Recenzja - „Uwięzione” Natasha Preston

Czułam się niezwyciężona przez naiwność, która kazała mi sądzić,
że złe rzeczy przytrafiają się tylko innym ludziom.

Słowem wstępu - naprawdę, naprawdę chciałabym bywać tu częściej, ale ta sesja mnie zabija dobija. Gdyby nie zobowiązania recenzenckie, pewnie w ogóle by mnie tu nie było. Także zostawiam Wam tę recenzję i lecę dalej się uczyć. Do zobaczenia w lipcu! D:

Uwięzione to jedna z tych pozycji, które chciałam poznać od momentu, gdy wpadła mi w oko okładka, a po przeczytaniu opisu to uczucie tylko się wzmogło. Nie tak dawno wspominałam Wam, że uwielbiam powieści psychologiczne, a zapowiadało się, że książka Natashy Preston idealnie wpasowywała się w moje gusta. Czy rzeczywiście tak było?

Pewnego wieczoru Summer idzie sama na imprezę. Nigdy na nią nie dociera. Lewis, jej chłopak, później nie może sobie wybaczyć, że nie było go przy niej.
W jednej chwili szczęśliwa nastolatka traci kochającego chłopaka, rodziców i brata. Traci całe swoje życie, trafiając w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Od tej pory nie będzie już sobą, Summer. Wraz z trzema innymi dziewczynami będzie musiała znosić życie w zamknięciu, codzienny strach i ból i... o wiele więcej. W tej sytuacji nie ma dobrych zakończeń.
Przeczytaj tę książkę, a nigdy już nie będziesz chciała dostawać kwiatów.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Jeśli chciałabym zacząć od pozytywnych stron powieści to na pewno zalicza się do tego tematyka. Nie często - przynajmniej nie pamiętam ostatniego przypadku - spotykam się z tematyką porwania w powieści młodzieżowej. Tego rodzaju książki to albo erotyki, skupiające się zwykle na syndromie sztokholmskim i/lub ostatecznie romansie pomiędzy oprawcą i ofiarą, albo historie opisywane na faktach. Ponieważ z opisu nijak nie da się wywnioskować co właściwie stanie się z Summer, tym bardziej byłam zaintrygowana, co wymyśliła autorka i z której strony chce podejść do tematu.

Akcja powieści zaczyna się w momencie porwania Summer. Dziewczyna idąc na imprezę, dowiaduje się że jej przyjaciółka pokłóciła się z chłopakiem i wyrusza jej szukać, nieświadoma że ta chwila bezpowrotnie zmieni jej życie. Porywacz oznajmia, że od teraz ma na imię Lily i razem z trzema innymi kobietami stworzą rodzinę. Brzmi dość makabrycznie, prawda? I tak też trochę jest. Dziewczyna nie wie, co za chwilę zrobi jej oprawca i te uczucia autorka dość umiejętnie przenosi na czytelnika. Udzielały mi się uczucia Summer, jej niepewność, strach i chęć ucieczki - zwłaszcza tuż po porwaniu. Nie zamierzam natomiast oceniać jej decyzji, jak i innych kobiet, które przetrzymywał Clover. Głównie dlatego, że mogłam je zrozumieć, a i siedzenie w zamknięciu na pewno nie pomogło osiągnąć równowagi psychicznej. Nie mam się tu do czego przyczepić, choć żałuję, że autorka nie poświęciła odrobinę więcej czasu na pokazanie przemiany Summer, tylko zdecydowała się na przeskok czasowy oraz wersję przed i po.

Czytelnik ma okazję śledzić narrację z punktu widzenia Sum, jej chłopaka Lewisa oraz Clovera, czyli porywacza we własnej osobie. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się pojawienia tej ostatniej, ponieważ opisanie tak pokrętnego umysłu zawsze jest trudne. Wszystko mogłoby być idealnie, gdyby nie fakt, że czegoś zabrakło w tej powieści. Czy to rozwinięcia portretów psychologicznych, czy opisów - nie jestem pewna. Jako że już zdążyłam ochłonąć po lekturze, teraz odnoszę wrażenie, że przypomina to bardziej relację niż powieść. Sama narracja z punktu widzenia Clovera była zupełnie zbędna, bo zawiodło wykonanie. Moim zdaniem potrzeba naprawdę dużego talentu i przede wszystkim świetnego pomysłu, żeby przedstawić umysł oprawcy. Natashy Preston średnio się to udało, bo choć pokazała jego początki i nakreśliła motywy, to zabrakło mi tego kluczowego momentu przejścia i zagłębienia się w jego psychikę. Podobnie zresztą ma się sytuacja z Lewsiem - nie potrafię powiedzieć o nim nic, poza tym, że szukał Summer. I nie było by nic w tym złego, gdyby jego postać była zepchnięta na dalszy plan, ale skoro pisarka postanowiła oddać mu głos i tym samym uczynić jednym z głównych bohaterów to trzeba było poświęcić mu trochę uwagi. 

Podsumowując Uwięzione to całkiem dobry thriller młodzieżowy. Powieść Natashy Preston trzyma w napięciu, serwując czytelnikowi całkiem niebanalną opowieść. Niestety książka nie ustrzegła się kilku wad, przy czym dla mnie najgorszy był brak dobrych portretów psychologicznych bohaterów. Mimo to spędziłam przyjemny czas na lekturze i, jeśli jesteście skłonni przymknąć oko na drobne błędy, polecam Wam Uwięzione.

Moja ocena: 6/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,88/10
Ilość stron: 397
Okładka: miękka
Data wydania: 24 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Karolina Pawlik



To nie było tak jak po czyjejś śmierci, gdy żegna się zmarłego i wraca do życia. Nie wiedzieliśmy, gdzie była ani co się z nią stało. Nie mieliśmy żadnych odpowiedzi, nie mogliśmy więc żyć dalej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Chłopak z innej bajki” Kasie West


- Myślisz, że zawsze chodzi o ciebie?

- To o co poszło?
- O ciebie.


Słyszałam mnóstwo dobrego o twórczości Kasie West, w końcu postanowiłam się przekonać, czy i mnie oczaruje jej twórczość. A ponieważ opis Chłopaka z innej bajki był intrygujący, w połączeniu z ciepłą okładką, postanowiłam od tej lektury zacząć znajomość z autorką. Czy faktycznie było tak dobrze, jak powinno?

Caymen ma 17 lat i po szkole pracuje w należącym do jej mamy nieco dziwacznym sklepie z porcelanowymi lalkami i specjalizuje się w sarkastycznym podejściu do życia, szczególnie wobec bogaczy. Lata obserwacji zamożnych ludzi zza lady i życiowe doświadczenia mamy nauczyły ją, że nie można im ufać, a do tego są zblazowani, nieuprzejmi i przekonani, że cały świat powinien leżeć u ich stóp. Gdy do sklepu trafia Xander, wysoki, przystojny i na swój sposób uroczy, ale najwyraźniej obrzydliwie bogaty, od razu widać, że jest z totalnie innej bajki. Caymen co prawda znajduje z nim wspólny język, ale jest przekonana, że jego zainteresowanie nie potrwa długo. Gdy Xandrowi niemal udaje się ją do siebie przekonać, dziewczyna odkrywa, że pieniądze grają w ich związku o wiele większą rolę, niż sądziła. Na ich wspólnej drodze piętrzą się przeszkody... czy ostatecznie trafią razem do tej samej bajki?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Znacie historię Kopciuszka? Myślę, że każdy kojarzy piękną dziewczynę, straszną macochę, szklany pantofelek i przystojnego księcia. Chłopak z innej bajki wprawdzie nie jest kolejnym wcieleniem tej popularniej opowieści, a mimo to ma w sobie coś takiego, co skojarzyło mi się właśnie z tą historią. Biedna dziewczyna, której możliwości ogranicza sytuacja materialna i bogaty chłopak przed którym świat stoi otworem - czy tych dwoje znajdzie wspólną ścieżkę?

Twórczość Kasie West odrobinę przypomina mi Sarah Dessen - to ten typ książek, które są po prostu idealne na ciepłe, letnie popołudnia i stanowią przyjemną ucieczkę od rzeczywistości. A jednak mimo to mają w sobie coś takiego, co nie pozwala odłożyć ich na półkę bez zakończenia lektury. Chłopaka z innej bajki połknęłam dosłownie na raz, bo choć nie była to absorbująca lektura, to autorka potrafiła tak poprowadzić akcję, że koniecznie chciałam wiedzieć, jak się skończy. Styl pisania Kasie West jest lekki i przyjemny, sprawia że kolejne kartki wręcz przelatują pomiędzy palcami, a co ważniejsze nie jest przesycony dziwnym młodzieżowym slangiem, dzięki czemu ta historia ma szansę trafić do większego grona odbiorców niż nastolatki. Historia toczy się w umiarkowanym tempie, ale autorka wplotła na tyle dużo niewielkich zwrotów akcji i drobnych tajemnic, że czytelnik nie ma kiedy się nudzić. To jedna z tych książek, które na pozór wydają się schematyczne i pozbawione głębi, a jednak po skończonej lekturze pozostawia po sobie pewne uczucie satysfakcji i ciepła.

Polubiłam głównych bohaterów, Caymen i Xander tworzą razem uroczą parę i z przyjemnością obserwowałam ich perypetie. Dziewczyna jest wygadana i sarkastyczna, co zdecydowanie dobrze zrobiło tej powieści i zapobiegło jej przesłodzeniu, mimo że jest naprawdę urocza. Chłopak natomiast jest po prostu kochany, co nie sprawia jednak, że przypomina ciepłą kluchę. Oboje zmagają się z oczekiwaniami rodziny i próbują znaleźć własną drogę w życiu.

Generalnie mogłabym się przyczepić do zbyt słodkich rozwiązań czy braku realności... ale po co? Chłopak z innej bajki to jedna z tych lektur, które po prostu przyjemnie się czyta, a czas spędzony na lekturze to czysta frajda. Powieść Kasie West jest idealna na odstresowanie się po ciężkim dniu, jak również na umilenie czasu w ciepły wieczór. Niby nic specjalnego, ale jednak ja jest bardzo zadowolona i Wam również polecam twórczość autorki.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,23/10
Ilość stron: 351
Okładka: miękka
Data wydania: 10 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jak to jest, że jedni chyba od urodzenia wiedzą, co chcą zrobić z życiem,
inni natomiast - a przede wszystkim ja - nie mają zielonego pojęcia.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young



Książkę możecie nabyć między innymi na empik.com

Recenzja - „Nic do stracenia. Początek” Kristy Moseley

Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć.

Moje ostatnie spotkanie z książką Kristy Moseley skończyło się dość negatywnie, ale kuszący opis oraz stosunkowo wysokie oceny na Goodreads sprawiły, że postanowiłam dać twórczości autorki jeszcze jedną szansę. Pytanie za sto punktów - czy był to błąd? 

W dniu szesnastych urodzin Anna Spencer bawi się w klubie ze swoim chłopakiem. Wyjątkowy wieczór szybko się kończy, a poznany przypadkiem Carter Thomas, handlarz broni i narkotyków, zamienia kolejne lata jej życia w piekło. Dzięki jej zeznaniom Carter zostaje skazany, ale z więzienia wciąż wysyła listy z pogróżkami. Ojciec Anny, wpływowy senator i kandydat na prezydenta, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Ochroną Anny zajmie się przystojny komandos, Ashton Taylor. Aby nie wzbudzać podejrzeń, ma udawać jej chłopaka. Cierpliwie stara się sprawić, by pokonała dręczące ją koszmary i pogrzebała przeszłość. Anna zaczyna czuć się bezpiecznie, a udawanie zakochanych powoli przestaje być grą. Jednak kolejne dni przynoszą złe wiadomości. Wkrótce ma odbyć się rozprawa apelacyjna i Carter może wyjść na wolność. Jeśli tak się stanie, Ashton i Anna znajdą się w niebezpieczeństwie...
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czytałam Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno i nie nastroiło mnie to najlepiej do twórczości Kristy Moseley, więc nie będę kłamać, że Nic do stracenia było moim Must read. Co więcej patrząc na to, że poprzednia książka autorki wpasowała się w jedną z najgorszych zeszłorocznych powieści, pewnie tym bardziej powinnam unikać kolejnych jej dzieł. Jednak z zasady nie lubię skreślać pisarzy po zapoznaniu się z tylko jedną historią, więc pomyślałam 'A co mi tam!' i postanowiłam raz jeszcze sprawdzić, czy pióro pisarki przypadnie mi do gustu. No może przesadzam... Nie chciałam powtórki natłoku negatywnych uczuć z Chłopaka, więc poza faktem, że spodobał mi się opis, postanowiłam zrobić jeszcze rozeznanie na Goodreads (co wcale nie zdarza się za często). Usatysfakcjonowana tym, co tam znalazłam, doszłam do wniosku, że może, może... tym razem będzie lepiej, choć do ostatniej chwili mimowolnie podchodziłam do Nic do stracenia bardzo całkiem sceptycznie.

Jest lepiej, nawet powiedziałabym, że znacznie lepiej. Tym razem nie miałam ochoty walić głową o ścianę podczas czytania, choć nie da się ukryć, że bywało irytująco. Podobała mi się linia fabularna kojarząca się odrobinę z filmową Córką prezydenta, którą uwielbiam. Jak się oprzeć przystojnemu ochroniarzowi i szczypcie zakazanej miłości. Cieszy mnie, że autorka postanowiła odrobinę przystopować uczucia Anny, choć i to można było zrobić lepiej. Naprawdę nie wiem, jak określić pozytywne uczucia w stosunku do Nic do stracenia, bo jak zobaczycie w następnym akapicie, nie mam problemu z wypunktowaniem, co było nie tak. Generalnie nie była to najgorsza książka, bo mimo wszystko wciągnęła mnie historia Anny i Ashtona, choć mnogość wad uświadomiła mi, że po prostu nie powinnam się więcej spotkać z twórczością Kristy Moseley.

Ja rozumiem, że Nic do stracenia to fikcja literacka, tylko że ktoś powinien uświadomić autorce, że ona też ma swoje granice, o ile nie chce się zaliczać w poczet twórców fantastki. Kristy Moseley zdecydowanie (ponownie) zabrakło porządnego research'u, co w przypadku tej powieści jest jeszcze bardziej widoczne niż w Chłopaku. Zaczynając od początku - świeżo upieczony absolwent dostaje przydział ochrony córki kandydata na prezydenta USA, żadnego szkolenia próbnego, doświadczenia, nic... i hop w teren. Czy tylko mnie to śmierdzi? Teraz przyjrzyjmy się Annie - można by pomyśleć, że skoro autorka znowu chce się pakować w psychiczną traumę, zwłaszcza objawiającą się PTSD i awersją do dotykania, mogłaby w końcu poświęcić chwilę czasu i dowiedzieć się, że Ashton tak po prostu nie mógł sobie obłapiać Anny godzinę po poznaniu. To mnie strasznie irytuje, bo wysoko cenię sobie realistyczne podejście do aspektów psychologicznych i potrafię docenić starania pisarzy w tym temacie. Tymczasem Kristy Moseley bezkarnie popuszcza wodze fantazji i pisze co jej się podoba, nie patrząc na to, że tracąc na realności, tworzy ze swoich książek kiczowate romansidła nie mające za wiele wspólnego z faktycznym stanem rzeczy. Nie da się też zapomnieć, że autorka raz jeszcze chce za dużo, za szybko - budowanie napięcia pomiędzy bohaterami zdecydowanie jej nie wyszło, zwłaszcza w przypadku Ashtona. Anna gdzieś tam nie przyznaje się do swoich uczuć, ale chłopak twierdzi, że ją kocha po trzech dniach. WTF? Ponadto czy nie ma jakiejś zasady, że ochroniarze nie powinni angażować się emocjonalnie z klientami? Spodziewałam się ukrywania uczuć po kątach, tajemnicy... a tymczasem nawet przełożeni chłopaka nie patrzą krzywo na publiczne obmacywanie. Nie spodziewałabym się też na Waszym miejscu jakiś spektakularnych i dramatycznych zwrotów akcji, bo poza małymi wstawkami, ta powieść to typowy romans, utrzymany w konwencji New Adult.

Ogólnie jest lepiej niż w przypadku Chłopaka, który zakradał się do mnie przez okno. Kristy Mosley stworzyła historię, która miała prawdziwy potencjał i przyjemną linię fabularną. Niestety problemy, które już poprzednio miałam z twórczością autorki pozostają aktualnie - brakuje dobrze zrobionego research'u i wprowadzenia choćby odrobiny realności do fabuły. Pisarka chce zbyt dużo, zbyt szybko, przez co Nic do stracenia, choć przyjemniejsze w odbiorze niż poprzednia powieść Mosley - nadal irytuje przerysowaniami i utwierdza mnie w przekonaniu, że nie polubimy się ze stylem tej autorki. Jeśli należycie do fanów Chłopaka, to z dużym prawdopodobieństwem ta książka Was zachwyci. Jeśli nie... ja polecałabym trzymać się z daleka, choć zachęcam do przekonania się o tym na własnej skórze.

Moja ocena: 5+/10

Skończyłam czytać: maj 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,12/10
Ilość stron: 463
Okładka: miękka
Data wydania: 12 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Krzysztof Obłucki
Cena (z okładki): 39,99 zł


Skradła mi serce w trzy dni, choć tak naprawdę miała je już po trzech sekundach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Recenzja - „Dzikie serca” Suzanne Young



- Może ja umiem tylko walczyć.
- A może ja walczę po tej samej stronie co ty?

Suzanne Young pokochałam za Plagę samobójców, czyli jedną z najlepszych dystopii, z którymi się zetknęłam. Nie brakowało tam dramatycznych zwrotów akcji czy bolesnych dla czytelnika rozwiązań, a to wszystko zostało okraszone całkiem nowatorskim pomysłem. Dlatego nikogo chyba nie zdziwię, jeśli powiem, że gdy zobaczyłam nazwisko autorki przy najnowszej propozycji Wydawnictwa Feeria nie mogłam się oprzeć i po prostu wiedziałam, że muszę przeczytać Dzikie serca. Czy było tak dobrze jak ostatnio? 

Savannah dzieli swoje życie na szkołę i opiekę nad młodszym bratem. Życia nie ułatwia jej ojciec alkoholik i ciotka, która chce zabrać jej Evana, a do tego wszystkiego zaczyna się jej naprzykrzać nowy szkolny kolega. Dziewczyna jest zdecydowana radzić sobie sama, ale Cameron powoli burzy jej mury. Czy Savvy znajdzie w sobie siłę, żeby wpuścić go do swojego życia?

Savannah musi bardzo się starać, żeby jej życie nie rozpadło się na kawałki. Przebiła ołówkiem na wylot rękę swojego ekschłopaka Patricka i z diagnozą "problemy z kontrolą gniewu" trafiła do Brooks Academy, szkoły dla uczniów wyrzuconych z innych placówek. Nieważne, że zrobiła to, bo drań wyśmiewał się z jej młodszego, upośledzonego brata... a braciszek jest dla niej najważniejszą osobą na świecie. Dziewczyna desperacko usiłuje zająć się nim sama, bo ich matka dawno odeszła, a ojciec alkoholik nie radzi sobie nawet z własnym życiem. Dla dobra chłopca opiekę nad nim chce przejąć ich ciotka (która już spisała Savvy na straty), na co dziewczyna za nic nie chce pozwolić. 
Co gorsza, Patrick nie zamierza zapomnieć o tym, co mu zrobiła.
Dlatego nie szuka dodatkowych kłopotów i gdy Cameron, kolega z Brooks Academy, ale pochodzący z totalnie innego świata, próbuje zburzyć mury wokół niej, Savvy nie chce pozwolić sobie na zaufanie mu. Bo może się okazać, że wszystko, co z takim trudem próbuje trzymać w ryzach, rozpadnie się z hukiem. Ale jak to zrobić, kiedy jedyne, co się ma, to dzikie serce?
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Suzanne Young umie grać na emocjach czytelnika - i to jeszcze jak. Ponownie zostałam przez nią wciągnięta w historię tak przepełnioną uczuciami, że każde kolejne wydarzenie z życia Savannah głęboko mnie dotykało. Razem z bohaterką przeżywałam małe wzloty i coraz większe upadki, bo sposób w jaki napisana jest ta historia, nie pozwala się od niej zdystansować. To historia dziewczyny która zbyt szybko musiała dorosnąć. Poświęciła się z miłości dla brata i oddała tak wiele, że nie starczyło już dla niej samej. A mimo to Savy ceni sobie krótkie chwile z przyjaciółmi i stara się wyszarpnąć choć okruch normalności, wiedząc, że następny dzień znów da jej popalić. Autorka tym razem wchodzi w dużo realniejszą scenerię niż w przypadku Plagi, bo nie uświadczymy to żadnych elementów paranormalnych - to po prostu książka o dziewczynie, która zrobiłaby wszystko dla swojego młodszego braciszka i chłopaku, który stara się zburzyć jej mury. Nie jest kolejna płytka książka o nastoletniej miłości. Nawet jeśli ten wątek się pojawia, nie jest to główna oś fabuły, a bardziej jej zwieńczenie. Suznnne Young skupia się głównie na pokazaniu, jak trudne, mimo miłości, jest życie z Evanem i jak wiele można poświęcić w imię tego uczucia oraz że czasami... to po prostu nie wystarcza. 

Pierwsze co mnie zaskoczyło to niewielka objętość tej powieści - po tak rozbudowanym opisie i mając na uwadze poprzednie książki autorki, podświadomie spodziewałam się czegoś znacznie grubszego. I jestem odrobinę rozczarowana, że tak nie jest. Moim zdaniem można było wycisnąć z tej historii trochę więcej, choć teoretycznie nie jestem zawiedziona tym, jak się potoczyła. Akcja zaczyna się w Brooks Acakedmy. To oznacza że poza opisem czytelnik musi cierpliwie czekać na odsłonięcie kolejnych faktów, bo wpadamy w sam środek akcji - wręcz mogło by się wydawać, że na początku zabrakło jakiegoś rozdziału. Nie ma za wiele informacji jak wyglądało życie Savvy zanim dźgnęła Patricka, a w sumie chciałabym się tego dowiedzieć, żeby faktycznie mieć porównanie "przed" i "po". Dlatego, że ze strzępków wiadomości, które dostałam, wynika, że ta różnica naprawdę istniała. 

Ta króciutka książka, choć może się wydawać niepozorna, kryje w sobie mnóstwo emocji. Suzanne Young raz jeszcze stanęła na wysokości zadania, tworząc historię absolutnie wyjątkową, a Dzikie serca na długo zapadną mi w pamięć. Uwielbiam twórczość autorki i na pewno sięgnę po inne jej książki, bo za każdym razem jestem urzeczona. Ze swojej strony gorąco mogę Wam polecić Dzikie serca.

Moja ocena: 8/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 8,59/10
Ilość stron: 263
Okładka: miękka
Data wydania: 26 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young 
Tłumaczenie: Jarosław Irzykowski
Cena (z okładki): 32,90 zł



Przyjaciele czekają, aż zrobię kolację, a ja dzielę się z nimi swoją porcją. Wszyscy siedzimy przy stole jak jedna rodzina - dysfunkcyjna, ale jednak rodzina. Evan, patrząc na nas, uśmiecha się. A ja myślę sobie, że może wszystko się ułoży. Kiedy jest tyle miłości, wszystko musi się jakoś ułożyć.



Za egzemplarz do recenzji  dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Recenzja - „Wymyśliłam Cię” Francesca Zappia



Jeśli nic nie jest prawdziwe, jakie to ma znaczenie? Żyjesz tutaj.
Czy to nie czyni tego wystarczająco prawdziwym?

Od pierwszej chwili, gdy zobaczyłam zapowiedź Wymyśliłam cię, wiedziałam - a przynajmniej miałam nadzieję - że będzie to wyjątkowa opowieść. Nie tylko z powodu tematyki, z jaką do tej pory nie dane było mi się spotkać, ale po prostu ogarnęło przeczucie, że to będzie dobra książka. Nie doświadczyliście tego choć raz? 


Rzeczywistość, jak się okazuje, często nie jest tym, czym się wydaje.
Oto Alex, maturzystka i absolutnie niewiarygodna narratorka, która czasami nie potrafi odróżnić prawdziwego życia od złudzenia. Codziennie walczy, by rozpoznać, co jest prawdą, a co nie. Uzbrojona w swój aparat fotograficzny, z młodszą siostrą u boku, Alex prowadzi codzienną wojnę ze swoją chorobą – schizofrenią – starając się pozostać przy zdrowych zmysłach na tyle długo, by dostać się do college’u. I nieźle jej idzie: poznaje nowych ludzi, chodzi na imprezy i… zakochuje się. Tylko co z tego jest prawdą?
Alex przywykła do tego, że jest umysłowo chora. Nikt nie przygotował jej na normalność...

(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Kończy się moda na to, żeby książkowi bohaterowie byli piękni i idealni. Świadczy o tym choćby popularność takich gatunków jak Young czy New Adult, w których to postaci najczęściej są po traumatycznych przeżyciach (odciskających na nich bolesne piętna) czy też cierpią na ciężkie schorzenia. Co jeśli jednak pójdziemy o krok dalej i obarczymy naszą bohaterkę chorobą psychiczną i halucynacjami? Okazało się, że dzięki temu powstała całkiem niebanalna opowieść. 

Francesca Zappia pokusiła się na zafundowanie Alex schizofrenii, a przez to na zakwestionowanie otaczającej jej rzeczywistości. A skoro dziewczyna jest narratorką tej historii, to ta niepewność odnośnie tego, co jest prawdą, a co złudzeniem, dotyka również czytelnika. W przypadku niektórych rzeczy widzianych przez Alex, zarówno ona, a przez to i odbiorca, nie ma wątpliwości, że jest to tylko halucynacja, jednak inne zaskoczą Was równie, co ją. Fakt, że autorka naprawdę potrafiła mnie zszokować, stosując nierzadko bolesne rozwiązania, zdecydowanie świadczy na plus tej książki. Bardzo satysfakcjonujący jest fakt, że Francesca Zappia potrafiła połączyć w swojej historii wątki zawierające śmiech, smutek, miłość, radość, melancholię... wszystko stworzyło zgrabną i ogromnie urzekającą mieszankę. Choć zaczynając lekturę poniekąd spodziewałam się, że będzie to głównie romans zawierający przebłyski choroby Alexandry, to wcale tak nie jest. Wątek miłosny jest niewielki, bardzo subtelny i tylko uzupełnia tę opowieść 

Nie będę się rozwodzić nad realnością przedstawionej tu choroby. Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nie mam pojęcia, jak to powinno wyglądać. Po drugie... po prostu nie do końca mnie to obchodzi. Fakt faktem, że Alex momentami wydawała się zbyt "normalna", jak na dziewczynę chorującą na schizofrenię, ale trzeba docenić starania autorki w zaprezentowaniu bohaterki z chorobą psychiczną. Do kompletu z Alexandrą miałam okazję zapoznać się z całą gamą innych wspaniałych postaci takich jak Miles, trojaczki czy nawet Tucker. Każdy z nich ma swój unikatowy charakter i coś takiego w sobie, dzięki czemu czytelnik szybko zapała do nich sympatią, choć nie zawsze będzie popierał ich decyzje.  

Nie da się też nie wspomnieć o prześlicznym wydaniu. Teoretycznie każdy fan literatury wie, że nie ocenia się książki po okładce, ale w praktyce którego książkoholika nie cieszy piękna oprawa graficzna. W przypadku tej powieści nie dość, że oprawa przyciąga wzrok, to w środku czekają na czytelnika drobne rysunki przy początku każdego z rozdziałów, sprawiając że wyjątkowo zawartość, dostała równie ładną dekorację. 

Za każdym razem, gdy mam ochotę dać sobie spokój z literaturą młodzieżową - ostatnio po lekturze Fatalnej listy - znajduje się książka, która skutecznie odciąga mnie od tego zamierzenia. Tym razem jest to Wymyśliłam CięFrancesca Zappia udowadnia, że można napisać w tej niszy coś wyjątkowego, chwytającego za serce i zapadającego w pamięć. Lektura tej książki była czystą przyjemnością, toteż polecam Wam ją naprawdę gorąco.

Moja ocena: 8+/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,93/10
Ilość stron: 392
Okładka: miękka
Data wydania: 11 kwietnia 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Marek Cieślik
Cena (z okładki): 37,90 zł


"Czy to był Błękitnooki?"
Złapałam magiczną kulę zgadulę numer osiem i, pocierając ręce,
zerknęłam w okrągłe okienko z odpowiedzią.
Zbyt wcześnie, aby powiedzieć.
Co za wykrętna sucz.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young

Recenzja - „Córeczka” Anna Snoekstra


Siła słów, które za chwilę padną z moich ust, jest ogromna. [...]
Spoglądam na posterunkową Seirs, potem na posterunkowego Thompsona, delektując się chwilą.
Obserwuję ich uważnie w oczekiwaniu na moment, w którym zmieni się wyraz ich twarzy.
- Nazywam się Rebeka Winter. Jedenaście lat temu zostałam uprowadzona.

Generalnie rzadko sięgam po kryminały czy thrillery. Jeśli już się skuszę na te gatunki, to najbardziej podobają mi się zawsze te psychologiczne, które igrają z moimi myślami i wywołują niepokój. Właśnie zapowiedź takich emocji przyciągnęła mnie do Córeczki, czyli debiutu australijskiej pisarki. 

Bezdomna młoda kobieta zostaje przyłapana w sklepie na kradzieży. Pod groźbą kary decyduje się na desperacki ruch i podaje się za Rebekę Winter - dziewczynę, która zniknęła bez śladu jedenaście lat wcześniej. Początkowo miała to być jedynie krótkotrwała farsa, która pozwoliłaby jej umknąć przed policją, jednak wizja ciepłego łóżka i własnego domu doprowadziła do tego, że kobieta postanawia przejąć życie Becky. Czy kiedy zrozumie, że wpakowała się w śmiertelne niebezpieczeństwo, nie będzie za późno?

Kilka lat żyła na ulicy. Przyłapana na kradzieży, wykorzystuje podobieństwo do zaginionej Rebeki Winter i kradnie jej tożsamość. Świetnie odnajduje się w roli kochającej córki i siostry. Śpi w łóżku Rebeki, nosi jej ubrania, żyje cudzym życiem. Jednak przy okazji odkrywa coraz więcej ponurych sekretów na pozór idealnej rodziny. Zbyt późno zrozumie, że nie tylko ona jest pozbawioną skrupułów oszustką, a zniknięcie Rebeki ma drugie dno, którego lepiej było nie poznawać.
(Źródło: Wydawnictwo HarperCollins Polska)

Czy jeśli macie świadomość, że powieść jest debiutem literackim danego autora, to podchodzicie do niej inaczej? Mam wrażenie, że osobiście patrzę na takie książki delikatne łagodniej - mimo woli jestem mniej krytyczna. Gdy historia jest dobra łatwo wybaczam niedociągnięcia czy braki, zakładając, że pisarz prawdopodobnie zniweluje te błędy w przypadku kolejnego dzieła, lub jeszcze następnego. Ponieważ istnieje ta uniwersalna zasada, że trening czyni mistrza i tak dalej... Choć oczywiście i od tej zasady występują wyjątki wśród autorów. 

Od pierwszych stron Anna Snoekstra umiejętnie buduje napięcie, zaczynając od strachu bohaterki przed byciem odkrytą, aż do kulminacyjnego punktu, a to potrafię docenić, tym bardziej, że książka jest stosunkowo krótka. Czytelnik natychmiast zostaje wciągnięty w sam środek akcji, co sprawia że momentalnie angażuję się w losy dziewczyny podającej się za Rebeckę - to dobrze, bo ciężko się wciągnąć w lekturę, gdy jeszcze nie zna się postaci. To powieść typowo psychologiczna, nie znajdziecie tu hektolitrów krwi, czy opisów krwawych morderstw, ale autorka poigra z Waszymi umysłami. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Paranoja głównej bohaterki udzielała się również mnie, a tajemnice skrywane przez ludzi z otoczenia Beks, to takie, których lepiej było nie znać. 

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ani razu nie użyłam imienia głównej bohaterki. Dlaczego? Z tego prostego powodu, że czytelnik nie ma okazji go poznać. Tworzy to pewien dystans między nami, a dziewczyną, która podaje się za Rebekę, a jednocześnie dzięki temu jakoś dużo łatwiej było mi uwierzyć, że mogła ona przejąć życie zaginionej. To nietypowy zabieg, bo chyba po raz pierwszy wiem tak niewiele o postaci, która notabene jest narratorką połowy powieści. Autorka umieściła tylko śladowe wzmianki o jej przeszłości tworząc coś na kształt bohaterki widmo - wiemy kim jest oraz dlaczego znalazła się w tym miejscu, poznajemy jej bieżące myśli i obawy, a jednocześnie do teraz mam ważenie, jakby była kobietą bez twarzy. Rozdziały z jej perspektywy przeplatają się z tymi, w których narrator skupia się na życiu Rebeki, tuż przed jej zaginięciem. To oznacza, że czytelnik nie dość, że dostaje dwa całkiem różne czasowo wątki - dzieli je jedenaście lat - to jeszcze dwie inne relacje tych wydarzeń. Jedną przez narratora pierwszoosobowego występującego w czasie teraźniejszym, co podkręciło efekt jaki wywierały na mnie wydarzenia mające miejsce w fabule. Natomiast użycie bezstronnego obserwatora do opowiedzenia historii Rebeki sprawiło, że odniosłam wrażenie jakby faktycznie była to już się stało, a zdarzenia, które się jej przytrafiły były poniekąd nieuchronne i są zamkniętym rozdziałem należącym do przeszłości. Anna Snoekstra świetnie sobie poradziła z tym zabiegiem, a cała jej koncepcja świetnie pasuje do treści Córeczki. Zwłaszcza, że choć główną tajemnicą fabuły jest zniknięcie Beks, to tak jakby dostałam dwie równoległe tajemnice. I choć dotyczą one tego samego, to obie jednocześnie budują napięcie i wciągają czytelnika, sprawiając że nie mogłam odłożyć tej powieści, dopóki nie dowiedziałam się, co właściwie się stało. Kulminacja fabuły jest idealna, bo łączy je w całość, a jednocześnie sprawiła, że szczęka opadła mi ze zdumienia, bo takiego rozwiązania nie mogłam przewidzieć.

Słowem podsumowania - Córeczka to naprawdę dobry thriller psychologiczny, a ja z przyjemnością sięgnę po kolejne książki autorki. Nietypowe rozwiązania, zaskakujący koniec oraz igranie z umysłem czytelnika sprawiły, że lektura tej książki była czystą przyjemnością, a ja nie dostrzegłam w fabule drobnych błędów, bo te były po prostu nieistotne. Z mojej strony mogę gorąco polecić tę powieść tym, którzy tak jak ja, od czasu do czasu uwielbiają tajemnicze historie, skupiające się na motywie psychologicznym, z mnóstwem mylących tropów i zaskakującym zakończeniem.

Moja ocena: 7/10

Skończyłam czytać: kwiecień 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,32/10
Ilość stron: 271
Okładka: miękka
Data wydania: 15 marca 2017 r.
Wydawnictwo: HarperCollins Polska
Tłumaczenie: Dorota Stadnik
Cena (z okładki): 34,90 zł



Teraz, kiedy zyskałam nowe życie, rozpaczliwie chciałam je zatrzymać. Tak długo czułam się zagubiona i samotna, że zaczęłam ten stan uznawać za normalność, za mój zwykły dzień powszedni. W moim pojęciu wolność i bezpieczeństwo wykluczały się nawzajem, ale teraz było inaczej



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu HarperCollins Polska

Stosik #20 i podsumowanie marca


Miniony miesiąc to przede wszystkim kryzys... w blogowaniu. Z jednej strony ubolewam nad faktem, że w marcu opublikowałam tylko dwa posty, ale z drugiej po prostu czułam, że potrzebowałam tej przerwy. Każdemu z nas zdarza się taki czas, że potrzebujemy wytchnienia nawet od rzeczy, które sprawiają nam radość. Tak też było ze mną i pisaniem w poprzednim miesiącu. Gdzieś pomiędzy powrotem na uczelnię, zajęciami i życiem towarzyskim zabrakło mi czasu - a przede wszystkim motywacji - żeby zacząć coś skrobać. Mam zaczęte ponad dziesięć recenzji, a mimo to żadnej z nich nie mogłam doprowadzić do końca... ale za to wracam z częściowo naładowaną baterią i mam nadzieję, że ta przerwa jest już za mną. Przerwa, którą mam nadzieję rozumiecie i wybaczycie :).



Stosik #20
Ostatnio zdecydowanie ograniczam zakupy książkowe i dobrze mi z tą świadomością. Stosy zalegające mi na półce nie kurczą się, więc postanowiłam bardzo uważnie dobierać powieści, które zainteresowały mnie na tyle, żebym zobaczyła je u siebie. W sumie w poprzednim miesiącu trafiło do mnie pięć nowych pozycji, z czego kupiłam tylko trzy - także dla mnie to idealny wynik ;).
  • Siobhan Vivian Fatalna lista - książka, która dość niemiło mnie zawiodła, choć miałam w stosunku do niej dobre przeczucie. Żeby się dowiedzieć dlaczego, serdecznie zapraszam na recenzję. Egzemplarz od Wydawnictwa Feeria Young
  • Anna Snoekstra Córeczka - nieczęsto sięgam po kryminały czy thrillery, ale opis powieści tej australijskiej pisarki zdecydowanie przykuł moją uwagę i postanowiłam dać jej szansę. Recenzji możecie spodziewać się na dniach ;). Od HarperCollins 
  • Sarah J. Mass Dwór mgieł i furii - kontynuacja cudownego ACOTAR, jakiś czas temu kupiłam wprawdzie e-booka, ale to nie to samo, co cudowny, papierowy egzemplarz, który dumnie może stanąć obok pierwszego tomu :D. A że cena była wyjątkowo kusząca... no cóż, chyba możecie mnie zrozumieć. Efekt zakupów na czytam.pl
  • Renée Ahdieh Gniew i świt - w tym przypadku urzekł mnie motyw. Troszeczkę obawiam się, że ta książka może okazać się zbyt przewidywalna, ale jak to się mówi: kto nie ryzykuje, nie zyskuje :D. Również czytam.pl
  • Jessica Khoury Zakazane życzenie - ten sam motyw co powyżej i przepiękna okładka... czy potrzeba więcej powodów? :D Ponownie czytam.pl


Podsumowanie marca
Tak jak w przypadku bloga, tak też czytelniczo ten miesiąc nie jest zbyt obfity, ale tutaj zawinił głównie brak czasu, choć i chęci mogłyby być większe... Mimo to udało mi się przeczytać cztery powieści, czyli 1 612 stron, statystycznie 52 dziennie - to prawie 3/4 mniej niż w lutym. Więc jak sami widzicie marzec nie był dla mnie łaskawy, oby w kwietniu wszystko wróciło do normy. 
Tradycyjnie moje zdjęcie odeśle Was do recenzji.
   

Najlepsza książka 
Nie mogę się do końca zdecydować. Prawo Mojżesza było cudowne i naprawdę podbiło moje serce, ale czuję dosłownie kroplę niedosytu, choć zupełnie niesprecyzowanego. To samo uczucie mam do Wiedźmiego stosu, czyli zakończenia trylogii The world walker - nad czym głęboko ubolewam, ponieważ nie miałabym nic przeciwko ponownemu zanurzeniu się w świat Rowana i Lily. Z tym, że powieść Josephine Angelini nieznacznie wysuwa się tu do przodu. Ponieważ już wcześniej zdążyłam pokochać bohaterów i świat, w którym rozgrywa się akcja, a autorka dała im wszystkim zakończenie, na które zasługiwała ta cudowna historia.

Najgorsza książka
No cóż... jeśli czytaliście recenzję, to pewnie możecie się domyślić, że na prowadzenie wysunie się tu Fatalna lista, która była po prostu jednym, wielkim rozczarowaniem. Wprawdzie Królowie Burbona też mnie nie porwali, ale mimo wszystko powieść J.R. Ward była lepsza niż ta napisana przez Siobhan Vivian. 



Blogowo:
Liczba wyświetleń: 1 849 (-1 041)
Obserwatorzy: 305 (+3)
Dodane posty: 2 (-4)
Facebook: 340 (+8)

Recenzja - „Fatalna lista” Siobhan Vivian


Co prawda wszystkie te dziewczyny znalazły się na liście, jednak każda miała swój świat.
Nic ich nie łączyło.

Spotkałam się z twórczością Siobhan Vivian przy okazji współtworzonej z Jenny Han serii Ból za ból  i - choć miała swoje wady - była to naprawdę miła lektura. Nastawiona pozytywnie przez tamto doświadczenie postanowiłam przekonać się na co stać autorkę, gdy pisze sama. Fatalna lista brzmiała naprawdę interesująco, ponieważ był to swego rodzaju nowy pomysł. Szkoda tylko, że  ten pomysł okazał się jedynym, co przyjdzie mi pochwalić w tej książce...

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt. W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły. 
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.
(Źródło: Wydawnictwo Feeria Young)

Osiem głównych bohaterek i dzień trwający około 80 stron - potrzeba by naprawdę wybitnego pisarza, żeby ten zabieg się udał... ponieważ Siobhan Vivian zupełnie to nie wyszło. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni sześciu dni, czyli od wywieszenia tytułowej listy do balu, od poniedziałku do soboty. Osobiście nie jestem fanką tak krótkiego, ograniczonego czasu fabuły, nawet w przypadku, gdzie narrator miał sporo do opowiedzenia z powodu ilości bohaterów. Zawsze wydaje mi się to przekłamane - nawet jeśli w postaciach zachodzą jakieś zmiany to im nie wierzę, a ponadto w zwykłym liceum nie wydarzyłoby się wystarczająco pasjonujących rzeczy, żeby zapełnić taką ilość stron. Chociaż szczerze mówiąc tu nie było inaczej. Ile można pisać o sukienkach na bal, liście i chłopcach? Te trzy wątki sprawiły, że Fatalna lista jest bardzo monotematyczna, bo choć mamy wgląd w myśli aż ośmiu bohaterek, to generalnie wszystkie one rozwodzą się o tym samym. Zabrakło tu jakiś zwrotów akcji, tajemnic, niespodzianek... czegoś przerywającego tę - mówiąc prosto - nudę.

Strasznie nie podoba mi się ilość bohaterów, których poznanie Siobhan Vivian chce wymusić na czytelniku. Każda z dziewczyn z listy ma jeszcze swoje przyjaciółki, rodzinę i ewentualnego chłopaka, więc możecie sobie wyobrazić, że mnogość postaci jest po prostu zatrważająca. Nawet jeśli dziewczyny miały swoje problemy - jak choćby Bridget czy Danielle - nie miałam czasu ich przetrawić, bo dostawały bardzo niewiele czasu. Ten sam problem wystąpił przy jakiejkolwiek próbie zżycia się z bohaterkami. Pewnie wiecie, że najlepsze książki to te, gdzie główna postać jest czytelnikowi bliska, bo wtedy wraz z nią przeżywamy wzloty i upadki, sukcesy i porażki, a każda strona jest ważna. Nieistotne czy kibicujemy dobremu czy złemu charakterowi - jeśli w fabule znajdzie się ktoś, kto skłania nas do zaangażowania się w daną historię, to te powieści zwykle mają dużo wyższe oceny w naszych osobistych rankingach i na dłużej zapadają w pamięć. W przypadku Fatalniej listy nie dość, że bohaterów było zbyt wielu, to naprawdę ciężko mi polubić te dziewczyny. Wydawały się płytkie i naiwne, przez co trudno mi było się z nimi zżyć, a tym bardziej przejąć się ich problemami w stylu jaką sukienkę założyć na bal. W dużej mierze brakuje mi też opisów, bo nie jestem pewna, czy choć jedna z nich była dobrze rozpisana, ponieważ w sumie nie wiem, jak wyglądały, a co za tym idzie dlaczego właściwie znalazły się na liście. A skoro to główna oś fabuły uważam to za spore niedopatrzenie ze strony autorki.

Być może jestem już za stara na książki tego typu. Tylko, że kurczaki są autorzy, którzy naprawdę potrafią mnie wciągnąć w swój świat, a ich powieści zostawiają po sobie przemiłe doświadczenia - choćby wielokrotnie wspominana przeze mnie Sarah Dessen. Obie pisarki obracają się w tym samym kierunku i mają podobny wiek docelowy odbiorców. Co więc sprawiło, że choć uwielbiam twórczość Dessen to mam taki problem z Siobhan Vivian? Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuację, bo nie za bardzo jest tu fabularne pole do niej, ale jednocześnie mam wrażenie, że ta historia jest po prostu niedokończona. Sporo wątków zostało nierozwiązanych i może taki był właśnie zamysł autorki, ale osobiście nie znoszę otwartych zakończeń. 

Koniec końców Fatalna lista to nienajlepsza młodzieżowa obyczajówka. Za dużo bohaterów i rozłożenie akcji tej stosunkowo długiej książki na pięć dni sprawiło, że powieść wydaje się po prostu przegadana. W tym klimacie można znaleźć dużo lepsze lektury, które dużo bardziej angażowały moje emocje i nie wydawały się tak nudnawe. Powieść Siobhan Vivian to nie najgorsza książka, ale też sporo zabrakło, żeby nazwać ją dobrą. A szkoda, bo pomysł zdecydowanie miał potencjał. 

Moja ocena: -5/10

Skończyłam czytać: marzec 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 6,96/10
Ilość stron: 407
Okładka: miękka
Data wydania: 1 marca 2017 r.
Wydawnictwo: Feeria Young
Tłumaczenie: Andrzej Goździkowski
Cena (z okładki): 37,90 zł


Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używają najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


Stosik #19 i podsumowanie lutego


Poprzedni miesiąc to głównie sesja - całe mnóstwo zaliczeń i egzaminów, ale tylko przez pierwszą połowę. Później wolne i czytanie, czytanie, czytanie ;). Podładowałam trochę baterie, a to dobrze bo pierwsze zajęcia nowego semestru pokazały, że było warto. 

Stosik #19
W ubiegłym miesiącu mocno się pilnowałam, żeby nie kupować nowych książek, bo ilość która czeka na mojej półce wydaje się nie maleć. Nie żebym całkowicie się opanowała, ponieważ skusiłam się na dwie powieści z empiku, w którym zaskakująco w końcu znalazłam coś w dobrej cenie ;). W sumie do mojej biblioteczki trafiły cztery nowe pozycje. 
  • Tarryn Fisher Mimo twoich łez - kontynuacja Mimo moich win, czyli książki, którą zdecydowanie pokochałam za nieszablonowych bohaterów i zaskakujących bohaterów. Już nie mogę się doczekać ponownego zanurzenia się w świat Olivii, Caleba i Leah. Wymiana na LC
  • Jessica Sorensen Przeznaczenie Violet i Luka - jeśli pamiętacie byłam oczarowana Przeznaczeniem Callie i Kaydena, natomiast Ocalenie było chyba moim największym ubiegłorocznym zawodem. Jak to mówią do trzech razy sztuka - ponowne spotkanie z twórczością Jessici Sorensen może się skończyć bardzo dobrze, albo bardzo źle. Zobaczymy. Wymiana na LC.
  • Tarryn Fisher Margo - tak jak pisałam wyżej autorka zdobyła moje serce unikaniem schematów i mam nadzieję, że tu też tak będzie. No i jest coś takiego w tej okładce, co po prostu przyciąga mój wzrok.
  • Penelope Douglas Dręczyciel - ostatnio przeczytałam Corrupt tej pisarki i jej twórczość zdecydowanie miała w sobie to 'coś'. Jestem już po lekturze Dręczyciela i choć nie był tak dobry, jak miałam nadzieję, to i tak zapewnił mi przyjemnie spędzony czas.

Podsumowanie lutego
Tak jak wspomniałam wyżej, w drugiej połowie lutego czytanie było jedynym, co robiłam. To zdecydowanie przełożyło się na mój wynik z tego miesiąca ;). W sumie udało mi się przeczytać 16 powieści, 6 231 stron, statystycznie około 220 dziennie - przy czym od 10.02 bardziej wyglądało to jak książka dziennie, więc... stąd taki wynik :D. Tradycyjnie, jak już lektura szła mi tak dobrze, to wystąpiły problemy z pisaniem, ale znaczną większość recenzji zaczęłam, także przy odrobinie szczęścia pojawią się wcześniej niż później :).
   
   
    
   

Najlepsza książka
Nie mam pojęcia. Serio. Generalnie zastawiam się pomiędzy Waleczną czarownicą, Ogniem, który ich spala i Naznaczoną. Jakoś nie potrafię wybrać, bo choć to różne gatunki, to wszystkie mniej więcej zasługują na solidne 8/10. Żadna z nich nie była bez wad, ale wszystkie miały w sobie coś, co mnie zachwyciło.

Najgorsza książka
Niewątpliwie Niepiękna, choć i tak jest lepsza od swojej poprzedniczki (Niepokornej). Nie mam pojęcia dlaczego mam takie zaawansowane skłonności masochistyczne i w ogóle sięgałam po tę książkę, ale no cóż... przynajmniej będę mogła sobie ponarzekać :D.



Blogowo:
Liczba wyświetleń: 2 889 (-497)
Obserwatorzy: 302 (+3)
Dodane posty: 6 (+2)
Facebook: 332 (+7)

Recenzja - „Porwana pieśniarka” Danielle L. Jensen


- Dlaczego nie możesz mi uwierzyć? Dlaczego mi nie ufasz?
- Ponieważ jesteś człowiekiem, Cécile. Możesz okłamać nawet samą siebie.

Do książki Danielle L. Jansen przyciągnęła mnie zapowiedź odrobinę bardziej nieszablonowej historii niż zwykle. Do tej pory tylko raz spotkałam się wykorzystaniem trolli jako bazy powieści - całe lata temu przy lekturze powieści Amandy Hocking, czyli jej trylogii o Tryllach. Poza tym miałam ochotę na kawałek niezłej fantastyki, a po wielu pozytywnych opiniach tego właśnie oczekiwałam od Porwanej pieśniarki. Jak to się skończyło w praktyce? 

Od pięciu stuleci trolle nie mogą opuszczać miasta pod ruinami Samotnej Góry. Więzi je klątwa czarownicy. Przez wieki wspomnienia o ich mrocznej i złowrogiej magii zatarły się w ludzkiej pamięci. Niespodziewanie pojawia się przepowiednia o związku, który złamie potężne zaklęcie. W Cécile de Troyes rozpoznano kobietę z przepowiedni. Zostaje więc porwana i uwięziona pod górą. Od pierwszej chwili w podziemnym mieście dziewczyna myśli tylko o jednym – o ucieczce. Trolle, które ją uprowadziły, są jednak inteligentne, szybkie i nieludzko silne. Porwana musi czekać na właściwy moment i stosowną okazję.
Z biegiem czasu dzieje się coś niezwykłego – w sercu Cécile kiełkuje uczucie do tajemniczego księcia, z którym została związana ślubem. Dziewczyna poznaje kolejne osoby, nawiązuje przyjaźnie i powoli uzmysławia sobie, że może być jedyną nadzieją dla mieszańców zniewolonych przez trolle czystej krwi. W mieście wybucha bunt. A Tristan, jej książę i przyszły król, jest jego tajnym przywódcą.
W miarę zanurzania się w świat skomplikowanych intryg politycznych podziemnego świata Cécile przestaje być córką prostego rolnika, staje się księżniczką, nadzieją całego ludu i czarownicą obdarzoną mocą dość potężną, by na zawsze zmienić Trollus, podziemne miasto.
(Źródło: Wydawnictwo Galeria Książki)

Muszę przyznać, że jestem odrobinę rozczarowana. Zastanawiam się, czy to mnie tak trudno zaskoczyć, czy naprawdę autorom powoli zaczyna brakować pomysłów, bo zabrakło mi w tej książce efektu wow. Druga część fabuły wypada znacznie lepiej niż pierwsza, która momentami mnie nużyła, ale jednocześnie - choć następuje tam główne zawiązanie akcji - jakoś nie do końca podoba mi się, jak autorka pokierowała wydarzeniami. W takim momencie zdecydowanie przydałoby się jakieś dramatyczny moment odwracający losy bohaterów, coś co przekonałby mnie do natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację. Naturalnie to nie oznacza, że nie chcę jej poznać. Autorce udało się zainteresować mnie losami Cécile i Tristana, więc naprawdę chcę wiedzieć, jak potoczy się ich historia, po prostu nie miałabym nic przeciwko czekaniu. A dla mnie to uczucie jest sygnałem, że w takiej książce czegoś zabrakło.

Moim zdaniem Danielle L. Jensen odrobinę za bardzo poskąpiła opisów.  Fantastykę dzielę na dwie kategorie, czyli tę, w której poznanie świata jest dla czytelnika bardzo intuicyjne i nie wymaga zagłębiania się w detale (choć w tym gatunku to zawsze mile widziane) i tę, która jest dla niego trochę bardziej złożona. W tym drugim przypadku osobiście lubię, gdy autor poświęca uwagę miejscu akcji, skupia się na szczegółach i wręcz prowadzi odbiorcę za rękę po kolei malując mu w umyśle obraz, który pojawił się w jego wyobraźni. Natomiast w przypadku Porwanej pieśniarki odniosłam wrażenie, że autorka chciała wszystko odrobinę za bardzo i za szybko wcielić w życie. Przez to pierwszy tom tej serii zamiast być miłym wprowadzeniem do tej serii stał się zbyt przeładowanym bałaganem, który ciężko było opanować. Pisarka skupia się bardziej na odczuciach bohaterów, poświęcając uwagę głównie Cécile, oraz zarysowaniu ciągle pojawiających się bohaterów. To sprawiło, że ogarnęło mnie poczucie, że fabuła jest dziwnie nieprzemyślana, a dla sporej ilości postaci nie znalazło się żadne konkretne zajęcie. I mam szczerą nadzieję, że w kolejnych tomach przekonam się, że taki zabieg był niezbędny oraz miał w sobie jakiś konkretny cel, choć chyba dalej nie zrozumiem, dlaczego te wszystkie osoby musiały wystąpić już w pierwszym tomie. 

Boże, czytając to, co do tej pory napisałam, można by odnieść wrażenie, że Porwana pieśniarka była okropna... nic bardziej mylnego! Te wszystkie wady, o których już zdążyłam wspomnieć bardziej zasługują na miano usterek lub niedociągnięć i wszystko ma potencjał do naprostowania w kolejnych tomach, skoro takowe istnieją. A skoro już powiedziałam, co było nie tak, to wypadało by też wspomnieć, co właściwie podobało mi się w powieści Danielle L. Jensen... no cóż byłego tego całkiem sporo. Przede wszystkim sama idea trolli to coś, co nie często spotyka się w dzisiejszej literaturze, to też samym tym pomysłem autorka zjednała sobie moją przychylność, zwłaszcza że nie wszyscy są tu piękni i idealni. Dorzućmy jeszcze do tego gęstą sieć intryg dworskich, mnóstwo sekretów, wiążące obietnice i więcej niż szczyptę magii, a to wszystko okraszone całkiem przyjemnym romansem i teoretycznie mamy historię idealną. Przynajmniej dla mnie, bo właśnie w takich klimatach uwielbiam się obracać. Gdy nie wiadomo czy nowy bohater jest wrogiem czy sprzymierzeńcem, razem z bohaterami odczuwam aurę niebezpieczeństwa i przeżywam ich porażki i zwycięstwa. To całkiem nieźle wyszło autorce i chyba jest największą zaletą tej powieści. 

Podsumowując Porwana pieśniarka to całkiem dobrze napisana książka i przyjemna lektura. Ma trochę niedociągnięć, ale mocno liczę, że Danielle L. Jensen uda się większość z nich wyeliminować i Ukryta łowczyni okaże się jeszcze lepszą kontynuacją. Jeśli umiecie docenić zalety i przymknąć oko na wady tej powieści na pewno Was nie zawiedzie, zwłaszcza jeśli – tak jak ja – uwielbiacie dobre, dworskie intrygi. 

Moja ocena: 7/10 

Skończyłam czytać: luty 2016 r. 
Ocena z Lubimy Czytać: 7,97/10
Ilość stron: 431 
Okładka: miękka z zakładkami 
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Galeria książki 
Tłumaczenie: Anna Studniarek 
Cena (z okładki): 36, 90 zł 


- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny,
kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.


Recenzja - „Ogień, który ich spala” Brittainy C. Cherry


Dusza chłopaka stała w płomieniach, spalała każdego, kto się do niego zbliżył.
Dziewczyna podeszła nietrwożna popiołów, którymi przeznaczone było im się stać.

Minęły prawie dwa lata od kiedy zakochałam się w Kochając Pana Danielsa i po raz pierwszy dałam się porwać Brittainy C. Cherry w emocjonalny wir. Choć z perspektywy czasu (i przeczytanych książek) dziś chyba byłabym bardziej krytyczna, to wspominam to jako jedną z najlepszych powieści tamtego roku. Długo zabierałam się za kolejną powieść autorki i mimo że czekają na mnie jeszcze dwie inne, to było coś takiego w tym tytule, że to właśnie on przyciągnął mnie do siebie jako pierwszy.

Był sobie kiedyś chłopiec, którego pokochałam. 
Logan Francis Silverstone był moim zupełnym przeciwieństwem. Kiedy tańczyłam jak urzeczona, on podpierał ścianę. Przeważnie milczał, podczas gdy mnie trudno było uciszyć. Uśmiech przychodził mu z wysiłkiem, natomiast ja unikałam smutku.
Pewnej nocy dostrzegłam ciemność, która czaiła się głęboko w nim. 
Każdemu z nas czegoś brakowało, jednak razem mieliśmy wszystko. Z obojgiem było coś nie tak, ale obok siebie zawsze czuliśmy, że wszystko jest jak należy. Byliśmy jak spadające gwiazdy przecinające nocne niebo w poszukiwaniu życzenia, modlące się o lepsze jutro.
Aż do dnia, w którym go straciłam. Jedną pochopną decyzją zaprzepaścił nasz związek.
Był sobie chłopiec, którego pokochałam. 
I przez kilka krótkich chwil - trwających tyle co oddech, co szept - pomyślałam, że może i on mnie kocha.
(Źródło: Wydawnictwo Filia)

Jednego zdecydowanie nie można odmówić twórczości Brittainy C. Cherry - mianowicie emocji. Ta kobieta wie jak pisać, żeby poruszyć czułą strunę w moim wnętrzu i udało jej się to już kolejny raz. Wprawdzie nie zalałam się strumieniem łez, jak w przypadku Kochając pana Danielsa, jednak i Ogień, który ich spala wycisnął ze mnie kilka słonych kropel. Historia Alysse i Logana wręcz kipi od uczuć i nie sposób się zdystansować od ich losów, tragedii oraz prób, z którymi przyszło im się zmierzyć w ich młodym życiu. I jasne, można by dyskutować, że autorka może wyolbrzymia pewne sytuacje czy cechy, ale to jedna z tych powieści, które źle się analizuje... a wspaniale czyta. Ponownie dałam się przepuścić przez emocjonalną wyrzynarkę i autentycznie nie chcę się roztkliwiać nad szczegółami, bo jej powieści trzeba po prostu poczuć. Dać się oczarować wspaniałym cytatom i zatopić się w delikatnej mgiełce smutku, która emanuje z kartek, popuścić trochę wodze realizmu i wciągnąć się w świat, na który przyszło nam rzucić okiem. 

Okazuje się, że wszyscy jesteśmy zagubieni. Poranieni. Złamani. Wszyscy staramy się zrozumieć, o co chodzi w życiu. Czasami czujemy się bardzo samotni, ale przypominamy sobie o kręgu najbliższych. Ludziach, którzy czasami nas nie znoszą, ale nigdy nie przestaną kochać. Ludziach, którzy pomogą bez względu na to , ile razy spieprzymy i ich odepchniemy. To nasz krąg. Ci ludzie i te zmagania to mój krąg. Zatem tak, upadamy, ale robimy to razem. Podnosimy się również razem. Uporawszy się ze zmaganiami, płaczem i bólem, idziemy naprzód krok za krokiem. Bierzemy kilka głębokich oddechów i odprowadzamy się nawzajem do domu.

Mam problem z bohaterami tej książki, bo o tyle o ile rodzeństwo głównych bohaterów było całkiem dobrze wykreowane, to mam wrażenie, że autorka trochę spłaszczyła Alysse i Logana. Na potrzeby tej historii byli idealni - on napędzany własnym cierpieniem, a ona zawsze gotowa go wesprzeć. I to mój bardzo subiektywny punkt widzenia. Bardziej obiektywnie? Lo potrafił być prawdziwym dupkiem dla dziewczyny, która podobno stanowiła centrum jego świata. Poniekąd go rozumiem, ponieważ wychował się w takim, a nie innym środowisku i życie z uzależnioną matką i obelżywym, brutalnym ojcem go ukształtowało, ale czasami jego zachowanie było poniżej pasa. Natomiast w przypadku dziewczyny... wydawać by się mogło, że jej życie zaczyna i kończy się na Loganie. Dziewczyna nie zważała na własne uczucia i stanowczo zbyt łatwo wybaczała mu wcale nie małe przewinienia. I powtórzę to raz jeszcze - na potrzeby tej, konkretniej historii nawet nie wiem, czy oczekiwałabym czegoś innego, ale też nie potrafię do końca wyłączyć swojego obiektywizmu.

Haj. Najwspanialsze z moich uniesień...
Lo. Najboleśniejszy z moich upadków...

Styl pisarki jest specyficzny - niekoniecznie określam go tak dlatego, że spotykam się czymś takim po raz pierwszy. Książki Brittainy C. Cherry są dla mnie istną kopalnią cytatów, bo pisze ona bardzo plastycznie, skupiając się nie tyle na opisach, ale emocjach i zmaganiach wewnętrznych bohaterów. Zdarza się jej za bardzo egzaltować ich wypowiedzi oraz wkładać w ich usta kwestie, które znacznie bardziej pasowałyby dużo dojrzalszym postaciom. Takie zagranie w 80% przypadków kończy się klęską i sprawia, że zdegustowana kręcę głową. Natomiast autorka należy do pozostałych 20, gdzie daję się oczarować jej wyobraźni i pochłaniam każde słowo. Na fabułę czytelnik ma okazję zerknąć zarówno oczami Alysse jak i Logana, bo rozdziały z ich perspektywy przeplatają się. To dobry zabieg przy takim naszpikowaniu uczuciami, bo pozwala dostrzec, jak właściwie wyglądało życie głównych bohaterów, nawet gdy nie byli razem.

Ciężko mi ocenić tę książkę. Brittainy C. Cherry umie mną potrząsnąć i sprawić, że jej historie odciskają na mnie na tyle wyraźne piętno, że fragmenty kołaczą mi się w głowie do kilku dni po zakończonej lekturze. Nie jestem wprawdzie tak bezkrytyczna, jak dwa lata temu - w czasie gdy czytałam jej ostatnią powieść, ale nadal pozostaję pod urokiem twórczości autorki i emocji, której we mnie wywołuje. Ogień, który ich spala zdecydowanie przypadnie do gustu jej fanom i prawie na pewno zawiedzie przeciwników, także sami musicie sprawdzić, do której grupy należycie.

Moja ocena: 8-/10

Skończyłam czytać: luty 2017 r.
Ocena z Lubimy Czytać: 7,76/10
Ilość stron: 450
Okładka: --- (e-book)
Data wydania: 25 stycznia 2017 r.
Wydawnictwo: Filia
Tłumaczenie: Agnieszka Dyrek
Cena (z okładki): 39,90 zł



Chcę ciebie. Chcę blizn. Chcę oparzeń. Chcę twojego bałaganu.
Twoje blizny, twoje oparzenia, twoje pokręcone życie, tylko to mam w sercu.
Jesteś wszystkim czego pragnę i potrzebuję. Twój ból jest moim bólem.
Twoja siła jest moją siłą. Twoje serce łączy się z moim. [...]
Chcę cię całego, tego, co dobre i tego, co złe. Chcę twojego bólu i złości.
Jeśli przejdziesz przez piekło, przez całą drogę będę trzymać cię za rękę.
Jeśli w naszym życiu wciąż będzie płonął ogień, spalimy się razem. [...]
Jesteś moim odwiecznym płomieniem.

Porozmawiajmy o... tym, że ludzie powinni się czasami pohamować


Nie o tym miałam dzisiaj pisać. Wczoraj skończyłam naprawdę dobrą książkę i przede wszystkim miałam w planach napisać jej recenzję oraz podzielić się moimi przemyśleniami. Zaczęło się od tego, że po zakończonej lekturze jak zwykle weszłam na LC, żeby - że tak powiem - zmienić jej status na przeczytaną. Nie wiem dlaczego, ale naprawdę lubię, gdy moja wirtualna biblioteczka jest aktualna i zgodna ze stanem rzeczywistym, więc zrobiłam z tego swego rodzaju rytuał, zarówno przy czytaniu jak i zamawianiu książek. Ale wróćmy do tematu. Skoro już więc byłam na LC to tradycyjnie sprawdziłam też, jakie opinie towarzyszą powieści, którą przeczytałam, zwłaszcza w przypadku innych blogerów, których witryny śledzę. I tu właśnie pojawił się zgrzyt, który przywiódł mnie na bloga do poruszenia tego tematu.

Nie wiem, czy znacie to uczucie, kiedy ktoś krytykuje Waszą ulubioną książkę (lub jedną z ulubionych). I nie mam na myśli umiarkowanie złej opinii, tylko objechanie po całości absolutnie wszystkiego. Ja osobiście w takim momencie przechodzę przez trzy etapy - które przedstawiłam Wam poniżej. Oczywiście całość trwa kilka sekund i nie zawsze wyglądają tak samo, dlatego potraktujcie moje słowa z lekkim nieprzymrużeniem oka ;), nie mniej jednak tak zwykle wygląda moja reakcja.

1) Zdziwienie i gniew
 
To ta chwila kiedy moje myśli wyglądają dokładnie tak: ,,Czekaj, czekaj... czy my czytaliśmy tę samą książkę?! Bo jeśli tak, to WTF? ".

2) Obrona
W tej chwili myślę sobie, że ktoś musi być smutnym człowiekiem skoro nie dostrzegł jak rewelacyjne jest to arcydzieło ;). Mam ochotę siąść i wytłumaczyć krok po kroku, dlaczego myli się w każdym zdaniu, bo wiem, że akurat argumentów mi nie zabraknie...

3) Akceptacja
To ten moment, kiedy wzruszam ramionami i przechodzę nad wszystkim do porządku dziennego, bo... po co właściwie się tym przejmować? Każdy z nas ma inny gust, nic tego nie zmieni i zwykle ogromnie to lubię. Dlatego, że o jednej książce będzie tyle opinii ile czytelników, a każdy zauważy w niej coś innego. Jednak to właśnie ta różnica zdań prowadzi mnie do dzisiejszych rozważań...

Tolerancja
Broń boże nie uważam się w tym temacie za świętą i uwierzcie, że nie zawsze udaje mi się to, do czego chciałabym Was dzisiaj przekonać. O co mi chodzi? O fakt, że nie mając za grosz pojęcia o gustach drugiego człowieka mieszamy go z błotem, bo na swoje nieszczęście spodobała mu się powieść, którą my nienawidzimy. Żeby nie rzucać na wiatr pustych słów, przytoczę Wam tu dokładny przykład - nie tak dawno temu pewna blogerka wrzuciła na swój facebookowy fanpage to zdjęcie:
W pierwszej chwili wpadłam w gniew i już szykowałam się do wyrażenia swojego zdania (bardzo dosadnie), jednak ostatecznie stwierdziłam, że nie warto i zagryzłam zęby. Czyli coś, co niestety zdarzało mi się wtedy na tyle często, że poczułam głęboką irytację - wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że warto by ruszyć ten temat. Widzicie czytałam pięć powieści z powyższego zdjęcia, z czego dwie absolutnie uwielbiam, a do jednej mam ogromny sentyment. I poczułam się naprawdę wkurzona, że gdzieś tam w odmętach internetu zginęła tolerancja dla upodobań drugiego człowieka. Nie bez powodu istnieje powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje, bo to bardzo osobista sprawa co się komu podoba czy też nie. Szczerze nie znoszę stylu E.L. James i głównej bohaterki, ale sama oś fabularna nigdy mi nie przeszkadzała - nie poczułam się oczarowana, ale są książki, które naprawdę przypały mi do gustu, a opierają się na tym samych schemacie (Uwikłani, Manwhore...). Jest to moja bardzo prywatna opinia, więc dlaczego do diabła miałabym nie rozumieć, że ktoś uwielbia tę książkę? 

Czytanie dla samego czytania
Czytanie przede wszystkim powinno być przyjemnością, źródłem radości, odskocznią od trudnych, codziennych obowiązków i jeżeli dla kogoś oznacza to czytanie harlequinów lub komiksów to mi nic do tego, choć prywatnie mogę uważać, że są to twory nie warte funta kłaków. Jeśli ktoś nie znosi klasyki, to dlaczego ma się nią katować, bo ktoś kiedyś uznał, że jest fantastyczna? Osobiście studiuję kierunek, który wymaga ode mnie poświęcenia mu czasu i zapamiętania mnóstwa informacji, których nie znajdę w swoich powieściach... i absolutnie tego nie chcę. Książka jest moim wytchnieniem po ciężkim dniu, momentem, kiedy mogę się skupić na wyimaginowanym świecie i na chwilę odsunąć od siebie problemy. Nie wymagam od niej niczego więcej. Jeśli fabuła niesie ze sobą jakieś przesłanie i może mnie czegoś nauczyć - świetnie. Jeśli nie - absolutnie nic się nie stało. Jeśli ktoś czyta tylko i wyłącznie te pozycje, które wnoszą coś do jego życia to rewelacyjnie dla niego, tylko niech nikt mi na siłę nie wciska tego punktu widzenia i wykaże się takim samym zrozumieniem dla moich motywów, jak ja dla jego. Czy proszę o tak wiele?


Internetowi krzykacze, czyli nie dajmy się sprowokować
Przysięgam, że są osoby, którym powinno zabrać się dostęp do internetu, bo patrząc na ich wypowiedzi jestem w szoku, że ktoś może się aż tak cieszyć prowokowaniem innych. Najgorsze jest to, że jako inteligentni ludzie powinniśmy wykazać się mądrością i uciąć temat w zarodku, a zbyt często dajemy się wciągnąć w "komentarzowe kłótnie". A po co? Tak czy siak takich osób nie da się przekonać do zmiany zdania. Pod powyższym zdjęciem pojawiły się właśnie wypowiedzi takiej osoby, która usilnie chciała przekonać wszystkich do swojego punktu widzenia - choć nie wiem, czy można nazwać przekonywaniem. Wdawała się w dyskusję ze wszystkimi (dosłownie), a ja miałam ochotę przynieść popcorn i obserwować rozwój wypadków. Jedyne co mi się kołatało po głowie, to pytanie dlaczego właściwie ludzie jej odpowiadają, dając się wciągnąć w kłótnię, która najwyraźniej ich irytowała, a ją cieszyła?

Generalizowanie 
Czyli coś, czego okropnie nie lubię, a problem ten dotyczy zwłaszcza recenzentów, choć na szczęście nie spotykam się z tym za często. Tu przytoczę Wam kolejny przykład: jakiś czas temu pod pewną recenzją Before Anny Todd rozgorzała gorąca dyskusja. Dlaczego? Autorka zakończyła swoją opinię słowami polecam zdesperowanym... Patrząc na to poczułam się mniej więcej tak...
Urokiem blogosfery, który głównie do mnie przemawia, jest poznanie subiektywnych opinii innych czytelników, przy czym są osoby, którym ufam praktycznie bezgranicznie i polegam na ich recenzjach, bo często mam podobnie zdanie o danej książce. Wracając do mojego przykładu - czytałam całą serię Anny Todd i jakoś do zdesperowanych się nie zaliczam, więc po co pisać coś takiego? Jasne, być może to moja wina, że odbieram takie przytyki osobiście, ale skoro ktoś wrzuca mnie do jednego wora ze wszystkimi ludźmi, to w jaki sposób niby mnie to nie dotyczy? Nie zakładam oczywiście, że zamysłem autorki było kogokolwiek urazić, ale tak też się stało. To samo uczucie towarzyszy mi, kiedy widzę frazę ,,nie rozumiem, jak komukolwiek może się to podobać". Ano może. I trzeba się z tym pogodzić i następnym razem trochę uważniej dobierać słowa.


Wiem, że internet jest pełen idiotów i może podchodzę zbyt emocjonalnie do tematu. Może powinnam posłuchać tego, co podpowiada mi rozum i po prostu odpuścić. Może jednak mam trochę racji...


A wy co sądzicie o sprawach, które poruszyłam? ;)



Drogi Czytelniku,
Bardzo miło gościć Cię w moich skromnych progach. Jeśli podobało Ci się tutaj lub masz jakieś zastrzeżenia czy uwagi, daj mi o tym znać. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :).
Całusy
Ola

PS. Jeśli sam prowadzisz bloga, zostaw link, łatwiej będzie mi Cię odwiedzić, jednak poza nim, chyba wypadałoby napisać coś więcej? ;)
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka