Recenzja - „Fałszywy pocałunek” Mary E. Pearson


Pewnego razu był sobie człowiek tak wspaniały jak bogowie. 
Ale nawet to, co wspaniałe, może drżeć ze strachu.
 Nawet to, co wspaniałe, może upaść.

Mam słabość do fantastyki - mniejszą niż kiedyś, ale to nadal pozostaje mój faworyzowany gatunek. Uwielbiam, gdy autor potrafi odmalować w moich myślach całkiem nowy świat, tak jakby działo się to tuż obok mnie, a wartka akcja trzyma mnie non stop w niepewności. Czy tak było z Fałszywym pocałunkiem? Niestety, nie do końca. 

Księżniczka Lia jest pierwszą córką domu Morrighan, królestwa przesiąkniętego tradycją, poczuciem obowiązku i opowieściami o minionym świecie. W dniu swojego ślubu ucieka, uchylając się od obowiązków - pragnie wyjść za mąż z miłości, a nie w celu zapewnienia sojuszu politycznego. Ścigana przez licznych łowców, znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie rozpoczyna nowe życie. Gdy do wioski przybywa dwóch przystojnych nieznajomych, w Lii rozbudza się nadzieja. Nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym księciem, a drugi to zabójca, który ma za zadanie ją zamordować. Wszędzie czai się podstęp. Lia jest bliska odkrycia niebezpiecznych tajemnic - i jednocześnie odkrywa, że się zakochuje.
(Źródło: Wydawnictwo Initium)

Klimat dworskich intryg, tajemnic i sekretów to zdecydowanie moja bajka. Jeśli dołożyć do tego dobre podłoże fantastyczne to za samą scenerię książka dostaje ode mnie dodatkowe punkty. Tego właśnie spodziewałam się po Fałszywym pocałunku, ale nie do końca to otrzymałam. Akcja faktycznie zaczyna się na królewskim dworze, jednak zostajemy tam tylko na czas pierwszego rozdziału, czyli bardzo, bardzo krótko. Lia zaraz później ucieka do niewielkiej wioski i tam będzie się toczyć spora część tej historii. 

Spodobał mi się zamysł autorki na podzielenie narracji na trzy osoby. W pierwszej kolejności mamy oczywiście księżniczkę i tu wszystko jest jasne, ponieważ czytelnik obserwuje wydarzenia z perspektywy Arabelli, wie co myśli i robi. Ciekawie robi się przy kolejnych - wiemy, że do wioski przybywa dwóch nieznajomych, poznajemy nawet ich imiona - to oni prowadzą dwie kolejne narracje, opisane tylko jako zabójca i książę. Jako odbiorcy jednak nie mamy pojęcia, który z nich jest kim. Naturalnie w końcu jednego z mężczyzn połączą cieplejsze więzy z księżniczką, a czytelnik nadal nie będzie miał o niczym pojęcia. To chyba pierwszy raz, kiedy spotkałam się z takim rozwiązaniem i powiem Wam, że to naprawdę dokłada do fabuły ciekawą tajemnicę i to taką, którą naprawdę chciałam poznać. 

Nie wiem, czy to ja myślałam podczas lektury o niebieskich migdałach, czy faktycznie miałam problem ze zrozumieniem koncepcji świata, w którym dzieje się akcja. Czytaliście? Jak było z Wami? Bo generalnie albo coś tu jednak nie zostało dopracowane w szczegółach, albo ja naprawdę powinnam jeszcze raz sięgnąć po Fałszywy pocałunek i skupić się tylko na tym, gdzie się właściwie znajduję. Tylko że normalnie nie mam aż takich problemów ze zrozumieniem koncepcji autora. Sanderson w Drodze Królów czy Bishop w Córce krwawych stworzyli wspaniałe, niecodzienne i skomplikowane uniwersa, a jednak po tych lekturach nie towarzyszyło mi to poczucie zagubienia, co tutaj. Nie wiem, czy byłabym w stanie sklecić jedno porządne zdanie o świecie, w którym toczy się akcja, bo po prostu nie potrafię sobie uporządkować tego w głowie. Jeśli ma to być tajemnica to świetnie, wtedy autorce naprawdę się udało, tylko że jakoś nie do końca wyobrażam sobie robienia sekretów z miejsca fabuły. Brakło trochę tła wydarzeń z przeszłości i nawiązań do tego, gdzie właściwie Pearson wysłała czytelnika.

Sama akcja wydała mi się strasznie nierówna. Mamy pierwszą połowę opisującą księżniczkę zmywającą stoły, pomagającą w gospodzie i filtrującą z Kadenem i Rafem - krótko mówiąc nudy. Nie dzieje się praktycznie nic istotnego, przez co miałam autentyczną ochotę przeskakiwać akapity, a to wcale się często nie zdarza, zwłaszcza w przypadku fantastyki. Później jest wielkie bum i od tej pory faktycznie zrobiło się trochę ciekawiej. Akcja nadal nie pędzi na łeb na szyję, ale dzieje się trochę więcej i straciłam ochotę do przewijania całych stron - to dobrze, nawet świetnie bym powiedziała. Jednak natychmiast nachodzi mnie pytanie, przez wzgląd na pierwszą połowę, czy autorce uda się utrzymać tempo z końcówki, czy znowu będę zmuszona zmierzyć się z problem ślimaczej akcji w kontynuacji. Nawet trójkąt miłosny, który (jeszcze) nim nie jest, nie dostarczył mi odpowiedniej dawki emocji. Trochę wyleczyłam się z mojej awersji do tego motywu, jeśli faktycznie autor zaserwuje mi coś dobrego. Ten w Fałszywym pocałunku aktualnie wydał mi się po prostu nijaki. Jest to jest, jakby go nie było, to też żadna strata w fabule. Nie zapałałam miłością do żadnego z konkurentów Lii, co pewnie też ma wpływ na moje odczucia, bo brakuje mi tu nerwów lub radości z wyboru bohaterki. Mam nadzieję, że to się zmieni w kolejnym tomie, bo na przekór swojemu rozsądkowi naprawdę lubię te emocje - wtedy przynajmniej wiem, że książka (nawet jeśli jest słaba) jakoś na mnie wpłynęła. 

Z pewnością sięgnę po drugą część, bo naprawdę, naprawdę chcę się dowiedzieć, co będzie dalej. Jednak nie jestem pewna, czy powiedziałabym to samo, gdyby akcja zakończyła się w innym momencie i została minimalnie bardziej domknięta. Jasne, dobry cliffhanger może skłonić czytelników do sięgnięcia po kontynuacje, ale osobiście wolę, gdy skłania mnie ku temu znacznie więcej niż dramatyczna końcówka. W Fałszywym pocałunku trochę zabrakło właśnie tego więcej. Jeśli Pearson pociągnie akcje w tempie drugiej połowy i w końcu dostanę konkretne dopracowanie tego świata, to Kroniki ocalałych mają gigantyczny potencjał, żeby stać się bardzo dobrą serią. Jeśli nie to pożałuję wydanych pieniędzy na drugi tom. 

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: lutry 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,04/10
Ilość stron:544
Okładka: miękka
Data wydania: 3 sierpnia 2017 r.
Wydawnictwo: Initium
Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
Cena (z okładki): 39,90 zł

Gdybym tylko mogła wyciągnąć rękę i sięgnąć gwiazd, posiadłabym całą wiedzę. Zrozumiałabym.
Co byś zrozumiała, kochanie?
To, odparłabym, przyciskając dłoń do piersi.

Moje ulubione cytaty #5

Walentynki już wprawdzie prawie za nami, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby jednak czegoś z tej okazji nie wrzucić. Mieliście już okazję na zerknięcie na 10 moich ulubionych par i książkowych mężów. Tym razem mam dla was kolejną odsłonę zeszytu z cytatami, w którym głównym motywem jest... miłość ;). 













Recenzja - „Szczęście w miłości” Kasie West


Kto powiedział, że pieniądze nie dają szczęścia? Kupiłabym temu komuś drobiazg lub dwa,
od razu by zrozumiał.

Jest coś w powieściach Kasie West, co niezmiennie mnie urzeka. Nie znajdziecie tu filozoficznych dysput, czy głębokich przemyśleń - to po prostu nie ten typ książek. Jednak po twórczość tej autorki sięgam w ciemno. Jej historie zostawiają we mnie to przyjemne uczucie ciepła i są napisane z taką lekkością, że stanowią dosłownie lekturę na jedno popołudnie. 

Maddie ma dwie przyjaciółki, nie lubi ryzyka, a wszystko co robi musi być zaplanowane. Kiedy nie przygotowuje się do pójścia do college'u, pracuje w miejscowym zoo, bo fundusze jej rodziny są bardzo ograniczone. Nie spodziewa się, że kupon na loterię, który kupiła w swoje 18 urodziny, okaże się być tym zwycięskim. Kiedy na jej koncie ląduje 60 milionów, życie dziewczyny zmienia się o 180 stopni. Tylko czy Maddie jest na to gotowa? Jak poradzić sobie z nowo zdobytą popularnością?

Maddie nie jest impulsywna. Ceni ciężką pracę i lubi planować. Ale któregoś wieczora pod wpływem chwili kupuje los na loterię. I, ku własnemu zdziwieniu – wygrywa masę pieniędzy!
W jednej sekundzie Maddie nie poznaje swojego życia. Koniec ze stresowaniem się systemem stypendialnym w college’u. Ni stąd ni zowąd Maddie myśli o wynajęciu jachtu. A bycie w centrum uwagi całej szkoły jest super, dopóki nie zaczynają docierać do niej przykre plotki na jej temat, a przypadkowe osoby proszą ją o pożyczkę. I teraz Maddie nie ma pojęcia, komu można zaufać. Poza Sethem Nguyenem, z którym pracuje w miejscowym zoo. Seth jest miły i zabawny, i chyba wcale nie wie o wielkiej zmianie w życiu Maddie, a dziewczyna jakoś nie ma ochoty nic mu mówić. Co się stanie jednak, jeśli Seth pozna prawdę?
Oto pełna humoru i czułości historia w bestsellerowym stylu Kasie West: o wygranej, przegranej i… miłości.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Myślę, że po przeczytaniu opisu - niezależnie kto byłby autorem tej powieści - miałabym ochotę się na nią skusić. Jednak nazwisko Kasie West na okładce, sprawiło że moje oczekiwania podskoczyły. Dlaczego? Ponieważ spotkałam się z jej twórczością przy Chłopaku z innej bajki oraz Blisko ciebie i obie te książki naprawdę mi się podobały. Czytanie ich było jak dobra komedia romantyczna - pozwało mi się odstresować i cieszyć przedstawioną historią. Szczęście w miłości zaczęło się tak samo... a później coś się popsuło.

Żeby nie było, że było tak źle, zajmijmy się na początku pozytywnymi rzeczami. Przede wszystkim fragmenty skupiające się na Maddie i Sethcie - ciekawe na tyle, że chciałam wiedzieć jak potoczą się ich losy i okraszone wystarczającą dozą romantyzmu, żeby wywołać aww, a nie skrzywienie zębów. W całości czuć też lekkie pióro Kasie West, więc Szczęście w miłości mimo wszystko dobrze się czyta. Nawet sam pomysł był ciekawy, choć nie wystarczył do podtrzymania całej fabuły. Widzicie, normalnie nie przeszkadzało mi, że powieści pisarki są raczej jednotorowe i skupiają się na jednym wątku. Ale tu to po prostu było za mało.

Sytuacji nie poprawiała też sama główna bohaterka. Maddie, patrząc na jej zachowanie, dałabym jej raczej 12 niż 18 lat. Głównie jej przemyślenia dotyczą pieniędzy, wciąż, w kółko i od nowa. Jest wręcz idiotycznie naiwna, aż do momentu, gdzie robi się podejrzliwa bez żadnego powodu. Ta drastyczna zmiana w jej zachowaniu, wcale mi się nie podobała, bo wypadła strasznie nienaturalnie. Jednak mój główny problem z tą powieścią był dużo bardziej prozaiczny - ile można czytać o tym jak bohaterka ma wydawać pieniądze? I jej rozterek na ten temat? Całość była przez to niepotrzebnie rozciągnięta, trochę jakby autorce zabrakło wątków osobistych do pociągnięcia tej historii, więc zapętliła się w temat, który akurat interesował mnie najmniej. Przysięgam, że tę powieść można by spokojnie skrócić o połowę, a przekaz i tak pozostałby ten sam.

To nie tak, że było bardzo źle, a Szczęście w miłości zupełnie mi się nie podobało. Nie. Ale wiem, że Kasie West potrafi pisać znacznie lepiej, bo jej poprzednie książki naprawdę trafiały w mój gust. Tylko że o ile tamte skupiały się na relacjach bohaterów, to pierwsze co przychodzi mi na myśl tutaj po zakończonej lekturze to pieniądze - a to wcale nie jest pozytywne skojarzenie. Także ogólnie rzecz biorąc nie było źle, ale super też nie, a autorka na na swoim koncie ma znacznie lepsze książki. Całość ratuje przyjemny, lekki styl West oraz postać Setha, ale to nie wystarczyło, żeby Szczęście w miłości mnie zachwyciło.

Moja ocena: -6/10

Ocena z Lubimy Czytać: 6,59/10 
Ilość stron: 408
Okładka: miękka
Data wydania: 8 listopada 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


-Nie noszę przy sobie gotówki.
-Może powinnaś zacząć - stwierdził. -Kupisz sobie przyjaciół.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Wracam? Mam nadzieję, że tak...


Są rzeczy, które trzeba przestać robić, żeby zrozumieć, jak bardzo się to kocha i odczuć pustkę, które po sobie zostawiają. Tak właśnie było ze mną i pisaniem, ale nie stało się to z dnia na dzień.

Ludziom przydałby się czasem jeden dzień wolny od życia. 
św. Augustyn z Hippony

Nie lubię się tłumaczyć - zawsze mam wrażenie, że gadam jakieś bzdury, a na koniec wszyscy machają ręką i mówią "tak, tak". Ale z drugiej strony zniknęłam z radaru na prawie pół roku i wrzucenie nowej recenzji, jakby to nie miało miejsca, wydało mi się po protu dziwne. Także jeśli macie ochotę na jakieś wyjaśnienie i trochę moich osobistych rozterek - hej, kim ja jestem, żeby Was tego pozbawiać - zapraszam do dalszej lektury. Jeśli nie to za parę dni pojawi się nowy post w bardziej tradycyjnym wydaniu.

Październik zawsze był ciężkim okresem dla mnie i dla bloga. Pierwszy - 3 miesiące po starcie - zaczął złą passę. Okazało się, że rozpoczęcie uczelnianego życia oraz jednoczesne pisane przerosło moje możliwości. Różnica pomiędzy liceum, a studiami była tak duża, że brakowało mi siły i motywacji żeby coś z siebie wykrzesać. Między pierwszym, a drugim rokiem było podobnie, ale wypadł on znacznie lepiej niż myślałam. Natomiast ten semestr - początek mojego trzeciego roku na PWr - naprawdę, naprawdę dał mi w kość. Nie wiem, kto powiedział, że po przebrnięciu przez pierwszą sesję jest tylko łatwiej, ale to największe kłamstwo mojego życia :'D. Albo może to tylko u mnie jest coraz gorzej...? 

To nie było tak, że podjęłam świadomą decyzję o zawieszeniu bloga, chociaż ta myśl przewiniła mi się przez głowę kilkukrotnie w minionym roku. I może to też stanowiło część problemu? Z jednej strony nadal to uwielbiałam, a z drugiej prawie przestało mi zależeć, co się tu dzieje. Jasne, główny problem stanowił brak wolnego czasu - zarówno na czytanie, jak i pisanie - ale może mogłam zrobić coś inaczej. Tylko, że byłam tak zmęczona tym, co wymagała ode mnie uczelnia, że nawet nie chciało mi się o tym myśleć, więc... przestałam. Czytać, pisać, czekać na premiery, śledzić promocje, praktycznie całe moje książkowe życie poszło w odstawkę. 

Aż zaczął się styczeń, a sesja zaczęła czaić się za rogiem. I jak to już ze mną bywa, im więcej mam roboty, tym bardziej mam ochotę na czytanie - ot, taki mój mózg przekorny. Po skończonej lekturze naprawdę dobrej powieści, przypomniałam sobie, że pierwsze co kiedyś robiłam przy tak pozytywnych odczuciach to notatki do recenzji, popatrzyłam na zakładkę bloggera w mojej przeglądarce, zakładkę, której nie używałam od dłuższego czasu. Pomyślałam, że w sumie tęsknię za pisaniem i chętnie podzieliłabym się tym, co myślę na temat tej książki. Stwierdziłam, że przecież nie ma nic, co powstrzymałoby mnie od powrotu (poza sesją, ale to piekło ki się skończy), więc dlaczego właściwie miałabym tego nie zrobić.

Więc... wracam. Mam nadzieję, że na stałe, przynajmniej mam mocne postanowienie, żeby tak właśnie było. Sesja już za mną (yay, wszystko zdane!), więc przynajmniej w teorii mam chwilę, żeby trochę popisać. Dodatkowo zebrało mi się trochę książek przez te parę miesięcy, więc kto wie, może pojawi się jakieś rozdanie, żeby przypieczętować mój powrót? :D Wszystko jest do zrobienia ;).

Liczę, że moi prowadzący trochę odpuszczą mi z ilością rzeczy, nad którymi muszę siedzieć w domu i nadchodzący letni semestr okaże się chociaż troszeczkę luźniejszy niż zimowy, wtedy być może wszystko potoczy się po mojej myśli. 

 

Recenzja - „Gniew i świt” Renée Ahdieh

- Małożonko. - Skinął głową.
- Mój władco.
Doczekam jutrzejszego zmierzchu. Nie popełnię błędu.
Przyrzekam, dożyję tylu zachodów słońca, ilu będzie trzeba.
I zabiję cię.
Własnoręcznie.

Są takie książki, że wystarczy tytuł oraz krótkie spojrzenie na okładkę, żebym wiedziała że po prostu muszę je przeczytać. Do tego grona zaliczał się właśnie Gniew i świt. Jeszcze przed premierą i przed pierwszymi recenzjami wiedziałam, że ta powieść po prostu musi do mnie trafić. Nie bez znaczenia był też fakt, że absolutnie uwielbiam motywy Baśni tysiąca i jednej nocy, Szeherezady Aladyna itp.

Jedno życie, jeden świt.
W krainie rządzonej przez młodego, żądnego krwi władcę, każdy poranek przynosi cierpienie kolejnej rodzinie. Khalid, osiemnastoletni kalif Khorsanu, jest potworem. Co noc bierze sobie nową małżonkę, by o poranku owinąć jedwabny sznur wokół jej szyi. Kiedy ofiarą Khalida pada szesnastoletnia przyjaciółka Shahrzad, dziewczyna poprzysięga mu zemstę i zgłasza się na jego kolejną oblubienicę. Shahrzad zamierza nie tylko ujść z życiem, ale też raz na zawsze zakończyć okrutne panowanie kalifa.
Noc za nocą, Shahrzad mami Khalida, snując zachwycające historie i odwleka swój koniec, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że kolejny świt może okazać się jej ostatnim. Z czasem dziewczyna zaczyna rozumieć, że w pałacu z marmuru i kamienia nie wszystko jest takie, jakim się wydaje. Shahrzad zamierza odkryć prawdę. Jest gotowa odebrać życie Khalida i tym samym odpłacić mu za tak wiele skradzionych istnień.
Czy miłość zwycięży w świecie pełnym niesamowitych historii i mrocznych sekretów?
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Nie wiem dlaczego, ale aż trzy razy podchodziłam do tej powieści. Nie mogłam się przekroczyć magicznej bariery 10 stron, co zdarza mi się wyjątkowo rzadko. Z jakiegoś powodu już przy tych początkowych kartkach ogarniało mnie dziwne przeczucie, że Gniew i świt okaże się ogromnym rozczarowaniem. Teoretycznie nie miałam temu żadnych konkretnych przesłanek, a mimo to przebrnięcie przez pierwsze 30 stron okazało się nie lada wyzwaniem. 

Czasami autor wrzuca czytelnika sam środek akcji i to rewelacyjnie się sprawdza. Natomiast Renée Ahdieh lekko ten zabieg nie wyszedł tak jak powinien. Wiele postaci i przeskakiwanie między wątkami sprawiły, że nie mogłam się odnaleźć w zamyśle autorki, zwłaszcza dokładając do tego całkiem egzotyczne miejsce akcji. Mnogość bohaterów na początku powoduje problem, ze zorientowaniem się kto jest kim. Przez to niejednokrotnie musiałam cofnąć się o parę stron, żeby upewnić się, że to pierwszy lub kolejny raz, kiedy słyszę o danej osobie.  Jakkolwiek dziwnie to brzmi, miałam problem z odróżnieniem ludzi od zwierząt? Głównie z powodu tego, że już przez pierwszy rozdział pojawia się mnóstwo imion, które ciężko dopasować.

Jednak to wszystko, co opisałam wyżej trwało tylko przez początek powieści. Autorce od pierwszych stron udaje się dobrze oddać klimat, którym rozgrywa się akcja, a jest on iście magiczny. Dokładnie takiej otoczki oczekiwałam sięgając po tę powieść i na tym się nie zawiodłam. Poza tym im dalej w las tym lepiej. Złapałam się na tym, że z niecierpliwością odwracam kolejne strony, chcąc się dowiedzieć, co się dalej wydarzy. Historia snuta przez Szahrzad urzekała mnie w podobnym stopniu co kalifa. Autorka nie zdradzając planów dziewczyny umiejętnie buduje napięcie oraz sprawia, że czytelnik nie może doczekać się co będzie dalej. Bo choć czytelnik dobrze wie, że Szahrzad jako główna bohaterka nie może zginąć na samym początku powieści to i tak, wraz z nią, z obawą oczekuje kolejnego świtu. Z każdym kolejnym rozdziałem sieć niebezpieczeństw zaciska się, sprawiając że wręcz nie sposób oderwać się od Gniewu i świtu. Autorka nie daje czytelnikowi prawie żadnych odpowiedzi, dokłada tylko sekretów, które zagęszczają fabułę. Z niecierpliwością czekałam na jakiekolwiek wskazówki, jednocześnie próbuje sama rozwikłać zagadki, podsuwane przez pisarkę. Dodajmy do tego jeszcze fakt, że pokochałam głównych bohaterów, a postaci drugoplanowej są naprawdę fantastyczne, zwłaszcza Despina i Dżalal.

Summa summarum choć Gniew i świt mógł okazać się gigantyczną klapą - co przeszło mi przez myśl na początku historii - okazało się, że wystarczyło dać jej trochę czasu, żeby zupełnie zdobyła moje serce. Nie jest to książka bez wad, można by dyskutować na temat wieku bohaterów, czy potęgi wybaczenia lub miłości, ale mnie ta opowieść zdobyła. Jestem niesamowicie zaintrygowana, jak autorka zdecyduje się pokierować losami Szahrzad i Khalida, ponieważ zakończenie pozostawia w niepewności i zaostrza apetyt na kontynuację.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,2/10
Ilość stron: 460
Okładka: miękka
Data wydania: marzec 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Katarzyna Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł


Kiedy wsunęła palce w jego włosy, by przytulić się nieco mocniej, zamarł na sekundę,
bo oboje wiedzieli, że zostali zgubieni. Straceni na zawsze.
W tym pocałunku.
Pocałunku, który wszystko zmieni.

Niektóre rzeczy istnieją w naszym życiu jedynie przez krótką chwilę. I musimy pozwolić im odejść, by oświetlały inne niebo.

Podsumowanie sierpnia


Jedno z niewielu (pierwsze?) podsumowań bez stosika, ponieważ... najzwyczajniej w świecie, nie mam się czym chwalić ;). Powinno mi być smuto z tego powodu, ale jestem prze szczęśliwa, że żadna nowa powieść nie znalazła do mnie drogi w poprzednim miesiącu. Głównie dlatego, iż poczułam w końcu ciężar moich zalegających stosów, które wydają się nie topić, a tylko rozrastać. Pierwszeństwo czytania zwykle dostają egzemplarze recenzenckie, a gdy i one się nie pojawiają, okazuje się, że w takich namiętnie wyczytuję pozycje z czytnika. Dlatego też dobrze by było utrzymać ten stan przynajmniej do świąt - ale bądźmy szczerzy - jestem człowiekiem słabej woli... :D. Trzymajcie kciuki!

Sierpień był zdecydowanie leniwym miesiącem i taki właśnie być powinien. Poza krótkim wypadem nad morze, rozkoszowałam się domem, spokojem, książkami, filmami oraz serialami - żyć nie umierać. Cieszę się, że przede mną jeszcze miesiąc wakacji, bo dreszcz mnie przechodzi na myśl o powrocie na uczelnię, ale ehh co zrobić... Przynajmniej znów będę miała wszystkich swoich znajomych pod ręką - jeden plus :D

Książki, które przeczytałam
   
  

Nienawidzę kiedy z wolnym czasem łączy się niemoc czytelnicza. Zawsze odczuwam głęboką irytację, że nie pojawia się ona w okresach, gdy mam mnóstwo roboty... niee, no bo po co? Wtedy książki wchodzą mi jak woda, jeszcze nie skończę jednej, a już zastawiam się co będzie następne w kolejce. Tymczasem sierpień, choć wyjątkowo spokojny, wiązał się właśnie z niechęcią do czytania. Rozłąka była naprawdę dobrą pozycją, ale przebrnięcie przez nią zajęło mi ponad tydzień. Natomiast Królowa Tearlingu przykuła moja uwagę na dłuższą chwilę, zakochałam się w twórczości Eriki Johansen i całą trylogię połknęłam na raz. I wszystko byłoby idealnie, mogłabym dosłownie piać z zachwytu, ale... okrutnie nie spodobał mi się sposób na zakończenie. Nawet pomijając fakt, że może ono podchodzić pod otwarte (nie do końca typowe, ale jednak) to sam pomysł wzbudził moją głęboką irytację, ponieważ SPOJLER ALERT mam wrażenie, że autorka poszła na łatwiznę. Nie dało się z tego zrobić happy endu, bo tak uwikłała bohaterów, ale zamiast się z tym zmierzyć, wybrała wmarzanie całej historii. I tak bohaterowie, których pokochałam przestali istnieć, a wszystkie złe rzeczy nigdy się nie wydarzyły... Serio? Nie znoszę tego zabiegu, nie było jeszcze takiej książki, której zdołałabym go wybaczyć. Po tym niesmaku sięgnęłam po dwie powieści na odstresowanie, które były w porządku - spełniły swoją rolę, choć nie powalają treścią. 
W sumie przeczytałam 6 książek, 1 888 stron, statystycznie 61 dziennie - czyli nie jest najgorzej. 

Najlepsza książka
Postawię na Królową Tearlingu. Mimo niesmaku po zakończeniu tej trylogii, pierwsza część była prawie idealna i wciągnęła mnie w swój świat od pierwszych stron. Mam głęboką słabość do historii opierających się na dworskim życiu, pełnych tajemniczych intryg i zamachów. Także Erika Johansen wstrzeliła się idealnie w mój gust.

Najgorsza książka
Nie żeby faktycznie była zła, bo czytało się to całkiem przyjemnie, ale Przebaczenie zakrawa na kalkę z poprzednich tomów. Vi Keeland pisze nieskomplikowane historie i żeby nie włączył mi się wewnętrzny hejter, muszę mieć prawdziwą ochotę na coś, co nie będzie wymagało ode mnie żadnej pracy umysłowej. Jednak mimo prostoty tej historii, pisarka unika wpadania w absurdy i nie irytuje mnie swoim stylem. Dlatego, choć nie jest to górnolotna literatura, spełnia swoje zadanie, pozwalając mi na parę godzin zapomnieć o całym świecie.


Blogowo:
Liczba wyświetleń: 1 730 (+98)
Obserwatorzy: 312 (+1)
Dodane posty: 4
Facebook: 368 (+4)

Recenzja - „Rozłąka” Dinah Jefferies


Słyszałam naprawdę dużo dobrego o twórczości Dinah Jefferies i wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po którąś z jej powieści. Na plus autorki świadczył też fakt, że łączy akcję swoich książek z wątkami historycznymi, do których osobiście mam słabość. W przypadku Rozłąki przenosimy się na Malaje w 1955, gdzie podczas rozruchów niepodległościowych śledzimy tragedię jednej kobiety. 

Malaje Brytyjskie, 1955 rok.
W kraju trwa stan wyjątkowy z powodu powstania malajskiego. Lydia, żona brytyjskiego urzędnika, po powrocie z podróży dowiaduje się, że jej rodzina wyjechała na północ, więc wyrusza tam, by ich znaleźć. Ta informacja jest jednak fałszywa. W rzeczywistości mąż w tajemnicy wrócił z córkami do Anglii. Wkrótce Lydia odkrywa jego kolejne kłamstwa, zdrady i sekrety. Nie może ufać nikomu, nawet najlepszej przyjaciółce, ale nie chce zrezygnować z walki o dzieci. Odizolowana w egzotycznym, ogarniętym wojną kraju, nie daje za wygraną. Zrobi wszystko, by odzyskać córki. 
Piękna powieść pełna tajemnic, intryg, romansów i dramatycznych wydarzeń. O matce, która szuka dzieci, i dzieciach, które nie wierzą, że zostały porzucone.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

W 1955 roku na Malajach Brytyjskich żyje małżeństwo z dwójką uroczych córek, które są dla ich matki całym światem. Gdy kobieta otrzymuje prośbę o wizytę od chorej przyjaciółki, mimo panujących na półwyspie walk i niebezpieczeństw czyhających na podróżnych, postawia ruszyć w drogę, zostawiając dzieci pod opieką męża. Lydia nie zdaje sobie jednak sprawy, że zanim wróci do domu, Alec w sekrecie opuści Malaje i wyruszy do Anglii, zostawiając ją samą na Malajach. Kobieta jest zdeterminowana odnaleźć rodzinę, jednak na czeka ją wiele niepowodzeń i fałszywych tropów. Czy mimo to uda się jej jeszcze zobaczyć córki?

Dinah Jefferies od pierwszych rozdziałów rozkłada akcję na dwie perspektywy - z jednej strony czytelnik ma szansę śledzić wydarzenia na Malajach oczami Lydii, a z drugiej żegluje z Emmą do Anglii i obserwuje, jak trudno poradzić sobie dziewczynce w nowym życiu. Zdecydowanie dobrze udało się uchwycić pisarce rysę historyczną powieści. Malaje Brytyjskie przedstawione przez autorkę, gdy na półwyspie toczyły się ciągłe walki, nie tylko urzekają swoim opisem, ale także podnoszą tempo akcji. Z powodu czasów, w których toczy się akcja, czytelnik wraz z główną bohaterką odczuwa zagrożenie czające za każdym rogiem i obawy o przyszłość, jaka ich tu czeka. Rozłąka jest przepełniona emocjami, z jednej strony czułam obawę, czy Lydii uda się odnaleźć rodzinę, a z drugiej martwiły mnie losy Emmy. To sprawiło, że obie narracje intrygują czytelnika i trzymają jego zainteresowanie. Nie wspominając, że poza tym czeka go odkrycie wielu spisków i tajemnic, w które uwikłana jest główna bohaterka.

Autorka świetnie sobie poradziła kreując postać Lydii i tworząc z niej kobietę o złożonym charakterze. Generalnie Dinah Jefferies tak rozpisała swoich bohaterów, że trudno się do nich nie przywiązać. Choć skupia się na Lydii i Emmie to i pozostałe postaci nie zostały zaniedbane, mimo że znalazło się kilka takich, których przeszłość z chęcią poznałabym bliżej. To sprawia, że chociaż czytelnikowi wydaje się, że zna danego bohatera, okazuje się, że jego motywy były dużo bardziej złożone, niż mogło się wydawać. I mimo że - jako odbiorca tej powieści - nie mogę wybaczyć Alecowi, to i jego motywy staną się bardziej klarowne w drugiej części książki. 

Podsumowując Rozłąka to świetna powieść obyczajowa, przy której nie da się nudzić. Dinah Jefferies świetnie poradziła sobie nie tylko z przedstawieniem emocji bohaterów, ale także z zarysowaniem tła historycznego wydarzeń. Co więcej mogę powiedzieć? Gorąco polecam.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: sierpień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Ilość stron: 448
Okładka: miękka
Data wydania: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Anna Sawisz
Cena (z okładki): 39,99 zł

[...] wyobraziła sobie cienką linię, która przecina świat na pół. Taka niewidzialna nitka... 
Jeden jej koniec przyszyty do serca mamy, a drugi do... cokolwiek się zdarzy,
 ta nitka nigdy nie zostanie zerwana

Za egzemplarz do recenzji dziękuje Wydawnictwu HarperCollins Polska




Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka