Recenzja - „Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” Leslye Walton


To, że miłość nie wygląda tak, jakbyś tego chciała, nie znaczy, że jej wokół ciebie nie ma.

Był czas, zresztą nie długo po premierze, kiedy o Osobliwych i cudownych przypadkach Avy Lavender było w naszym książkowym światku dość głośno i to raczej w pozytywnym sensie. To mnie skusiło do zakupu, ale bardzo nie po drodze było mi z sięgnięciem po powieść Leslye Walton. Z powodu mojego silnego postanowienia, żeby jednak trochę te moje półki oczyścić w końcu doczekała się na swoją kolej, a ja mogłam sprawdzić o co było to całe zamieszanie. 

Zbliża się magiczna noc przesilenia letniego...
Noc, w której niebo się otworzy, a powietrze wypełnią deszcz i pióra.
Ava urodziła się ze skrzydłami. Pragnie poznać prawdę, odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące jej pochodzenia. Niezwykłe wypadki, cudowne zdarzenia, dziwne zbiegi okoliczności i baśniowe rozterki zaprowadzą ją tam, gdzie nie spodziewała się dotrzeć. Kawałek po kawałku odsłania pełną boleści i trosk historię rodziny Roux. Ava Lavender może być pierwszą, która uniknie zguby i ucieknie obojętności. Czy uda jej się odnaleźć prawdziwą miłość?
Dramat Avy rozpoczyna się, kiedy wielce pobożny Nathaniel Sorrows bierze ją za anioła, a jego obsesja na punkcie dziewczyny rośnie...
(Źródło: Wydawnictwo Sine Qua Non)

Przede wszystkim nie tego się spodziewałam po książce Leslye Walton i to raczej nie w pozytywnym sensie. Robiłam do tej historii chyba z trzy podejścia i nie mogłam minąć pierwszych 50 stron, dopóki świadomie nie postanowiłam przez nie przebrnąć, a rzadko mi się to zdarza. Zwykle jak już zaczynam to muszę się zmuszać, żeby odłożyć powieść, a nie na odwrót. To okazało się pierwszym rozczarowaniem i uświadomiło mi, że ta lektura będzie odbiegać od książek, po które sięgam ostatnimi czasy. To co rzuciło mi się w oczy jako pierwsze to malutka ilość dialogów, które praktycznie nie pojawiają się na początku tej historii. A ona sama wcale nie zaczyna się od Avy, ale autorka cofa czytelnika do początków życie jej babki oraz historii jej pradziadków i ich podróży do Ameryki - opisując ich dość tragicznie i z pewnością dziwaczne losy. 

Po Maybe someday Hoover zupełnie nie przypadł mi do gustu styl Leslye Walton. Nie mogłam przywyknąć do tego jak rzeczowe opisy przeplatały się z nierealistycznymi elementami fabuły. To połączenie zupełnie do mnie nie przemówiło, choć bardzo chciałam żeby tak się stało. Bo chyba właśnie tu miał się kryć urok książki Leslye Walton, ale jakoś do mnie nie dotarł. Czytaliście może Sklepy cynamonowe? Ja byłam zmuszona zapoznać się z fragmentami przed maturą i choć nie pamiętam dobrze treści, to pamiętam towarzyszące m uczucie zagubienia, bo zarówno akcja i fabuła były elementami snu. Podobnie odczucia wywołała Leslye Walton, bo choć zarówno czas jak i miejsce są bardziej stabilne to siostra, która zamieniła się w kanarka, czy matka obracająca się w kupkę popiołu wymykały się nawet mojej wyobraźni. 

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to tak naprawdę saga rodzinna zamknięta w jednej, niedługiej książce. Tytułowa bohaterka nie pojawia się wcześniej niż w 1/3 powieści, a nawet wtedy akcja opiera się w równiej mierze na niej, co na ludziach, którzy ją otaczają. Bo wbrew tytułowi  ciężko uznać, żeby to w okół Avy obracała się akcja. Jej postać dominuje dopiero w kulminacyjnym punkcie historii.

Nie wiem co więcej mogę napisać o tej książce, ponieważ ciężko mi w ogóle zebrać konkretne uczucia, które po sobie pozostawiła. Bo choć raczej nie przypadła mi do gustu, to mimo to nie uważam jej za złą powieść. Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender to po prostu historia bardzo specyficzna i raczej nie przekonacie się, czy uderza w jakoś Waszą strunę, dopóki się z nią nie zapoznacie.

Moja ocena: 5/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,48/10
Okładka: miękka z zakładkami
Ilość stron: 300
Data premiery: 2 marca 2016 r.
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Tłumaczenie: Regina Kołek
Cena (z okładki): 34,90 zł

Znowu on. Los. To słowo często towarzyszyło mi, kiedy byłam dzieckiem. Szeptał do mnie z ciemnych kątów pokoju w czasie samotnych nocy. Był pieśnią ptaków na wiosnę i wołaniem wiatru w nagich gałęziach zimowego popołudnia. Los. Zarówno moja udręka, jak i pociecha. Mój towarzysz i moja klatka.

Recenzja - „Maybe someday” Collen Hoover


Dziwne, czasami wystarczy, że ktoś nas przytulał kilka minut, żebyśmy potem już nigdy nie czuli się tak samo. W chwili, gdy ten ktoś wypuszcza cię z objęć, czujesz się tak, jakby zabrał ze sobą jakąś część ciebie.

Ponad rok temu w recenzji Ugly love napisałam, że moja przygoda z twórczością Collen Hoover dobiegła końca i pewnie byłaby to prawda, gdyby nie to, że zanim to powiedziałam, na mojej półce wciąż zalegało Maybe Someday. Zakładam, że ta książka czekałaby na swoją kolej jeszcze dłużej, gdyby nie to, że podczas przeprowadzki znalazła się na samej górze pudła i to właśnie ją zgarnęłam do czytania w aucie. Jak się udało moje spotkanie z kolejną książką Hoover?

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
(Źródło: Wydawnictwo Otwarte)

Już o tym wspominałam, ale napiszę jeszcze raz - byłam pewna, że książki Collen Hoover po prostu nie są dla mnie. Przy Hopeless, Pułapce uczuć czy wspomnianego wcześniej Ugly love nie uznałam je za nic więcej niż po prostu urocze historie. Nie mogłam się zżyć z bohaterami, a ich dramaty zamiast dotykać mnie żywego, wcale nie wpływały na moje emocje, bo bądź co bądź byłam pewna, że wyjdą z nich i odejdą razem w stronę zachodzącego słońca. I to trochę śmieszny zarzut, bo przecież książek bez happy endu szuka się jak igły w stogu siana. Stąd też nigdy nie nazwałam Hoover złą pisarką, ale odpuściłam sobie jej twórczość. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy okazało się... że ta książka naprawdę mi się podoba. 
Czasami potrzebujemy złych dni, żeby spojrzeć z właściwej perspektywy na te dobre.
Maybe someday opiera się na zagmatwanym romansie, a przy tym brak jej typowych dla tych historii gigantycznych dramatów, bo i losy Ridge'a i Sydney jest wystarczająco skomplikowane bez nich. Dziewczyna właśnie dowiedziała się, że chłopak zdradza ją z najlepszą przyjaciółką aka współlokatorką i została bez domu. Ridge jest utalentowanym muzykiem, który świetnie pisze muzykę, ale przeżywa blokadę twórczą i nie może ułożyć do niej tekstów. Teksty do piosenek w zamian za zakwaterowanie - taką umowę zawierają bohaterowie. I w tradycyjnej książce tu właśnie rozpoczynałby się płomienny romans, gdyby nie to, że to właśnie nie jest aż tak tradycyjny romans. Tu zakończę swój wywód o fabule, bo reszty musicie dowiedzieć się sami - przecież nie mogę zdradzić wszystkich niespodzianek.
Nie chcę się z nią żegnać, skoro tak naprawdę wcale nie chcę, żeby odchodziła.
Za to mogę powiedzieć, że bohaterowie podbili moje serce. Nie są idealni, oboje mają swoje słabości, ale to chyba właśnie to tak mnie w nich urzekło. Sydney to silna dziewczyna, która stara się pozbierać po paskudnym rozstaniu i ułożyć sobie życie na nowo. Za to Rigde ma poukładane życie - cel, przyjaciół, zespół - wszystko komplikuje się właśnie po poznaniu Sydney. I choć były momenty, kiedy naprawdę go nienawidziłam, to uczciwie przyznam, że podbił moje serce. Jasne, popełnił mnóstwo błędów, będących skutkiem gównianych decyzji, ale kurczę jest w nim coś takiego, co sprawiło, że trzymałam za niego kciuki do samego końca. Czytelnik ma okazję zerknąć na fabułę z perspektywy obu bohaterów, bo narracja jest prowadzona dwutorowo, a rozdziały z perspektywy Sydney i Ridge'a przeplatają się. To daje nam okazję do poznania uczuć ich obojga, dzięki czemu fabuła sporo zyskuje. 

Całość dopełniają piękne teksty piosenek, które pojawiają się co parę rozdziałów. Tak jak wiersze z Pułapki uczuć raczej nie przypadły mi do gustu, tak te idealnie się wpasowały się w fabułę Maybe someday i były po prostu piękne. Całość dopełnia naprawdę lekki styl Hoover, który chwaliłam już poprzednio, nawet mimo rozczarowania treścią. Kolejne rozdziały dosłownie przelatują między palcami, więc całość czyta się bardzo szybko. Dodatkowo pisarka bardzo plastycznie operuje historią, płynnie przechodząc między wątkami, co nie pozwala się nudzić. No i na dodatek do mojego zeszytu trafiło kilka nowych, wspaniałych cytatów. 
Często usiłujemy ukryć nasze uczucia przed tymi, którzy powinni je poznać. Ludzie skrywają emocje, zupełnie jakby ujawnienie ich było czymś złym.
Jestem zdziwiona, że ta książka tak bardzo mi się podobała. Po poprzednich, nieudanych podejściach do książek Hoover Maybe someday pewnie przeleżałaby na półce jeszcze trochę, a ja nie wiedziałabym jak świetną historię tracę. A ta, choć do pewnego stopnia przewidywalna i tak trzymała mnie w napięciu, na tyle, że nie mogłam się od niej oderwać. Okazało się, że to była idealna książka, żeby zacząć wakacje - nie tak ciężka jak dobra fantastyka i nie typowe, denne, odmużdżające romansidło. Jeśli jesteście fanami Collen na pewno Was nie zawiedzie. A jeśli, podobnie jak ja, nie zachwycała Was poprzednia twórczość autorki, to zachęcam do dania jej kolejnej szansy. Kto wie, może nie tylko dla mnie okaże się przyjemnym zaskoczeniem? 

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: lipiec 2018 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,28/10
Ilość stron: 440
Okładka: miękka z zakładkami
Wydawnictwo: Otwarte
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Cena (z okładki): 36,90 zł


And if I can’t be yours now
I’ll wait here on this ground
Till you come, till you take me away
Maybe someday...


Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka