Stosik #17 i podsumowanie listopada

O tyle o ile listopad zaczął się dla mnie dość dobrze, to jeszcze przed połową wszystko zaczęło brać w łeb... Studia mocno dają mi w kość i póki co nie zapowiada się, aby choć jeden prowadzący miał zamiar odpuścić. Niestety. Przez to nie było mnie w blogosferze od około miesiąca, a te parę postów, które udało mi się wrzucić, napisałam w tak zwanym międzyczasie, np. codziennie przy obiedzie udało mi się sklecić parę słów. Chciałabym napisać, że grudzień widać w bardziej optymistycznych barwach, ale niestety daleko mu do tego <chlip>. Postaram się podziałać trochę na auto publikacji w tym miesiącu, jednak zanim to, to jeszcze wypadałoby coś napisać :D. Na szczęście niedługo nadejdzie przerwa świąteczna (już nie mogę się doczekać!) ;).

Stosik #17
Teoretycznie miałam mocne postanowienie nie kupowania książek przynajmniej do grudnia. Jednak nie da się ukryć, że choć chciałabym się go trzymać, w końcu skusiła mnie jakaś promocja - tym razem padło na księgarnię internetową Bonito ;). Ostatecznie w zeszłym miesiącu moją biblioteczkę zasiliło siedem nowych powieści.

  • Czy wspominałam, że cię kocham? Estelle Maskame - przeczytałam tę książkę jakiś czas temu na czytniku i naprawdę chciałam poznać dalsze losy Eden i Taylera. Jednak okazało się, że e-booki wniosą mnie drożej niż egzemplarze papierowe (co jest aż śmieszne). Więc skoro skusiłam się na dwa kolejne tomy, to jak mogłabym nie postawić obok nich pierwszego? :D Efekt zakupów na Bonito.
  • Czy wspominałem, że cię potrzebuję? Estelle Maskame - j.w.
  • Czy wspominałam, że za tobą tęsknię?  Estelle Maskame - j.w.
  • Bardziej martwa być nie może Katie Alender - ostatni tom serii Złe dziewczyny nie umierają. Jestem już po lekturze, więc możecie spodziewać się recenzji na dniach ;). Egzemplarz do recenzji od Feeria Young.
  • Epidemia Suzanne Young - tom 0,5 Programu, czyli jednej z najlepszych dystopijnych serii, które czytałam przez ostatnie parę lat. Efekt zakupów na Bonito.
  • Co mnie zmieniło na zawsze Amber Smith - (RECENZJA) jedyna książka, której brakuje na zdjęciu, bo aktualnie jest u mojej przyjaciółki ;). To naprawdę dobra książka, o czym zresztą już pisałam, więc zachęcam Was do kliknięcia w link i zerknięcia do recenzji. Egzemplarz od Feeri.
  • Szóstka wron Leigh Bardugo - czy w ogóle muszę pisać, czemu skusiła mnie ta książka? :D Poza oczywiście ślicznym wydaniem, jestem też ciekawa, co jeszcze ma do pokazania autorka, która naprawdę zaimponowała mi w trylogii Grisza. Kolejna perełka z Bonito.

Podsumowanie listopada
Ugh, nie wiem jak to zrobiłam, zwłaszcza, że gdzieś od 15.11 nie miałam czasu absolutnie na nic, ale ogólnie w listopadzie przeczytałam 13 książek, z czego 10 właściwie przez pierwsze dwa tygodnie :D. Szkoda tylko, że pisaniem tak słabo mi szło, ale listopad zdecydowanie był świetny pod względem ilości lektur. W sumie udało mi się przeczytać 4 579 stron, statystycznie 153 strony dziennie. Jak możecie zobaczyć ostatnio królują u mnie głównie romanse i to le lżejsze. Nie jest do końca świadomy wybór, ale mam wrażenie, że mogę winić za to swój brak czasu. Nie jest mi przykro odłożyć na bok romasidło (z kilkoma wyjątkami), ale nawet wołem nie odciągnięcie mnie od dobrej fantastyki :D. Moje zdjęcie jak zwykle odeśle Was do recenzji, jeśli tylko takowa się pojawiła.

  
  
    

Dodatkowo na blogu pojawiła się kolejna odsłona cytatów, które mnie urzekły i serdecznie zapraszam Was do zerknięcia tam ;)
 

Najlepsza książka
Hmm chyba nie jestem jednak w stanie wybrać więc tym razem wymienię dwie - Manwhore i Co ze mnie zostało - dwie skrajnie różne pozycje. Po lekturze Real nie spodziewałam się, że ta Manwhore aż tak mi się spodoba, a uważam, ze Katy Evans naprawdę się spisała, bo to za naprawdę świetny romans. Natomiast w przypadku Co ze mnie zostało odpowiedź znajdziecie w recenzji, ale to naprawdę wartościowa pozycja.
Najgorsza książka
Tu również mam dość trudny wybór pomiędzy Jesteś zagadką a Working it, czyli dwoma powieściami Kendall Ryan, przy obie dostałyby ode mnie taką samą ocenę. Po długich rozważaniach za nieznacznie gorszą uważam tę drugą. Bardzo nieznacznie. To po prostu złe książki, więc polecam trzymać się od nich z daleka.



Blogowo:
Liczba wyświetleń: 2 801 (-24)
Obserwatorzy: 297 (+2)
Dodane posty: 5 (-1)
Facebook: 300 (+10)


Jak Wam minął listopad? Też tak ciężko znaleźć na coś czas? :)

Recenzja - „Working it. Kusząca kariera” Kendall Ryan



O Kendall Ryan swego czasu było dość głośno za sprawą książki Jesteś zagadką - i to nie koniecznie w dobrym kontekście. Mimo to, mając ochotę na coś lekkiego do czytania sięgnęłam po Working it. Wiecie, czego mnie to nauczyło? Czasami lepiej jest po prostu zaufać negatywnym recenzjom...

Emmy marzy o modowej karierze w Nowym Jorku. Zostaje asystentką w jednej z agencji modelingowej, a praca pod rządami Fiony staje się koszmarem. Tylko Ben niesamowicie przystojny model trzyma ją w tym miejscu. Gdy ich romans nabiera tempa, przeszłość mężczyzny wychodzi na jaw. Ich świat zmienia się całkowicie...
(Źródło: Wydawnictwo Pascal)

Nie wiem, czy też tak macie, ale widząc okładkę książki, czasami po prostu wiem, o czym właściwie będzie. Mając przed oczami Working it, wcale nie spodziewałam się, że będzie to cudowna pozycja, która na długo zostanie w mojej pamięci - liczyłam po prostu na trochę odmóżdżenia w ciężkim tygodniu i chwilę dobrej zabawy. Miałam naprawdę malutkie oczekiwania, więc jak powiem, że się zawiodłam to zbyt dużo. Bo Kusząca kariera to po prostu nie najlepsza książka i to łagodnie mówiąc.

Emerson jest dziewczyną z Missisipi, wychowaną na wsi, która zaczyna pracę jako asystentka szefowej sławnej agencji o okropnym charakterze. Brzmi znajomo? Dla każdego, który zetknął się z filmem bądź książką Diabeł ubiera się u Prady na pewno, bo Fiona do złudzenia przypomina Mirandę Priestly. Poza tym mamy tu najbardziej oklepany schemat na świecie - Bena jako złotego chłopca, bogacza, ciacho jakich mało, który nie wierzy w miłość i chce związku bez zobowiązań oraz Emmy, dziewczynę nie mającą absolutnie żadnego poczucia własnej wartości, zapatrzoną w niego jak w obrazek. I to naprawdę nie tak, że to największa wada tej powieści, w końcu są inne książki z gatunku, opierające się dokładnie na tym samym i naprawdę mi się podobają. Problemem jest jednak, że Kendall Ryan nie odcisnęła na fabule żadnego znaku charakterystycznego, niczego, czym ta historia miałaby się różnić od setek innych. Odniosłam wrażenie, że taką powieść można napisać sobie na poczekaniu... po prostu idąc po najmniejszej linii oporu. Także, jeśli liczycie na jakieś smaczki ze świata mody (w końcu na tym została oparta fabuła) to zawiedziecie się i to bardzo, ponieważ poza może jednym opisem sesji czy pokazu nie znalazło się tu nic na ten temat. A szkoda, bo mało która książka się na tym opiera i można było to wykorzystać.

Rzadko spotykam się z tak fatalnym wykreowaniem bohaterów. Autorka nie wprowadziła praktycznie żadnych postaci drugoplanowych, o których czytelnik dowiedziałby się czegoś, ponad to, co mówią występując przy tych głównych. Wydawać by się mogło, że dzięki temu zostawiła sobie pole do popisu przy pozostałych osobach, ale o nich również ciężko powiedzieć coś konkretnego, a tym bardziej pozytywnego. Emmy (zdrobnienie jak dla siedmiolatki) kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, że non stop biadoliła... a to o tym jaki Ben jest przystojny, a to jak okropna jest Fiona i jak ciężko z nią pracować, tylko żeby na koniec po raz enty podkreślić, że jest tylko dziewczyną ze wsi i nie nadaje się na część tego świata. Użalaniu się nad swoim losem, po prostu nie było końca.

Na samym początku książki autorka napisała, że nie planowała, aby rozdziały z perspektywy Emmy przeplatały się z tymi, gdzie na fabułę czytelnik może spojrzeć oczami Bena. Może trzeba było trzymać się tego postanowienia, bo dzięki bliższym poznaniu myśli chłopaka, wcale nie zaczęłam darzyć go większą sympatią - wręcz przeciwnie. Jego wewnętrzne wywody wcale nie były lepsze niż te u Emerson - z tym, że Ben skupiał się raczej na tym jak bardzo na nią nie zasługuje, bla, bla, bla. Dostatecznie irytuje mnie, gdy jeden z bohaterów biadoli od rzeczy, spotkanie z dwójką było już ponad moje siły. Dodatkowo nie było żadnych innych ludzi, którzy mogliby odciągnąć moją uwagę od tej dwójki, przez co nie miałam nawet chwili wytchnienia od ich irytujących osobowości.

Nawet pomijając fatalne postaci i słabą oś fabuły, moją największą bolączką był język, jakim napisana jest ta powieść. Serio, nie mam nawet cytatu, który mogłabym wstawić do tej recenzji. Sceny erotyczne wprawdzie wywołały u mnie rumieniec - ale zażenowania, bo nie wyobrażam sobie, żeby takie teksty mogły pojawić się u kogokolwiek. Och i ciągłe smsy z mnóstwem emotek, co na moim telefonie czytniku wyglądało po prostu śmiesznie, bo były one znacznie większe od treści - poza tym kto czuje  się zobligowany do wysyłania na końcu każdej wiadomości uśmieszku? Nie wspominając nawet o tym, że w drugiej części książki treść staje się po prostu absurdalna i to tak bardzo, że nie wiedziałam czy mam się śmiać, czy płakać.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby książka była czytadłem na jeden wieczór. Są takie dni czy tygodnie, że dokładnie tego szukam. Jednak nie jest dobrze, kiedy historia, do której nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań sprawia, że mam ochotę walić głową w ścianę - a jakby Was to zastanawiało tak właśnie było w przypadku Working it. Zwykle jest tak, że nawet jeśli mi dana pozycja nie przypadła do gustu, myślę sobie, że najdzie się ktoś, kto ją polubi, a w tym przypadku... cóż powiedzmy, że będzie z tym naprawdę ciężko. Jeśli macie ochotę na powieść ze stereotypowymi bohaterami, przewidywalną i momentami absurdalną fabułą, Kusząca kariera idealnie się nada. Jeśli nie - weźcie sobie moją radę do serca i omijajcie tę pozycję z daleka.


Moja ocena: 3/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,12/10
Ilość stron: 400
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 31 sierpnia 2016 r.
Wydawnictwo: Pascal
Tłumaczenie: Agnieszka Skowron
Cena (z okładki): 39, 90 zł

Moje ulubione cytaty #4


Ostatnimi czasy w ogóle nie idzie mi pisanie... Z tej okazji mam dla Was kolejną odsłonę cytatów, które mnie urzekły ;).

RECENZJA
RECENZJA
RECENZJA


RECENZJA





Recenzja - „Co mnie zmieniło na zawsze” Amber Smith


Moje ciało to komnata tortur. To pierdolone miejsce zbrodni. Wydarzyły się tutaj potworne rzeczy.
Nie warto o tym mówić, nie warto tego komentować, nie na głos. Nigdy.

Co mnie zmieniło na zawsze to jeden z tych tytułów, na premierę których naprawdę wyczekiwałam, a jednocześnie bałam się, że zawiedzie moje oczekiwania. Dlaczego? Mimo, że nie jestem fanem NA, to i tak lubię ten gatunek, ale irytuje mnie, że jedynym lekarstwem na wszelkie zło, które dotknęło bohaterów jest miłość. Nie wiedziałam, czego powinnam się spodziewać po tej powieści, ale poprzednie doświadczenia nauczyły mnie podchodzić ostrożnie do książek o tej tematyce.

Eden miała czternaście lat, kiedy ON zniszczył jej dotychczasowe życie. Była tylko dzieckiem, którego niewinność odebrano w ciągu jednej chwili, gdy zgwałcił ją najlepszy przyjaciel jej brata, będący praktycznie członkiem rodziny. Dziewczyna wie, że powinna komuś o tym powiedzieć, ale w tej jednej, decydującej chwili ogrania ją strach, że nikt jej nie uwierzy. Postanawia udawać, że dzień, który zniszczył jej życie nigdy się nie wydarzył i buduje nową Eden - taką, która już nigdy nie będzie ofiarą. Jednak nienawiść do siebie i swojego oprawcy zmienia ją na zawsze, a życie zbudowane na kłamstwach wcale nie sprawia, że czuje się lepiej. Jak długo uda się jej utrzymać iluzję?

To nie liceum ją zmieniło. To gwałt.
Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata – niemal członek rodziny – sprawia, że świat Eden wywraca się do góry nogami. To, co kiedyś wydawało się proste, teraz jest skomplikowane. To, co kiedyś wydawało się prawdą, teraz jest kłamstwem. Ci, których kiedyś kochała, teraz budzą tylko jej nienawiść. Nic już nie ma sensu. Wie, że powinna powiedzieć komuś o tym, co się stało, ale nie może tego zrobić. Więc ukrywa to w sobie, głęboko. Ukrywa też to, kim kiedyś była – bo teraz jest już inna. Na zawsze.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

To nie jest typowa powieść fabularna. Bo to, co przydarzyło się Eden jest fikcją, ale równie dobrze mogło zdarzyć się naprawdę. To nie jest kolejna opowieść o miłości, w której bohaterowie są po przejściach - to książka o tym, że nie da się poradzić sobie z tak traumatycznym wydarzeniem, jak gwałt. Amber Smith pokazuje, że są autorzy, którzy nie boją się poruszać tak trudnych tematów bez osładzania ich, że jest to kwestia, o której trzeba rozmawiać. Bo istnieją dziewczynki i kobiety, które są właśnie jak Eden, przeżywają to samo, co ona i boją się powiedzieć o tym, co się zdarzyło. 

Książka jest podzielona na cztery części, cztery lata, które trwało liceum. Jestem niesamowicie zadowolona, że autorka zdecydowała się na rozłożenie tej historii w czasie, bo dzięki temu czytelnik ma okazję zobaczyć, co się działo w umyśle Eden. Jedna chwila zmieniła jej życie, ale na tym się nie skończyło, bo czas nie zawsze leczy rany, ale sprawia, że stają się one jeszcze dotkliwsze. Dziewczyna tłamsiła w sobie całą tę nienawiść, która nieustannie w niej rosła i sprawiała, że powstała nowa Eden. Taka, która podświadomie wręcz chciała ranić ludzi wokół siebie, żeby poczuli choć ułamek bólu, który ją dręczył codziennie. Odpychała wszystkich, bo nikt nie znał prawdy. I to jest właśnie paradoks - ponieważ nikt nie widział, co się wydarzyło, nikt jej nie rozumiał, a jednocześnie mam wrażenie, że dziewczyna chciała, żeby ktoś się domyślił. Zapytał ją co się stało, przycisnął ją i dał kopniaka, żeby w końcu to z siebie wyrzucić. Tylko, że nikt, łącznie z jej najlepszą przyjaciółką, nawet nie zdaje sobie sprawy, że powinien. 

Bo teraz już nie pamiętam, gdzie kończą się kłamstwa, a zaczynam się ja. Linie są rozmyte. Wszystko nagle stało się takie poplątane, takie szare, takie niezdefiniowane. Jedyne, co wiem, to to, że sprawy nie poszły zgodnie z planem. Plan był taki, że mi się poprawi, poczuję się lepiej, że osiągnę to z użyciem wszelkich dostępnych mi środków. Ale nie czuję się lepiej. Czuję się pusta. Ciągle pusta i uszkodzona.

To, co wyróżnia tę książkę na tle innych to fakt, że autorka nie skupia się na szczegółach fabularnych, ale na emocjach, na zbudowaniu realistycznego portretu ofiary gwałtu. Pokazuje, jak bardzo trauma zmieniła Eden i jak reagowali na to jej najbliżsi. Nie ma tu upiększeń, małych pozytywnych fragmentów, które osłodziłyby fabułę - tylko bezkresna otchłań następstw gwałtu, z którymi ofiara stara się pogodzić, a nie potrafi. W jednej chwili wyparowała cała niewinność, całe szczęście - pozostał tylko gniew, nienawiść, smutek, obrzydzenie do samej siebie. Chcąc nie chcąc czytelnik staje się niemym świadkiem, jak Eden stacza się na dno szukając zapomnienia w papierosach, alkoholu, przypadkowym seksie, a nawet narkotykach. Chciałam na nią krzyczeć, żeby powiedziała komukolwiek, poszukała pomocy, a jednocześnie wiedziałam, dlaczego tego nie robi. Chciałam też krzyczeć na jej bliskich, że przecież powinni coś dostrzec, spróbować zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje, zamiast oceniać jej zachowanie, tylko że wiedziałam, że oni, w przeciwieństwie do mnie, nie wiedzą, co się stało.

Uśmiecham się co prawda, ale coś jest z tym uśmiechem nie tak. Moje oczy mają w sobie coś takiego… jakąś tępą, martwą ciemność. Jakby czegoś we mnie brakowało. Nie umiem powiedzieć czego. Ale ta brakująca część to coś ważnego, coś kluczowego, coś, co zostało mi zabrane.

Przepraszam, jeśli ta recenzja jest chaotyczna i za to, że pewnie się powtarzam. Ale Co mnie zmieniło na zawsze to książka, która wywołała we mnie całą masę emocji i skłoniła do refleksji. Bo czy jeśli osoba w moim towarzystwie zmieniłaby się tak jak Eden, czy zauważyłabym to? Czy domyśliłabym się, że coś się stało? Czy gdyby to wydarzyło się mnie czy Tobie, jak byś zareagowała? Ponieważ w teorii wszyscy wiemy, że trzeba o tym mówić głośno, ale w praktyce? Czy, tak jak główna bohaterka, nie wybrałabym ukrycia swojego bólu, nawet jeśli by mnie niszczył, tylko żeby nie powiedzieć głośno tych dwóch słów, które wszystko zmienią - zostałam zgwałcona?

Moim zdaniem, jest to książka warta przeczytania absolutnie przez wszystkich. Co mnie zmieniło na zawsze to fikcja, która mogłaby być prawdą i być może sprawi, że gdy zauważysz w kimś zmianę, nie przejdziesz obok niej niej obojętnie, a zaczniesz się zastanawiać nad jej powodem. Amber Smith stworzyła niesamowicie realistyczny obraz ofiary gwałtu, jej uczuć, myśli, zachowań. Nie osładza tej historii, stawia na niefiltrowany realizm od początku do samego końca. Gorąco polecam.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,83/10
Ilość stron: 391
Okładka: miękka
Data wydania: 9 listopada 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik
Cena (z okładki): 37,90 zł


Nie wiem wielu rzeczy. Nie wiem, dlaczego nie usłyszałam cichego trzasku zamykających się drzwi. Dlaczego w ogóle nie zamknęłam tych cholernych drzwi na klucz. Albo dlaczego nie zorientowałam się, że dzieje się coś złego – tak bezlitośnie złego – kiedy poczułam, jak materac ugina się pod jego ciężarem.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young




Recenzja - „Ogień za ogień” Jenny Han, Siobhan Vivian

Chwycił mnie za rękę, nasze palce się splotły. A ja nie wzbraniałam się przed tym gestem,
choć wiedziałam, że powinnam. [...] Prześladowało mnie uczucie, że ma rację.
I ograniało mnie przerażenie. Ponieważ wiedziałam, że żadne z nas - a ja w szczególności -
nie ucieknie przed konsekwencjami.

Mimo niemrawego początku książka Ból za ból skończyła się w taki sposób, że naprawdę chciałam wiedzieć, co jeszcze mogą wymyślić autorki. Dlatego byłam zachwycona sięgając po Ogień za ogień, ale nie ukrywam, że jednocześnie obawiałam się, że powieść padnie ofiarą syndromu drugiej części. Czy słusznie?
Kiedy byłam małą dziewczynką, moje rozumienie zemsty było tak proste, jak przysłowia ze szkółki niedzielnej, za którymi to pojęcie się chowało. Niczym nieskalane drobne definicje, takie jak: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe” albo „Nie naprawisz krzywdy inną krzywdą”. I to prawda: nie da się naprawić jednej krzywdy, wyrządzając inną. Bo nie ma dwóch takich samych krzywd. Prawdziwie skrzywdzeni… Prawdziwe ukojenie znaleźć mogą tylko w jednej z dwóch dróg: całkowitym przebaczeniu albo straszliwej zemście. To nie jest historia o przebaczeniu.
(Źródło: Revenge)

Recenzja NIE ZAWIERA SPOJLERÓW z poprzedniej części.

Mogłoby się wydawać, że historia Kat, Lilli i Mary już się zakończyła - dziewczyny w końcu otrzymały swoją zemstę. Tylko, że nie wszystko jest takie proste, jak się wydaje, bo licealistki dręczy poczucie winy i obawiają się, że ich działania mogą wyjść na światło dzienne. Wspólna misja zbliżyła je do siebie i związała ich wyjątkową więzią, ale jednocześnie osłabiła ich wcześniejsze przyjaźnie. Zaskakująco okazuje się, ze jedna z nich nie jest usatysfakcjonowana wymierzoną karą i pragnie więcej. Czy ofiara przeistoczyła się w oprawcę? Ogień zemsty płonie i nikt nie będzie miał siły go ugasić...

Plan Lilli, Mary i Kat był idealny. Wspólnie, w najgłębszej tajemnicy, ukarały swoich wrogów. Sprawiły, by cierpieli. Sprawiedliwości w końcu stało się zadość. Ale Bal Absolwentów nie potoczył się tak, jak sobie tego życzyły. Wszystko wymknęło się spod kontroli.Teraz, choć nęka je poczucie winy, dziewczyny muszą po prostu się pozbierać i zapomnieć o tym, co się wydarzyło, i o umowie, którą zawarły. Ale z cichą, łagodną Mary jest naprawdę źle. Przepełnia ją gwałtowny gniew, który może sprawić, że komuś stanie się krzywda.
Raz rozpalonego ognia nie da się ugasić…
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Na wstępie - żeby wszystko było jasne - ta powieść jest lepsza niż pierwszy tom. Zniknęła infantylność dziecięcych żartów, miałam okazję trochę lepiej poznać bohaterów i z rosnącą ciekawością śledziłam prawie wszystkie wątki, zwłaszcza te dotyczące Lilli. Zastanawiam się, czy jak napiszę, że niektóre decyzje bohaterów doprowadzały mnie do chodzenia po pokoju to uznacie to za plus, zwłaszcza że w takich momentach raczej nie kontemplowałam ich mądrości :D. Słowem wyjaśnienia - lubię, jak książka mnie zaskakuje, a jeszcze bardziej, jak nie potrafię beznamiętnie obserwować fabuły. Jest tyle historii, które przyjemnie się czyta, ale nie potrafią wywołać u mnie żadnej reakcji, natomiast dobrą powieść poznaję właśnie po tym, że muszę ją na chwilę odłożyć, bo mam ochotę wejść tam i przemówić paru osobom do rozsądku. 

Później przyszedł ten magiczny moment, kiedy przestałam lubić główne bohaterki, a moja sympatia przeniosła się na ich ofiary. Nie wiem, czy jestem zadowolona z takiego obrotu spraw. W pewnym sensie przypomina to uczucie, które tak chwaliłam w recenzji pierwszej części, ale... mam wrażenie, że wtedy było mniej permanentne. Być może dlatego, że wówczas myślałam, że ich ofiary spotyka zbyt surowa, ale jednak zasłużona kara. Tym razem dziewczyny są po prostu okrutne i naprawdę nie podoba mi się ich zachowanie. Zemsta ma to do siebie, że jest karą. Nie da się odmierzyć bólu i wyrównać rachunków, niemniej jednak ma swój powód. Natomiast znęcanie się... to całkiem inna para kaloszy i to w dodatku takich, których nie cierpię. Ale za to zakończenie było kosmiczne. Nie wiem dlaczego tak długo zajmuje autorką rozkręcenie początku, ale ponownie ostatnie 50 stron to istny majstersztyk i naprawdę chciałabym, żeby następnym razem pisarki pociągnęły kolejny tom w tym klimacie, zamiast stawiać na niemrawe początki. Nie wspominając o fakcie, że mam trochę rozwalony mózg, bo za chiny nie mogę wykombinować CO się tam STAŁO?

De facto mamy trzy główne bohaterki i każda z nich dostaje swoje pięć minut - rozdział, w którym czytelnik może spojrzeć na fabułę jej oczami. Miałam okazję poznać dziewczyny trochę lepiej niż w pierwszej części i obserwować zmiany, jakie w nich zaszły. Myślę, że moją ulubienicą została Lillia, która w końcu pokazała trochę pazurków i bardzo podoba mi się, że mogę dostrzec w niej przemianę. Poza tym nie będę ukrywać, że jej wątki zaciekawiły mnie najbardziej, zwłaszcza relacja z pewnym chłopakiem... ;). Kat tym razem również pokazała trochę inne oblicze, bardziej wrażliwe niż w pierwszym tomie i przez to polubiłam ją trochę bardziej, choć nadal nie do końca odpowiadały mi niektóre jej decyzje. Cieszę się, że autorki nie postawiły na wprowadzenie nowych bohaterów, a raczej na przybliżenie czytelnikowi tych, którzy już się pojawili w fabule. Wiele osób narzekało, że z powodu mnogości postaci zlewały się one w jedną masę i nie byli w stanie wyłapać ich indywidualnych cech - tym razem autorki nadrabiają to niedopatrzenie, bo faktycznie mamy okazję dowiedzieć się czegoś więcej o bohaterach drugoplanowych. No i zostaje jeszcze Mary... <głęboki wdech>

Nie potrafię oceniać książki na podstawie jednego wątku czy bohatera, czy to pozytywnego czy negatywnego. Jednak nie chciałabym spotkać się z powieścią autorki, która jest odpowiedzialna za stworzenie Mary i jej historii. Po prostu... to wymaga walenia głową w stół, tysiąca i jednego gifa oraz innych czynności, które pomogłyby mi wyrazić moją irytację. Jeśli widzieliście moją recenzję pierwszej części (jest podlinkowana na dole), to wiecie, że dziewczyna już raz zdążyła mnie zdenerwować, ale w tym tomie doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Jej narracja, uczucia, decyzje - wszystko, absolutnie wszystko sprawiało, że nie mogłam jej znieść. Pominę milczeniem zupełnie niepotrzebnie wprowadzony wątek paranormalny, ale charakter Mary jest po prostu nie do zniesienia. Ile razy można powtarzać, że nie zasługuje na miłość, przyjaciół, zainteresowanie, szczęście etc. - wybierzcie sobie cokolwiek i na pewno dziewczyna przynajmniej raz stwierdziła, że nie jest tego warta. Teoretycznie jest wspaniałą przyjaciółką, ale przez caluteńką powieść nie widziałam, żeby zrobiła cokolwiek dla Kat albo Lil, zamiast tego prosi tę drugą o coś, na co zupełnie nie ma ochoty. Generalnie patrząc na jej zachowanie pomyślałabym, że albo ma jakieś problemy natury psychiatrycznej albo ma dwanaście lat i przeżywa nastoletnią depresję połączoną z dziwnym, niezrozumiałym buntem. Ja rozumiem (lub przynajmniej staram się zrozumieć), że Reeve ją skrzywdził, ale kurczaki, czy ona nie zdaje sobie sprawy, że byli dzieciakami? Nieeee, zamiast zrobić cokolwiek ze swoim życiem, decyduje się na myślenie o tym w kółko non stop, dookoła, normalnie cały czas i podnoszenie tego do rangi krzywdy, której nie da się odkupić, rzutującej na całe jej życie i przyszłość. Im dalej w las tym było z nią tylko gorzej. Nawet później, już niezależnie od wyadzarzeń z przeszłości jak można łaknąć zadośćuczynienia za coś, do czego samemu się doprowadziło? WTF? Generalnie Mary jest bardzo krwiożercza, jak na tak "słodką" irytującą osóbkę, co zupełnie do niej nie pasuje.
(Porcja gifów, ilustrujących moje uczucia)

Gdybym miała pominąć cały nieszczęsny wątek Mary (jak i ją samą) bez wahania stwierdziłabym, że Ogień za ogień to naprawdę świetna książka, którą absolutnie musicie przeczytać. Ale że mój poziom irytacji przekroczył dopuszczalny (znacznie) to mogę nazwać tę historię jedynie bardzo dobrą. O ile Ból za ból przypadł Wam do gustu, kontynuacja na pewno również Was nie zawiedzie. A jeśli zastanawiacie się czy warto... cóż moim zdaniem tak, o ile jesteście w stanie poradzić sobie z jednym irytującym bohaterem ;).

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: listopad 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7/10
Ilość stron: 487
Okładka: miękka
Data wydania: 27 października 2016 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Ból za ból | Ogień za ogień

Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Stosik #16 i podsumowanie października


Październik to głównie powrót na uczelnię, a to oznacza jedno - brak czasu. Znów. Co mnie smuci, tak naprawdę mocno :D, bo trzy miesiące wolnego przyzwyczaiły mnie do poświęcania się słodkiemu lenistwu. O tyle, o ile pi razy drzwi mam, kiedy czytać, to z pisaniem było dużo, dużo gorzej. Podobnie zresztą jak z czasem, który mogłam poświęcić blogowaniu...

Stosik #16
Nie wiem wprawdzie, czy mogę to nazwać stosem, ale niech będzie :D. Trzymam się mocno swojego postanowienia o niekupowaniu książek - co w tym miesiącu było dość łatwe, bo cierpiałam na chroniczny brak funduszy, ale cii lubię przypisywać to swojej silnej woli. Ograniczyłam też wymiany i inne takie, bo na mojej półce zalega już tak dużo książek, że nie mam pojęcia, po którą z powieści chciałabym sięgnąć. Wiem, że nie tylko ja mam takie problemy... :D. 
W zeszłym miesiącu przybyły do mnie tylko dwie książki w ramach współprac.
  • Kim jest ta dziewczyna? Mhari McFarlane - od Wydawnictwa HarperCollins Polska, naprawdę dobra powieść obyczajowa, ale efekt zepsuła trochę końcówka. Tak, jeszcze raz wspominam do mojej nienawiści do otwartych zakończeń. RECENZJA
  • Ogień za ogień Jenny Han Siobhan Vivian - egzemplarz od Feeria Young, czyli jednego z moich ulubionych wydawnictw ;). Pierwsza część była naprawdę dobra i już nie mogę się doczekać, aż poznam dalsze losy dziewczyn. RECENZJA Ból za ból

Podsumowanie października
W tym miesiącu czytałam głównie na uczelni, korzystałam raczej z czytnika i prawie nie tknęłam moich "zapasów". Wróciłam do domu na długi weekend, popatrzyłam na swoje książeczki i poczułam potrzebę powrotu do niektórych ulubionych serii i je też tu uwzględniłam :D. W sumie przeczytałam 8 nowych powieści i do ośmiu wróciłam, co razem daje 16... Tak jak wspominałam, miałam trochę czasu na czytanie, ale z pisaniem było już gorzej. Nie jestem pewna czy uda mi się nadrobić wszystkie zaległe recenzje, stąd mam pytanie: czy jest jakaś którą szczególnie chcielibyście zobaczyć? :) W sumie przeczytałam 7 418 stron, czyli statystycznie 239 dziennie, co jest rewelacyjnym wynikiem, którego raczej nie powtórzę aż do kolejnych wakacji ;).
Jak zwykle moje zdjęcie odeśle Was do recenzji.

    

Najlepsza książka
Myślę, że wpasuje się tu Mimo moich win. Szczegóły znajdziecie w recenzji, ale uważam, że zasługuje na ten tytuł ze względu na nieszablonowych bohaterów oraz historię, która faktycznie potrafiła mnie zaskoczyć, zwłaszcza pod koniec ;).

Najgorsza książka
Nie przeczytałam w październiku ani jednej jako takiej złej książki i powiem Wam szczerze, że długo zastanawiałam się, czy mogę tu jakąś umieścić. Wydaje mi się, że najbliżej jest Nie dajesz mi spać, ale nie dlatego, że mi się nie podobała. Po prostu jest to romansidło, jakich wiele na rynku, nie znalazło się tu nic nowego, innowacyjnego, zaskakującego... ot, taka powieść przeczytaj i zapomnij.


Blogowo:
Liczba wyświetleń: 2 894 (-124)
Obserwatorzy: 295 (+9)
Dodane posty: 6 (-2)
Facebook: 290 (+20)


Jak Wam minął październik? :) 

Recenzja - „Kim jest ta dziewczyna?” Mhari McFarlane


Ile to lat spędziła, żeby przypodobać się takim nieistotnym ludziom?
I nigdy właściwie nie zadała sobie pytania, dlaczego ma ich lubić.

Kto z nas nie lubi odrobiny skandalu? Ja na pewno nie zaliczam się do tej grupy, bo ze wstydem przyznam, że czasem lubię pośledzić "ploteczki", choć zdecydowanie nie wywołują one u mnie większych emocji. No, chyba że chodzi o książkę...

Gdy Edie zostaje przyłapana w kompromitującej sytuacji z panem młodym na jego własnym weselu, wybucha skandal. Powszechne oburzenie przenosi się do sieci, a przez profile społecznościowe Edie przetacza się fala hejtu. Nazwana złodziejką mężów i skazana na towarzyski ostracyzm, pragnie zapaść się pod ziemię. Ponieważ atmosfera w biurze jest gęsta od plotek i komentarzy, szef wysyła ją do Nottingham na coś w rodzaju przymusowego urlopu, gdzie jako ghostwriterka ma napisać autobiografię wschodzącej gwiazdy filmowej, Elliota Owena.
Idealny plan? Niekoniecznie...
Hejt wciąż boli, współpraca z Elliotem od początku układa się fatalnie, a życie pod jednym dachem z ojcem i wiecznie niezadowoloną młodszą siostrą staje się źródłem kolejnych frustracji.
Gdy wydaje się, że cały świat sprzysiągł się przeciw niej, Edie musi udowodnić sobie i innym, że wie, kim jest, i potrafi żyć po swojemu.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins)

Kojarzycie ten moment w książkach, kiedy dzieje się "wielka zła rzecz"? To najczęściej ten fragment, kiedy wszystko już zaczyna się dobrze układać dla bohaterów, ale do końca zostaje sto stron, więc po prostu musi się stać coś złego. W tym wypadku wydawać by się mogło, że najgorsze, co mogło się zdarzyć to pocałowanie pana młodego na jego weselu, ale nie dajcie się zwieść pozorom. Przed Edie jeszcze najgorsze - musi się zmierzyć z ogólnym potępieniem i nienawiścią zarówno byłych kolegów, ale także nieznajomych. Stawienie czoła fali hejtu wcale nie będzie łatwym zadaniem, podobnie zresztą jak napisanie biografii przystojnego aktora, Elliota Owena.

Przede wszystkim byłam zaskoczona, jak pulchna to książka, ponieważ powieści obyczajowe rzadko mają ponad pięćset stron. Obawiałam się, że taka wielkość przełoży się na zbyt długie opisy oraz/lub przestoje w fabule, bo autorka musiałaby mieć naprawdę sporo pomysłów, żeby zapełnić te wszystkie karki. Jak było? Hmm, mam wrażenie, że w ogólnym rozrachunku okazało się być w miarę dobrze, jednak jest jeszcze to nieszczęsne ale... Przez pierwsze sto stron autentycznie nie mogłam wciągnąć się w fabułę. Mnogość opisów, niewiele akcji i mnóstwo rozterek wewnętrznych Edie - czyli dokładnie to, czego się obawiałam - sprawiały, że odkładałam tę książkę mniej więcej co trzy rozdziały. W pewnym momencie stwierdziłam, że chyba już nic nie sprawi, że zmienię zdanie o powieści Mhari McFarlane, ale uwaga, uwaga na scenę wkroczył Elliot Owen. Rzadko przypisuję zasługę uratowania powieści jednemu bohaterowi, ale on naprawdę ma spore zasługi, bo od tej chwili było już tylko lepiej - więcej się działo, postaci się rozwijały, skróciły się też wewnętrzne monologi - a Kim jest ta dziewczyna? naprawdę zaczęła mi się podobać. Nie będę rozpisywać się na temat szkodliwości mediów społecznościowych, ale naprawdę podobał mi się sposób, w jaki Mhari McFarlane przedstawiła ten temat, zarówno na przykładzie Edie, jak i Elliota Pisarka postawiła na krótkie rozdziały oraz dość prosty język, więc nawet przez ten nieszczęsny początek, powieść czyta się sprawnie, bez większych rozterek nad tekstem. Zastanawia mnie jednak czy autorka (bądź tłumacz) okazjonalnie nie sięgnęli po zbyt kolokwialne określenia (były to raczej pojedyncze przypadki, nie mniej jednak, coś takiego przeszło mi przez myśl w trakcie lektury), zwłaszcza patrząc na wiek głównych postaci.

Edie ma trzydzieści pięć lat, jest wolna i pracuje w agencji marketingowej w Londynie, ale z powodu wyżej wspomnianego skandalu na trzy miesiące wyjeżdża do rodzinnego Nottingham. Jest to bohaterka, którą naprawdę ciężko było mi polubić - z jednej strony rozumiałam, że wszystko, co mówili o niej ludzie faktycznie może boleć, ale z drugiej nie znoszę użalających się nad sobą kobiet. Poza tym skoro autorka już chciała ukazać ją, jako dojrzalszą niż kierowana hormonami dwudziestolatka, to mogła naprawdę odrobinę zmniejszyć jej naiwność. Obwinianie wszystkich poza sobą i pretensje, że panu młodemu się upiekło, wcale nie pomagały w jej sytuacji, zresztą tak samo, jak nazywanie siebie ofiarą. Żeby nie było, że jest tak tragicznie to czytelnik faktycznie ma okazję zaobserwować pewne zmiany w zachowaniu Edie, ale to nie do końca zatarło średnie pierwsze wrażenie i wciąż nie do końca ją lubię. Natomiast Elliot Owen szturmem podbił moje serce - dzięki niemu nawet Edie dała się lubić. Uwielbiałam fakt, że się troszczył, jego humor, przekomarzania z bratem, sam fakt, w jaki sposób o sobie mówił i generalnie wszystko. Nic dodać, nic ująć. Dodatkowo autorka wprowadza do fabuły sporo postaci drugoplanowych, ale tu naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Może, może niektóre z nich były zbędne, ale wszyscy bohaterowie są dobrze zarysowani i konsekwentni w sowim działaniu.

Normalnie staram się nie poruszać tego tematu, ale wiecie co? Nie znoszę otwartych zakończeń. NIE. ZNOSZĘ. FU. Jeżeli w planach nie ma kontynuacji to zostawianie końcówki dla interpretacji czytelnika jest po prostu... koszmarkiem. Ja tam osobiście wolę jasno i wyraźnie zakończone historie, zadowoli mnie nawet jedną stronę epilogu, którego akcja rozgrywa się dziesięć lat później. 

Ogólnie rzecz biorąc Kim jest ta dziewczyna? byłoby naprawdę dobrą powieścią, gdyby nie to zakończenie. Jestem w stanie wybaczyć niemrawe początki, zwłaszcza, że później nie mogłam się oderwać od tej powieści, ale absolutnie nie znoszę niedopracowanych końcówek. Jasne, mogę sobie ją dopowiedzieć sama, jednak to nie to samo, co po prostu ją przeczytać, jakakolwiek by nie była. <Głęboki wdech> Abstrahując od ostatniego rozdziału, ta książka naprawdę mi się podobała, jednak ostatecznie polecam Wam ją, tylko jeśli - w przeciwieństwie do mnie - potraficie pogodzić się z brakiem domkniętego zakończenia.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: październik 2016 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,86/10
Ilość stron: 511  
Okładka: miękka
Data wydania: 5 października 2016 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 36,90 zł


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins 



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka