mury. Nie jest kolejna płytka książka o nastoletniej miłości. Nawet jeśli ten wątek się pojawia, nie jest to główna oś fabuły, a bardziej jej zwieńczenie. Suznnne Young skupia się głównie na pokazaniu, jak trudne, mimo miłości, jest życie z Evanem i jak wiele można poświęcić w imię tego uczucia oraz że czasami... to po prostu nie wystarcza. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niewielka objętość tej powieści - po tak rozbudowanym opisie i mając na uwadze poprzednie książki autorki, podświadomie spodziewałam się czegoś znacznie grubszego. I jestem odrobinę rozczarowana, że tak nie jest. Moim zdaniem można było wycisnąć z tej historii trochę więcej, choć teoretycznie nie jestem zawiedziona tym, jak się potoczyła. Akcja zaczyna się w Brooks Acakedmy. To oznacza że poza opisem czytelnik musi cierpliwie czekać na odsłonięcie kolejnych faktów, bo wpadamy w sam środek akcji - wręcz mogło by się wydawać, że na początku zabrakło jakiegoś rozdziału. Nie ma za wiele informacji jak wyglądało życie Savvy zanim dźgnęła Patricka, a w sumie chciałabym się tego dowiedzieć, żeby faktycznie mieć porównanie "przed" i "po". Dlatego, że ze strzępków wiadomości, które dostałam, wynika, że ta różnica naprawdę istniała. 

Ta króciutka książka, choć może się wydawać niepozorna, kryje w sobie mnóstwo emocji. Suzanne Young raz jeszcze stanęła na wysokości zadania, tworząc historię absolutnie wyjątkową, a Dzikie serca na długo zapadną mi w pamięć. Uwielbiam twórczość autorki i na pewno sięgnę po inne jej książki, bo za każdym razem jestem urzeczona. Ze swojej strony gorąco mogę Wam polecić Dzikie serca.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,59/10
Ilość stron: 263
Okładka: miękka
Data wydania: 26 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young 
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 32,90 zł



Przyjaciele czekają, aż zrobię kolację, a ja dzielę się z nimi swoją porcją. Wszyscy siedzimy przy stole jak jedna rodzina - dysfunkcyjna, ale jednak rodzina. Evan, patrząc na nas, uśmiecha się. A ja myślę sobie, że może wszystko się ułoży. Kiedy jest tyle miłości, wszystko musi się jakoś ułożyć.



Za egzemplarz do recenzji  dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Wymyśliłam Cię” Francesca Zappia



Jeśli nic nie jest prawdziwe, jakie to ma znaczenie? Żyjesz tutaj.
Czy to nie czyni tego wystarczająco prawdziwym?

Od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam zapowiedź Wymyśliłam cię, wiedziałam - a przynajmniej miałam nadzieję - że będzie to wyjątkowa opowieść. Nie tylko z powodu tematyki, z jaką do tej pory nie dane było mi się spotkać, ale po prostu ogarnęło przeczucie, że to będzie dobra książka. Nie doświadczyliście tego choć raz? 


Rzeczywistość, jak się okazuje, często nie jest tym, czym się wydaje.
Oto Alex, maturzystka i absolutnie niewiarygodna narratorka, która czasami nie potrafi odróżnić prawdziwego życia od złudzenia. Codziennie walczy, by rozpoznać, co jest prawdą, a co nie. Uzbrojona w swój aparat fotograficzny, z młodszą siostrą u boku, Alex prowadzi codzienną wojnę ze swoją chorobą – schizofrenią – starając się pozostać przy zdrowych zmysłach na tyle długo, by dostać się do college’u. I nieźle jej idzie: poznaje nowych ludzi, chodzi na imprezy i… zakochuje się. Tylko co z tego jest prawdą?
Alex przywykła do tego, że jest umysłowo chora. Nikt nie przygotował jej na normalność...

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kończy się moda na to, żeby książkowi bohaterowie byli piękni i idealni. Świadczy o tym choćby popularność takich gatunków jak Young czy New Adult, w których to postaci najczęściej są po traumatycznych przeżyciach (odciskających na nich bolesne piętna) czy też cierpią na ciężkie schorzenia. Co jeśli jednak pójdziemy o krok dalej i obarczymy naszą bohaterkę chorobą psychiczną i halucynacjami? Okazało się, że dzięki temu powstała całkiem niebanalna opowieść. 

Francesca Zappia pokusiła się na zafundowanie Alex schizofrenii, a przez to na zakwestionowanie otaczającej jej rzeczywistości. A skoro dziewczyna jest narratorką tej historii, to ta niepewność odnośnie tego, co jest prawdą, a co złudzeniem, dotyka również czytelnika. W przypadku niektórych rzeczy widzianych przez Alex, zarówno ona, a przez to i odbiorca, nie ma wątpliwości, że jest to tylko halucynacja, jednak inne zaskoczą Was równie, co ją. Fakt, że autorka naprawdę potrafiła mnie zszokować, stosując nierzadko bolesne rozwiązania, zdecydowanie świadczy na plus tej książki. Bardzo satysfakcjonujący jest fakt, że Francesca Zappia potrafiła połączyć w swojej historii wątki zawierające śmiech, smutek, miłość, radość, melancholię... wszystko stworzyło zgrabną i ogromnie urzekającą mieszankę. Choć zaczynając lekturę poniekąd spodziewałam się, że będzie to głównie romans zawierający przebłyski choroby Alexandry, to wcale tak nie jest. Wątek miłosny jest niewielki, bardzo subtelny i tylko uzupełnia tę opowieść 

Nie będę się rozwodzić nad realnością przedstawionej tu choroby. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to powinno wyglądać. Po drugie... po prostu nie do końca mnie to obchodzi. Fakt faktem, że Alex momentami wydawała się zbyt "normalna", jak na dziewczynę chorującą na schizofrenię, ale trzeba docenić starania autorki w zaprezentowaniu bohaterki z chorobą psychiczną. Do kompletu z Alexandrą miałam okazję zapoznać się z całą gamą innych wspaniałych postaci takich jak Miles, trojaczki czy nawet Tucker. Każdy z nich ma swój unikatowy charakter i coś takiego w sobie, dzięki czemu czytelnik szybko zapała do nich sympatią, choć nie zawsze będzie popierał ich decyzje.  

Nie da się też nie wspomnieć o prześlicznym wydaniu. Teoretycznie każdy fan literatury wie, że nie ocenia się książki po okładce, ale w praktyce którego książkoholika nie cieszy piękna oprawa graficzna. W przypadku tej powieści nie dość, że oprawa przyciąga wzrok, to w środku czekają na czytelnika drobne rysunki przy początku każdego z rozdziałów, sprawiając że wyjątkowo zawartość, dostała równie ładną dekorację. 

Za każdym razem, gdy mam ochotę dać sobie spokój z literaturą młodzieżową - ostatnio po lekturze Fatalnej listy - znajduje się książka, która skutecznie odciąga mnie od tego zamierzenia. Tym razem jest to Wymyśliłam CięFrancesca Zappia udowadnia, że można napisać w tej niszy coś wyjątkowego, chwytającego za serce i zapadającego w pamięć. Lektura tej książki była czystą przyjemnością, toteż polecam Wam ją naprawdę gorąco.

Moja ocena: 8+/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,93/10
Ilość stron: 392
Okładka: miękka
Data wydania: 11 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Cena (z okładki): 37,90 zł


"Czy to był Błękitnooki?"
Złapałam magiczną kulę zgadulę numer osiem i, pocierając ręce,
zerknęłam w okrągłe okienko z odpowiedzią.
Zbyt wcześnie, aby powiedzieć.
Co za wykrętna sucz.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Córeczka” Anna Snoekstra


Siła słów, które za chwilę padną z moich ust, jest ogromna. [...]
Spoglądam na posterunkową Seirs, potem na posterunkowego Thompsona, delektując się chwilą.
Obserwuję ich uważnie w oczekiwaniu na moment, w którym zmieni się wyraz ich twarzy.
- Nazywam się Rebeka Winter. Jedenaście lat temu zostałam uprowadzona.

Generalnie rzadko sięgam po kryminały czy thrillery. Jeśli już się skuszę na te gatunki, to najbardziej podobają mi się zawsze te psychologiczne, które igrają z moimi myślami i wywołują niepokój. Właśnie zapowiedź takich emocji przyciągnęła mnie do Córeczki, czyli debiutu australijskiej pisarki. 

Bezdomna młoda kobieta zostaje przyłapana w sklepie na kradzieży. Pod groźbą kary decyduje się na desperacki ruch i podaje się za Rebekę Winter - dziewczynę, która zniknęła bez śladu jedenaście lat wcześniej. Początkowo miała to być jedynie krótkotrwała farsa, która pozwoliłaby jej umknąć przed policją, jednak wizja ciepłego łóżka i własnego domu doprowadziła do tego, że kobieta postanawia przejąć życie Becky. Czy kiedy zrozumie, że wpakowała się w śmiertelne niebezpieczeństwo, nie będzie za późno?

Kilka lat żyła na ulicy. Przyłapana na kradzieży, wykorzystuje podobieństwo do zaginionej Rebeki Winter i kradnie jej tożsamość. Świetnie odnajduje się w roli kochającej córki i siostry. Śpi w łóżku Rebeki, nosi jej ubrania, żyje cudzym życiem. Jednak przy okazji odkrywa coraz więcej ponurych sekretów na pozór idealnej rodziny. Zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zniknięcie Rebeki ma drugie dno, którego lepiej było nie poznawać.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czy jeśli macie świadomość, że powieść jest debiutem literackim danego autora, to podchodzicie do niej inaczej? Mam wrażenie, że osobiście patrzę na takie książki delikatne łagodniej - mimo woli jestem mniej krytyczna. Gdy historia jest dobra łatwo wybaczam niedociągnięcia czy braki, zakładając, że pisarz prawdopodobnie zniweluje te błędy w przypadku kolejnego dzieła, lub jeszcze następnego. Ponieważ istnieje ta uniwersalna zasada, że trening czyni mistrza i tak dalej... Choć oczywiście i od tej zasady występują wyjątki wśród autorów. 

Od pierwszych stron Anna Snoekstra umiejętnie buduje napięcie, zaczynając od strachu bohaterki przed byciem odkrytą, aż do kulminacyjnego punktu, a to potrafię docenić, tym bardziej, że książka jest stosunkowo krótka. Czytelnik natychmiast zostaje wciągnięty w sam środek akcji, co sprawia że momentalnie angażuję się w losy dziewczyny podającej się za Rebeckę - to dobrze, bo ciężko się wciągnąć w lekturę, gdy jeszcze nie zna się postaci. To powieść typowo psychologiczna, nie znajdziecie tu hektolitrów krwi, czy opisów krwawych morderstw, ale autorka poigra z Waszymi umysłami. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Paranoja głównej bohaterki udzielała się również mnie, a tajemnice skrywane przez ludzi z otoczenia Beks, to takie, których lepiej było nie znać. 

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ani razu nie użyłam imienia głównej bohaterki. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że czytelnik nie ma okazji go poznać. Tworzy to pewien dystans między nami, a dziewczyną, która podaje się za Rebekę, a jednocześnie dzięki temu jakoś dużo łatwiej było mi uwierzyć, że mogła ona przejąć życie zaginionej. To nietypowy zabieg, bo chyba po raz pierwszy wiem tak niewiele o postaci, która notabene jest narratorką połowy powieści. Autorka umieściła tylko śladowe wzmianki o jej przeszłości tworząc coś na kształt bohaterki widmo - wiemy kim jest oraz dlaczego znalazła się w tym miejscu, poznajemy jej bieżące myśli i obawy, a jednocześnie do teraz mam ważenie, jakby była kobietą bez twarzy. Rozdziały z jej perspektywy przeplatają się z tymi, w których narrator skupia się na życiu Rebeki, tuż przed jej zaginięciem. To oznacza, że czytelnik nie dość, że dostaje dwa całkiem różne czasowo wątki - dzieli je jedenaście lat - to jeszcze dwie inne relacje tych wydarzeń. Jedną przez narratora pierwszoosobowego występującego w czasie teraźniejszym, co podkręciło efekt jaki wywierały na mnie wydarzenia mające miejsce w fabule. Natomiast użycie bezstronnego obserwatora do opowiedzenia historii Rebeki sprawiło, że odniosłam wrażenie jakby faktycznie była to już się stało, a zdarzenia, które się jej przytrafiły były poniekąd nieuchronne i są zamkniętym rozdziałem należącym do przeszłości. Anna Snoekstra świetnie sobie poradziła z tym zabiegiem, a cała jej koncepcja świetnie pasuje do treści Córeczki. Zwłaszcza, że choć główną tajemnicą fabuły jest zniknięcie Beks, to tak jakby dostałam dwie równoległe tajemnice. I choć dotyczą one tego samego, to obie jednocześnie budują napięcie i wciągają czytelnika, sprawiając że nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, co właściwie się stało. Kulminacja fabuły jest idealna, bo łączy je w całość, a jednocześnie sprawiła, że szczęka opadła mi ze zdumienia, bo takiego rozwiązania nie mogłam przewidzieć.

Słowem podsumowania - Córeczka to naprawdę dobry thriller psychologiczny, a ja z przyjemnością sięgnę po kolejne książki autorki. Nietypowe rozwiązania, zaskakujący koniec oraz igranie z umysłem czytelnika sprawiły, że lektura tej książki była czystą przyjemnością, a ja nie dostrzegłam w fabule drobnych błędów, bo te były po prostu nieistotne. Z mojej strony mogę gorąco polecić tę powieść tym, którzy tak jak ja, od czasu do czasu uwielbiają tajemnicze historie, skupiające się na motywie psychologicznym, z mnóstwem mylących tropów i zaskakującym zakończeniem.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,32/10
Ilość stron: 271
Okładka: miękka
Data wydania: 15 marca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Dorota Stadnik
Cena (z okładki): 34,90 zł



Teraz, kiedy zyskałam nowe życie, rozpaczliwie chciałam je zatrzymać. Tak długo czułam się zagubiona i samotna, że zaczęłam ten stan uznawać za normalność, za mój zwykły dzień powszedni. W moim pojęciu wolność i bezpieczeństwo wykluczały się nawzajem, ale teraz było inaczej



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Stosik #20 i podsumowanie marca


Miniony miesiąc to przede wszystkim kryzys... w blogowaniu. Z jednej strony ubolewam nad faktem, że w marcu opublikowałam tylko dwa posty, ale z drugiej po prostu czułam, że potrzebowałam tej przerwy. Każdemu z nas zdarza się taki czas, że potrzebujemy wytchnienia nawet od rzeczy, które sprawiają nam radość. Tak też było ze mną i pisaniem w poprzednim miesiącu. Gdzieś pomiędzy powrotem na uczelnię, zajęciami i życiem towarzyskim zabrakło mi czasu - a przede wszystkim motywacji - żeby zacząć coś skrobać. Mam zaczęte ponad dziesięć recenzji, a mimo to żadnej z nich nie mogłam doprowadzić do końca... ale za to wracam z częściowo naładowaną baterią i mam nadzieję, że ta przerwa jest już za mną. Przerwa, którą mam nadzieję rozumiecie i wybaczycie :).



Stosik #20
Ostatnio zdecydowanie ograniczam zakupy książkowe i dobrze mi z tą świadomością. Stosy zalegające mi na półce nie kurczą się, więc postanowiłam bardzo uważnie dobierać powieści, które zainteresowały mnie na tyle, żebym zobaczyła je u siebie. W sumie w poprzednim miesiącu trafiło do mnie pięć nowych pozycji, z czego kupiłam tylko trzy - także dla mnie to idealny wynik ;).
  • Siobhan Vivian Fatalna lista - książka, która dość niemiło mnie zawiodła, choć miałam w stosunku do niej dobre przeczucie. Żeby się dowiedzieć dlaczego, serdecznie zapraszam na recenzję. Egzemplarz od Wydawnictwa Feeria Young
  • Anna Snoekstra Córeczka - nieczęsto sięgam po kryminały czy thrillery, ale opis powieści tej australijskiej pisarki zdecydowanie przykuł moją uwagę i postanowiłam dać jej szansę. Recenzji możecie spodziewać się na dniach ;). Od HarperCollins 
  • Sarah J. Mass Dwór mgieł i furii - kontynuacja cudownego ACOTAR, jakiś czas temu kupiłam wprawdzie e-booka, ale to nie to samo, co cudowny, papierowy egzemplarz, który dumnie może stanąć obok pierwszego tomu :D. A że cena była wyjątkowo kusząca... no cóż, chyba możecie mnie zrozumieć. Efekt zakupów na czytam.pl
  • Renée Ahdieh Gniew i świt - w tym przypadku urzekł mnie motyw. Troszeczkę obawiam się, że ta książka może okazać się zbyt przewidywalna, ale jak to się mówi: kto nie ryzykuje, nie zyskuje :D. Również czytam.pl
  • Jessica Khoury Zakazane życzenie - ten sam motyw co powyżej i przepiękna okładka... czy potrzeba więcej powodów? :D Ponownie czytam.pl


Podsumowanie marca
Tak jak w przypadku bloga, tak też czytelniczo ten miesiąc nie jest zbyt obfity, ale tutaj zawinił głównie brak czasu, choć i chęci mogłyby być większe... Mimo to udało mi się przeczytać cztery powieści, czyli 1 612 stron, statystycznie 52 dziennie - to prawie 3/4 mniej niż w lutym. Więc jak sami widzicie marzec nie był dla mnie łaskawy, oby w kwietniu wszystko wróciło do normy. 
Tradycyjnie moje zdjęcie odeśle Was do recenzji.
   

Najlepsza książka 
Nie mogę się do końca zdecydować. Prawo Mojżesza było cudowne i naprawdę podbiło moje serce, ale czuję dosłownie kroplę niedosytu, choć zupełnie niesprecyzowanego. To samo uczucie mam do Wiedźmiego stosu, czyli zakończenia trylogii The world walker - nad czym głęboko ubolewam, ponieważ nie miałabym nic przeciwko ponownemu zanurzeniu się w świat Rowana i Lily. Z tym, że powieść Josephine Angelini nieznacznie wysuwa się tu do przodu. Ponieważ już wcześniej zdążyłam pokochać bohaterów i świat, w którym rozgrywa się akcja, a autorka dała im wszystkim zakończenie, na które zasługiwała ta cudowna historia.

Najgorsza książka
No cóż... jeśli czytaliście recenzję, to pewnie możecie się domyślić, że na prowadzenie wysunie się tu Fatalna lista, która była po prostu jednym, wielkim rozczarowaniem. Wprawdzie Królowie Burbona też mnie nie porwali, ale mimo wszystko powieść J.R. Ward była lepsza niż ta napisana przez Siobhan Vivian. 



Blogowo:
Liczba wyświetleń: 1 849 (-1 041)
Obserwatorzy: 305 (+3)
Dodane posty: 2 (-4)
Facebook: 340 (+8)


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka